Artykuły,Polecane,Publicystyka

R. Pyffel: Matriks w „Cyklonie”

Któż zainteresowany Azją nie śledził w ostatnich dniach polemiki Michała Lubina i Andrzeja Muszyńskiego?

Śledziłem tę dyskusję i ja, i czuję się zmuszony, by zabrać w niej głos. Wiem, że zabrzmi to śmiesznie, ale bardzo tego nie chciałem. Nie chciałem dlatego, że nie jestem specjalistą od Birmy. Byłem tam zaledwie dwukrotnie i to na bardzo krótko. Nie chciałem dlatego, że przedłużanie takiej dyskusji to reklama nieudanej moim zdaniem książki. Last but not least, przygotowuję się teraz do Forum Regionalnego w Łodzi, gdzie jako CSPA podpiszemy umowę z jednym szanghajskich uniwersytetów/think tanków i niestety zwyczajnie brak mi czasu na pisanie.

Musiałem jednak zabrać głos w tej dyskusji, a to dlatego, że nie jest to spór naukowca i specjalisty z wąskiej dziedziny z podróżnikiem, ale – jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi – spór cywilizacyjny i spór o kształt naszej kultury. Spór który w pewien sposób wpisuje się w filozofię działania CSPA i pryncypiów, które siedem lat temu legły u jej powstania, gdy w kawiarniach spotkała się ze sobą grupa ludzi władającą językami orientalnymi i po kilkuletnim często pobycie w krajach Azji postanowiła budować pomost miedzy Polską a Azją oraz przyczyniać się do lepszego rozumienia – warto podkreślić to słowo! – Azji i tamtejszych społeczeństw w Polsce.

Ale zanim przejdę do meritum tego sporu, który dał o sobie znać przy okazji książki Andrzeja Muszyńskiego, chciałbym wspomnieć o dwóch rzeczach:

Po pierwsze, sam namawiałem Michała Lubinę do napisania polemiki i do tego, że warto jednak pójść pod prąd i że taka jest rola eksperta. Jeśli on nie oceni wartości tej książki, to kto to zrobi?

Przekonywałem go zwłaszcza, że i do mnie dochodziły sygnały, że wiele osób chce poznać jego opinię na ten temat. Dementuję wiec pogłoski o tym, że autorem powodowała jakaś urażona duma czy ambicja.

Po drugie, wpychanie Lubiny w role „naukowca” czy „specjalisty od wąskiej dziedziny” zakrawa na żart, do tego stopnia ze musze to zdanie zakończyć popularnym emotikonem J J

Lubina sam jest podróżnikiem i autorem podróżniczych esejów czy reportaży publikowanych na przykład w „National Geographic”. Jest publicystą, którego artykuły ukazywały się m. in. w „Rzeczpospolitej”, do tego wziętym komentatorem spraw azjatyckich zapraszanym przez przeróżne media od TVN24, Polsat News, TVP Info – znanym z legendarnych już półgodzinnych rozmów w Radiu TOK Fm, za które kiedyś otrzymał od słuchaczy srebrne usta – po Radiowa Jedynkę czy Trójkę. Jest też autorem licznych książek, w tym niekoniecznie naukowych. Często jest zapraszany na spotkania czy seminaria poświęcone Azji, gdzie publicznością nie są naukowcy czy specjaliści z wąskiej branży, ale studenci, emeryci, bankowcy i finansiści, a nawet rolnicy. Sam zresztą jako „nie-naukowiec” wiele razy w takich spotkaniach brałem z nim udział. Zresztą aby się przekonać, że działalność akademicka i prowadzenie zajęć dla studentów na najstarszym polskim Uniwersytecie Jagiellońskim to tylko jedna z aktywności Lubiny, wystarczy po prostu wpisać w Google „Michał Lubina”.

Może teraz zaszkodzę pozycji dr. Lubiny w świecie akademickim, ale każdemu naukowcowi życzyłbym napisania recenzji, którą w Internecie „zalajkuje” blisko 300 osób i przeczyta kolejne kilkadziesiąt tysięcy (a mówimy o niszowej tematyce!).

