Komentarz eksperta

R. Pyffel: Obama w Azji, czyli dlaczego Amerykanie będą woleli chronić Azjatów przed Chinami niż Środkowych Europejczyków przed Rosjanami

Ze względu na wydarzenia na Ukrainie zeszłotygodniowa wizyta prezydenta Baracka Obamy w Azji nie była w Polsce szeroko komentowana. Trochę szkoda, bowiem wizyty prezydenta kraju, który uważamy w Polsce za gwaranta bezpieczeństwa, w Japonii, Korei Południowej, Malezji i Filipinach, nie da się w czasach Pax Americana oddzielić od sytuacji na Ukrainie. Od tego jak bardzo USA będą zaangażowane na Pacyfiku i w tamtejszym regionie świata, zależy to w jakim stopniu USA będą się angażować w rozwój sytuacji na Ukrainie.

W ostatnich tygodniach właśnie ze względu na Ukrainę, gdzie jednak dość często pojawiała się kwestia chińska (choć same Chiny nie zajmują w tej sprawie wyraźnego stanowiska) odbyłem wiele ciekawych spotkań. Wielokrotnie także pojawiłem się w mediach, zresztą nie tylko ja, ale także wielu innych ekspertów CSPA: promujący „Birmę” Michał Lubina oraz mówiący o perspektywie japońskiej i południowokoreańskiej Mariusz Dąbrowski i Oskar Pietrewicz.

Barack Obama witany na lotnisku w Manili; źródło: flickr.com/U.S. Department of State

Barack Obama witany na lotnisku w Manili; źródło: flickr.com/U.S. Department of State

Zdumiało mnie, iż wielu komentatorów i ekspertów, których nierzadko bardzo cenię za błyskotliwe analizy dotyczące polityki krajowej czy europejskiej, kwestionowało amerykański zwrot ku Azji, tzw. American pivot to Asia.

Jedni zdawali się go w ogóle nie zauważać, inni twierdzili, że w obliczu agresji Rosji na Krym jest już nieaktualny, jeszcze inni bagatelizowali jego znaczenie. Istotnie, z efektywnym zadeklarowanym zwrotem ku Azji są pewne trudności – Syria, Bliski Wschód, teraz Ukraina. Nie zmienia to jednak faktu, iż „zwrot” postępuje. I azjatycka wizyta Obamy jest jego pełnym potwierdzeniem.

Przypomnijmy choćby sześć punktów z artykułu Hillary Clinton opublikowanego w 2011 roku w „Foreign Policy”: wzmacnianie relacji bilateralnych dot. bezpieczeństwa, pogłębianie współpracy z rosnącymi potęgami (Chiny), zaangażowanie w regionalne i multilateralne inicjatywy, promocja amerykańskiego handlu i inwestycji w regionie, utrzymywanie i powiększanie obecności wojskowej, promocja praw człowieka i demokracji. Jeśli spojrzymy na to co robił Obama w Azji, to będzie to niemal dokładnie realizacja punktów Clinton.

Po pierwsze, amerykański prezydent starał się zrównoważyć wpływy Chin, być może najważniejszego kraju z punktu widzenia całej wizyty, chociaż niewizytowanego. Obama we wszystkich odwiedzanych azjatyckich stolicach mówił bowiem mniej więcej to, co najgłośniej wybrzmiało w Tokio – podkreślał, że Chiny muszą przestrzegać międzynarodowych norm i reguł.

Po drugie, gospodarka. Prezydent promował Partnerstwo Transpacyficzne (ang. Trans-Pacific Partnership, TPP) – regionalne porozumienie multilateralne, co prawda o charakterze gospodarczym, ale, co ważne, wykluczające Chiny. Obama zapewniał przy tym sojuszników, zwłaszcza Japonię, że USA są obecne w regionie („Ameryka jest i będzie krajem Pacyfiku”). Promował też współpracę ekonomiczną. Choć republikańska opozycja oskarżała go, iż robi to wyłącznie pod publiczkę i dla amerykańskiego biznesu (czyt. promocji amerykańskiego eksportu) nic konkretnego z tego nie wyniknie.

