Komentarz eksperta,Polecane

R. Pyffel: Pięć opowieści o tym, dlaczego premier Kopacz nie pojechała na spotkanie 15 premierów Europy Środkowej z chińskim premierem w Belgradzie?

16 grudnia 2014 r. odbył się w Belgradzie trzeci już szczyt Chiny-Europa Środkowa (tzw. 16+1)

Wziął w nim udział premier Chin Li Keqiang oraz premierzy wszystkich zaproszonych krajów Europy Środkowej poza Ewą Kopacz, którą zastępował wicepremier Tomasz Siemoniak.

Nieobecność polskiej premier na szczycie to rzecz zdumiewająca. Polska, największy kraj Europy Środkowej, została uznana przez Chiny za nieformalnego lidera tego projektu, którego powstanie ogłoszono wraz z programem tzw. 12 kroków Wen Jiabao w kwietniu 2012 roku na Zamku Królewskim w Warszawie (z tego powodu jest nazywane także inicjatywa warszawską). Także gospodarzem pierwszego szczytu Chiny-Europa Środkowa (16+1) była Polska.

Relacje z Chinami układały się w ostatnich latach bardzo harmonijnie. Główne etapy wyznaczały kolejne wizyty na wysokim szczeblu. Wspomnę tylko o wizycie Donalda Tuska w Pekinie w 2008 roku (szczyt ASEM), podpisanie strategicznego partnerstwa przez prezydenta Komorowskiego w 2011 roku w Pekinie, wspomniane utworzenie 16+1 w 2012 roku w Warszawie, udział premiera Tuska w szczycie Chiny-Europa Środkowa w Bukareszcie w 2013 roku.

Niepojawienie się premier Ewy Kopacz wprowadza w tych relacjach bardzo poważny dysonans. Jeszcze większym problemem jest kontekst i forma, w jakiej do tej nieobecności dochodzi – na szczycie pojawili się wszyscy pozostali środkowoeuropejscy premierzy, a nie pojawiło się państwo zgodnie przez wszystkich uważane za najistotniejsze dla całej inicjatywy i najważniejsze w regionie. Tak ostentacyjne wyrażanie niezainteresowania w Chinach jest uważane za aroganckie i pozbawiające twarzy…

Tym samym premier Kopacz postawiła w bardzo trudnej sytuacji także wicepremiera Siemoniaka, który robił co mógł, aby przekonać stronę chińską, że Polska nadal jest zainteresowana rozwojem współpracy w ramach platformy 16+1, ale było to chyba mission impossible.

Mimo iż od wydarzenia tego minęło ponad miesiąc, to warto do niego wrócić. Mieliśmy bowiem do czynienia nie tylko z wydarzeniem zdumiewającym czy zaskakującym, swoistą ciekawostką, ale z wydarzeniem, które będzie miało ogromne znaczenie dla relacji polsko-chińskich – czy być może nawet szerzej – kształtu relacji Chin z całym regionem Europy Środkowej w następnej dekadzie.

Fakt, iż w Polsce pozostało właściwie niezauważone i minęło od niego blisko miesiąc nie powinno usypiać naszej czujności czy zamykać sprawę. W chińskiej kulturze politycznej istnieje przecież inne podejście do czasu. Tam działania rozpisane są na dekady, podczas gdy u nas trzydzieści dni to niemal cała epoka. Asymetria czasowa to stały problem w relacjach polsko-chińskich, także w biznesie, ale przede wszystkim w polityce. W Chinach miesiąc czy nawet rok to niewiele, podczas gdy w Polsce to szmat czasu.

Od 16 grudnia mieliśmy już protesty lekarzy, górników, zamieszanie wokół WOŚP, a w polityce zewnętrznej ewakuację Polaków z Donbasu, wizytę ministra Schetyny w USA i wyjazd Ewy Kopacz na marsz poparcia do Paryża.

Innymi słowy mimo świąt i Nowego Roku, w ostatnim miesiącu wydarzyło się wystarczająco wiele, by, mówiąc językiem pijarówców i copywriterów do którego będę często w tym komentarzu nawiązywał, wszystkie te wydarzenia zdołały „przykryć” absencję premier Kopacz w Belgradzie i spektakularne zlekceważenie chińskiej inicjatywy 16+1 z Polską jako liderem Europy Środkowej.

Jednak wydarzenie to nie zostanie „przykryte” ani zapomniane. Jestem pewien, że będzie miało swoje długofalowe konsekwencje. Pozytywne lub negatywne, ale z pewnością trwałe.

******

Żyjemy w czasach rządów copywriterów i pijarowców, a wygrywa ten, kto opowie ciekawszą historię, narzuci swoją narrację i interpretację wydarzeń. Choć Platon, zwolennik rządów filozofów, zapewne przewraca się w grobie, obserwując tę współczesną wersję rządów poetów i demagogów, to stwierdzenie podkreślające dominację PR-u, zwłaszcza w świecie zachodnim, przestaje być już kwestionowane i staje się oczywistością.

Dlatego – w zgodzie z duchem epoki – postanowiłem zaskakującą nieobecność premier RP na szczycie w Belgradzie wytłumaczyć właśnie za pomocą kilku PR-owych narracji, uznając, że lepiej opisują one współczesną rzeczywistość niż klasyczny „komentarz eksperta”.

Jeśli temat nieobecności Pani premier kiedyś wróci na wokandę, to być może partyjni spin doktorzy użyją jedną z tych narracji/opowieści, które przytaczam poniżej i którąś z nich usłyszymy raz jeszcze.

Ujawniam oczywiście tylko niewielki fragment tego, co wiem o kulisach nieobecności, bowiem sprawa jest dość wrażliwa i poważna.

Wiele fragmentów tego tekstu może okazać się bardzo kontrowersyjnych. Jednak jako ekspert czy komentator mam obowiązek informować opinię publiczną przedstawiając różne warianty sytuacji. Nie jestem ani dyplomatą, ani urzędnikiem państwowym, ani ekspertem utrzymującym się z pieniędzy budżetowych. W związku z tym mam znacznie większą swobodę w pisaniu tego, czego być może znajdując się w innej roli nie mógłbym napisać lub na pewno bym nie napisał. Postanowiłem skorzystać z tego  przywileju.

Chciałbym zaznaczyć, że opowieści czy narracje, które przedstawiam poniżej, nie są moimi poglądami czy moją oceną rzeczywistości. Przytaczam jedynie to, o czym rozmawiałem w warszawskich biurach, gabinetach, ambasadach, restauracjach czy kawiarniach (od razu uprzedzam pytania:  do „Sowy i Przyjaciół” nie chodzę!).

Innymi słowy, jak mówi popularne w czasach cywilizacji cyfrowej hasło – retweets are not endorsements – „przytaczanie nie oznacza poparcia” (w tym wypadku dla żadnej konkretnej przytaczanej poniżej opowieści). Także ich kolejność nie ma znaczenia i jest zupełnie przypadkowa.

Oczywiście mam swój własny ranking zaproponowanych narracji (a być może jeszcze kilka innych, których nie przytaczam), ale to pozostawiam dla siebie. Tutaj jedynie opowiadam pięć zasłyszanych historii o Ewie Kopacz jako:

– twardym negocjatorze, realizującym polską rację stanu (historia pierwsza),

– osobie nieradzącej sobie w polityce zagranicznej i pozbawionej kompetentnego zaplecza (historia druga),

– skoncentrowanej na konsolidacji władzy i uspokojeniu sytuacji w Polsce (narracja trzecia),

– kierującej się logiką partyjnych walk frakcyjnych, także w polityce zagranicznej (narracja czwarta),

– będącej konsekwencją epoki i czasów współczesnej cywilizacji cyfrowej w wydaniu demokratyczno-liberalnym (narracja piąta)

OPOWIEŚĆ PIERWSZA: Ewa Kopacz to twarda zawodniczka, która rezygnuje z inicjatywy 16+1 w obecnej formule i podbija cenę

1. Ewa Kopacz - maz stanu

W tej opowieści ostentacyjne zlekceważenie szczytu Chiny-Europa Środkowa przez premier Kopacz było działaniem całkowicie świadomym i zamierzonym.

Było to oczywiście posunięcie radykalne, na pograniczu pozbawienia twarzy chińskiego partnera, bowiem premier Kopacz była jedynym premierem, który nie znalazł czasu na spotkanie z premierem drugiej gospodarki świata, a także piętnastoma innymi premierami Europy Środkowej, ale posunięcie konieczne. Świadczy o tym także fakt, iż przy okazji zlekceważono także gospodarza szczytu Serbię. Ale w tej opowieści byłby to wkalkulowany koszt, bowiem gra idzie o przyszły kształt stosunków z Chinami, partnera dużo istotniejszego niż dobre samopoczucie niewielkiego kraju na Bałkanach.

Dlaczego zatem premier Kopacz zdecydowałaby się na tak radykalny krok?

Powód pierwszy to spektakularne okazanie braku zainteresowania czy może nawet niezadowolenia wobec chińskiego pomysłu na Europę Środkową, czyli  formułę 16+1. W jej ramach Polska znalazła się czy też, jak mówią osoby zajmujące się relacjami polsko-chińskimi, „została wrzucona do jednego worka” razem z krajami, z którymi łączy nas niewiele lub zgoła nic poza komunizmem i postkomunizmem (ten z kolei w poszczególnych krajach przybierał zupełnie różne formy).

Najbliżej nam oczywiście do krajów Wyszehradu (Czechy, Słowacja, Węgry) i krajów bałtyckich (Litwa, Łotwa, Estonia), sporo na łączy także z Rumunią, Bułgarią, Słowenią, Chorwacją, które są krajami UE. Ale w 16+1 znalazły się także kraje b. Jugosławii: Serbia, Czarnogóra, Macedonia, Bośnia i dodatkowo Albania.

Z perspektywy Pekinu koncepcja 16+1 z Polską, największym krajem regionu, jako liderem może się wydawać logiczna i spójna. Jednak w Polsce została ona odebrana jako co najmniej dziwna, by nie powiedzieć dziwaczna, zwłaszcza ze względu na umieszczenie w niej nieunijnych krajów bałkańskich, których nie znamy i z którymi przynajmniej w ostatnich 25 latach mieliśmy niewiele wspólnego i w wielu kwestiach bardzo się różnimy.

Osobną kwestią jest odrzucenie przez Polskę  polskiego „przywództwa” (cokolwiek więcej miałoby ono oznaczać niż oficjalne przemówienia premiera Polski otwierające kolejne szczyty), które jest przez Warszawę odrzucane a priori od początku rządów Platformy Obywatelskiej, czyli od 2007 roku, choć przyznajmy, że kwestia jego akceptacji przez pozostałe 15 krajów byłaby również bardzo wątpliwa.

Nawet w koncepcji PiS-u, według której Polska powinna aspirować do przywództwa w regionie, to, co zaproponował Pekin nie do końca pokrywa się z obszarem zainteresowania śp. prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Jak pamiętamy, według jego wizji nazywanej polityką jagiellońską miał być to sojusz państw regionu wymierzony nie tyle przeciw Moskwie, by użyć bliskiej Chinom niekonfrontacyjnej retoryki, co widzący w niej zagrożenie i próbujący się przed nią obronić. W koncepcji jagiellońskiej, podobnie jak i w chińskiej Europie Środkowej, miałyby się w niej znaleźć kraje bałtyckie, mogłyby kraje wyszehradzkie (choć to mało prawdopodobne, bo wiele z nich utrzymuje obecnie z Rosją bardzo dobre stosunki), ale przede wszystkim Ukraina, najlepiej z Białorusią i gdyby to było możliwe inne republiki poradzieckie (Gruzja?).

Tymczasem Chiny zaproponowały raczej neutralną wobec Rosji platformę szesnastu krajów środkowoeuropejskich, a więc całkowicie nieatrakcyjną ani dla nieprzerwanie pozostającej u władzy Platformy Obywatelskiej, ani dla głównej partii opozycyjnej, czyli PiS-u. Abstrahując od tego, że przedstawiciele głównych sił politycznych w Polsce w ogóle nie wiedzą o platformie 16+1, to nawet gdyby się dowiedzieli, ciężko byłoby znaleźć wśród nich jej gorących entuzjastów.

Powód drugi, dla którego premier Kopacz uznała tę propozycję za mało atrakcyjną i po prostu nie poleciała do Belgradu, ma również związek z niechęcią do zaakceptowania przywództwa. Wzbudza ono, jak i sama inicjatywa 16+1, ogromne emocje w Brukseli, gdzie nawet mówi się o budowie „nowego Muru Berlińskiego” dzielącego kontynent na dwie części i tworzeniu nowej „żelaznej kurtyny„. W tej sytuacji kalkulacja okazała się prosta – chińska propozycja jest mało atrakcyjna, a jej akceptacja może dodatkowo wiązać się z niechęcią ze strony UE czy partnerów zachodnioeuropejskich, a kierunek zachodni i Unia wciąż pozostaje dla Polski priorytetem.

Powód trzeci to brak spektakularnego sukcesu w relacjach polsko-chińskich. Polska została strategicznym partnerem Chin w 2011 roku, ale jeśli przyjrzymy się bliżej dotychczasowym dokonaniom, to brakuje jakiegoś wielkiego, działającego na wyobraźnię i inspirującego do dalszych działań, sukcesu.

Polskie firmy nie uzyskały priorytetu w działalności na ogromnym chińskim rynku. Znamienny jest tu przykład wrocławskiej Seleny, na którą nałożono dodatkowy podatek i musiała ona zrezygnować z działalności. Na nic zdały się prowadzone już po podpisaniu strategicznego partnerstwa mediacje polityczne. Również sprawa zniesienia certyfikatów dla polskiej branży spożywczej nie została załatwiona (choć wynika to także z tego, że Ministerstwo Rolnictwa … po prostu nie złożyło aplikacji, np. o to by polskie jabłka można było eksportować do Chin).