Argument wiec o „wąskim specjaliście z danej dziedziny” odrzucam i traktuję jako żart. Michał Lubina, który Birmę odwiedził kilkunastokrotnie i zna ją nie tylko z biblioteki, a także potrafi nawiązać kontakt z publicznością nie-akademicką (wspomnianymi już studentami, emerytami, bankowcami, a nawet rolnikami) to jego sztandarowe zaprzeczenie.

Źródło: flickr.com, phsymyst

Źródło: flickr.com, phsymyst

Przechodząc do meritum. Andrzeja Muszyńskiego nie znam, polemiki przeczytałem dokładnie, książkę zaś – przyznaję – fragmentami i nie zdziwię nikogo, jeśli napiszę – wspaniałe pióro. Ma to „coś”, co przykuwa uwagę, sprawia, że jego tekst czyta się jednym tchem. Niebiosa obdarzyły go wyjątkowym talentem.

I dlatego tym bardziej rozczarowała mnie jego odpowiedź.

Zamiast postawić sprawę po męsku (coraz rzadziej dzisiaj spotykana postawa) i po prostu napisać: „tak, pomyliłem się – przepraszam czytelników i wydawnictwo”, to usiłuje zrobić z Lubiny „ograniczonego specjalistę od wąskiej dziedziny”, a sam idzie w zaparte, tłumacząc, że to właśnie jego książka jest dowodem na reporterską rzetelność i swój ogromny literacki talent wykorzystuje do mętnych wyjaśnień, kreśląc wspaniałe impresje z podróży po Birmie.

Każdy się myli i popełnia błędy. Rozumiem presję wydawnictwa i zwykły obciach, kiedy jest się publicznie przyłapanym na 30-40 błędach (uznajmy, że 10 błędów to faktycznie czepialstwo Lubiny).  Może mi kiedyś się to też przytrafi i wspomnimy te słowa… Ale wydaje mi się, że wtedy trzeba po prostu wyjść i się przyznać. W końcu każdemu się zdarza… Zwłaszcza, że A. Muszyński to młody człowiek i całe życie jeszcze przed nim, by się „odkuć”. Po takiej polemice mało kto będzie go traktował poważnie – bo na zaufanie, tak ważne w dziennikarstwie, czy reportażu pracuje się latami (no chyba, że tworzymy już nowe standardy i autentyczność i zaufanie jest w tym gatunku kwestią wtórną).

Spodziewam się teraz jakiejś akcji PR-wej i kolejnych nagród dla Andrzeja Muszyńskiego. Dobra agencja potrafi to załatwić. Ale wątpię, by po kilkudziesięciu błędach poważni czytelnicy w to uwierzą. Uważam, że bardziej opłacało się do błędu przyznać, niż w niego brnąć. Ale to wybór autora.

Wielu z Państwa – podekscytowanych tą dyskusją – zachęca do zorganizowania spotkania między „naukowcem a podróżnikiem”. Otóż jako CSPA nie chcielibyśmy go organizować, bo uważamy, że taka dyskusja nie miałaby sensu. Jak zresztą miałaby wyglądać? Wydaje mi się, że mniej więcej tak:

Michał Lubina: Popełnił Pan 30 błędów, pomylił miejsca, daty i ludzi. To tak jakby pisząc o rewolucji w Polsce, napisał Pan ze wybory 4 czerwca odbyły się w 1990 roku, a nie w 1989 r.

Andrzej Muszyński: Fakty są tylko tłem dla ludzkich emocji. Pamiętam dziecko pod budynkiem parlamentu. Żuło betel i płakało. Jego łza kapnęła mi na stopę. Do dziś mam przed oczami widok tej kropli, która jakby wytaczała się z oka birmańskiego malca i przeszywała gorące birmańskie powietrze. Spadała i spadała… Miałem wrażenie, że minęła wieczność, zanim poczułem, jak wilgotna łza tego płaczącego dziecka rozpływa się na moim ciele. I to jest właśnie Birma Panie Michale! Jakie znaczenie wobec tej łzy ma fakt, ze rewolucja wybuchła kilka czy tam kilkanaście miesięcy później?