Po trzecie, podniesienie morale stacjonujących wojsk poprzez wizyty w bazach i spotkania z żołnierzami (co daje wyraźny sygnał, iż w przyszłości mogą być potrzebni). Niepokojący może być naturalnie także fakt, iż Amerykanie zredukowali budżet obronny o ok. 7%. Należy jednak pamiętać, że w najmniejszym stopniu ta redukcja osłabi ich w regionie Azji i Pacyfiku. Ewidentnie widać, natomiast, że będzie im bardzo trudno grać na dwa fronty (tj. w Europie i w Azji, nie mówiąc o Bliskim Wschodzie czy innych regionach świata).

Po czwarte, wizerunek. Wyrażenie współczucia wobec ofiar katastrof – zatoniętego promu w Korei Południowej, zeszłorocznego tajfunu na Filipinach – czy deklarowana pomoc w odnalezieniu zaginionego samolotu Malaysia Airlines.

Po piąte, przełomowa wizyta w Malezji, która została wyśmiana przez Joshuę Kurlantzicka jako bezsensowna. Zdaniem tego wpływowego komentatora Malezja nie nadaje się do TPP, nie chce się reformować, w dodatku łamie prawa człowieka, np. wtrącając do więzienia lidera opozycji pod pretekstem… sodomii. Tyle tylko, że w czasach „zwrotu” pozyskanie sojusznika w regionie czy nawet zapewnienie sobie jego życzliwej neutralności mogą być na wagę złota.

Amerykanie już dokonali rewolucyjnej zmiany w swojej polityce wobec Birmy, która po kilkudziesięciu latach izolacji niebezpiecznie zbliżyła się do Chin i postanowiła tę tendencję odwrócić, otwierając się na USA i Zachód (świetnie opisuje to w swojej najnowszej książce „Birma” Michał Lubina).

Niedawno wszak doszło do pierwszej w historii wizyty prezydenta USA w Birmie, a w Malezji do pierwszej od niemal 50 lat. Wygląda więc na to, że tak jak uznano, że nie można się obrażać na Birmę (bo jedynie zbliża to ten kraj do Chin czy nawet uzależnia od niego), tak samo trzeba zaakceptować również Malezję taką jaka jest, przymykając oczy na pewne „niedostatki”, co w przyszłości być może pozwoli pozyskać życzliwość tego kraju w Azji Południowo-Wschodniej – kluczowym dla USA regionie, bo sąsiadującym z Chinami, a więc być może strategicznym rywalem Amerykanów w XXI wieku.

Po szóste, wiele mówi się o problemach wewnętrznych Chin, ale jak się okazuje mają je także Amerykanie. W październiku zeszłego roku Obama nie pojawił się na szczycie APEC w Dżakarcie (zamiast niego delegacji przewodniczył sekretarz stanu John Kerry) ze względu na paraliż budżetowy kraju (ang. goverment shutdown), co było znaczącym, symbolicznym i niepokojącym sygnałem dla tych Azjatów, którzy boją się Chin i wyczekują amerykańskiego zaangażowania.

Zapewne między innymi z tych powodów Obama teraz stara się zaktywizować swoich azjatyckich sojuszników. Wezwał do „usprawnienia komunikacji” między Japonią i Koreą Południową, gdzie stacjonują amerykańskie wojska, a których wciąż dzielą historyczne animozje. Plany te starają się pokrzyżować Chiny, mocno promując politykę historyczną, przypominającą japońskie zbrodnie wojenne, co trafia na bardzo podatny grunt w Korei Południowej i w zasadzie uniemożliwia porozumienie z Japonią. W tym kontekście warto mieć na uwadze, że w czasie wizyty w Niemczech przewodniczący Xi Jinping chciał nawet odwiedzić Holocaust Memorial, ale nie zgodziła się na to Angela Merkel.

