Chiny news,Komentarz eksperta

R. Pyffel: Kolejna odsłona Wielkiej Gry na Dachu Świata

r.pyffelPod koniec kwietnia nowym przywódcą emigracji tybetańskiej został czterdziestotrzyletni akademik z Harvardu, Lobsang Sangay.

Wydarzenie to jest przełomem, gdyż zbiegło się w czasie z oficjalnym ustąpieniem XIV Dalajlamy z funkcji publicznych i politycznych. Tym samym nastąpiło – wzorem państw zachodnich – rozdzielenie władzy świeckiej i duchownej.

Nowy lider tybetańskiej emigracji został wybrany w oficjalnych wyborach 20 marca, w których wzięło udział ok. 80 tysięcy rozproszonych po całym świecie Tybetańczyków (Indie, Nepal, Europa Zachodnia, Rosja, USA, Kanada). Głównie są to potomkowie elit, które po nieudanym powstaniu w 1959 roku wraz z Dalajlamą XIV opuściły Tybet (nazywanych w oficjalnym chińskim przekazie „kliką Dalają”). Choćby z tego powodu liczenie głosów trwało aż miesiąc. Sangay wygrał w pierwszej turze otrzymując  27,051 głosów (55%), pokonując innego akademika ze Stanford Tenzina Tethonga – 18,405 głosów(37.42%), oraz bliskiego współpracownika i przedstawiciela Dalajlamy na Amerykę, Tashi Wangdiego – 3,173 głosów (6.44%).

Także rodzice Songaya to przedstawiciele tybetańskiej elity emigracyjnej, która razem z XIV Dalajlamą przedostała się przez Himalaje do Indii. Dlatego obecny lider tybetańskiej emigracji to przedstawiciel pokolenia które nigdy nie było w Tybecie. Songay nie ukrywa, iż traktuje Indie (gdzie się urodził i wychował) jako swoją drugą ojczyznę. Po uzyskaniu licencjatu na Uniwersytecie w New Delhi, otrzymał stypendium Fulbrighta w Stanach Zjednoczonych, a później został na Harvardzie, gdzie stał się specjalistą od prawa międzynarodowego. Obecnie mieszka z rodziną w Bostonie.

Te indyjsko-amerykańskie akcenty w życiu Sangaya są jak płachta na byka. Pekin bowiem sprawę Tybetu uważa za narzędzie w rękach innych mocarstw służące im do destabilizacji sytuacji w Chinach. A za takie uważane są Indie, z którymi Chiny mają napięte stosunki od czasów zbrojnych starć granicznych w latach 60-tych, i  USA, często postrzegane jako kraj obawiający się wzrostu chińskiej potęgi, którą będą próbowały zablokować, choćby poprzez niepokoje na rubieżach chińskiego imperium.

I choć Sangay zapowiada że będzie kontynuatorem polityki „znaczącej autonomii” w ramach ChRL (meaningfull autonomy, którą także postulował Dalajlama), to w jego programie istnieją elementy które muszą zostać w Pekinie odebrane z wielkim niepokojem.

Po pierwsze, utrzymanie instytucji Dalajlamy (XIV Dalajlama ostatnio zasugerował, iż być może jest już ostatnim Dalajlamą). Po drugie, aktywizacja rządu na uchodźctwie, ale także – po trzecie – aktywizacja Tybetańczyków w Tybecie.

Zwłaszcza „aktywizacja” Tybetańczyków w Tybecie, może okazać się dla Pekinu bardzo kłopotliwa  Zgodnie z zapowiedzią, pierwszą sprawą, jaką zajmie się nowy lider i jego ekipa będzie analiza zamieszek w Tybecie z 2008 roku, z którymi emigracja miała mały kontakt i mały na nie wpływ. Mimo że od wyboru upłynął miesiąc, Sangay ma już na koncie jedna kontrowersyjną wypowiedź (komentowaną na polska-azja.pl) o „okrążaniu Indii, przez Chiny”.

Dla znajdujących się od ponad 50 lat na uchodźctwie zwolenników ustępującego Dalajlamy zaczyna bić już ostatni dzwonek. Tybet oczywiście będzie istniał, ale jaki to będzie Tybet?  Elity emigracyjne mogą nie mieć na jego przyszłość i ostateczny kształt przyszłej tożsamości tybetańskiej żadnego wpływu.

Zwłaszcza iż władze w Pekinie ostro zakasały rękawy i najwyraźniej postanowiły zafundować Tybetowi rozwój cywilizacyjny i dobrobyt (oczywiście na własnych zasadach). Świadczy o tym szybki wzrost gospodarczy na Dachu Świata, który w ostatniej dekadzie wynosił średnio 12 procent rocznie. W wyniku licznych inwestycji rządu centralnego, z których najbardziej medialna to budowa poruszającej się po wiecznej zmarzlinie kolei Pekin – Lhasa, w 2020 roku ta najbiedniejsza obecnie prowincja (o statusie regionu autonomicznego) ma dojść do średniego poziomu w całym ChRL (a przecież poziom ten będzie się też podnosił).