(Sorry! Daleko mi do wspaniałego stylu Andrzeja Muszyńskiego. Nie wiem czy jest równie wybitnym mowca jak pisarzem, ale mniej więcej takiej argumentacji bym się spodziewał w czasie tego spotkania)

ML: Myli Pan miejsca w Birmie. To tak jakby pisząc o majorze Frydrychu i wrocławskiej Pomarańczowej Alternatywie, napisał Pan, że to zjawisko z Podkarpacia.

AM: Nie chciałem o tym mówić, ale zapraszam do mnie do mieszkania. Znajdzie Pan tam 140 książek o Birmie. Długo się przygotowywałem do tej książki, stała się ona nawet moja obsesją. Dojechałem w kilkadziesiąt miejsc, byłem w obozach uchodźców i więzieniach. Nie zgadzam się, że moja książka jest nierzetelna. Jest wręcz przeciwnie. To bardzo rzetelna książka. Nikt nie wykonał tak ogromnej pracy jak ja.

ML: Przekręca Pan wiele faktów historycznych, takich jak zaangażowanie się buddyjskiego kleru w sprawy polityczne, moment, w którym Birma stała się samodzielną kolonią czy zaangażowania ojca ASSK generała Aung Sana, który nigdy nie był premierem niepodległej Birmy.

AM: Tak jak już mówiłem, to jest reportaż. A wiec fakty są tłem dla emocji. Specjalista z wąskiej dziedziny zawsze może coś wytknąć i do czegoś się przyczepić. Przepraszam bardzo. Miejsce na tego typu rozważania, które – nie zaprzeczę – też są pożyteczne i potrzebne, to biblioteka uniwersytecka. W reportażu nie obowiązują jednak kryteria „naukowe”.

Glos z Sali: Takie stawianie sprawy przez doktora Lubinę to zapewne zawiść, że nie ma on monopolu na Birmę i ktoś inny ośmielił się napisać książkę o tym kraju.

ML: Myli Pan wiele faktów z historii współczesnej Birmy, m.in. to, kiedy Thein Sein odwiedził Biały Dom, jakie pełnił wtedy stanowisko, kiedy ASSK została zwolniona

AM: Jeszcze raz podkreślę. Tym wszystkim przez Pana wskazanym uchybieniom nie zaprzeczę. Ale są bez znaczenia. Pamiętam dziewczynkę z plemienia Kaczinów, która w czasie deszczu bezradnie chodziła po okolicy i nie mogła znaleźć schronienia. I to ma znaczenie dużo istotniejsze niż to, kiedy general Thein Sein zdjął mundur i założył garnitur. To ma znaczenie w nudnych pracach naukowych, natomiast w literaturze faktu jest to sprawa drugorzędna. Jest Pan nieludzki w swojej krytyce, skupia się Pan na takich szczególikach jak mundury i garnitury birmańskich dyktatorów.

ML: Ależ nie. Każdy może się pomylić co do jakichś tam szczegółów. Pan natomiast myli się kilkadziesiąt razy. Co gorsza błędy, które Pan popełnia, pokazują, że chyba nie bardzo rozumie Pan, co się wydarzyło w Birmie w ostatnich latach. Jak można napisać reportaż, myląc się co do faktów, miejsc, dat i ludzi? To pokazuje, że za bardzo się nie zrozumiało kontekstu społeczno-politycznego opisywanych wydarzeń. To nie jest wiarygodne świadectwo.

AM: Powtórzę jeszcze raz. W domu mam 140 książek i opracowań dot. Birmy. Odwiedziłem kilkadziesiąt miejsc w tym kraju. Moja książka to dowód rzetelności – ostatnie kilka lat mojego życia to birmańska obsesja. A Pan cały czas niczym robot i automat zarzuca mnie jakimiś tam tabelkami i oskarża o nierzetelność.