Patrząc na całą sprawę z perspektywy polskiej, nie należy wpadać w panikę. Z pewnością nie mamy do czynienia ze „scenariuszem dezintegracyjnym” (nazwa pochodzi z Białej Księgi opublikowanej przez BBN). Przypomnijmy, iż zgodnie z tym scenariuszem Unia Europejska, do której dziesięciolecie przystąpienia teraz hucznie świętujemy, miałaby stać się areną bezwzględnej walki o narodowe interesy, całkowicie wykluczającej jakąkolwiek wspólnotowość, a globalna pozycja USA miałaby ulec poważnemu osłabieniu, zarówno w wyniku problemów wewnętrznych tego kraju, jak i wzrostu innych potęg, w tym przede wszystkim Chin. W tym najbardziej pesymistycznym scenariuszu w kwestii bezpieczeństwa Polska byłaby zdana wyłącznie na siebie.

Jednak jak na razie nic takiego się nie dzieje. Ameryka, gwarant naszego bezpieczeństwa, nadal jest hegemonem. Zdradza jednak nie tyle oznaki zmęczenia, co coraz większego zainteresowania Pacyfikiem. Może to oznaczać, iż jeśli pivot będzie postępował, a Pacyfik stanie się absolutnym priorytetem (właściwie już dziś nim jest), to w perspektywie dekady czy dwóch USA może nie być w stanie zbytnio się zaangażować w wydarzenia w Europie Środkowej.

Powody, dla których Amerykanie będą bardziej chcieli współpracować i chronić Azjatów przed Chinami, a nie Środkowych Europejczyków przed Rosją, są co najmniej trzy.

Pierwszy powód jest taki, że Rosja, nawet jeśli utrzyma status mocarstwa, będzie mocarstwem wagi średniej, które nigdy nie będzie w stanie zagrozić hegemonii Ameryki. Jeśli zaś Chiny uporają się z problemami wewnętrznymi, to ich potencjał skazuje je wręcz na rywalizację z USA. Nic dziwnego zatem, że Amerykanie wolą pilnować Chińczyków, a nie Rosjan.

Ci pierwsi mogą realnie zagrozić Ameryce, a ci drudzy i tak nigdy nie będą w stanie. Tym samym dla Waszyngtonu krajem dużo istotniejszym od Polski, bo mogącym zbalansować wpływ Chin, staję się nie tylko Japonia, ale chyba nawet Malezja czy Birma.

Nie mówiąc już o tym, i to powód drugi, że pomimo swojej awanturniczej polityki, takim istotnym dla Waszyngtonu krajem pozostaje Rosja. Jako mocarstwo wagi średniej może być w XXI wieku języczkiem u wagi. Jeśli dojdzie do rywalizacji amerykańsko-chińskiej i będzie się ona zaostrzać, wiele może zależeć od tego kogo poprze Rosja. Dlatego zapewne Władimir Putin zdecydował się zająć Krym, bo doskonale wie, że Zachód czy USA nie są zdolne do efektywnych sankcji, a te, które są ogłaszane, są (słusznie) wyśmiewane przez Siergieja Ławrowa. USA mogą jeszcze Rosji potrzebować. Oczywiście w Azji, a nie w Europie.