Efektem wzrostu dochodu mieszkańców Tybetańskiego Regionu Autonomicznego ChRL i rozbudowie infrastruktury będzie prawdopodobnie radykalna zmiana stylu życia jego mieszkańców, w tym laicyzacja.  Życie kolejnych pokoleń Tybetańczyków może już nie opierać się na pasterstwie i lamaistycznej religii, ale konsumpcji, oraz zabawie Iphonami  z oglądaniem ostatnich akcji Yao Minga w NBA włącznie (sam już wielu takich Tybetańczyków widziałem w Syczuanie, nie mówiąc o Pekinie). Wszystko odbywać się może w języku tybetańskim (lokalne języki i dialekty są w ChRL tolerowane, a nawet w specyficzny sposób promowane). Na pogadanki tybetańskiej emigracji o „niepodległości”, „znaczącej autonomii”, czy „starym, dawnym Tybecie”, mogą oni reagować podobnie jak polska młodzież na krytykę Unii Europejskiej: wzruszeniem ramion, lub pukaniem się w głowę.

Wydaje się, że emigracja tybetańska nie tylko traci kontakt z Tybetem, ale także poparcie międzynarodowe. Wielkie medialne talenty Dalajlamy, które wywindowały go na przykład w 2008 roku do roli jednego z pięciu największych autorytetów polskiej młodzieży (przegrał tylko z Jerzym Owsiakiem, Wojciechem Cejrowskim, Kubą Wojewódzkim i Szymonem Majewskim) zdały się na nic.

Pomimo wysokich notowań we wszystkich rankingach popularności, dla realizacji idei „znaczącej autonomii” Tybetu (nigdy nie domagał się niepodległości, lecz statusu Tybetu na równi z Hong Kongiem i Makao, czyli SSA) politycznie nie uzyskał nic.

Dziś międzynarodowa koniunktura jest dla polityki „umiędzynaradawiania kwestii Tybetu” i wywierania na Pekin presji zewnętrznej jest jeszcze bardziej niekorzystna. Dawniej nie naciskano, licząc na chińskie kontrakty, dziś są to już inwestycje i… pożyczki. Trudno przypuszczać by zadłużone społeczeństwa Zachodu chciały teraz jeszcze mocniej wstawiać się za Dalajlamą. Zwłaszcza iż istnieje tak zwany „efekt Dalajlamy” czyli spadek średnio o kilkanaście procent inwestycji, pożyczek czy obrotów handlowych z Chinami tych państw, których przywódcy spotykali się z liderem tybetańskiej diaspory.

Wiele zmieni się także w Polsce. Po pierwsze, staje się ona przedmiotem chińskiej ekspansji inwestycyjnej (w kontekście tej ekspansji i „efektu Dalajlamy” warto przyjrzeć się prężnie rozwijającemu się Wrocławiowi, gdzie prezydent Dutkiewicz rozpoczął kampanię wyborczą od spotkania z Dalajlamą w Hali Stulecia). Za chwilę okaże się, że sprawa Tybetu zaczyna już kosztować. Do tej pory bowiem zabawa w nic lub niewiele znaczące deklaracje i podpisywanie listów, będących w istocie pastiszem działalności opozycyjnej sprzed 1989 roku, nic nie kosztowała. Teraz, kiedy chiński smok szykuje się do lotu nad Wisłę, już stają się oczywiste, że takie zabawy mają swoje konsekwencję i określoną cenę, być może wyższe niż doraźne drgnięcie w sondażowych słupkach.

Po drugie, w Polsce – w co trudno byłoby uwierzyć jeszcze pięć lat temu – sami obserwujemy tendencje separatystyczne (czy też dążące do autonomii), jak na przykład na Śląsku (RAŚ), a sama postać Jerzego Gorzelika i jego sensacyjnego wywiadu dla Rzeczpospolitej stały się przyczyną ożywionych dyskusji także na polska-azja.pl.

Oczywiście dla wielu osób w Polsce, jak np. dla warszawiaka Marcina Mellera, który zadeklarował już publicznie narodowość śląską, sytuacja ta niewiele zmieni. Ale dla sporej części (pewnie mniejszej i utożsamianej z PiSem, ale wciąż znaczącej) opinii publicznej, perspektywa popierania takich inicjatyw za granicą, gdy samemu ma się już takie problemy u siebie, może wydać się problematyczna.