Glos z Sali: Andrzej Muszyński pokazał klasę. Na agresywny atak wyniosłego naukowca, doktora Lubiny z Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu Uniwersytetu Jagiellońskiego specjalizującego się w historii współczesnej Birmy, odpowiedział bardzo kulturalnie. Potrzebujemy zarówno niszowych opracowań naukowych doktora Lubiny, jak i podróżniczych książek Andrzeja Muszyńskiego, w których najważniejszy jest literacki styl, wspaniale opisywane emocje i w których kilkadziesiąt błędów nie ma znaczenia, bowiem to literatura faktu, a nie praca naukowa.

….

Taka wyglądałaby ta dyskusja i tym samym nie miałaby sensu. Michał Lubina prezentowałby nieścisłości i pokazywał tabelki, a Andrzej Muszyński opowiadałby o płaczących dzieciach w birmańskiej dżungli. Szkoda mi na to czasu, tak jak i zresztą wielu komentującym (vide Krzysztof Olszewski, P.R, Tomasz Flasiński i wielu innych).

W istocie cała sprawa to spór cywilizacyjny o pewne pryncypia. Albo istnieje coś takiego jak rzetelność, także w przypadku dziennikarzy i reporterów, albo istnieje ona tylko po przekroczeniu bram akademii i uniwersytetu, a poza nim to już niech każdy sobie pisze, co chce. Jeśli tak postawimy sprawę, to w ogóle nie rozumiem, po co ma istnieć coś takiego jak literatura faktu. Może w takiej sytuacji „reporter” to ktoś, kto ma obowiązek „podkręcić” emocje, aby „reportaż” był jeszcze barwniejszy? Po co ta cała bezsensowna strata czasu na sprawdzanie faktów i dociekanie prawdy, skoro wokół tyle wspaniałych i fascynujących historii?

Ja osobiście nie zgadzam się na takie stawianie sprawy i nie zgadzam się także z moim kolegą Tomkiem Klukiem, który wielokrotnie odwiedzał Birmę, że mamy do czynienia ze sporem naukowca z podróżnikiem. Pisanie prawdy, sprawdzanie faktów, pewnego rodzaju rzetelność, to nie standardy wyłącznie akademickie. Znam wielu dziennikarzy czy podróżników, którzy wiedzą, gdzie przyjechali i o czym piszą. Którym przytrafia się może kilka błędów na książkę, a nie kilkadziesiąt. Weźmy choćby ostatni tekst Jacka Pawlickiego w Newsweeku dotyczący Aung San Suu Kyi. Stosując „współczynnik Muszyńskiego” wychodzi, że autor powinien w tekście na 8 tysięcy znaków popełnić ok. dwóch błędów i sformułować kilka trudnych do obrony, kontrowersyjnych opinii. Nic takiego się nie stało. Czyli Jacek Pawlicki to wyniosły naukowiec, specjalisty z wąskiej dziedziny? Nie, to po prostu człowiek, który poważnie traktuje swoją pracę i dochowuje pewnych standardów.

Nie chce wchodzić za bardzo w szczegóły, bo jak pisałem nie mam czasu, a czytelnicy pewnie cierpliwości do czytania monumentalnych tekstów, ale nie zgadzam się z tymi komentarzami, którzy cały problem widzą w tym, że książki piszą dziennikarze. Czy tylko naukowcy powinni pisać książki o krajach Azji? To byłoby bez sensu. Nie ma książek naukowych i podróżniczych, są tylko dobre i złe, rzetelne i nierzetelne. Znam mnóstwo nudnych książek naukowych, po prostu słabych i takie książki podróżnicze, które biją na głowę te naukowe głębią refleksji i trafnymi spostrzeżeniami.

Wracając jeszcze do komentarza wspomnianego Tomka Kluka, który powołuje się na Kapuścińskiego, można rzec, że Andrzej Muszyński, zapewne wkrótce mianowany po tej wpadce na wice-Kapuścińskiego albo Kapuścińskiego XXI wieku, ma jednak sporego pecha. Cesarzowi polskiego reportażu „pewne nieścisłości” wyciągnięto już po śmierci, a młodemu autorowi już u progu nieźle zapowiadającej się kariery.