Powód czwarty to nierozwiązana sprawa państwowej firmy Covec, która w czerwcu  2011 roku opuściła plac budowy. Do dziś nie zapłacono ani odszkodowania za niezrealizowanie kontraktu, ani nie wypłacono gwarancji bankowych (przez chińskie banki, z których później jeden z nich – Bank of China – uzyskał zgodę i rozpoczął działalność w Polsce). Oczywiście można załamywać ręce nad procedurą przetargów i zamówień publicznych w Polsce i nad tym, w jak naiwny sposób podpisywano umowę i skonstruowano kontrakt oraz jakie szkolne błędy popełniano w relacjach z Covec (wina GDDKiA jest tu bezsporna, pisałem o tym kiedyś w dużym tekście opublikowanym w Rzeczpospolitej „Autostradą na pobocze”)

Nie zmienia to jednak faktu, że sprawa dotyczy około 840 milionów złotych, a więc mniej więcej tyle, ile wynosi roczna strata spowodowana działalnością czterech śląskich kopalń, wokół zamknięcia których toczy się teraz gorący spór. Strona polska w zasadzie przy każdej okazji pytała i pyta, jak zostanie ona ostatecznie uregulowana, na co uzyskuje zapewnienie strony chińskiej, że „trzeba jeszcze raz się nad nią poważnie zastanowić, wnikliwie przeanalizować i rozwiązać w duchu obustronnych korzyści”. Przed szczytem ukazywały się informacje, które sugerowały, że po czterech latach sprawa Covecu wraca na wokandę i pojawia się szansa, że zostanie załatwiona. Tak się jednak nie stało. W tej opowieści premier Kopacz machnęłaby ręką na szczyt 16+1 między innymi z powodu impasu i niemożności osiągnięcia postępów w tej sprawie.

Powód piąty wiąże się ściśle z wcześniej wymienionymi. To nieprzystosowalność chińskich propozycji do polskich realiów. Pociąg Chengdu-Łódź jest niedochodowy i finansowany przez stronę chińską, zainteresowaną wspieraniem własnego eksportu i ożywieniem zachodnich Chin. Do Polski i UE przyjeżdżają pełne pociągi, jednak pojawia się problem, by zapełnione wracały do Chin. Przedsiębiorcy, z którymi rozmawiam, twierdzą, że połączenie kolejowe po prostu się nie opłaca – Polska eksportuje zbyt mało lub transport kolejowy nie daje żadnej przewagi w branżach, które eksportują na rynek chiński.

Opowieść o tym, że premier Kopacz świadomie postanowiła zlekceważyć szczyt 16+1, wygląda ze względu na wyżej wymienione powody dość prawdopodobnie.

Jednak tym razem szczyt w Belgradzie poprzedziła seria spotkań grup roboczych, w których brałem udział z ramienia CSPA. Urzędnicy z przeprowadzających te spotkania ministerstw sprawiali wrażenie jakby na rozwoju inicjatywy 16+1 im autentycznie zależało. Nic nie zapowiadało tego, że kilka tygodni później Polska się wobec niej tak zdecydowanie zdystansuje. Wiele osób, nie tylko w ramach grup roboczych, wykonało dużo pracy, przygotowując agendę do szczytu. Myślę zatem, że gdyby to posunięcie było planowane, zaoszczędzono by tym wszystkim osobom sporo pracy, którą wykonały przed 16 grudnia.

Przeciwnicy premier Kopacz mogą powiedzieć, że zabrakło cierpliwości, a zwolennicy, że skoro ze strategicznego partnerstwa niewiele wynika, to decyzja była słuszna. Zwłaszcza, iż w kulturze polskiej takie postawienie sprawy, że rezygnujemy i mówimy o tym wprost, nie doprowadza – jak w Chinach czy szerzej w Azji – do utraty twarzy partnera, a nawet – w przeciwieństwie do Azji – bywa cenione jako przejaw szczerości i zdecydowania.

W tej opowieści premier Kopacz byłaby politykiem ambitnym i odważnym, nie bawiącym się w deklaracje czy konwenanse, ale żądającym konkretu. Politykiem nie obawiającym się radykalnych posunięć, nawet wobec światowego mocarstwa numer dwa, ale twardo negocjującym warunki umowy lub dążącym do ich renegocjacji. Decyzja o tak spektakularnym okazaniu braku zainteresowania (czy nawet braku szacunku) dla chińskiego projektu Europy Środkowej w żadnym wypadku nie byłaby przypadkowa, ale najzupełniej przemyślana i racjonalna. Miałaby służyć uzyskaniu korzystnych dla Polski warunków.

Bez wątpienia jest to opowieść do ewentualnego wykorzystania przez najbliższe otoczenie Pani premier, choć z pewnością ze względu na delikatną materię sprawy lepiej byłoby tej sprawy już nie poruszać publicznie i powyższą narrację stosować jedynie w rozmowach kuluarowych.

OPOWIEŚĆ DRUGA: Sytuacja przerosła Ewę Kopacz, jej bezpośrednie zaplecze i koleżanki

2. Kopacz zaplecze

W tej opowieści, utrzymanej w konwencji kolorowego kobiecego magazynu, głównymi bohaterkami byłaby premier Kopacz, jej przyjaciółki oraz bezpośrednie zaplecze.

Przeskok z funkcji ministra zdrowia czy marszałka Sejmu na urząd premiera byłby w niej skokiem na zbyt głęboką wodę. Pewnych rzeczy, zwłaszcza na początku sprawowania urzędu, nie sposób ani opanować, ani zrozumieć ich istoty („intelektualnie ogarnąć”), gdy zwyczajnie brakuje czasu. Tak może być na przykład w kwestiach związanych z polityką zagraniczną, które dla Pani premier, będącej z wykształcenia doktorem medycyny, mogły okazać się absolutną abstrakcją.

Premier Kopacz ma zresztą do Chin wyjątkowego pecha, bowiem jeszcze w 2013 roku jako marszałek Sejmu zasłynęła wyjazdem do Pekinu 4 czerwca, co nie było najszczęśliwszym terminem.

Pokazało to, że albo sama nie kojarzy tej daty, albo nie kojarzy jej bezpośrednie zaplecze Pani premier, albo sama premier ignoruje i bagatelizuje ostrzeżenia i sygnały (jeśli takie się pojawiały).

W tej opowieści zaplecze premier składa się z serdecznych przyjaciółek, które razem spotykają się na kawie, lubią się, dobrze się ze sobą czują, ale nie „ogarniają” otaczającej nas rzeczywistości.

To także dowód zawstydzająco słabej pozycji osób zajmujących się Azją i odpowiadających za politykę wobec Chin w strukturach państwa polskiego. Nigdzie na świecie ani premier, ani jakikolwiek lider, nie jest osobą wszechwiedzącą. Zawsze musi uzyskać wsparcie, zostać przygotowanym, polegać na swoim otoczeniu. W tym wypadku nie było one w stanie uchronić nas przed skandalem, tj. przekonać polską premier, że tak ostentacyjne lekceważenie Chin (i gospodarza Serbię) jest zjawiskiem niespotykanym i wystawia nam fatalne świadectwo.

Chlubny wyjątek wśród osób odpowiadających za polską politykę wobec Chin to z pewnością szef PAIiIZ Sławomir Majman z wielką swobodą obracający się w kręgu kultury chińskiej, cierpliwie budujący relacje wśród wysokich rangą urzędników chińskich i wykonujący od kilku już lat tytaniczną pracę, która będzie jeszcze przez długi czas procentować. Aż strach pomyśleć, jak wyglądałyby relacje polsko-chińskie, gdyby takiej osoby (jak i pozostałych z Departamentu Współpracy Polska-Chiny przy PAIiIZ) wśród polskich urzędników odpowiadających za te kontakty nie było.

Jednak rozwój stosunków polsko-chińskich to dyscyplina drużynowa i jest oczywiste, że nawet sam Ronaldo czy Sławomir Majman tego meczu nie wygra w pojedynkę. Nie można nie docenić pierwszego od wielu lat dyrektora Departamentu Azji i Pacyfiku MSZ Filipa Grzegorzewskiego studiującego wcześniej Chinach i mówiącego po chińsku. Jednak skomplikowana, wielopoziomowa struktura, jaką jest MSZ, najwyraźniej sprawia, iż jego głos nie jest wystarczająco donośny i tym samym nie jest w stanie wykorzystać swoich nieprzeciętnych kompetencji dla budowy relacji polsko-chińskich.

Według tej narracji, pomimo tego że nieobecność na szczycie Chiny-Europa Środkowa szczęśliwie przeszła w Polsce niezauważona (choć niestety nie stało się tak w Pekinie), to jakakolwiek byłaby przyczyna dotychczasowych niefortunnych wpadek premier Kopacz związanych z Chinami, to niestety nadal istnieje ogromne ryzyko popełnienia kolejnych gaf w polityce międzynarodowej. Bowiem absencja czy nieobecność w Belgradzie nie była konsekwencją jakiegoś genialnego planu czy niezwykle twardej, kontrowersyjnej strategii negocjacyjnej, ale wynikiem katastrofalnego zaniedbania.

Oczywiście tę opowieść, o niezdających sobie sprawy z konsekwencji swoich decyzji, popijających kawę i fotografujących się w kolorowych magazynach paniach oraz walącym się i „istniejącym jedynie teoretycznie” państwie to wymarzona narracja dla opozycji, zwłaszcza Prawa i Sprawiedliwości.

To, że nie została jeszcze podjęta, wynika z faktu, iż środowiska związane z PiS i sama partia w niewielkim stopniu interesują się polityka międzynarodową (o czym będzie jeszcze poniżej), a jeśli tak, to raz, że nie uważają Chin za istotnego gracza, a dwa, że za najważniejszego partnera (i gwaranta polskiego bezpieczeństwa) wciąż postrzegają USA. Taka perspektywa sprawia, że Państwo Środka nie jest brane pod uwagę jako istotny strategiczny partner.

OPOWIEŚĆ TRZECIA: Polska skupiona na polityce wewnętrznej, Chiny (i Azja) znikającym punktem

3. Kopacz chaos

W tej opowieści kluczową postacią okazuję się nie tyle nieobecność Ewy Kopacz, co Donalda Tuska i niestabilna sytuacja polityczna w kraju.

Tak się składa, że w 2013 roku znalazłem się w składzie delegacji ówczesnego premiera RP na drugi szczyt 16+1, który odbył się wtedy w Bukareszcie. Jako członkowie delegacji większość czasu spędziliśmy w parlamencie, podczas gdy premierzy udali się do hotelu w centrum miasta. Przez krótki czas mieliśmy jednak okazję porozmawiać z premierem i łatwo można się było zorientować, że nie sprawiał on w trakcie tej wizyty wrażenia osoby szczególnie zainteresowanej czy wiążącej z tą inicjatywą wielkich nadziei. Także obecni na szczycie polscy dziennikarze nie byli tym szczytem zainteresowani, pytając Donalda Tuska głównie o Ukrainę, a nie o to, co działo się w czasie kuluarowych rozmów premierów. Ale jednak ówczesny premier RP – mimo że prowadził politykę, w której akcent położony był głównie na UE i sprawy europejskie – na szczycie China-CEE się pojawił, uznając najwyraźniej, że jego obecność jest wskazana i może pomóc.

Teraz jednak, gdy Donald Tusk wyjechał do Brukseli i objął prestiżowe unijne stanowisko, w Polsce rozpoczął się proces przejęcia i konsolidacji władzy przez Ewę Kopacz. W sposób naturalny zdecydowany priorytet uzyskały sprawy wewnętrzne.

Potwierdzałby to fakt, iż oficjalnym powodem nieobecności Pani premier na szczycie w Belgradzie, były prace nad polskim budżetem…

Pamiętać należy także, iż kilka tygodni wcześniej zlekceważono inny bardzo ważny kraj azjatycki – Japonię. W ostatniej chwili swoją wizytę w Kraju Kwitnącej Wiśni odwołał prezydent Komorowski. Skarżył się na to, w dość emocjonalnym jak na standardy dyplomatyczne tonie, ambasador Japonii, który na bankiecie z okazji urodzin Jego Wysokości Cesarza Japonii, organizowanym w swojej rezydencji, wprawił w spore zakłopotanie zgromadzonych gości informując, iż „w ostatnich tygodniach przeszedł przez bardzo ciężki czas, a o odwołaniu wizyty prezydenta Komorowskiego dowiedział się zaraz po tym kiedy… wylądował w Tokio”.

Popularny wśród osób zawodowo zajmujących się Azją w Polsce żart mówi o tym, że po afrontach wobec Japonii i Chin typowany jest teraz kolejny kraj azjatycki. Pomimo luźnej formy tego komentarza, ze zrozumiałych względów, z szacunku dla naszych azjatyckich partnerów i z uwagi na delikatną materię sprawy, nie dam się wciągnąć do zabawy w typowanie…

Odwołanie wizyty przez prezydenta Komorowskiego można jednak usprawiedliwiać tygodniowym zamieszaniem wokół PKW i wyników wyborów samorządowych. Jednak zdaniem nie wymienianych w tym tekście z imienia i nazwiska osób z kręgów japońskich… utrata twarzy była podwójna, bowiem raz, że odwołano wizytę (w tym spotkanie z cesarzem Japonii), a dwa, że powód niemożności czy nieumiejętności policzenia głosów został w Japonii bardzo źle odebrany. Raczej jako dowód braku profesjonalizmu niż stosowne usprawiedliwienie, na czym dodatkowo ucierpiał prestiż Polski.