Mimo klęski Dalajalamy i jego politycznej strategii, jest oczywiste, iż cieszył się on ogromną popularnością i każdy następny przywódca wypadnie na jego tle blado. Dlatego Sangay prawdopodobnie postawi na inny typ przywództwa. Jako prawnik, specjalista od prawa międzynarodowego, wykładowca Harvardu, akademik – a nie ubrany w religijny strój mnich, który słynie z poczucia humoru (i do którego nawet Hanna Gronkiewicz Waltz zwracała się „Mistrzu”), ma małe szanse na dotarcie do przywódców krajów zachodnich. Ale podobno nawiązuje kontakty i jest z uwagą słuchany przez chińskich akademików którzy przebywają na zachodnich uniwersytetach  i coraz częściej wracają do kraju po otrzymaniu atrakcyjnych ofert u siebie – bowiem Chiny stawiają na naukę) Być może będzie próbował wywrzeć wpływ nie z zewnątrz, jak Dalajlama, ale od wewnątrz. Zwłaszcza iż to bogacące się i modernizujące społeczeństwo dynamicznie się zmienia, a na naszych oczach kształtuje się nowy chiński model. Być może Sangay będzie chciał na niego wywrzeć wpływ, nie poprzez presję Zachodu i Indii, ale poprzez kontakty z chińską inteligencją i klasą średnią.

Media zachodnie, a w ślad za nimi polskie, nadały wyborowi Lobsanga Sangaya ogromny priorytet. Informacja o abdykacji Dalajlamy z funkcji politycznych i jego świeckim następcy obiegła czołówki zachodnich i polskich gazet i kanałów telewizyjnych. Czy rzeczywiście jest to istotne wydarzenie w polityce światowej i w samych Chinach? Raczej nie, gdyż klucz do przyszłości Dachu Świata jest w Pekinie, tuż przy dawnym Pałacu Cesarskim, czyli w Zhongnanhai, w siedzibie chińskich władz.

Co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości.  Nawet tybetańskie elity emigracyjne.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
R. Pyffel: Kolejna odsłona Wielkiej Gry na Dachu Świata Reviewed by on 25 maja 2011 .

Pod koniec kwietnia nowym przywódcą emigracji tybetańskiej został czterdziestotrzyletni akademik z Harvardu, Lobsang Sangay. Wydarzenie to jest przełomem, gdyż zbiegło się w czasie z oficjalnym ustąpieniem XIV Dalajlamy z funkcji publicznych i politycznych. Tym samym nastąpiło – wzorem państw zachodnich – rozdzielenie władzy świeckiej i duchownej. Nowy lider tybetańskiej emigracji został wybrany w oficjalnych wyborach

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 37

    • „Z kraju nędzy i zacofania Chiny stały się najważniejszą z gospodarek świata. Ich wzrost pozwolił osiągnąć potencjał gospodarczy nie mniejszy niż amerykański.”

      Gdyby nie rozjechali zdrajcow studentow na garnuszku u amerykanskiej CIA, ktorzy podburzali tlum to obecnie w Chinach byloby to co w Polsce:
      – dobrze, ze istnieje jeszcze Rumunia to nie jestesmy ostatni w Europie
      – wolnosc slowa pozwala krytykowac rzad- najwyzej wysla do ciebie sluzby o 5 rano,
      – wolny rynek pozwalajacy rozkradac panstwowe przedsiebiorstwa i zasilajacy kieszenie jankesow, ktorzy Polakow jak trzymali przez 20 lat na smyczy tak dalej trzymaja

      • Avatar Zyggi

        Ejże, Panie szanowny. Z tymi zdrajcami to chyba przesada. Ci studenci – wbrew temu, co twierdzą zachodnie korporacyjne media – nie skandowali haseł na rzecz demokracji tylko ku czci Hu Yaobanga. A że ich casus skwapliwie wykorzystano, no cóż, Londyn ani Waszyngton nigdy nie były okupowane przez obce wojska, dlatego Anglosasi ciągle są mocni w gębie.
        A propos wolnego rynku: z tym, co jest w Polsce nie ma on wiele wspólnego, to raczej rodzaj kapitalizmu kompradorskiego. Jesteśmy bananową republiką, w stopniu podobnym jak Honduras czy Salwador. Nawet gorzej, bo tam może dojść do władzy ktoś, kto nie wchodzi bezwstydnie w rzyć możnym tego świata. U nas to praktycznie niemożliwe, scena polityczna została owładnięta przez ludzi o mentalności lokajów. Nie potrafią być partnerami jak np. Turcy, którzy wiele wytargowali od ekipy Busha za użytkowanie przez US Air Force tureckich lotnisk w czasie kampanii w Iraku. Zawsze dają d*** darmo, nic w zamian nie dostając, nawet zniesienia wiz do USA (nawet Kanada je zniosła, a Stany wciąż ani myślą). Tak zachowuje się niewolnik, tzw. homo sovieticus.