Wracając do głównego wątku, należy zadać pytanie, czy skoro fakty są tłem dla ludzkich emocji, to dlaczego Andrzej Muszyński zajął się literaturą faktu? Może lepiej zrzucić ten krępujący gorset i spróbować sil w poezji albo fantastyce? Jeśli autora kręcą podróże i w nich znajduje źródło inspiracji do swojej artystycznej pracy, to może opracować antologię baśni ludów Północnej Birmy? W tym wypadku pewne odstępstwa od faktów byłyby chyba nawet wskazane, by baśnie te przetrwały i dotarły do masowego odbiorcy.

Osobiście nie jestem naukowcem i nie posiadam tytułu naukowego. Swego czasu zająłem drugie miejsce na egzaminie wstępnym do Polskiej Akademii Nauk na ponad 160 kandydatów i byłem nominowany do nagrody prezesa PAN. Ale jednak zrezygnowałem. Właśnie z powodu takich głosów jak Andrzeja Muszyńskiego. Że naukowiec to ma być ktoś, kto jest zamknięty w bibliotece i może sobie pisać książki dla 15 osób, „specjalistów w wąskiej dziedzinie”, a publiczny dyskurs oddać tym, którzy maja dość luźny stosunek do faktów. Taka formuła działalności intelektualnej jakoś mnie nie pociągała.

Praca poza akademia wiązała się ze sporym ryzykiem. Okazuje się, że można jednak z sukcesem zajmować się pracą intelektualną i nieźle z tego żyć, nie pracując na uniwersytecie. Piszę książki, udzielam się w mediach i Internecie, prowadzę nawet zajęcia na wielu uczelniach, ucząc jak najbardziej praktycznych rzeczy (być może dlatego mogę to robić, nie posiadając tytułu naukowego). Oczywiście, aby przetrwać bez dotacji, muszę swój przekaz prezentować w atrakcyjnej i zrozumiałej formie. Nigdy mi jednak nie przyszło do głowy, że ludzkie emocje są ważniejsze od faktów i żeby coś przekręcać, czy to wtedy, gdy wypowiadam się w mediach, czy kiedy prowadzę projekt dla Domu Dziecka. A przecież jestem tylko magistrem socjologii i żaden ze mnie naukowiec. Wiem jednak, że w dłuższej perspektywie to, co mówię, musi być prawdziwe i musi się jakoś sprawdzać, bowiem jeśli będę się mylił, nikt mi nie zapłaci i nie utrzymam się na rynku. Dziwię się Andrzejowi Muszyńskiemu, że uważa inaczej. Czas pokaże czy ma racje.

Dlaczego pisze ten tekst? Bo to spór o kształt naszej cywilizacji i doszedłem do wniosku, że jednak mi zależy. Zależy mi choćby na opinii zapewne nielicznych, którzy dobrnęli do tego miejsca. Jako CSPA i ludzie, którzy siedem lat temu ją założyli, założyliśmy je powodowani pragnieniem, że fakty są faktami, literatura faktu to literatura faktu, bajka to bajka, baśń to baśń, a publicystyka to publicystyka.

Naszym marzeniem było, żeby zbliżać Polskę do Azji, pokazywać ze zrozumieniem i wyjaśniać odlegle cywilizacje. W sposób atrakcyjny, przystępny, praktyczny, ale przede wszystkim autentyczny i prawdziwy z szacunkiem dla prawdy i faktów.

Jest oczywiste, że w tym sporze jesteśmy na przegranej pozycji. Zalewa nas wszechogarniająca tabloidyzacja i entertainment: infotainment, edu-tainment i Emo-tainment (czyli opisywanie odległych krajów, w formie zabawy emocjami). To pewnie dopiero początek, bo kiedy za pisanie książek o Azji wezmą się kucharze i żony piłkarzy, to być może wszyscy, w tym niżej podpisany, będziemy z nostalgią wspominać te kilkadziesiąt błędów i barwny język Andrzeja Muszyńskiego…

Niepokoi jednak to, że zjawisko to zaczyna dopadać także tak szacowne instytucje jak Wydawnictwo Czarne czy Instytut Reportażu. Jeśli także tam emocja i rozrywka zaczyna wygrywać z dobrą, rzetelną robotą dziennikarską, to znaczy, że jest już bardzo źle.