W tej opowieści jednak nie sposób do końca winić za te niefortunne decyzje ani prezydenta Komorowskiego, ani premier Kopacz. Niestabilna sytuacja polityczna i krucha równowaga powoduje, iż Polska zwyczajnie nie jest w stanie prowadzić spójnej i skoordynowanej polityki zagranicznej wobec krajów tak odległych jak Japonia czy Chiny i musi – przynajmniej przez jakiś czas – zapewne do jesieni 2015 roku, kiedy odbędą się wybory parlamentarne, skoncentrować się na polityce wewnętrznej.

To – jak pokazują wydarzenia ostatnich tygodni – nie musi się wcale okazać takie proste, bowiem kraj zalewają kolejne fale protestów, a to zgłaszających na policji zaginięcie premier Kopacz lekarzy, a to górników i ich rodzin. Być może za chwilę ujawnione zostaną kolejne rachunki ministra Sikorskiego, wrażenie chaosu dodatkowo się pogłębi, a wówczas zainteresowanie kogokolwiek z polskich elit władzy odległą Azją będzie jeszcze trudniejsze.

Co ciekawe, nic nie zapowiada tego, by po ewentualnej porażce Platformy w wyborach cokolwiek miałoby się w tej w polskiej polityce wobec Chin i Azji zmienić, bowiem problemem wydaje się nie być ta czy inna partia, ale ma on charakter strukturalny.

A to dlatego, że oba ugrupowania w sondażach praktycznie remisują, co oznacza, że żadne z nich nie jest wystarczająco silne, aby skonsolidować władzę w Polsce. A dopiero konsolidacja władzy w Polsce otworzyłaby drogę do bardziej ambitnej polityki, która swoim zasięgiem byłaby w stanie objąć nawet daleką Azję, z Japonią i Chinami, światowym mocarstwem numer dwa włącznie. Dopóki tak się nie stanie i władza nie zostanie skonsolidowana, niezależnie od tego, czy premierem pozostanie Ewa Kopacz, czy będzie nim Jarosław Kaczyński lub Grzegorz Schetyna, to niepokoje i chaos w polityce wewnętrznej będą trwały w najlepsze i będą sprawiały, że znacznie częściej niż z premierem Chin Li Keqiangiem w Pekinie, czy choćby w Belgradzie, polski premier – ktokolwiek nim będzie – będzie rozmawiał z górnikami na Śląsku czy lekarzami w Zielonej Górze.

Wiele wskazuje na to, że opozycja Azją i Chinami interesuje się jeszcze mniej niż premier Kopacz czy obóz rządzący. W grudniu odwiedziłem cztery ambasady krajów Azji Wschodniej i nie spotkałem tam nikogo reprezentującego środowiska związane z Prawem i Sprawiedliwością. Znamienny jest tu przykład Mongolii, w której w 2008 roku Lech Kaczyński próbował nie dopuścić do zamknięcia polskiej ambasady przez Radosława Sikorskiego. Ostatecznie ówczesny szef MSZ ją zamknął, by po kilku latach podjąć wysiłki w celu jej ponownego otwarcia. Jednak przedstawicieli PiS-u czy tez środowisk związanych z Prawem i Sprawiedliwością w ambasadzie Mongolii nie spotkałem. Wygląda na to, że zajęci innymi sprawami nie chcą nawet uznać ponownego otwarcia polskiej placówki w tym kraju za swój sukces i nie szukają ku temu okazji.

Wiele wskazuje na to, że politycy PiS-u, jak i reprezentanci obozu IV RP, nie mniej niż obecna premier skupili się na polityce krajowej i stracili zainteresowanie daleką Azją i światem pozaeuropejskim (może z wyjątkiem Witolda Waszczykowskiego, głównego speca PiS-u od spraw polityki międzynarodowej, byłego ambasadora RP w Iranie i specjalisty ds. Bliskiego Wschodu).

Jedynym azjatyckim akcentem była głośna swego czasu deklaracja prezesa Kaczyńskiego o Polsce, która powinna i „mogłaby być drugimi Chinami”. Jednak ta myśl prezesa PiS afirmująca sukces chińskiej modernizacji i same Chiny, nie została jakoś podchwycona ani przez polityków PiS-u, ani przez niepokornych publicystów (z wyjątkiem prof. Dudka, który w 2008 roku proroczo przewidział strategiczne partnerstwo Polski i Chin, a także Krzysztofa Raka czy Jacka Bartosiaka, choć tego ostatniego raczej nie można łączyć ze środowiskiem PiS).

Prawicowi liderzy opinii, zarówno w mediach tradycyjnych, jak i społecznościowych, często opisują współczesny świat tak, jakby od czasów Ronalda Reagana niewiele się zmieniło i nadal żylibyśmy w rzeczywistości lat 80. XX wieku i zimnej wojny (szczególnie dotyczy to „Gazety Polskiej”). To archaiczna opowieść.

Z powyżej opisanych powodów opozycja nie jest w stanie surowo recenzować rządu w tej materii, czego konsekwencją może być fakt, iż premier Kopacz, nie obawiając się na tym polu krytyki, będzie te tematy odpuszczać w pierwszej kolejności.

Gdyby jednak tę przytoczoną powyżej opowieść o chaosie, w którym Chiny (i Azja) stają się znikającym punktem, uznać za prawdziwą, byłaby ona dla Polski najbardziej pesymistyczna.

Z jednej strony koncentracja wyłącznie na polityce wewnętrznej i próba opanowania chaosu, jaki wyniknął z powodu ustąpienia i wyjazdu Donalda Tuska, kontrowersji związanych z wyborami samorządowymi, aferą kilometrową w Sejmie, kolejnymi protestami lekarzy, górników. Z drugiej największa partia opozycyjna i środowiska z nią związane również skupione na sprawach wewnętrznych, nie stanowiące alternatywy, niezdolne naciskać na rząd, aby ten prowadził w tym obszarze politykę bardziej skuteczną czy choćby tylko bardziej konsekwentną.

Z tego też powodu narracja o chaosie, która powinna odpowiadać opozycji, raczej nie będzie przez nią stosowana, bowiem wygląda, że ona także nie ma pomysłu na aktywność Polski w najszybciej rozwijającym się regionie świata i nadaje relacjom z krajami azjatyckimi czy Chinami priorytet jeszcze mniejszy niż premier Kopacz.

To, co w tej opowieści najbardziej groźne i przerażające, to fakt, iż narracja ta wyjątkowo pasuje i może być używana przez czynniki zewnętrzne zainteresowane osłabieniem polskich relacji z Chinami i Azją. Opowieść o  Polsce jako „chorym człowieku Europy Środkowej”, „pogrążonej w chaosie i skoncentrowanej na rozwiązaniu wewnętrznych problemów” byłaby niezwykle użytecznym narzędziem zarówno dla Rosji, czującej na plecach oddech Chin i obawiającej się bliskich relacji Polski z jej potężnym sąsiadem, ale także innych krajów Europy Środkowej rywalizujących z nami o chińskie inwestycje czy dostęp do chińskiego rynku (np. orbanowskich Węgier) . Oczywiście wszyscy się od tego oficjalnie odżegnują i zapewniają, że o żadnej rywalizacji nie może być mowy, co sprawia, że narracja ta może być używana raczej nieoficjalnie, zapewne w czasie spotkań i rozmów kuluarowych.

Byłby to smutny koniec opowieści o Polsce jako „zielonej wyspie”, bardzo popularnej i bardzo dla Polski także w Azji korzystnej, która zdaniem wielu ekspertów w największym stopniu zdecydowała o tym, że to właśnie Polska a nie Węgry została wytypowana na strategicznego partnera Chin w regionie.

Aby jednak ta narracja stała się obowiązująca, musiałyby zostać popełnione kolejne zaniedbania. Jeśli w ciągu najbliższych tygodni zostaną podjęte odpowiednie działania, a także sytuacja w Polsce się uspokoi, powinna ona zostać zablokowana.

OPOWIEŚĆ CZWARTA: O walkach frakcyjnych w PO i blokowaniu sukcesu Grzegorza Schetyny

Źródło: flickr.com, Platforma Obywatelska RP

Źródło: flickr.com, Platforma Obywatelska RP

Głównym bohaterem tej opowieści jest szef MSZ Grzegorz Schetyna.

W Polsce uchodzi za niezrównanego mistrza partyjnych gier, jednak opinii publicznej nieznana jest zupełnie inna twarz Grzegorza Schetyny: polityka doskonale rozumiejącego Azję i zachodzące w XXI wieku zmiany w świecie. Tak się składa, że przez krótki czas miałem okazję pracować z Grzegorzem Schetyną w czasach, gdy był jeszcze szefem Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych i mogę to potwierdzić.

Odróżnia się tym zdecydowanie na korzyść od swojego poprzednika, który w Polsce uchodził za światowca, a de facto był politykiem wciąż myślącym w kategoriach zimnej wojny i XX wieku. W czasach Radosława Sikorskiego polska polityka wobec Azji to między innymi kilkakrotnie podejmowane próby napisania strategii, które ostatecznie spełzły na niczym, zamykanie polskich placówek dyplomatycznych w najszybciej rozwijającym się regionie świata oraz awansowanie i wysyłanie mówiących po chińsku polskich dyplomatów do Waszyngtonu (i krajów anglojęzycznych), podczas gdy tych wykształconych na Zachodzie… do Chin. O tym, jakie były powody tych posunięć można by napisać kilka oddzielnych tekstów…

Wraz z nowym ministrem zadeklarowana w nowym exposé (o którym poniżej) perspektywa polskiej polityki zagranicznej stała się znacznie szersza, przestała koncentrować się głównie, lub wyłącznie na Europie Zachodniej. Grzegorz Schetyna odwiedził Chiny wielokrotnie, z czego najważniejszą była wizyta w 2010 roku, gdy jako marszałek Sejmu RP przemawiał razem z premierami innych krajów i szefem ONZ na ceremonii zamknięcia EXPO w Szanghaju, co za pośrednictwem transmisji na żywo obejrzało kilkaset milionów widzów.

Jego styl, opierający się na polityce kuluarowej, unikający zabawy Twitterem i niepotrzebnego rozgłosu, budzi szacunek i zaufanie u partnerów azjatyckich, gdzie bardzo ważne jest zachowanie powagi i kontakt osobisty.

Po wyeliminowaniu Waldemara Pawlaka z kierownictwa PSL, Grzegorz Schetyna stał się czołowym polskim politykiem rozumiejącym Azję i doceniającym znaczenie zachodzących tam przemian (obserwował je na własne oczy w trakcie wielu swoich wizyt).

Na ponadprzeciętne kompetencje i predyspozycje Grzegorza Schetyny do prowadzenia skutecznej polityki azjatyckiej, a także cechy w Polsce często niedoceniane czy nawet niezauważane, a w Azji bardzo cenione, nałożyły się dwie inne sprzyjające okoliczności, które czyniły sukces w polityce pozaeuropejskiej jeszcze bardziej prawdopodobnym:

Pierwsza z tych sprzyjających okoliczności to przychylność prezydenta, który również opowiada się za politykę „go global” i szukania szans dla Polski poza Europą, wśród takich krajów jak chociażby wschodzące gwiazdy światowej gospodarki: Brazylia, Indie czy Chiny (to właśnie prezydent Komorowski podpisał strategiczne partnerstwo z Chinami w grudniu 2011 roku). Minister Sikorski jego entuzjazmu dla polityki pozaeuropejskiej raczej nie podzielał. W obecnej konfiguracji zaistniała szansa stworzenia niezwykle skutecznego tandemu Komorowski-Schetyna, bowiem obaj politycy są zgodni, że kierunek pozaeuropejski i wschodzące potęgi gospodarcze takie jak Chiny są ważne i mogą być dla Polski obiecującym kierunkiem (minister Sikorski często dawał do zrozumienia, na przykład w czasie swojej wizyty w Chinach, we wrześniu 2012 roku, że rozwój tego kraju jest jedynie chwilowym epizodem).

O odmiennych wizjach polskiej polityki zagranicznej wobec wschodzących potęg prezentowanych przez prezydenta Komorowskiego i ministra Sikorskiego mówiłem w 2012 roku w poniższym komentarzu (pod koniec).

Druga sprzyjająca okoliczność to fakt, iż w wyniku podziału władzy w polskiej polityce zagranicznej kompetencje dotyczące polityki europejskiej znalazły się w gestii wiceministra Rafała Trzaskowskiego, zaufanego premier Kopacz, a wraz z Donaldem Tuskiem do Brukseli udał się Piotr Serafin, doskonale poruszający się po korytarzach unijnych, wybitny znawca Unii Europejskiej.

To sprawiło, że Grzegorz Schetyna musi skupić się i szukać swoich sukcesów na innym polu niż polityka europejska, a więc prawdopodobnie Ukrainie, USA czy właśnie Chinach. Jasno zapowiadało to jego wygłoszone w październiku 2014 roku exposé, pod wieloma względami bezprecedensowe, w którym wybiegał daleko w przyszłość, mówiąc o tym, iż po zamknięciu unijnej perspektywy budżetowej 2014-2020 szansą Polski jest rozwój handlu z krajami pozaeuopejskimi, w tym głównie z Chinami i globalizacja polskiej polityki zagranicznej.

Nie jest tajemnicą, że premier Ewa Kopacz – delikatnie rzecz ujmując – nie darzyła zbytnią sympatią frakcji Grzegorza Schetyny. Niewykluczone, że być może nadal obawia się mistrza partyjnych gier, jakim jest obecny szef MSZ. A to mogłoby oznaczać – przynajmniej w tej opowieści numer cztery – że jakiekolwiek sukcesy potencjalnego rywala do władzy w partii nie do końca byłyby na rękę Pani premier.