      • Avatar wute

        @ Zyggi
        Pozycja Turcji jest diametrialnie inna niż Polski.
        Po pierwsze – Turcja nie ma jak Polska dwóch nieprzyjaznych sąsiadów, który każdy z nich potencjałem znacznie nas przewyższa.
        Po drugie – Turcja przewyższa Polskę demograficznie niemal dwuktrotnie (74 mln do 38 mln)
        Po trzecie – Turcja odkąd przestała być imperium i została
        zepchnięta do granic etnograficznych, nie musi się obecnie
        nikogo obawiać. Największe zagrożenie jakim byli Sowieci
        nie istnieje. Powstanie niepodległej Ukrainy oznacza wręcz, że Turcja może być uznana ze zeszła nawet z linii forntowej
        a pozostałe państwa nie stanowią dla niej zagrożenia lub
        Turcja dominuje nad nimi militarnie.
        Po czwarte – Turcja ma o wiele lepsze połóżenie strategiczne
        niż Polska. My po upadku sowieckiego bloku staliśmy się
        państwem frontowym na styku NATO i odbudowującego się
        imperium rosyjskiego. Możemy co najwyżej wystąpić w roli
        zderzaka na które spadnie pierwsze ewentualne uderzenie od wschodu. Dodatkowo nasza pozycja uległa osłabieniu na
        skutek budowy gazociągu bałtyckiego.
        Z Turcją jest inaczej. Nie tylko kontroluje dostęp do morza
        Czarnego oraz częściwo może sprawodwać kontrolę na
        wschodnią częścią morza Śródziemnego to jeszcze przez
        przez Turcję przebiega parę rur i ma przebiegać gazociąg
        Nabucco. Z Turcji jest też dostęp do Zakaukazia i do Iranu.
        Wszystko to powoduje, że pozycja strategiczna Turcji jest
        o wiele silniejsza niż Polski. To też nic dziwnego, że potrafią
        wytargować od amerykanów więcej niż my.

      • Avatar rysiek

        jg,

        zabito niewinne dzieciaki. takimi samymi zdrajcami byli czlonkowie solidarnosci, kopalni wujek i inni wywrotowcy?
        ich podburzali polscy agenci oplacani przez USA?

        ponadto, nie ma to jak wiedziec co by bylo, gdyby bylo inaczej. oczywiscie byloby zle, chiny by sie zawalily, tak jak twierdzi ich wladza. tak samo jak egipt nie dalby sobie rady bez mubaraka, libia bez kadafiego i syria bez ich prezydenta ojca i syna. tajwan bez rodziny cziangow tez sie zawalil, istny obraz nedzy i rozpaczy.

        moj znajomy stad wrocil po kilku latach na tajwanie do kraju i napisal, ze przede wszystkim polacy stale i na wszyskto narzekaja. co nie?

      • Avatar jg

        @rysiek

        Jak slysze niewinne to az mnie mdli.

        Jak slysze porownania Chin do Polski i Solidarnosci to tez mnie mdli.

      • Avatar Zyggi

        @ Rysiek.
        „Polacy na wszystko narzekają”. Jakbyś posłuchał, jak reagują Szwajcarzy na 1-minutowe spóźnienie pociągu, to wiedziałbyś, co znaczy narzekanie. A może po prostu oddalenie geograficzne sprawia, że nie masz pojęcia, co się kryje za tym „polskim narzekaniem”?
        Zacytuję Ci tylko wypowiedź znajomych Hiszpanów, gdy dowiedzieli się o tym, jak w Polsce ZUS traktuje ludzi niepełnosprawnych, którzy wiele lat płacili (zmuszani administracyjnie) na utrzymanie tego skrajnie niegospodarnego tworu: „U nas ludzie dawno wyszliby na ulice albo zrobili strajk generalny”.

      • Avatar rysiek

        Zyggi,
        wiem jak jest w kraju, bo jeszcze rok temu prowadzilem z bratem firme w niemczech i regularnie bylem w polsce.
        po prostu mam awersje do narzekania i ustawicznej krytyki z ktorej niewiele wynika.

        w azji podejmowano na szczeblu regionalnym proby skonsolidowania wladzy i sie nie udalo. w tym wzgledzie UE uwazana jest za wzor, chociazby z tego wzgledu, ze taka unia wymaga zarzegnania podzialow historycznych, wypracowania mechanizmow wspolpracy, zawierania konsensusu. jak na dzien obecny jest to w azji nieosiagalne. podpisac sobie fta moze kazdy kraj i to wlasnie tutaj robia.
        a porozumienie miedzy azjatyckimi potegami jest coraz odleglejsze. to m.in. wlasnie polityka zagraniczna chin trzyma tutaj wojska amerykanskie, na prosby ich sasiadow. ostatnio amerykanskie wladze

        ponizej kilka cytatow, ktore w roznych odmianach pojawiaja sie w wielu artykulach, chodzi mi tu o czesta ocene obecnej sytuacji

        propozycja chinska
        “Let’s call ourselves ‘Asians’ from now on, rather than calling us by our different nationalities,” said Zhao Qizheng, chairman of the foreign affairs committee of the National Committee of the Chinese People’s Political Consultative Conference, China’s top political advisory body, at the recently held Jeju Forum here.

        i rzeczywistosc
        Yet, what is the Asian model? There is no consensus. Analysts point out that Asia must first integrate itself, like the European Union, and come up with its own development model to share.