Wreszcie trzeci powód, o którym się często zapomina lub wręcz nigdy się go nie wspomina. A jest nim coraz liczniejsza, bogatsza i dynamicznie rozwijająca się azjatycka klasa średnia. Myśląc o amerykańskim eksporcie i inwestycjach, nie sposób nie zauważyć, że Azja jest dużo atrakcyjniejsza od Europy Środkowej. Azjatycka klasa średnia jest nie tylko coraz liczniejsza, lecz także coraz bogatsza. Siła nabywcza naszych „lemingów” za bardzo nie wzrośnie, samych lemingów również zbyt wielu już nie przybędzie. Natomiast w Azji „miasteczka Wilanów” czy „ronda lemingów” wyrastają jak grzyby po deszczu. Współczesna Azja to wręcz „wylęgarnia lemingów”. A leming, czy to polski, czy azjatycki pragnie tego samego: konsumpcji i dobrej jakości życia. A te z kolei mogą zapewnić amerykańskie firmy i koncerny, które aż przebierają nogami, by zaopatrywać azjatyckich konsumentów w odpowiednie produkty, gadżety czy usługi, kasując za to niemałe pieniądze.

W czasie transmitowanej przez CNN konferencji prezydentów Baracka Obamy i Benigno Aquino III w Manili filipińscy dziennikarze zadawali te same pytania, które zadajemy w Polsce: czy USA się zaangażują i co zrobią by ich obronić? Na te same pytania padały odpowiedzi podobne do tych, które prawdopodobnie usłyszymy 4 czerwca podczas wizyty Baracka Obamy w Polsce.

Mimo tych deklaracji, wydaje się, że to jednak Azjaci mają mocniejsze argumenty, przemawiające za tym, by Ameryka angażowała się raczej na Pacyfiku niż na Ukrainie czy w Europie Środkowej. Nie tylko Ukraina, lecz także sytuacja na Pacyfiku ma ogromne znaczenie dla naszego bezpieczeństwa. Warto o tym pamiętać oglądając 2 maja, w Święto Flagi Państwowej, relację z Słowiańska.

Podobny tekst opublikowałem w internetowym tygodniku Nowa Konfederacja.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
R. Pyffel: Obama w Azji, czyli dlaczego Amerykanie będą woleli chronić Azjatów przed Chinami niż Środkowych Europejczyków przed Rosjanami Reviewed by on 2 maja 2014 .

Ze względu na wydarzenia na Ukrainie zeszłotygodniowa wizyta prezydenta Baracka Obamy w Azji nie była w Polsce szeroko komentowana. Trochę szkoda, bowiem wizyty prezydenta kraju, który uważamy w Polsce za gwaranta bezpieczeństwa, w Japonii, Korei Południowej, Malezji i Filipinach, nie da się w czasach Pax Americana oddzielić od sytuacji na Ukrainie. Od tego jak bardzo

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Patrycja Pendrakowska

Prezes CSPA od maja 2017 roku, ekspert od Chin. Doktorantka w zakładzie filozofii społecznej UW. Ukończyła sinologię, etnologię i socjologię na UW, którą studiowała również na Ludwig-Maximilians Universität w Monachium. W 2011 roku badała problem migracji w Nepalu, w Institute of Integrated Development Studies w Katmandu. Była redaktorka TVN24 i wolontariuszka w dziale misji PAH. Otrzymała stypendia naukowe na seminaria i badania w Polsce, Niemczech, Hiszpanii i Chinach. E-mail: [email protected]; twitter: @patrycjapendra

komentarzy 5

  • Przepraszam, źle się wyraziłem. Chciałem napisać, że w Rosji powoli odchodzi pokolenie pamiętajace „świetność” ZSRR i pragnace jego powrotu.

  • @Wlodzimierz Madziar,

    Pelna zgoda. Ja nigdy nie chce niczego przesadzac na 100 proc, zawsze waze slowa (byc moze dlatego pisze nudne teksty :).

    Oczywiscie Amerykanie, w tym ambasador USA w PL S.Mull z ktorym rozmawialem, zareczaja ze beda „rownie skutecznie” dzialac na obu kierunkach.