Oczywiście 12 miesięcy, a tyle pozostało do wyborów w 2015 roku, to czas zbyt krótki, by Grzegorz Schetyna osiągnął w relacjach z Chinami jakieś znaczące sukcesy. Gdyby jednak do nich doszło, z pewnością zostałyby one zapisane na jego konto i wzmocniłyby jego pozycję.

Ostentacyjna absencja premier Kopacz na szczycie premierów Chin i Europy Środkowej w Belgradzie sprawiła, iż przez co najmniej rok jakikolwiek sukces w relacjach z Chinami nie wydaje się już możliwy. A rok to akurat czas, jaki upłynie do wyborów parlamentarnych, czyli następnego politycznego rozdania, w którym Grzegorz Schetyna może mieć jednego asa mniej, a takim asem mógłby okazać się oczekiwany od wielu lat znaczący sukces w relacjach polsko-chińskich.

W tej opowieści o walkach frakcyjnych ostentacyjna absencja premier Kopacz również byłaby celowa i nieprzypadkowa. Nie chodziłoby jednak o wielką grę z wielkimi Chinami, jak w opowieści pierwszej, ale o zablokowanie w partyjnych zmaganiach Grzegorza Schetyny i uniemożliwienie mu – przynajmniej na tym polu – znaczącego sukcesu, który akurat w jego przypadku był bardzo prawdopodobny.

Narracja walk frakcyjnych nie będzie używana przez żadną ze stron domniemanego konfliktu wewnątrz PO (nawet jeśli taki w ogóle istnieje). Mogą jej natomiast używać dziennikarze, ale bardziej jako ilustracje czy przykład opisywanych, prawdziwych lub wymyślonych napięć wewnątrz obozu rządzącego.

OPOWIEŚĆ PIĄTA: Abdykacja elit i nowe średniowiecze

5. Sredniowiecze

W tej opowieści głównym bohaterem nie jest premier Kopacz i jej motywy działania, ale kryzys demokracji, w którym polityka stała się gałęzią show biznesu, co uniemożliwia właściwą diagnozę sytuacji. To wszystko sprawia, że elity zamiast nadawać ton, upodabniają się do mas, przez co nikt nie potrafi oddzielić wydarzeń kompletnie błahych i pozbawionych sensu od tych istotnych i doniosłych.

Chiny będą w XXI wieku kształtować świat i to fakt w tej opowieści bezsporny. Wzrost znaczenia Chin (The Rise of China) to proces coraz bardziej widoczny na wszystkich kontynentach. Gospodarka chińska ma ogromny wpływ na gospodarkę światową, a za tym idą w coraz większym stopniu wpływy polityczne i gospodarcze w Afryce, Australii, a nawet Ameryce Łacińskiej, które będą się jeszcze bardziej zwiększały. Chiny w coraz większym stopniu zaczynają być obecne także w naszym regionie. Inicjatywa 16+1 to próba kształtowania nowego ładu w Europie Środkowej przez drugą gospodarkę świata. Nowy początek.

A jednak, jak się okazuje, nie interesuje nas proces, który nas bezpośrednio dotyczy i który może mieć bardzo istotne znaczenie także dla Polski w XXI wieku (oczywiście nie „tu i teraz”, ale w perspektywie znacznie odleglejszej niż trzydzieści dni). W Polsce niewiele osób w ogóle wie, że taki szczyt się odbył, a media ani mainstreamowe, ani „niepokorne” o nim nie informowały. Jeśli tak, to jedynie zdawkowo i z kronikarskiego obowiązku.

Znamienne, iż 16 grudnia, a więc w dniu w którym odbywał się szczyt Chiny-CEE, zostałem zaproszony do jednej ze stacji telewizyjnych, by… skomentować stosunki amerykańsko-chińskie. Z kolei w czasie szczytu ASEM w Mediolanie w głównym wydaniu wiadomości pominięto w ogóle informacje o spotkaniu premier Kopacz z premierem Chin. Doprawdy trudno zrozumieć dlaczego ta informacja się nie ukazała.

A zatem w tej narracji polskie społeczeństwo żyje jakby w matriksie i nie dostrzega zmieniającego się wokół świata. Skoncentrowane na – często pozbawionych większego znaczenia – popisach retorycznych przemieszczających się po telewizyjnych studiach celebrytów (celebrytów, którzy stali się politykami albo na odwrót) czy „rozrywce informacyjnej”. Dotyczy to zresztą nie tylko Polski, ale całej Europy Zachodniej. Rozrywka i show „przykryły” politykę rozumianą jako podejmowanie trudnych i ważnych decyzji. Właśnie dlatego informacje o spotkaniu z premierem Chin w Mediolanie czy ostentacyjne niepojawienie się premier Kopacz w Belgradzie w ogóle się nie przebijają, a przecież są dużo istotniejsze od tych, które funkcjonują w obiegu publicznym.

Według tej opowieści Polska została zamknięta w pułapkę matriksu. Jak to się stało?

W latach 90. sporym problemem w relacjach polsko-chińskich (które praktycznie do 2008 roku zostały zawieszone) był przekaz medialny. Chiny – wówczas o wiele mniej znaczące niż dziś – albo pomijano, albo przedstawiano jako kraj z Orwella.

Wtedy za ten stan rzeczy winiono media tradycyjne. Ale dzisiaj straciły one monopol na kształtowanie przekazu i choć są wciąż najistotniejszym, to jednak tylko jednym z elementów kształtujących całościowy przekaz. Obok nich funkcjonuje Internet, portale, blogi, media społecznościowe. Nie można już zatem winić niewidocznych i pozostających w cieniu wydawców za to, że niczym demiurgowie kształtują rzeczywistość selekcjonując tematy, jedne ożywiając, a inne skazując na zapomnienie. Dziś skoro każdy wpis na Facebooku czy tweet może zostać (teoretycznie) przeczytany przez miliony osób, media nie są już niezbędne jako informacyjny pośrednik.

Mimo to rezygnacja polskiej premier z udziału w szczycie Chiny-Europa Środkowa (jako jedynej ze wszystkich 16 premierów) nie została zauważona ani w programach informacyjnych, ani w Internecie, gdzie została zresztą „przykryta” przez list Brigitte Bardot do Ewy Kopacz (w obronie zwierząt).

Pomimo nieustającego lamentu nad „upadkiem naszej debaty publicznej” zawsze powtarza się ten sam charakterystyczny dla tej opowieści scenariusz. Im więcej emocji (niekoniecznie więcej sensu), tym bardziej słupki idą w górę, edytorzy i wydawcy publikują, wpływowi komentatorzy komentują, sieć huczy o spekulacji i plotek i debata (nad coraz bardziej błahymi sprawami) się kręci.

Nie pierwszy raz sztuczne konflikty czy kłótnie skutecznie „przykrywają” fakt o tak dużym znaczeniu, jak zlekceważenie Chin i ich inicjatywy środkowoeuropejskiej. Błędne koło się zamyka.

Dzieje się tak, bowiem elity nie mogą, a może nie potrafią lub nie chcą, zakwestionować paradygmatu słupków oglądalności i klikalności jako jedynego kryterium prestiżu. Oprócz mediów masowych nie istnieją żadne inne, w których toczyłaby się jakakolwiek debata, mająca – to warto podkreślić – wpływ na rzeczywistość.

Ale to nie jedyny przejaw abdykacji elit w tej opowieści.

Drugi, to ostry podział na PO i PiS (lub PiS i anty-PiS). Sprawia on, że każdy temat, który nie wpisuje się w wojnę polsko-polską, nie dzieli dwóch najważniejszych polskich partii i ich zwolenników, w zasadzie nie istnieje i nie ma racji bytu. Temat The Rise of China i jego konsekwencji dla Polski ani nie generuje wystarczających emocji, ani nie wpisuje się w ostry podział, a więc nie może na poważnie zaistnieć.

To, że podziałem żywią się politycy i media, że emocjom ulegają masy, to rzecz normalna. Taka ma być demokracja. Tabloidyzacja i infotaiment to zjawiska naszych czasów. To dzieje się (być może jeszcze w większym stopniu) w krajach Zachodu – w USA, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Francji. Doświadczają tego nawet Chiny i kraje azjatyckie Japonia czy Korea – Polska nie jest tu samotna wyspą. Ale czemu w Polsce dołączają się do tego elity? Albo gdzie się podziały? Dlaczego nie traktują PR-u, tabloidyzacji czy popkultury wyłącznie jako kostiumu czy narzędzia?

Tabloidyzacja i polaryzacja zepchnęły Chiny – kraj niezwykle istotny, światowe mocarstwo numer dwa – na peryferia polskiej debaty, do tego stopnia, że ostentacyjne zlekceważenie Państwa Środka i niepojawienie się w Belgradzie nikogo nie bulwersuje ani emocjonuje, bo w zasadzie nikt tego w ogóle nawet nie zauważył.

Nie rozumieją tego Polacy, którzy wyjeżdżają poza Europę, mają tam rodziny, prowadzą tam interesy, ale w coraz większym stopniu także Polacy mieszkający poza granicami kraju. Z Londynu, Dublina czy zachodniej Europy Asian Century jest o wiele bardziej widoczne. Stamtąd Polska, żyjąca w swoim własnym świecie, której perspektywa nie sięga dużo dalej niż bliskie sąsiedztwo, jest jeszcze bardziej zadziwiająca.

W coraz większym stopniu dziwią się temu także dyplomaci państw azjatyckich, którzy na oficjalnych spotkaniach dają do zrozumienia, że nikt się nimi nie interesuje i często są traktowani tak, jakby nadal trwał XX wiek i czasy dekolonizacji.

I ostatnia rzecz. Dlaczego w tytule tej opowieści oprócz abdykacji elit pojawia się średniowiecze?

Mamy do czynienia ze średniowieczem w tym sensie, że wówczas także o wydarzeniach, które decydowały o losach całych pokoleń wiedzieli bardzo nieliczni. Miejscowa ludność obserwująca wielkie bitwy tamtych czasów, nawet nie do końca wiedziała, kto z kim walczy i o co.

Cyfrowy obieg informacji i postęp technologiczny dostarczył narzędzia wyszukiwania i dostępu do nieograniczonej liczby informacji, ale zamiast obywateli stworzył  społeczeństwo jednostek, które przylgnęło do ekranów komputerów czy smartfonów w poszukiwaniu rozrywki lub w najlepszym razie „tematów zastępczych” z reguły pozbawionych większego znaczenia, tym samym cofnął nas do czasów średniowiecza, gdy 90 procent ludności nie zajmowało się polityką i jej nie rozumiało (istotna różnica: dziś każdy może głosować).

Ślepy demos, jak z Dialogów Platona, bawiący się w przyznawanie lajków i retweetów i elity, coraz bardziej upodabniające się do mas, dołączające do zabawy i niezwracające uwagi na dziejącą się na ich oczach lub tuż obok historię.

Ta ostatnia już opowieść o „chocholim tańcu”, „matriksie” czy „nowym średniowieczu” jest raczej niszowa i ma niewielkie szansę, aby się przebić. Nie jest dla nikogo atrakcyjna. Ani dla dwóch głównych dominujących w Polsce dyskursów, ani dla elit.

Można jej także zarzucić, że elity wcale nie abdykowały. W pełni kontrolują sytuację, a kolejne „tematy zastępcze” mają kanalizować społeczne zainteresowanie i odwracać uwagę mas, jak dzieje się to wszędzie na świecie w dojrzałych demokracjach. Tym samym nasze elity są doskonale zorientowane w tym, co dzieje się na świecie i planują już kilka ruchów naprzód, a nic co dzieje się w polityce międzynarodowej nie jest przypadkowe, nawet jeśli się takie wydaje.

Poza tym, jeśli – Droga Czytelniczko/Drogi Czytelniku – dotarłeś do tego miejsca, wcale nie jest tak źle :)

Alternatywne opowieści i narracje

6. Kopacz telefon

Oczywiście pojawiają się również inne alternatywne narracje, opowieści, w tym także przeróżne spiskowe teorie, które poniekąd wynikają z tego, że zachowanie premier RP było bardzo niestandardowe czy wręcz nieprawdopodobne, co zawsze sprzyja i prowokuje równie nieprawdopodobne wyjaśnienia. Na przykład takie, że Ewa Kopacz najwyraźniej decyzji o absencji na szczycie w Belgradzie nie podjęła samodzielnie, a na jej biurku zadzwonił tajemniczy telefon.

Ale skąd ten telefon miałby niby zadzwonić? Przecież – jak twierdzi Henry Kissinger – do Unii Europejskiej nie można się dodzwonić, bo nie wiadomo do kogo wykręcać tam numer, a to oznaczałoby chyba, że skoro nie można tam do nikogo się dodzwonić, to równie mało prawdopodobne jest to, żeby… ktoś zadzwonił stamtąd.

Równie mało prawdopodobna jest teoria, że zadzwonił Donald Tusk, rzekomo zainteresowany wzmocnieniem proeuropejskiego kursu Polski, który platforma 16+1, rozumiana jako inicjatywa 11+5+1 (11 członków UE plus 5 innych krajów Europy Środkowej plus Chiny), osłabia, wbijając klin między kraje Unii. Tyle tylko, że Donald Tusk dopóki był premierem sam brał udział w spotkaniach, a nawet zgodził się być gospodarzem pierwszego szczytu.