        In addition, China, the biggest economic and military power in Asia, has to lessen the concerns of its neighboring countries and convince them that its rise offers more opportunities than threats before it can convince faraway Western countries.

        They view that before China changes the existing global rules of conduct, it must first earn the respect from its neighbors.

        zgodnie z ocena wielu osob na tym forum, wzrost chin i madrego rzadu technokratow pwinien wrecz pchac sasiadow w jego ramiona, oni jednak tworza kolejke do VII floty i kupuja od USA kolejna bron, nie zas pozbywaja sie starej.
        w latach 80 system w chinach byl taki, ze przybywalo w miare rowno i rzeczywiscie panowala wzgledna wolnosc wypowiedzi, ktorej wydarzenia na tiananmen byly wlasnie wyrazem. obecnie kroluja SOE i zamordyzm. pisze o tym kilka ciekawych osob, m.in. bardzo madry profesor z MIT Yasheng Huang. oczywiscie trudno tu oddac takie zlozone zagadnienie, chodzi mi jedynie o pewne rzadko omawiane trendy i zmiany

  • Przypomina mi to raczej sytuację rządu „londyńskiego” na uchodźstwie. Poza racją nie miał absolutnie nic. Ani liczącego się uznania krajowego ani miedzynarodowego. Uznanie i zaszczyty uzyskał dopiero po transformacji PRL (o upadku trudno mówić). Czego i Tybetańczykom i Chińczykom życzę.

  • POST USUNIĘTY ZE WZGLĘDU NA OBRAZĘ UCZUĆ RELIGIJNYCH

    • POST USUNIĘTY ZE WZGLĘDU NA ARGUMENTACJĘ AD PERSONAM

    • @ p.Rysiek
      Ja również nie życzę sobie żadnej dysakusji z panem.

      • Avatar rysiek

        do wute:
        poprzedni post Pana Pilcha zostal usuniety, wiec nie wiem, do czego Pan nawiazuje. szkoda, ze nie odniosl sie Pan merytorycznie, to ulatwiloby sprawe. nie zaprzeczyl Pan moim stwierdzeniom, tylko mojej osobie

  • @Zyggi

    ” W dodatku dla człowieka reprezentującego jeden z tradycyjnie najbardziej obskuranckich nurtów buddyzmu…”
    To skandal tak pisac! Co ty wiesz o nurtach buddyzmu ignorancie.
    Dalajlama zrobil dla demokracji i wolności na świecie nie mniej niz JP II.
    Niech zawsze żyje wolny TYBET! Niech żyje Lech Walęsa, ktory idee wolnego TYBETU popiera.
    AM

    • „To skandal tak pisać!” A gdzie wolność słowa, no gdzie, hipokryto? Hę? ;-)

      • Avatar jg

        W Polsce dopoki pisze sie po mysli Michnika to wtedy wolnosc slowa obowiazuje. Inaczej jestes albo komunista albo zrobia z ciebie terroryste. Zapewno kolejny prowokator z Wyborczej.

    • @ p.Arek Mrozowski
      W tym portalu chcemy utrzymać wysoki poziom za równo w sferze merytorycznej jaki w kulturze dyskusji. Mysle, że nazywanie kogoś
      ignorantem czy hipokrytą chyba temu nie służy.

  • Ja myślę, że przeciętni Tybetańczycy ani nie miłują chińskich władz, ani Dalajlamy. To wielki błąd KPCh, że nie potrafi nagłośnić feudalnej przeszłości Tybetu. Nadal pokutuje sielankowy obraz zaczerpnięty z filmów „7 lat w Tybecie”. Jeżeli Chiny nie opanują PR nawet na przeciętnym poziomie to mogą zapomnieć o jakiejś szczególnej pozycji. W demokracji na politykę wpływają masy (sondaże), a masy zdecydowanie popierają Tybet, ponieważ mają skrzywiony obraz rzeczywistości.