Zakładam, że teraz przez polskie media przetoczy się fala entuzjastycznych recenzji A. Muszyńskiego. Młodzi stażyści zatrudnieni za skromne pieniądze, nie będą w stanie dokonać merytorycznej krytyki tej książki (i nie można od nich tego oczekiwać, nikt nie zna i nie może się znać na wszystkim, a ich na pewno zwiedzie literacki styl i renoma Wydawnictwa). Za darmowy egzemplarz recenzencki będą wiec pisać o „fascynującej”, „mistycznej”, „egzotycznej”, „wzruszającej” Birmie.

Andrzej Muszyński dostanie w nadchodzących tygodniach kolejne tzw. „prestiżowe nagrody” za „wspaniałą książkę”. Rzesza czytelników pod warunkiem, że przeczyta książkę, a nie tylko kupi i położy na półkę, będzie sobie wyrabiała pogląd na współczesną Birmę z książki, w której popełniono kilkadziesiąt szkolnych błędów.

Nie mamy wątpliwości, że tak właśnie będzie. Zbyt duża jest bowiem grupa ludzi, która woli „doświadczać”, zamiast „rozumieć” i dla której zgodność faktów z rzeczywistością nie jest wartością, bo „ludzkie emocje są zawsze atrakcyjniejsze”… My jednak nie damy sobie spokoju. Będziemy przypominać o wysokich standardach w otaczającym nas matriksie.

Nie ma tu mowy o zawiści czy wyniosłości. Będziemy stali z boku i śmiali się z tych wszystkich nagród i wyróżnień J Wiemy, że tak po prostu jest i nie ma się, na co na to obrażać. Po prostu współczujemy nabranym, a może nie współczujemy, bo przecież sami tego chcą…

Natomiast wszystkich tych, którzy interesują się Azją, nie tylko w kontekście chwytających za serce historii, i którym bliskie są te wartości – by słowa odpowiadały słowom, a fakty faktom – zapraszamy do CSPA. Zapraszamy do komentowania, do czytania i pisania. Nie zawsze nam się to udaje, ale cel jest jasny i określony – być najbliżej jak to możliwe (jeśli w ogóle możliwe) prawdy.

Andrzeja Muszyńskiego dzieli krok od wielkości, do której predystynuje go wielki literacki talent. Szkoda, że jego definicja literatury faktu, w której najważniejsze są „ludzkie emocje”, a nie fakty, uniemożliwia mu de facto dotarcie do ambitnej i wymagającej publiczności (my jeśli możemy wybierać, to wolimy świadomie adresować nasz przekaz właśnie do niej).

I kilka słów na koniec. W ostatnich latach szczególnie politycy dzielili ludzi w Polsce na lemingów, moherów czy Januszów. Nie dajmy się w to wrobić po raz kolejny i nie dzielmy się na podróżników-pasjonatów i naukowców z wąskiej dziedziny.

Posługujemy się tym samym językiem i stać nas na poważną literaturę faktu o Azji i książki doskonale literacko, zgodne z faktami i wysuwające niebanalne wnioski. Stać nas na utrzymanie pewnych standardów, wedle których literatura faktu trzyma się faktu. Wszyscy potrzebujemy Andrzeja Muszyńskiego, który swój literacki talent łączy z rzetelnością i szacunkiem dla dobrego reportażu. Inaczej wyjdą nam bajki do poczytania na plaży, które zamiast przybliżyć nam świat dalekiej Azji, tylko nas od niego oddalają, co będzie wielką stratą dla nas wszystkich. Dlatego jestem zmartwiony porażką „Cyklonu” i dziwnymi tłumaczeniami utalentowanego autora, który moim zdaniem tylko się pogrąża w oczach bardziej wyrobionych odbiorców. Tacy czytelnicy nie tylko dadzą sobie spokój z „Cyklonem”, ale także z jego kolejnymi książkami.