Nieprawdopodobny wydaje się także telefon z Waszyngtonu. Amerykanie mają obecnie inne zmartwienia w polityce zagranicznej (Państwo Islamskie) i nie wydaje się by w XXI wieku w ich rywalizacji z Chinami akurat Polska czy Europa Środkowa odegrała jakąś istotną rolę. USA już wielokrotnie i bardzo dobitnie pokazały, iż nie przywiązują dużej wagi ani do Polski, ani do regionu. Nawet jeśli powstały jakieś naciski, by wycofać się czy torpedować inicjatywę 16+1, ze strony globalnego hegemona, jakim są i jeszcze na długo pozostaną USA, to skuteczniej można byłoby to robić, pozorując zainteresowanie i regularnie pojawiając się na szczytach, zamiast ostentacyjne pokazywać, że nie mają one sensu.

Oczywiście podobne narracje można przytaczać bez końca. Zapewne będą się pojawiać w Internecie czy blogosferze. Wiele tego typu spekulacji słyszałem, ale nie warto ich przytaczać.

Możliwe scenariusze

Po absencji premier Kopacz strona chińska zawiesiła wszystkie spotkania dwustronne między Polską a Chinami. Co dalej?

Scenariusz pierwszy to rezygnacja Chin z polskiego przywództwa. Nie zostanie ono zastąpione zapewne przywództwem węgierskim (za mały potencjał tego kraju, a także zbyt wiele kontrowersji, jakie wzbudza on w EU), jak chciałby tego Viktor Orban, ale na czoło wysunie się zapewne kilka innych krajów. Właśnie Węgry, ale także Rumunia i być może tradycyjnie bliska Chinom Bułgaria i Serbia. Po zgodzie Chin na abdykację Polski 16+1 stanie się więc grupą bez formalnego przywódcy.

Scenariusz drugi to podjęcie w Pekinie decyzji o zmianie formuły i stopniowej dekompozycji 16+1 (być może o to chodzi stronie polskiej?). Wówczas zastąpiłoby je forum, w skład którego wejdą kraje najbardziej zainteresowane współpracą z Chinami, co będzie oznaczało prawdopodobne przesunięcie akcentu z Wyszehradu na Węgry i Bałkany. Z czasem i Chiny wyciągną z tego wnioski i zaproponują (pro)unijnej części Europy Środkowej inną formułę, a 16+1 powoli zakończy swoje istnienie w obecnej formule.

Scenariusz trzeci jest mało prawdopodobny – to trudne dzisiaj do przewidzenia zmiany, które spowodują, iż Polska aktywnie podejmie temat rozwoju współpracy z Chinami w ramach 16+1. Już dziś przedsiębiorcy biorący udział w spotkaniach, które organizowaliśmy lub współorganizowaliśmy w 2014 roku jako CSPA, przyznawali, że dziś przyszłością są rynki pozaeuropejskie. Podkreślał to w swoim exposé także minister Schetyna, mówiąc o globalizacji polskiej polityki zagranicznej. Ale czy zaistnieje koniunktura dla tego typu polityki?

Scenariusz czwarty – równie mało prawdopodobny. Chiny niezrażone postawą Polski utrzymają koncepcję Polski jako lidera Europy Środkowej. Podejmują wysiłki na rzecz budowy Jedwabnego Szlaku 2.0 z Polską jako istotnego jego elementu i Łodzią jako hubem na Europę Środkową.  Pomogą polskiemu Ministerstwu Rolnictwa w złożeniu wniosku o dopuszczenie do sprzedaży na rynku chińskim polskich jabłek, a także posłużą pomocą w wytypowaniu innych polskich towarów spożywczych, stopniowo dopuszczając je do rynku. Chyba zbyt piękne, aby okazało się prawdziwe…

Najbardziej prawdopodobny scenariusz w 2015 roku to rok przestoju i poszukiwania nowej formuły w relacjach polsko-chińskich i być może także całej 16+1.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
R. Pyffel: Pięć opowieści o tym, dlaczego premier Kopacz nie pojechała na spotkanie 15 premierów Europy Środkowej z chińskim premierem w Belgradzie? Reviewed by on 13 stycznia 2015 .

16 grudnia 2014 r. odbył się w Belgradzie trzeci już szczyt Chiny-Europa Środkowa (tzw. 16+1) Wziął w nim udział premier Chin Li Keqiang oraz premierzy wszystkich zaproszonych krajów Europy Środkowej poza Ewą Kopacz, którą zastępował wicepremier Tomasz Siemoniak. Nieobecność polskiej premier na szczycie to rzecz zdumiewająca. Polska, największy kraj Europy Środkowej, została uznana przez Chiny

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 21

  • Wielkie dzięki wszystkim za wszystkie komentarze, a także kilkuset innym osobom za „polubienie” tego artykułu i „podawanie go dalej”.

    @Anarcha- przepraszam że nie reagowałem i nie brałem udziału w dyskusji. Jak sie Pan domyśla otrzymałem kilkadziesiąt telefonów po tym tekście i toczyłem dyskusje ( bardziej lub mniej przyjemnie :) już w realu.

    Prosze też pamiętać, że CSPA jest pozbawiona budżetowego wsparcia, utrzymuję się w dużej mierze ze składek darczyńców.

    W pierwszej kolejności jestem więc do dyspozycji tych ludzi którzy nas wspierają, a ich akurat ten tekst bardzo zaciekawił i to spowodowało ze zabrakło już czasu na dyskusje w internecie.

    Oczywiście nie jestem w stanie opdowiedziec na kazdy komentarz w internecie, ale na polska-azja.pl bede staral sie odpowiadac, natomiast taka sytuacja ze od razu odpowiadam i angazuje sie w dyskusje jest niestety niemozliwa- bardzo za to przepraszam.

    Co do Jedwabnego Szlaku- to dla Chin jest to b.wazny projekt i beda go kontynuowac. Zrobia to z Polska, czy bez Polski. Czy bedziemy jednym z glownych hubow tego szlaku, czy bedziemy tylko korytarzem przez ktory beda przejezdzac pociagi, czy w ogole nas nie bedzie w tym projekcie ( byloby trudno pominac, ale jest to mozliwe)- to zalezy tylko od nas.

    Wiadomo ze Rosja tego nie chce i wolalaby skierowanie szlaku w strone swych sojusznikow w Europie Srodkowej.

    Rosja ma w tej sprawie sporo do powiedzenia, ale jak twierdzil jeden z wysoko postawionych Chinczykow z ktorym niedawno rozmawialem- „dosc latwo sie z nia teraz rozmawia”.

    Po stronie polskiej oczywiscie nie widze swiadomosci waznosci tego projektu, a tym samym takze woli i determinacji.

    Jesli Chinczykom uda sie przelamac „opor materii” w PL to Jedwabny Szlak pojdzie przez Polske i zostana dwie opcje ( hub, albo korytarz), ale jesli uznaja ze koszty przelamania oporu sa wieksze niz ominiecie Polski, to raczej omina, lub stworza alternatywy. Na razie jakos chyba strasznie zniechęceni nie sa.

    Oczekuje jakis dzialan od polskiej administracji, ale przyznam szczerze ze mam duzo pracy i nie mam czasu za darmo i na wlasny koszt informowac o tym jak bardzo jest to wazne i przekonywac do tego pomyslu.

    Jeszcze raz dziekuje za ogromne zainteresowanie tym tekstem i wszystkie komentarze.

    • To zmienia postać rzeczy, gdybym miał pojęcie o przytoczonych przez Pana okolicznościach nie byłoby sprawy, na przyszłość postaram się o tym pamiętać, zresztą z mojej strony nie było focha a co najwyżej lekka irytacja. Cieszę się, że tekst spotkał się z takim odzewem, znaczy się iż coś jest na rzeczy, domyślam się że następny artykuł jest tego pokłosiem, być może jeśli nastąpi postulowane przez Pana urealnienie polskiej polityki względem Chin do poziomu ich poszczególnych prowincji przy uwzględnieniu tamtejszej skali coś wreszcie drgnie w tej materii, oby, na razie jednak nasi rządzący mają inne problemy na głowie i nie mam tu na myśli bynajmniej jakichś górników czy hutników a raczej stojące za obecnymi protestami wewnętrzne przetasowania w obozie władzy… O jakiejś polskiej strategii w stosunku do Chin będzie mowa, o ile w ogóle, dopiero gdy wyklaruje się nowy układ sił i porządek nad Wisłą, nie wcześniej, co nie zmienia faktu iż niezależnie od istotnej politycznej bieżączki już dziś należy o tym myśleć i planować ewentualne rozwiązania, jednak nie w oderwaniu od realiów. Na koniec jedna uwaga – dobrze iż ukazał się na portalu artykuł p. Palonki o projekcie ”Silk Road” [ mam nadzieję, że nie będzie to objawem mojej megalomanii jeśli uznam iż w dużej mierze dzięki moim monitom ] ale dlaczego tylko w wersji anglojęzycznej ? Rozumiem taki zabieg w przypadku analiz uznanych za godne przybliżenia ich obcemu czytelnikowi, jednak nie ma większego sensu w stosunku do krajowego odbiorcy na polskim jakby nie było portalu, kwestia znajomości języka nie ma tu żadnego znaczenia – równie dobrze można uznać, że najlepiej opisywać chińskie realia w najbardziej adekwatnym bo swoistym dla nich języku i umieszczać tu teksty pisane ”po mandaryńsku”.

  • [ Próbowałem wrzucić poniższy komentarz ale był uporczywie odrzucany jako ”spam” być może przez sporą liczbę zawartych w nim linków, w takim razie postanowiłem je usunąć, może w tej okaleczonej formie przejdzie, pewna niejasność wywodu jaka stąd może się pojawić nie jest jak widać moją winą ]

    Rozwinę jeszcze wątek ”Nowego Szlaku Jedwabnego” bo uważam go za kluczowy a na pewno ważniejszy niż nieobecność jakiejś trzeciorzędnej figury na szczycie, która tylko kompromitowałaby go – powtórzę, jeśli Chińczycy mogli uznać to za afront znaczy iż kompletnie nie orientują się w rzeczywistym układzie sił w obecnym rządzie, p. Siemoniak jest figurą na pewno znaczącą o wiele bardziej choć i on w ostateczności jest wg mnie również figurantem ale obozu belwederskiego, a to już nieco insza inszość. Skądinąd zastanawiające, że wspomniany projekt nie doczekał się dotąd na tym portalu godnego omówienia chyba, że coś nie tak z wyszukiwarką na stronie, jedyną wartą uwagi analizą jaką znalazłem jest artykuł p. Behrendta sprzed 3 lat o chińskiej ekspansji w Azji Środkowej :

    – wiele dała mi do myślenia zasygnalizowana w nim postępująca militaryzacja chińskiej kolei, zarazem zdumiała nieco informacja iż ”Chiny zdecydowały się zaangażować w prowadzony pod patronatem ONZ projekt Kolei Transazjatyckiej (TAR), mającej połączyć Chiny z Europą. Sami Chińczycy mówią o tym projekcie jako odrodzeniu dawnego Jedwabnego Szlaku; nie należy przy tym mylić TAR z europejską inicjatywą Korytarza Transportowego Europa-Kaukaz-Azja (TRACECA) znanego jako „Nowy Jedwabny Szlak”, od którego Pekin stanowczo się odcina” – ? Jak więc mam rozumieć takież newsy :

    [ proszę wklepać w wyszukiwarkę ”nowy szlak jedwabny”, bez trudu znajdziecie państwo polskie artykuły, zwłaszcza na stronach poświęconych finansom ]

    a zwłaszcza :

    [ tu znajdował się odnośnik do strony na xinhuanet ”newsilkway” ]

    – albo więc ktoś tu się myli lub też mamy do czynienia z semantycznym zamieszaniem wynikającym stąd, że istnieją dwa różne, niezależne od siebie [ ? ] projekty ”nowego szlaku jedwabnego”, tak czy siak wskazuje to jednak iż coś jest na rzeczy i sprawy lekceważyć nie można nawet jeśli wciąż jest w powijakach. Szukając informacji na ten temat natrafiłem otóż na takową ciekawą mapkę :

    [ – na pewnym polskim forum, gdzie projektowana linia kolejowa z Chin kończyła sie w ”Slavkovie” ]

    – podążyłem więc tym tropem zaciekawiony cóż to jest ten cały Sławków – i otóż :

    [ tu strona terminalu ]

    – jak więc widać miejsce o tak strategicznym położeniu wygląda na przeznaczone wręcz by stać się istotnym elementem euroazjatyckiego szlaku transportowego, cóż z tego skoro najnowsze informacje jakie znalazłem wskazują iż przedsięwzięcie utknęło w martwym punkcie niemal jawnie sabotowane przez władze PKP :

    [ news pod tytułem ”euroterminal w sławkowie potrzebuje inwestycji by móc rywalizować z europejską konkurencją” z 2014 02 25 ]

    – oczywiście można uzasadnić taką postawę obecną sytuacją na Ukrainie, tyle że ten stan rzeczy nie będzie trwał wiecznie tym bardziej iż pewne symptomy jak likwidowanie przez Moskwę zbyt niezależnych ”separatystów” itp. świadczą, że idzie z wolna na ”normalizację” a obecny intensywny ostrzał lotniska w Doniecku bynajmniej temu nie przeczy – zwyczajnie Moskwa chce zyskać lepszą pozycję przetargową przy nieuchronnym dogadaniu się z Zachodem ponad głowami Ukraińców i Rosjan z terenów zajętych na Ukrainie. Przy okazji rozbawił mnie bardzo wiceminister infrastruktury p. Kubiak, który w swym wystąpieniu podczas niedawnej poświęconej omawianemu zagadnieniu konferencji w Baku :

    ”podkreślił, że Polska wspiera rozwój usług ułatwiających tranzyt przez swoje terytorium, angażując się w liczne inwestycje w zakresie budowy i modernizacji infrastruktury drogowej, kolejowej, a także lotniczej. Dodał, że poprzez rozbudowę centrów logistycznych nasz kraj wspiera rozwój multimodalnych połączeń transportowych. – Dzięki rozbudowie infrastruktury transportowo-logistycznej Polska jest bramą Europy, stwarzając najbardziej optymalne możliwości wykonywania przewozów do wszystkich części kontynentu europejskiego – podkreślił. Przykładem tego są punkty przeładunkowe Małaszewicze na granicy z Republiką Białoruś oraz Sławków na południu Polski.”