    • Myślę, że braki w opanowaniu PR na poziomie międzynarodowym biorą się z tego, że Chińczycy – w odróżnieniu od Zachodu czy ongiś ZSRR – nie przywiązują wagi do PR. A to z tej przyczyny, że ich nigdy zbytnio nie interesowało, jak cudzoziemcy postrzegają ich państwo. Do tego dochodzi brak wyrazistej ideologii w dzisiejszych Chinach oraz wynikające z pragmatyzmu podporządkowanie polityki względom ekonomicznym, nie ideologicznym. Chiński PR jest skoncentrowany do wewnątrz, do własnych obywateli. Za granicą jest póki co – że tak powiem – „niszowy”, tzn. dociera głównie do tych, którzy interesują się Chinami, mają kontakt z chińskimi przedstawicielstwami w świecie, korzystają z chińskich mass mediów, np. oglądają CCTV, słuchają radio CRI, czytają „China Daily” lub miesięcznik „China Today”.

  • „Jest bowiem tajemnicą poliszynela, że Dalajlama i jego zwolennicy przyjmowali pieniądze od wywiadów różnych państw, najwięcej w latach 50-tych i 60-tych, potem też, ale mniej (w tym CIA, wywiadu indyjskiego, a istnieją podejrzenia, że i od KGB – Rosjanie widocznie lepiej zacierali ślady).”

    Zgadza sie. W podobny sposob Amerykanie zwerbowali Liu Xiaobo, gdy studiowal w USA, a ktory tez pracowal dla amerykanskiej CIA.

    W Chinach wiedza o wspolpracy Dalai Lamy i Liu Xiaobo z amerykanskim wywiadem jest powszechna. Zachodnie i podazajace za nimi polskie media ograniczaja do niej dostep swoim obywatelom. W Polsce nie wiedziec czemu te dwie postacie traktuje sie jako wielkich wojownikow o prawa czlowieka a Dalai Lame jak bostwo, przed ktorym polscy politycy padaja na kolana, podczas, gdy sa to zwykli zdrajcy pracujacy dla Amerykanow.

    Nie zdziewie sie, gdy Godlewski albo Kruczkowska z Gazety Wyborczej zaraz wyjda z zarzutami, ze kto twierdzi w ten sposob pracuje dla ambasady chinskiej:D Takie zalosne kontrargumenty niestety sie pojawiaja, gdy nie ma merytorycznych podstaw. Wiedza w Polsce na pewne tematy jest brutalnie ograniczana np. znieksztalcanie wizerunku Dalai Lamy.

    Pewnym srodowiskom zalezy zeby tak zostalo dlatego w Polsce kazda proba przedstawiania wydarzen w innym sposob niz to co mowi sie w USA i na zachodzie Europy jest albo wysmiewana albo wytacza sie procesy o zniewage czy podwazenie wizerunku publicznego.

    • „W Polsce nie wiedziec czemu te dwie postacie traktuje sie jako wielkich wojownikow o prawa czlowieka a Dalai Lame jak bostwo, przed ktorym polscy politycy padaja na kolana, podczas, gdy sa to zwykli zdrajcy pracujacy dla Amerykanow. ”

      Nie jestem zwolennikiem Dalajlamy, ponieważ z zasady jestem przeciwny przywódcom religijnym, ale nazywanie Tybetańczyka zdrajcą, dlatego że nie jest lojalny wobec chińskich władz jest śmieszne. To tak jakbyśmy nazwali Polaków mieszkających w Niemczech zdrajcami, ponieważ nie są lojalni wobec RFN.
      Jaka tu logika ?

    • Panie jg. proszę o maila.

    • Nazwanie Dalajlamy zdrajcą jest jeśli nie krzywdzące, to na pewno przesadne. Przecież nie ma on moralnego obowiązku służyc Pekinowi, tak jak Polacy w XIX w. nie mieli moralnego obowiązku służyc carowi. A że Dalajlama brał kasę z zagranicy – to też jeszcze nie czyni z niego zdrajcy. Nie nazwałbym zdrajcami tych Polaków, którzy wierzyli, że Napoleon da im niepodległośc (owszem, jednym przyświecał patriotyzm, a innym przyziemna chęc „dorwania się do stołków”) i dlatego popierali cesarza Francuzów tudzież brali udział w jego wojennych awanturach.
      Tacy ludzie jak Dalajlama są albo 1) skłonni zawrzec przysłowiowy pakt z Diabłem dla realizacji swoich celów politycznych albo 2) na tyle naiwni, że wydaje im się, że mają spore wpływy, podczas gdy tak naprawdę są czyimiś marionetkami. Przypuszczam, że Dalajlama należy raczej do tej drugiej grupy. Sporo obserwatorów zwraca uwagę na jego swoisty infantylizm. Nie zapominajmy też, że opuścił Tybet będąc młodzieńcem, toteż jego wiedza na temat rzeczywistości sprzed chińskiej inwazji (lub jak kto woli – wyzwolenia) może byc oparta na tym, co mu powiedzieli jego „doradcy”. A owi „doradcy” zapewne nie epatowali go różnymi bezeceństwami, jakimi cechował się tybetański feudalizm.
      Zdrajcami nazwałbym raczej tych, którzy z premedytacją chcieliby zaprzedac swój kraj w obcą niewolę, byleby od zagranicznych mocodawców otrzymac przywileje. Tu wymieniłbym wielu dawnych wielmożów, którym śnił się po nocach stary Tybet z jego darmową pańszczyźnianą siłą roboczą, poddaństwem, niewolnictwem, prawem szlachcica do „rozdziewiczenia” chłopki, która wyszła za mąż itp. ohydztwami, z których Europa wyzwoliła się wieki temu. Wielu z nich było gotowych paktowac z innymi mocarstwami, byleby odzyskac utracone przywileje. Natomiast chyba większa wyrozumiałośc należy się tybetańskim komunistom, którzy w chińskich rządach upatrywali i upatrują – nie bez podstaw – szansy na awans nie tylko gospodarczy, ale ogólnocywilizacyjny kraju: rozwój nauki, opieki medycznej, oświaty. Aczkolwiek nie zapominajmy, że niemało z tych komunistów to także zwykli karierowicze: zarozumiali, skorumpowani partyjni aparatczycy.