Andrzejowi Muszyńskiemu życzę powodzenia. Każdy zalicza mniejsze lub większe wpadki. Jak mawiali Lao Zi i Heraklit, „wszystko płynie”. A zatem wszystko może się jeszcze kiedyś odwrócić. Chylę czoła przed wielkim talentem literackim!

Ukłony,

Radek Pyffel

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
R. Pyffel: Matriks w „Cyklonie” Reviewed by on 28 czerwca 2015 .

Któż zainteresowany Azją nie śledził w ostatnich dniach polemiki Michała Lubina i Andrzeja Muszyńskiego? Śledziłem tę dyskusję i ja, i czuję się zmuszony, by zabrać w niej głos. Wiem, że zabrzmi to śmiesznie, ale bardzo tego nie chciałem. Nie chciałem dlatego, że nie jestem specjalistą od Birmy. Byłem tam zaledwie dwukrotnie i to na bardzo

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarze 4

  • Polemiki obu panów nie znam, ale powyższy artykuł przeczytałem w skupieniu od początku do końca.
    Cały wywód pana Radosława popieram w 100% i podpisuję się pod nim obieram rękami.
    Podobne problemy pojawiają się także w polskiej blogosferze podróżniczej. Czytając różne blogi polskich „podróżników” aż głowa boli od ich przygotowania mertorycznego do pisanych tekstów. Sam osobiście, mimo iż mój blog nie posiada bardzo szerokiej publiki, zawsze przed napisaniem posta wertuję rozliczne dostępne materiały, żeby nie dać gafy w kwestii faktów. Wiem, że ewentualnych błędów i tak mi nikt nie wytknie, ale brak szacunku do faktów, byłby dla mnie brakiem szacunku dla samego siebie, a przede wszystkim dla moich czytelników. Gdy nie jestem czegoś pewien, jasno to w postach sygnalizuję. Jestem blogerem, nie naukowcem, mam prawo czegoś nie wiedzieć (względnie nie znaleźć nigdzie na ten temat informacji), ale w takim przypadku czuję się w obowiązku poinformować o tym czytelnika. Wiem, że są blogerzy, którzy do swojej pracy twórczej podchodzą rzetelnie, ale są i tacy, którzy piszą o swoich podróżach nie zagłębiając się zbytnio w tło historyczne czy kulturowe i wychodzi z tego nie powiem co. Niektórzy polscy blogerzy piszący o podrózach cierpią też na inną przypadłość – opisują przygody i historie, które się nigdy nie wydarzyły, podkoloryzując nieco swoje podróżnicze dokonania. W blogosferze występuję więc podobny dysonans jak w publicystyce czy literaturze faktu – jedni trzymają się prawdy i faktów, inni nie do końca, w ekstremalnej formie pisząc bajki na dobranoc. Dlatego tak bardzo utożsamiam się z powyższym tekstem i tak bardzo go popieram. Można przecież pięknie pisać o emocjach, mając jednocześnie szacunek do czytelnika i nie przekręcając faktów.

  • do Mateusz

    Wydaje mi sie, ze artykul jest komentarzem dyskusji Lubina – Muszynski, a nie recenzja ksiazki.

    Pozdr, Katarzyna

  • Rzadka umiejętność: receznować książkę / zabierać głos w dyskusji na temat ksiązki, której się nie przeczytało …

  • „To pewnie dopiero początek, bo kiedy za pisanie książek o Azji wezmą się kucharze i żony piłkarzy”
    Problem w tym, że już wzięli się dawno temu :D. Rynek jest zalany książkami o Azji. Wartość 99% z nich jest niestety żadna.
    Problem w tym, jak nierzetelności publikują wydawnictwa, którym przywykło się ufać, a takim jest dla mnie Czarne.

    Symulacji debaty Lubina – Muszyński to mistrzostwo!

Pozostaw odpowiedź