    [ na str. min. Infrastruktury i rozwoju pod nazwą Nowy Jedwabny Szlak euroazjatycki pomost transportowy” ]

    – jak z powyższego jasno widać pan wiceminister raczy kpić, jeśli tak ma wyglądać to całe szumne ” wspieranie rozbudowy i modernizacji infrastruktury” zwłaszcza kolejowej jak to obecnie dzieje się w Polsce to… już widzę jak my się stajemy tą ”bramą do Azji” albo Europy, łotewer. W związku z tym ryzykując śmieszność i epitet oszołoma od ”teorii spiskowych” ośmielę się postawić pytanie – czy obecny burdel, bo inaczej nazwać tego nie sposób i skandaliczna zapaść jaka panuje u nas w dziedzinie transportu kolejowego jest li tylko efektem niedołęstwa obecnych władz czy też jacyś ”inni szatani są tam czynni” tzn. ”komuś” zależy na tym aby torpedować powstanie euroazjatyckiego szlaku komunikacyjnego z jego wszystkimi geopolitycznymi skutkami – a jeśli tak to komu ?

    • Avatar []_ (||) []_ //\

      Dobrze. Teraz też już wiem że linków tu nie lubią. Ale po wpisaniu u wujka Gógla „15.10 do Urumczi” a następnie „Marzenie pionierów kolei staje się faktem, czyli tory łączą cały świat” powinny się pojawić dwa wpisy pewnego argentyńskiego polonusa który całą tę sprawę analizuje od strony ciut bardziej technicznej.
      Dla zainteresowanych w skrócie: do Europy mają prowadzić dwie trasy. Jedna przez Iran i Turcję (dla tych co mieli 5 z gegry, tak, to oznacza że przez Afganistan i dzisiejszy Kalifat również), a druga górą, przez Kazachstan, Wołgograd (?) i Ukrainę. Miłego czytania.

      Co do meritum wpisu to największą chyba dotąd zaletą (jeśli nie jedyną) obecnej pani premier była dyspozycyjność posunięta do granic ślepej lojalności. Lojalności która nie pozwalała się jej zawahać w momencie w którym wymagano od niej publicznego, bezczelnego kłamstwa, czy działania na szkodę tysięcy „wyborców”. Vide to co działo się tuż po zaginięciu prezydenta w drodze do Smoleńska, czy podczas jej ministrowania resortowi zdrowia, że o marszałkiniowaniu nie wspomnę. Sądzę że dostawszy z rana telefon z +49 „Ewka, ty dzisiaj nigdzie nie jedziesz.” nie zastanawiała by się nawet dlaczego.

      • Avatar Anarcha

        Dziękuję za ciekawe linki i odpowiedź w ogóle bo póki co nie doczekałem się żadnej innej reakcji nawet od autora tekstu na co zwłaszcza liczyłem. Co do p. Kopacz osobiście podejrzewam, że jest robotem czy też aby być politpoprawnym i dżenderowym – robocicą. Myślę, iż to taki globalny trend, podobnie jak z Obamą – jedni się zastanawiają czy jest pederastą, inni czy bardziej komuchem lub też agentem CIA, ja natomiast sądzę iż jest on cyborgiem, co prawda psującym się nader często, ot choćby wczoraj oglądałem jego zabawne przemówienie sprzed paru lat podczas którego zwracał się do swej małżonki per ”Michael” co dało rzecz jasna asumpt do spekulacji iż first lady jest ”transem”, w każdym razie inauguracja pierwszej kampanii prezydenckiej ”projektu Barack” miała miejsce w Dolinie Krzemowej z tego co pamiętam, zapewne chcieli wypróbować prototyp… Wołodia Putin również wraz z przyrastającą w tempie geometrycznym ilością silikonu na twarzy zamienia się w transformersa – niedługo będzie jak stal, prawdziwy ”mocny człowiek”, po śmierci od razu będą go mogli dać do mauzoleum, preparacja nie będzie potrzebna. Cóż, takie czasy.

  • Już dawno nie czytałem tak bardzo analitycznego i otwartego a także odważnego tekstu na temat naszych relacji z Chinami. Już tylko za to należą się autorowi wielkie gratulacje. Dla mnie jest to najlepszy tekst jaki autor napisał na „chiński” temat, a pisze on już na te tematy od lat.
    Analiza dotyczy nie tylko nieobecności p. premier Kopacz na wielce prestiżowym spotkaniu, ale także kondycji polskiego państwa, jego elit, zainteresowań społecznych a także szeroko rozumianych zmian kulturowych w świecie mediów. Dodatkową zaletą artykułu jest nie tylko dogłębne przedstawienie najbardziej możliwych przyczyn nieobecności premiera, ale fakt, że autor nie opowiada się za żadnym scenariuszem, z żadnym się nie identyfikuje, zostawiając czytelnikowi swobodę wyrobienia sobie własnej opinii.
    Autor wykonał gigantyczną pracę przedstawiając wielość opowieści (ja nazywam to wariantami) opisujących przyczynę nieobecności p. Kopacz. Dodatkowo też każdy z nich zawiera kilka wariantów, co czyni pracę kompletną.
    Do mnie najbardziej przemawia scenariusz, że ostentacyjne zlekceważenie szczytu Chiny-Europa Środkowa przez premier Kopacz było działaniem całkowicie świadomym i zamierzonym, z małą poprawką, ale nie bynajmniej w celu żeby podbić cenę Polski. Uważam, że w tej sytuacji drugi scenariusz, jako osoby nieradzącej sobie na scenie polityki zagranicznej może być w tym przypadku tylko uzupełnieniem pierwszego. Bardzo mało prawdopodobny jest scenariusz trzeci. O ile odwołanie wizyty prezydenta Komorowskiego można jeszcze wytłumaczyć napięta sytuacją powyborczą, to nie da się wytłumaczyć absencji pani premier ze względu na sytuację wewnętrzną. Ten scenariusz należy po prostu odrzucić. Scenariusz czwarty to kij, który ma dwa końce. On uderza nie tylko w pozycję ministra Schetyny ale też i to jeszcze bardziej w samą premier, której od teraz można przypisywać wszelkie niepowodzenia w relacjach z Chinami. Gdyby rzeczywiście chciano zaszkodzić ministrowi poprzez blokowanie jego sukcesów to zrobiono by to w sposób o wiele mniej ostentacyjny, bez narażania prestiżu premiera, choćby w sposób przez blokowanie różnych inicjatyw, opieszałość .. itp Z kolei scenariusz piąty, choć brzmi ładnie na papierze, jest mało prawdopodobny jako powód absencji. To zbyt duża ranga spotkania, żeby je zlekceważyć, ze względu na to, że od tego słupki nie podskoczą.
    Chińczycy zareagowali bezwzględnie, zawiesili spotkania dwustronne. Dla nich nieobecność polskiej premier to nie tylko policzek ale też powód do analizy, co się stało i jaką teraz należy podjąć politykę względem Polski. Do tej pory nasze stosunki z Chinami, mimo marnych rezultatów w wymianie gospodarczej, szczególnie w naszym eksporcie rozwijały się pomyślnie. Mieliśmy wielka szansę na dokonanie jakościowego skoku. Autor słusznie zauważył, że wraz ze zmianą na stanowisku ministra spraw zagranicznych, nastąpiło nowe otwarcie na Chiny. Odejście min. Sikorskiego, który w chwaleniu się nieistniejącymi sukcesami mógłby rywalizować z samym fredrowskim Papkinem, odblokowało pewne procesy. Minister Schetyna w swojej wizji polityki wobec krajów Azji, na głowę bije wszystkim innych polityków (poza b. premierem Pawlakiem). Min. Schetyna jest pierwszym polskim min. spraw zagr. który nie tylko rozumie ale w praktyce dąży do dywersyfikacji kierunków polskiej polityki zagranicznej ze znacznie większym naciskiem na kontakty z regionem, który niedługo stanie się najważniejszym gospodarczym regionem świata, Dzielnie w tym mu sekundują odpowiednie zespoły z MSZ i przede wszystkim w PAIiIZ. Dziś tej dobrze rozwijającej się pracy, mającej na celu o wiele bardziej aktywne zaistnienie Polski w tamtym rejonie został zadany ciężki cios.
    Z tego względu warto też rozważyć inne scenariusze, np. teorię spiskową. Ona jest powszechnie wyśmiewana i przedstawiana jako obsesja lub wręcz paranoja jakiś ludzi. Ciekawe dlaczego, przecież cała historia ludzkości roi się o udanych czy nieudanych spisków. Spiskuje się, żeby obalić rządy, wykończyć polityka, załatwić prezesa czy dyrektora. Nawet na najniższym stanowisku pracy spiskuje się żeby załatwić kolegę żeby przejąć jego stanowisko lub uzyskać wyższa premię. Wyśmiewanie się z teorii spiskowej tak naprawdę ma na celu odwrócenie uwagi i zamknięcie dyskusji na niewygodne tematy. Czy w tym wypadku zadziałała teoria spiskowa w postaci zewnętrznych sił nacisku. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że polepszającymi się relacjami Polski z Chinami nie jest zainteresowany nikt z wielkich tego świata, wręcz przeciwnie. Ani USA, ani Unia, ani Rosja ani Niemcy. Autor słusznie zaznaczył, że USA przy swoim sceptycyzmie nie widzą specjalnie powodu do interwencji, od siebie dodam jako że te relacje są na poziomie gospodarczym a nie politycznym. Unia oczywiście nie jest zainteresowana tworzeniem osobnej struktury i chociaż twierdzę, że z stamtąd można się dodzwonić, to Bruksela ma zbyt mała siłę przebicia, żeby zmusić polskiego premiera do tak radykalnego kroku. Rosja jest jak najbardziej zainteresowana torpedowaniem relacji polsko-chińskim, ale w jej przypadku wpływ na tą decyzję jest jeszcze mniej możliwy niż w przypadku Brukseli. Inaczej wygląda sprawa z Niemcami. One tworzą model Mitteleuropy ze swoją dominująca rolą i Polską jako państwem zwasalizowanym, swoim zapleczem gospodarczym. Nie życzą sobie tutaj żadnych innych graczy a ich wpływ na decyzje Warszawy jest największy ze wszystkich graczy. Niemcy już ćwierć wieku temu zablokowali rodząca się inicjatywę integracji krajów Europy Środkowej w znaną jako pentagonale a potem hexagonale. Niemniej nie chce twierdzić że absencja p.Kopacz to robota Berlina, chcę tylko jedynie zaznaczyć, że p.Merkel ze wszystkich graczy ma największą możliwość na wpływanie na decyzję polskiego premiera. Jeśli jednak powodem nieobecności był nacisk którego z w/w graczy to znaczy, że jesteśmy już z powrotem w epoce saskiej kiedy to obcy ambasadorowie decydowali o polskie polityce. Jaki by nie był powód , to decyzja o nieobecności pani premier umocni w przekonaniu jej krytyków, którzy uważają, że na stanowisku premiera jest wyszczekana miernota, osoba o mentalności wykształconej przekupki. Pani Kopacz z pewnością nie jest miernotą, ale nieobecność na szczycie w Belgradzie jest jej decyzją i ona będzie ponosiła polityczne skutki tego kroku, osłabiającego międzynarodową pozycję Polski. Co gorsza w dalszej perspektywie nie widać żadnego światełka w tunelu, ponieważ opozycja nie widzi jakiś specjalnych względów w rozwoju relacji z Azją Wschodnią. Jeśli teraz min. Schetyna nie przebije tego muru niechęci, złej woli i niekompetencji, to będziemy musieli poczekać na nowe pokolenie polityków, oby wtedy nie było za późno.

    • Świetnie, że Pan wspomniał o prawdziwej histerii panującej u nas wokół tzw. ”teorii spiskowych” – podnoszenie takich pożal się ”argumentów” jest szczególnie kuriozalne właśnie w Polsce, kraju w historii którego tak ważną rolę odegrały różnego rodzaju organizacje konspiracyjne i który padł w swoim czasie ofiarą międzynarodowego spisku, w konsekwencji powinno to oznaczać automatycznym wyświeceniem śmieszków jacy ośmielają się głupkowato to kwestionować poza obręb godnej tego miana debaty. Jak tak dalej pójdzie zakażą wkrótce mówienia w kontekście Powstania Listopadowego o sprzysiężeniu Wysockiego vel spisku podchorążych – jaki spisek ?! – to było całkowicie spontaniczne wystąpienie ludu warszawskiemu przeciw zaborcy a kto sądzi inaczej ten paranoik, faszysta, ruski agent i świr od Reptili !