  • Tak dobrze się żyło Polakom w Cesarstwie Rosyjskim, gdy zajęło ono tereny niższej cywilizacyjnie Rzeczpospolitej. Miedzy miejscowym Polakiem a przyjezdnym Rosjaninem nie musiało być pewnie wrogich relacji. Tylko jakieś wrogie siły zaczęły jątrzyć i stąd te wszystkie nieszczęsne powstania i zepsuta więć między Rosjanami i Polakami. A Polacy mogli być przecież spokojnymi poddanymi cara.

    • Nie pisze Pan chyba poważnie o „wyższości cywilizacyjnej” Rosji nad Polską? Wyższość cywilizacyjną nad XVIII-wieczną Polską prezentowały Prusy i poniekąd Austria, ale Rosja? Co do Prus, Wolter nawet gratulował Fryderykowi II Wielkiemu rozgromienia tej „ostoi zacofania”. Nawiasem mówiąc, trochę dziwi mnie, że nie tylko francuscy encyklopedyści ale i rzymscy Papieże akceptowali rozbiory, co więcej potępiali kolejne powstania katolickch Polaków przeciw władzy prawosławnych carów. Ale to już w zasadzie problem tych, w których świadomości patriotyzm jest tożsamy z katolicyzmem.

      • Avatar ril

        Rosjanie mogli wierzyć w taką wyższość.

        Chciałem na przykładzie takiego rozumowania pokazać problematyczność podejścia zaprezentowanego przez pana Pilcha polegającego na zakładaniu, że jeśli jakaś grupa etniczna (lub naród) zaczyna buntować się przeciw władzy innej grupy etnicznej (lub narodu) to znaczy, że działają wrogie siły, bo przecież można żyć w pokoju. Otwarty bunt jest z reguły złym pomysłem, ale nie zdejmuje to odpowiedzialności z państwa.

      • Avatar ril

        Wydaje mi się, zgodnie z doktryną KK o wojnie sprawiedliwej powstania nie były słuszne, bo nie miały szansy na powodzenie. Niestety KK nie ogłosił chyba nigdy, które wojny były sprawiedliwe a które nie, a szkoda.

      • Avatar Zyggi

        Podejście zaprezentowane przez Pana Pilcha nie wzięło się z sufitu. Jest bowiem tajemnicą poliszynela, że Dalajlama i jego zwolennicy przyjmowali pieniądze od wywiadów różnych państw, najwięcej w latach 50-tych i 60-tych, potem też, ale mniej (w tym CIA, wywiadu indyjskiego, a istnieją podejrzenia, że i od KGB – Rosjanie widocznie lepiej zacierali ślady). Pisał o tym m.in. 3 lata temu tygodnik Forum, w ślad za Der Spiegel. I nie sądzę, by płacono Dalajlamie za wykłady z zakresu filozofii i duchowości.
        To pokazuje, że w sianiu zamętu w Tybecie były zainteresowane inne kraje, dla których Dalajlama był użytecznym narzędziem. To z kolei stawia pod znakiem zapytania, czy inne mocarstwa pozwoliłyby na faktyczną niepodległość Tybetu, gdyby Chińczycy mieli się stamtąd wynieść. Czy Dach Świata nie stałby się protektoratem Rosji, stanem Indii (jak niegdyś niepodległy Sikkim) lub bananową republiką Wuja Sama.