    Ale zredukowali wydatki na armie ( i w wiekszym stopniu odbije sie ta redukcja na transatlantyku, a prawie wcale nie odbuje sie na transpacyfiku).
    Ma Pan oczywiscie racje. Obserwujmy i analizujmy. Obserwujmy to co dzieje sie na Ukrainie, ale nie tracmy z oczu Pacyfiku. No i obserwujmy czy nie dochodzi do sytuacji w ktorej Amerykanie beda musieli dzialac jednoczesnie i „rownie skutecznie” w Europie i w Azji. Jesli beda musieli wybierac, moga wybrac Azje, takze ze wzgledu na gospodarke- do czego jak widze tez Pan sie przychyla ( a o czym b.rzadko wspomina sie w PL)

    Nie bardzo rozumiem ta argumentacje o „odchodzacych pokoleniach” w Europie Zach. To ze odchodza pokolenia pamietajace Zimna Wojne, jest chyba na niekorzysc US, a nie na korzysc jak Pan napisal?

    @Fran

    Aneksja czy agresja, chyba wsio rawno.

    Zgadzam sie z Panem ze slowa w polityce miedzyn.j licza sie tylko na tyle, na ile sa w stanie tworzyc fakty. A fakty sa takie, ze Rosja po prostu zajela Krym i nikt jej tego w dajacej sie przewidziec przyszlosci nie odbierze. Takie sa fakty. A to czy ktos to nazwie agresja ( no bo w koncu anektowano przy uzyciu wojska terytorium innego panstwa), czy aneksja ( gdzie odebrano to co ZSRR wczesniej dal) nie ma zadnego znaczenia.

    Ja akurat ( moze Pan sprawdzic) zawsze konsekwentnie nazywalem wojny afganskie czy irackie, „zbrojna demokratyzacja”, czy „najazdem”. Uważam że przyniosły one Zachodowi ( nie mowiac juz o US, ale nie jestem obywateloem tego kraju, wiec to jakby mniej mnie obchodzi) dużo więcej złego niz dobrego, a mając doswiadczenie życia w cywilizacji innej niz europejska dziwilem sie naszym mediom i ich przekazowi, bo wiedzialem od razu, jak to sie moze skonczyc.

    Nie znam sie na Ukrainie, ani na Rosji, wiec nie chce wchodzic czy zrobila to slusznie ( abstrahujac od tego ze jak slusznie Pan zauwaza, co takie slowo „oddaje w kwestii ekonomii, wojskowosci, polityki”?)

    Natomiast- i to jako sympatyka Rosji na pewno Pana ucieszy- sama akcja prowadzona jest wysmienicie. Krym zdobyto bez jednego wystrzalu, faktycznie unikajac ofiar i strat materialnych.

    Nie wiem czy Putin wybroni mocasrtwowy status Rosji, ale mysle ze te manewry i operacja na Ukrainie ( nadal trwa) byla po prostu znakomita i w przyszlosci bedzie sie o tym wykladac w szkolach wojskowych i na wydzialach stosunkow miedzynarodowych., poruszajac miedzy innymi temat poruszony przez Pana- na ile slowa maja znaczenie, na ile tworza fakty, a na ile liczy sie po prostu sila ( vide Irak, Afganistan, czy Krym- przy czym Krym przeprowadzono o niebo sprawniej, byc moze dlatego ze lokalna ludnosc byla faktycznie o wiele bardziej przychylnie nastawiona).