      Podzielam również pańskie zdanie na temat źródeł decyzji o absencji premierzycy na wspomnianym szczycie, zgadza się z moją tezą o przedmiotowym statusie III RP w rozgrywkach międzynarodowych aczkolwiek sceptyczny jestem co do zakreślonej przez Pana roli Niemiec z powodów, które obszernie wyłożyłem w drugim komentarzu powyżej, kto z nas ma rację zależy oczywiście od tego na ile poważnie można traktować projekt ”Nowego Szlaku Jedwabnego” o kolosalnym potencjale geopolitycznym [ chyba nie muszę wyjaśniać jak śmiertelnym zagrożeniem dla ”atlantystów” byłoby powstanie wskutek tego kontynentalnego, euroazjatyckiego tworu imperialnego ? ], pytanie tylko właśnie, czy są podstawy by mówić o tym serio i czy sami Niemcy gotowi są w to wejść ? Istnieją pewne przesłanki o których wspominałem w drugim komentarzu iż tak, przyznajmy że jest to kusząca dla nich perspektywa umożliwiająca zerwanie się z atlantyckiej smyczy lub przynajmniej ustawienie relacji z dotychczasowym hegemonem na znacznie korzystniejszych zasadach oraz zrealizowanie wreszcie odwiecznych dążeń do zbudowania euroazjatyckiego kontynentalnego imperium choć na nieco innych zasadach [ Wilhelm II zapewne przewraca się w grobie – Niemcy wasalem lub choćby i partnerem Chin ! ] oraz bez pruskiego zamordyzmu – przypomnę, że ”Drang nach Osten” miało znacznie szerszy wymiar niż zwykliśmy nad Wisłą przyjmować. Oczywiście może być też tak, że projekt ten przekracza możliwości obecnych Niemiec i w zupełności wystarcza im połknięcie Mitteleuropy ew. podzielenie się wpływami na jej terenie z Moskwą, całkiem możliwe, tyle że wg mnie przeczy temu obecny charakter niemieckiej gospodarki ustawionej na eksport, swoisty globalny imperializm ekonomiczny Niemców w myśl zasady ”produkuj albo giń”, który skazuje ich poniekąd na zacieśnianie współpracy z Chinami a jeśli w dodatku rację ma cytowany przeze mnie Rickards, że jednym z istotnych elementów nowego niemieckiego porządku w Europie i jego kołem zamachowym ma być chiński kapitał… to resztę można sobie łatwo dośpiewać.

      Ciesze się, że niektórzy ”fejsowi” komentatorzy zwrócili niezależnie uwagę na rzecz, którą zauważyłem wcześniej – mówi się tu tyle, że Polska nie ma pomysłu na Chiny ale może również sami Chińczycy dramatycznie nie mają pomysłu na Polskę i cały nasz region ? [ po szczegóły odsyłam wyżej ] Zresztą w kontekście podniesionych tu kwestii możliwe jest kompromisowe wyjaśnienie nieobecności premier Kopacz uwzględniające rolę Niemiec jako czynnika sprawczego choć nieco inaczej – z jednej strony inicjatywa ”16+1” jest o tyle uzasadniona, że Chińczycy słusznie zauważyli zapewne faktyczny podział na ”lepszą” i ”gorszą” Europę mimo pozornej integracji i ”równości”, z drugiej jednak chyba przesadzili w ten sposób z okazywaniem ”realizmu politycznego”, więc absencja premierzycy może być traktowana jako gest niezadowolenia ze strony Niemiec dla tak ostentacyjnego lekceważenia pozorów przez Chiny, zaś mistyfikacja jak wiadomo każdemu trzeźwo patrzącemu na te rzeczy obserwatorowi odgrywa niesłychanie ważną rolę w projekcie ”miękkiego imperializmu” UE…

      • Avatar wute

        Myślę, że nasze poglądy w ocenie Niemiec nie są sprzeczne.
        1. Niemcy już się zerwali z amerykańskiej smyczy. USA nie są już nim w ogóle potrzebne, natomiast amerykański protektorat krępuje ich samodzielność.
        2. Jeśli jest tak jak Pan uważa odnośnie jedwabnego szlaku, to może decyzja Berlina była taka:
        owszem wchodzimy w to ale nie na warunkach Chin tylko naszych i w związku z czym pokazujemy Chinom, że w Europie Środkowej to my rządzimy i my ustawiamy tutejsze towarzystwo.
        3. Jestem sceptyczny co to możliwości zastąpienia transportu morskiego przez Jedwabny szlak.
        Po pierwsze – jest o wiele droższy i nawet przy dużym obrocie będzie nieporównywalnie droższy
        niż morski. Sam przez wiele lat pracowałem w tym i z własnego doświadczenia wiem, że fracht do
        Singapuru, Malezji, na Tajwan gdzie szło mnóstwo towarów z Europy był niższy niż np. do Aleksandrii
        w Egipcie, a fracht do Japonii, Manili i portów chińskich był na poziomie egipskiego. Jak mi wyjaśniono taka kalkulacja wynikała z wielkości obrotu towarów. Wysyłałem też towar koleją do Iranu i był on
        wyższy od frachtu do Azji Wschodniej. Mało tego fracht do portów irańskich w Zatoce Perskiej był
        także wyższy niż do portów w Azji Południo-wschodniej, i tu dochodzimy do drugiego punktu.
        Po drugie – ryzyko. Jedwabny szlak będzie przechodził przez wiele krajów, co zwiększa jego ryzyko.
        Na pewno pójdzie przez kraje Azji Środkowej a potem zapewne przez Iran i Turcję. Odnoga pewnie będzie szła przez Kazachstan i Rosję, kraj znany z tego, że od czasu do czasu lubi blokować lub nakładać
        embarga na jakieś towary. Warto spojrzeć na wysyłki gazu z Rosji, ile razy wprowadzali na to embargo
        do różnych krajów, pod nazwą krótkotrwałych przestojów, żeby coś wymusić.
        Po trzecie – wysyłki Jedwabnym szlakiem do Europy zwiększą cenę towarów chińskich i przeto obniża
        ich atrakcyjność.
        Po czwarte – przepustowość tego szlaku ma swoje ograniczenia
        Suma sumarum – jestem sceptyczny

    • Zgadzam się, to może być właśnie taki gest ze strony Niemców : ”to my tu rządzimy od tej strony kija, więc nie w…chodźcie nam w szkodę” że tak oględnie powiem. Co do tego zerwania się ze smyczy to wciąż mam wątpliwości, myślę, że ”atlantyści” nadal posiadają wystarczające środki by dać im boleśnie po łbie jeśli zanadto się wychylą, lekcja dwóch wojen światowych nie poszła w las i jest wystarczającą traumą jeszcze na długi czas a ja w rychły przynajmniej upadek USA nie wierzę. W kwestie przepustowości projektowanego szlaku itd. nie będę wchodził z Panem w polemikę bo kompletnie się na tym nie wyznaję, stąd poddaję jedynie temat pod dyskusję licząc na odpowiedzi od osób kompetentnych w poruszanym zagadnieniu, tym bardziej że jak widzę mam do czynienia z kimś kto zna rzecz od praktycznej strony, pozwolę sobie jedynie na uwagę płynącą z lekcji obecnego światowego kryzysu finansowego, że dziedzina ekonomii wbrew temu co nam się wmawia od początku lat 90-ych ma więcej wspólnego z kabalistyką niż rządzącą się jakimiś żelaznymi prawami działalnością stąd jeśli jakowyś ”wajchowy” tak postanowi to jutro transport kolejowy stanie się cudownie opłacalny i konkurencyjny wobec morskiego i żadne tam stawki jakoweś nie będą stanowić większego problemu [ to trochę tak jak z tym drogim polskim węglem, którego wydobycie wszędzie indziej jest opłacalne a tu jakoś kurna nie… ] Stąd większych przeszkód wobec omawianego projektu upatrywałbym nie w czynnikach ekonomicznych a wspomnianej przez Pana potencjalnej niestabilności politycznej krajów przez które ten szlak ma przebiegać, ”atlantyści” [ ale przecież nie tylko oni – ciekawym jak Rosjanie zapatrują się na włażenie im przez Chińczyków w szkodę ? ] mają tu potężne narzędzie w postaci islamskiego ekstremizmu i separatyzmów etnicznych, klanowych etc., zresztą sami Chińczycy mówią też o morskim ”szlaku jedwabnym”, sądzę iż z ich strony trzeba to rozpatrywać w kontekście wspomnianej przez p. Behrendta militaryzacji tamtejszej kolei i jako awaryjnej drogi, gdyby U.S. Navy postanowiła ich przydusić przecinając transport morski – ale to tylko moje przypuszczenia stąd pytam.

  • W Belgradzie nie było też premierów: Chorwacji i Bułgarii.

  • Snuje tu koleś opowieści nie stworzone, a prawda za pewne jak zwykle leży gdzieś po środku. Krótka piłka.

    • Pośrodku to jest tylko dziura w d… [ i piszemy, podobnie jak trzymamy poślady, razem, no chyba że – ? ]

  • „Tak ostentacyjne wyrażanie niezainteresowania w Chinach jest uważane za aroganckie i pozbawiające twarzy…”

    yyyy, no i? Będą płakac tak?

  • Przejdźmy teraż do ad remu jako ojcowie powiedali – bardzo dobrze się stało iż pani premierzyca, którą gdybym nazwał ”kuchtą” [ w myśl leninowskiego powiedzenia ] obraziłbym kucharki, nie zawitała na wspomniany szczyt i doprawdy wystawia to najgorszą opinię o znajomości stosunków panujących w środkowej Europie a w Polsce w szczególności Chińczykom iż mogliby w ogóle uznać to za afront. Co więcej, jeśli faktycznie nabrali się na prymitywne do bólu propagandowe zagranie o ”zielonej wyspie” i na tak katastrofalnie wątłych podstawach mianowali nas ”liderem” regionu to rzeczywiście cała impreza nie jest warta zachodu, kompromitowałoby to doszczętnie politykę Chin w naszej części świata – wielokrotnie pisał Pan wraz z innymi ekspertami o dalekosiężnym postrzeganiu przez Chińczyków polityki, w tym wypadku jednak aż się prosi by przytoczyć fraszkę Kochanowskiego o przemądrym matematyku co to ”Ziemię pomierzył i głębokie morze” ”a sam nie widzi, że ma k… w domu” – czasami szerokie zapatrywania czynią nas ślepymi na pozornie nieistotne szczegóły… Powyższe nie czyni mnie bynajmniej PiSowcem i jakowymś zwolennikiem IV RP bowiem dostałem masę jobów w rodzaju ”ty ruska k…” czy ”agencie Putlera” na różnych forach od zwolenników tej partii jedynie dlatego, iż ośmieliłem się odnieść sceptycznie do nachalnie stręczonej przez nich, terrorystycznymi wręcz metodami, narracji na temat wypadków na Ukrainie [ zresztą wszystkie moje przewidywania sprawdziły się z nawiązką nie dlatego bynajmniej, że posiadam ”trzecie oko” tudzież ”zdolności mediumiczne” a jedynie zachowałem w tamtym czasie elementarną trzeźwość oglądu ]. Podzielam w pełni pańskie zdanie na temat tej partii, nie ma ona kompletnie żadnego pomysłu na prowadzenie w naszym, polskim interesie polityki w tamtym regionie świata powielając co najwyżej wszystkie resentymenty zaoceanicznych neokoszerwatystów i zresztą cóż się dziwić, skoro jest de facto mutacją tegoż na naszym gruncie dziedziczącą wszystkie wady i grzechy tej formacji, zaś ogólnikowe deklaracje zginiętego w Smoleńsku prezydenta niestety nie znaczą nic, gdyż serio przezeń i jego partię potraktowane wymagałyby radykalnego przeformułowania szumnie zwanej ”polityki jagiellońskiej” o ile w ogóle nie poszłaby ona przy tym w cholerę za przeproszeniem. Dobrze to było widać przy okazji wojny na Ukrainie, gdy związani zwłaszcza z PiS-em [ choć nie tylko przecież ] eksperci ignorowali lub wręcz gwałtownie negowali pacyficzny zwrot w polityce USA – zgroza… Widocznie dla nich Ziemia nadal jest płaska, rozciąga się na Zachód, gdzie jedyną alternatywą jest Europa [ czyt. Wielka Rzesza Europejska ] albo USA natomiast cała reszta to Ultima Thule czyli wiadomo : psiogłowcy, centaury etc. Natomiast zaskoczył mnie Pan kreśląc tak pozytywny obraz Schetyny – dotąd kojarzyłem go raczej z tzw. ”układem wrocławskim”, mówiąc wprost myślałem, że jest tylko politycznym gangsterem a tu proszę : oby to Pan miał rację, czyżby jednak jakieś światełko w tunelu ? Byłbym jednak spokojny o głowę tego cwanego politycznego wyjadacza w starciu z figurantką ”najpierwszą ministrą”, no chyba że przyjmiemy iż mówimy Kopacz a myślimy Tusk – tyle, że jak wymawiamy z kolei Donald w domyśle pojawia się mama Aniela… I tu dotykamy sedna : Pan zdaje się w swojej świetnej skądinąd analizie kompletnie ignoruje podstawowy fakt, iż Polska, jak dobitnie wykazały wypadki na Ukrainie i rola którą nasz kraj w nich odegrał, NIE JEST PODMIOTEM LECZ PRZEDMIOTEM POLITYKI MIĘDZYNARODOWEJ stąd upatrywanie czynników decyzyjnych dla kluczowych rozstrzygnięć w tej materii wewnątrz kraju jest absurdem [ nie było to bynajmniej dla mnie jakimś szokiem, czym innym jednak snuć wcześniej tylko takowe domysły a obudzić się nagle z czymś takim na twarzy ]. Tak więc zamiast tracić czas i energię życiową na bezowocne spekulacje proponuję spojrzeć na naszą obecną pozycję z szerszej perspektywy, tam gdzie decydują się bodaj przyszłe losy naszej Ojczyzny, że tak uderzę w wysoki ton ale sądzę, że akurat wypada – napomknął Pan o linii kolejowej Chengdu-Łódź i kłopotach z nią związanych to zaś naprowadza na gigantyczny projekt ”Nowego Szlaku Jedwabnego” , w związku z czym mam do Pana i innych uczestników tego forum pytanie czy jest to jedynie propagandowy pic czy też rzeczywiście coś jest na rzeczy, bo w tym drugim przypadku geopolityczne skutki, w tym również dla naszego kraju, wcielenia go w życie byłyby na dalszą metę kolosalne. Niedawno czytałem interesującą analizę autorstwa Jamesa Rickardsa na temat tego co on nazywa ”konsensusem berlińskim” czyli porządkiem panującym obecnie w Wielkiej Rzeszy Europejskiej, gdzie wprost pisze iż jego ”siłą napędową jest połączenie niemieckiej technologii, młodej siły roboczej z krajów peryferyjnych [ w tym również, o ile nie przede wszystkim Polski niestety – przyp. mój ] i chińskiego kapitału” :

    http://www.teologiapolityczna.pl/smierc-pieniadza-james-rickards/

    Z dobrego źródła wiem, że Dusseldorf i okolice czyli drugi koniec projektowanego ”szlaku jedwabnego” na miarę XXI w. to jeden wielki plac budowy co wskazywałoby iż coś jest na rzeczy, Pan również wspominał kiedyś, że Niemcy przeszli stosunkowo suchą stopą przez kryzys w dużej mierze właśnie dzięki transferowi technologii na Wschód, że maja pomysł na Chiny co najmniej od końca lat 70-ych i liczną diasporę już nie pamiętam czy w Kantonie lub Szanghaju etc., pytanie tylko czy obecne Niemcy są w stanie podjąć to gigantyczne wyzwanie i zerwać się z atlantyckiej smyczy o czym wspomina p. Bartosiak ? Stąd nie mogę zgodzić się z lekceważącym podejściem prof. Dziaka do naszego zachodniego sąsiada jakie zaprezentował podczas niedawnej debaty wokół książki p. Lubiny – po jaką cholerę im te wszystkie czołgi skoro czysto ekonomicznymi metodami udało im się zyskać to czego nie zdołali militarnymi, gdy próbowali się przebić koleją Berlin-Bagdad a ostatecznie polegli pod Stalingradem ? A tu proszę, czysto, higienicznie, bez plutonów egzekucyjnych zawojowali w końcu Mitteleuropę a i chyba widoki mają na coś więcej -? Przy okazji : może warto aby zwłaszcza czytelnicy niniejszego portalu dowiedzieli się w końcu, że nasz zachodni sąsiad również prowadzi i to od dawna politykę imperialistycznej ekspansji na globalną skalę, PORA WRESZCIE BY PRZEBIŁO SIĘ DO ŚWIADOMOŚCI OPINII PUBLICZNEJ JAK I NASZYCH POLITYKÓW, ŻE ”DRANG NACH OSTEN” MA ZNACZNIE SZERSZY WYMIAR NIŻ ZWYKLIŚMY NAD WISŁĄ PRZYJMOWAĆ. Dlatego sądzę iż patrząc perspektywicznie nie ze strony Rosji grozi nam prawdziwe niebezpieczeństwo, co bynajmniej nie oznacza, że lekceważę ten kraj, jednak przy założeniu iż wspomniany projekt euroazjatycki ma szansę się ziścić wcześniej czy później Moskwę czeka los niemiecko-chińskiego kondominium… Pomyślmy, wszyscy eksperci są zgodni, że jedynym ich argumentem jest siła, ogólnie ten kraj trzyma się głównie na resortach siłowych, nie jest to żadne tam mityczne ”niewolnictwo duszy rosyjskiej” a specyfika tego kraju wynikająca z geopolitycznych uwarunkowań, teraz jednak tracą właśnie grunt pod nogami, nawet jeśli ceny ropy i gazu znowu pójdą w górę w niczym to nie zmieni a ugruntuje wręcz kolonialny de facto charakter gospodarki tegoż ”imperium”, nie mogą również już powiedzieć, że ”u nas mnogo ludiej” o czym z taka swadą opowiadał na wspomnianej debacie prof. Dziak, ale nie on jeden przecież itd. – nie oznacza to oczywiście, że Rosja zaraz się rozpadnie jak chcieliby różni nasi jakobińscy patridioci ryczący ”Marszałku, prowadź na Moskwę !” [ serio, istnieją takie bałwany ] bo na tym nie zależy ani USA ani CHRL, moim zdaniem powyższe czynniki skazują ją w dalszej perspektywie na taki właśnie, neokolonialny status. A co z tego wynika dla nas ? – oto jest właśnie pytanie i na tym powinniśmy skupić wg mnie uwagę a nie na jałowym roztrząsaniu z całym szacunkiem dlaczego jakaś figurantka, której plączą się nogi na dywanie podczas oficjalnych wizyt nie poleciała na międzynarodowy szczyt : i co ona by tam robiła bidulka, za wieszak czy jak ?

  • Zacznę po polsku czyli od końca [ he he ] – jeśli serio rozważa Pan nadal ostatni scenariusz, ten o przewadze PR-u na polityką i rzekomej zależności polityków od jakowejś ”opinii publicznej” czy czegoś w tym stylu, znaczy że cała moja gadanina na ten temat onegdaj w tym miejscu była jak grochem o ścianę, żeby nie użyć dosadniejszego określenia : przypomnę, iż przytoczyłem wtedy jeden, kluczowy za to fakt, że pornografia w nowoczesnym tego słowa znaczeniu czyli jako zjawisko masowe – bo nie liczę tu malunków w rzymskich lunaparach i sprośnych wierszydeł antycznych poetów – nie przypadkiem narodziła się w tzw. ”Renesansie” wraz z wynalazkiem druku bo to właśnie ona stanowiła od samego początku gros produkcji pras drukarskich wraz z pogromowymi paszkwilami pisanymi na zlecenie zwalczających się mafii politycznych oraz dewocyjnym czy astrologicznym bełkotem [ zdumienie wzbudziłoby dziś jak wielu uznanych obecnie za ”oświeconych” i ”naukowych” mistrzów podzielało wówczas wiarę w te zabobony ] a nie jakieś tam Koperniki czy Erazmy, mało kto się wówczas przejmował takimi ”pierdołami”, nawet a może zwłaszcza wśród ówczesnej elity – wg najnowszych ustaleń historycznych brednie o wiedźmach i czarostwie [ których eksplozję nawiasem mówiąc przyniosło właśnie to osławione ”Odrodzenie” a nie pomawiane o to powszechnie tzw. ”średniowiecze” ] cieszyły się jeszcze większym powodzeniem w szeregach warstw wykształconych tamtych czasów niż rzekomo ”ciemnego” gminu, ostatecznie słynny ”Młot na czarownice” nie mógł przecież sprokurować jakiś niepiśmienny szewc czy chłop dajmy na to, czyż nie ? [ a był to wtedy prawdziwy hit wydawniczy ! ] Fakt ten nie powinien zdumiewać, ostatecznie nie ma takiej głupoty, którą by nie znalazła masy entuzjastów wśród ludzi inteligentnych i oczytanych, wystarczy tylko odpowiednio im ją podać zaprawiając na przynętę napuszonym bełkotem by zyskała miano ”elitarności”, które tak lubią, ”inteligentny idiota” to nie jest niestety oksymoron, nie tak dawne czasy dostarczają na to masę dowodów, wystarczy przypomnieć ilu fanatycznych zwolenników zyskała wśród nich taka hucpa jak marksizm vel komunizm ale przecież też i faszyzm czy narodowy socjalizm. Tak więc bez kompleksów, internet jedynie czy aż niepomiernie wzmocnił coś co towarzyszyło nam od zarania ludzkości i będzie, nie łudźmy się, do samego jej końca, doprawdy Lem z całym dlań szacunkiem swoim często przy takich okazjach cytowanym zdaniem : ”nie sądziłem, że istnieje aż tylu idiotów dopóki nie odkryłem internet” nie wystawia dobrej opinii swojej wiedzy na temat natury ludzkiej wskazując raczej niestety, że w głębi ducha pozostał do końca komuchem czyli, proszę wybaczyć ale trza nazwać rzeczy po imieniu, prometejskim nadętym głupcem żywiącym kompletnie nierealne wyobrażenia na temat Ludzkości tej właśnie pisanej z dużej litery, która z tą z krwi i kości nie ma zgoła nic ale to nic wspólnego. Nie wiem kto wymyślił tą bzdurę, że ”człowiek jest istotą rozumną” ale jeśli to ten cały Sokrates to bardzo dobrze, że mu podali cykutę, szkoda iż tak późno – owszem, tylko zapomniał dodać jeden za to niezmiernie istotny szczegół, że w bardzo ograniczonym stopniu, niedocenianie lub deprecjonowanie roli jaką w ludzkim postępowaniu i całej egzystencji odgrywają czynniki irracjonalne takie jak emocje, namiętności, ambicje, popędy, intuicja itp. mści się okrutnie i właściwie dyskwalifikuje tego, kto to czyni. Nie oznacza to bynajmniej z mojej strony jakowejś pochwały irracjonalizmu czy wręcz panświnizmu bo tenże właśnie bierze się ze wspomnianych prometejskich napinek kończących się nieuchronnym rozczarowaniem a jak wiadomo jeśli nie ”anioł” to k…, nie ”książę z bajki” to impotent itp. – serdecznie nie znoszę podobnego histerycznego miotania się, jedno i drugie to bzdura do imentu, którą należy tępić z całą stanowczością choćby dla elementarnej higieny psychicznej. Natomiast co do rzekomo wszechwładnego obecnie ”demosu” i ”mediów społecznościowych” to nie one dyrygują politykami lecz służą właśnie tym ostatnim do zawiadywania tym pierwszym czego choćby ostatnia chucpa z pospieszną [ i pochopną ] kanonizacją na ”świeckich świętych” paru medialnych terrorystów zamordowanych przez terrorystów dosłownych [ w całym tego słowa znaczeniu ] najlepszym dowodem, powiedzmy iż jest to rodzaj przemyślnej, miękkiej dyktatury aczkolwiek wypowiadane przy tej okazji coraz śmielej deklaracje przedstawicieli zachodnich służb o ”teoretycznej wolności obywatelskiej” nie są w moim odczuciu jakąś tam pożal się ”freudowska pomyłką” lecz jawnym symptomem nadchodzącego wielkimi krokami Wielkiego Politycznego Zlodowacenia pod naszą szerokością geograficzną, ale to już temat na inną dyskusję. Mam nadzieję, że przekonująco uzasadniłem swoje tezy, nie nagadałem się na próżno i ten temat mamy już zamknięty bo doprawdy nie cierpię się powtarzać i tłumaczyć oczywistych oczywistości wydawałoby się – nie ma co słuchać PR-ców, kreują się we własnym interesie na ”demiurgów” ale są i pozostaną jedynie lokajami nawet jeśli w ”wypasionych” liberiach, zaś fotka ze strzelającymi sobie ”slitfocie” Obamą, Cameronem i ”tą blondynką” do trójkąta niczego nie dowodzą bo to jedynie figuranci, zwłaszcza w wypadku amerykańskiego prezydenta powinno być to tak oczywiste, że aż dziwię się iż ktoś mieniący się ekspertem może traktować to serio – czyż p. Buzkowi nie wyrwało się parę lat temu, że cała ta szopka z UE, parlamentem a także polskim rządem i Sejmem to jedynie teatrzyk cieni a kluczowe rozstrzygnięcia zapadają gdzie indziej ? – więc dlaczego nie możemy przyjąć, iż tym bardziej dzieje się tak w skali globalnej ?

  • Dzięki za ten tekst!

  • Od razu sprostowanie. Ja nie wylewalem zolci, a jedynie „przytaczalem”, „cytowalem, „retweetowalem” najpopularniejsze narracje i opowiesci.

    Co do Ukrainy, to nie sa one nigdzie zainteresowane chaosem, ale budowa; kanalow, szlakow kolejowych, morskich, infrastruktury, a co za tym idzie handlem.
    A poniewaz wyglada na to ze sytuacja na Ukrainie bedzie przez jakis czas niejasna, to Chiny nie maja tam zbyt wiele do roboty ( zwlaszcza ze przed nimi otwiera sie caly swiat, ale takze maja kilka waznych spraw u siebie)
    Jak juz sie wyjasni sytuacja na Ukrainie i zacznie sie budowanie kraju, to wtedy zobaczymy

    Fakt jest taki, ze Janukowycz w ostatniej chwili szukal poparcia w Pekinie i polecial tam w czasie kryzysu na Majdanie. Ale nic z tego nie wyszlo. A co bylo dalej, wszyscy wiemy.

    Mowilem o tym w wywiadzie dla Onetu:

    http://wiadomosci.onet.pl/swiat/radoslaw-pyffel-nie-moze-byc-wielkiej-rosji-i-wielkich-chin/qs6vt

    • Ale zacięcie polemiczne jednak widać, a emocje buzują pod skórą. Polska potrzebuje gorących ludzi!

  • No wylałeś wiele żółci, ale z polotem i dobrym humorem…
    Wiem, że to co powiem zostanie odczytane jako fantazja, ale dojdzie do tego, że jedynym partnerem zdolnym udźwignąć chińską ofertę będzie Ukraina. To jest jedyny kraj w regionie, który potrafi swingować, chociaż kosztem krwi – no ale takie bywają koszty swingowania.
    Ukraińcy opuszczeni przez Amerykanów chętnie przyjmą ofertę. Pytanie czy Chińczycy udźwigną mentalnie organicznie niestabilny charakter Ukrainy?

Pozostaw odpowiedź