  • Co do „agresji” na Krym. USA dokonały Ukrainie zamachu stanu wzorowanego na operacji Ajax (Iran, 1953). Rosja zajeła Krym, który i tak w większości zamieszkiwali Rosjanie – co było dość nieśmiałą próbą ratowania sytuacji, gdy Zachód podchodzi 500km od stolicy Rosji. Czy używanie słowa „agresja” jest tu na miejscu? Agresja miała miejsce na Libię, Irak – spadały konkretne bomby, podbito kraj, jego zasoby przejęto a rząd zmieniono na przychylny…Wobec kogo Rosjanie dokonali „agresji”? Krym zamieszkują w 60% Rosjanie, dla 80% mieszkańców językiem ojczystym jest rosyjski – zakazany przez kijowską juntę. Tatarzy krymscy dostali autonomię jakiej nie mieli w ramach Ukrainy. Zajęcie Krymu odbyło się praktycznie bez ofiar i zniszczeń materialnych. Bardziej pasuje słowo „aneksja” . W ogóle, to gdy słyszę słowo „agresja” zaraz zapala mi się lamka alarmowa. Jest to słowo nacechowane emocjonalne. Co ono oddaje z punktu widzenia ekonomii, wojskowości, polityki? Nic. To jest etykieta, język propagandy. Dalej już mamy tylko porównania do Hitlera, co z resztą w naszej propagandzie miewa miejsce. Czy ktoś jest „hitlerem” czy nie, to powinno wynikać z gołych faktów.

    • @FRAN
      mam inną ocenę wypadków na Ukrainie. przebieg wypadków pokazuje, że Ukraińcy są już zachodnim społeczeństwem. Pewne cechy rosyjskie, które im pozostały, to przede wszystkim swego rodzaju fanatyzm. Ale w tym wypadku jest to fanatyzm na rzecz demokracji – taki paradoks :-)
      Stwierdzenie „Krym zamieszkują Rosjanie” jest żywcem wzięte od gen. Dukaczewskiego. Jeżeli przyjąć kategorię etniczno-językową, to Ukraińcy sa i Rosjanami i Ukraińcami jednocześnie. Jednak rzesze rosyjskojęzycznych i rosyjsko-kulturowych Ukraińców podjęły decyzję o zerwaniu z rosyjską ideą sakralności władzy. To jest przełom, którego nie da się wyjaśnić w kategorii zamachu stanu. Zmiana rządu w Kijowie nie tłumaczy postawy społeczeństwa, które nawet na doniecczyźnie bynajmniej nie jest rosyjskie.

  • Nie przesądzajmy jeszcze kwestii zaangażowania (czy też jego braku) USA na Ukrainie.
    Po pierwsze USA są wystarczająco silnym państwem, aby zaangażować się w obu tych miejscach, tym bardziej, że w obu miejscah inne formy zaangażowania będa potrzebne.
    Po drugie sytuacja na Ukrainie na razie jest zbyt płynna, aby mówić o zdecydowanych działaniach. Zogniskowanie konfliktu na terenach zamieszkałych w większości przez Rosjan, opór Niemiec, tymczasowośc rządu ukraińskiego ogranicza mozliwości.
    Ponadto w Europie czas działa jednak na korzyść USD i Zachodu. Powoli odchodzi pokolenie pamiętające ZSRR i myślące tamtymi kategoriami.
    A Azja jest ważna. Tu zaniedbania w jakimś momecie mogą mieć bardzo poważne konsekwencje w przyszłości.
    Jeżeli mówimy o gospodarce, to Azja jest też atrakcyjniejsza. Co było do wzięcia z rynku, to firmy amerykańskie wzięły, a w Azji rynki cały czas się rozwijają.
    Trzeba się liczyć bardziej z konkurencją chińską i europejską, ale włąśnie dlatego tym bardziej trzeba być tam obecnym.

    Czytałem kiedyś o perspektywach amerykańskiego eksportu do Azji. Już chyba się nie myśli o dobrach konsumpcyjnych. Zdaniem analityków perspektywa to wysokie technologie, broń i usługi. A przynajmniej w technologiach Chiny zaczynaja coraz bardziej następować na pięty Zachodowi.
    Kilka razy rozmawiałem o skomplikowanych maszynach, głównie w Europie niemieckich. I co się okazuje, Indusi coraz częściej znajdują alternatywę, właśnie w Chinach.

    Może więc amerykańskie zaangażowanie w Azji nie jest odwrotem od Europy, a po prostu nie zaniedbywaniem Azji.

Pozostaw odpowiedź