  • Nie wiedzieć czemu, sytuacja tybetańczyków na uchodźcwie w drażniący sposób przypomina mi sytuację niemieckich ziomkostw. I tu i tam mamy nostalgię za utraconymi stronami rodzinnymi. I tu i tam mamy demokratycznie wybranych przywódców (w przypadku ziomkostw, przynajmniej elektorat jest spory i na miejscu). I tu i tam mamy rozgrywnie „ludzi bez ziemi” przez wielkie interesy polityczne. Tak jak nie miałem żadnego zrozumienia do politycznych umocowań Huberta Czaji ani jego następczyni, tak nie mam żadnego zrozumienia dla owego wychowanka Harvardu , przedstawiciela amerykańskiego establishmentu. Szefowie ziomkostw i emigracji tybetańskiej to marionetki, które mogą tyle na ile pozwolą im ich polityczni zleceniodawcy. I tym razem nie będzie mi można przypiąć łatki „prochińskiego komunisty”. Wiecie dlaczego? Otóż urodziłem się i wychowałem w Zabrzu- dawny Hindenburg. Przez 23 lata, a więc dzieciństwo i młodośc spędziłem na Górnym Śląsku. Wtedy gdy autochtonów było jeszcze sporo. Gdy śląsko-niemiecki słyszło się na każdym kroku- w Zabrzu oczywiście. Ale moje korzenie są galicyjskie. Dlatego właśnie jestem uczulony na wszelkie niuanse podobnych sytuacji. Mogę spokojnie zrozumieć myśli tybetańczyka, który mieszka gdzieś w Tybecie, jak i jego sąsiada- Hana który przyjechał tu do pracy i został na stałe. Między nimi nie musi być wrogich relacji. Przeżyłem to na własnej skórze- więc wiem. Na początku niechęć, może rezerwa, na pewno różnice kulturowe. I podsycanie róźnic, jątrzenie w sytuacji politycznej „ulicy jednokierunkowej” jest tym co uprawiają ludzi w rodzaju Stainbach czy owego „znawcy prawa międzynarodowego”.
    Nie jestem pewien czy wydźwięk tego artykułu posuwa do przodu zrozumienie specyfiki sytuacji Tybetu. Mam na myśli Nas- ludzi którzy czytają i tworzą CSPA. Bo dla czytelników spoza naszego grona tezy tego artykułu i tak są rewolucyjne.

    • Analogie między Tybetańczykami a niemiecką ludnością zamieszkującą tereny obecnej Polski są, delikatnie mówiąc, ryzykowne.
      Po pierwsze: za Niemcami (ludźmi) stoją Niemcy (państwo), cieszące się polityczną niepodległością. Niemcy, nawet tracąc swoje ziemie w Polsce, mają jeszcze całkiem sporo ziemi „tam”.
      Po drugie: kwestie tzw. niższości i wyższości cywilizacyjnej przedstawiają się w obydwu przypadkach zupełnie przeciwstawnie. Analogicznie jak kwestie gospodarcze. Śląsk, jak wiadomo, był rejonem gospodarczo przodującym, czego o Tybecie nie można powiedzieć ;-)

      Ta sama kwestia sprawia zresztą, że problematyczna jest również analogia z Ruchem Autonomii Śląska. Ze Śląskiem to jest chyba trochę jak z Katalonią – region umiarkowanie odmienny kulturowo, za to przodujący gospodarczo, chciałby zyskać większą autonomię,odwołując się do poczucia bycia wykorzystywanym przez państwo w toku historii.

      Nie zmienia to rzecz jasna faktu, iż prognoza stawiana w artykule wydaje się być bardzo realistyczna. Modernizacja przyniesiona przez Chińczyków zapewne sprawi, że światopogląd młodego pokolenie Tybetańczyków będzie coraz bardziej się oddalać od wizji żywionych przez diasporę tybetańską. Być może więc kultura tybetańska przetrwa wyłącznie w diasporze. Nie oni pierwsi i zapewne nie ostatni – vide przypadek Żydów.

  • Skoro Dalajlama ma poparcie kilku procent Tybetańczyków to o co Chiny robią takie wielkie halo? Czemu każą więzieniem za posiadanie portretu tego nieznaczącego przywódcy? Czemu nie wpuszczają swobodnie turystów i dziennikarzy, aby mogli się przekonać, że Tybet rośnie w siłę a ludziom żyje się dostatniej. I dlaczego Tybetańczycy wzniecają powstania skoro jest im tak dobrze, gdy Chiny ich modernizują a niezadowolonych może być zaledwie kilka procent?

    Nie wierzę w propagandę państw, które głoszą, że obywatele nie mają powodów do niezadowolenia a równocześnie trzymają ich twardą reką i nie pozwalają na wewnętrzną krytykę.

    • Napisałem „być może nie popiera więcej niż kilka % ogółu Tybetańczyków”. Mówiąc półżartem, nie wykluczam nawet, że Zachód wie co mówi, nazywając Dalajlamę „przywódcą Tybetańczyków”. Być może bowiem jakimś sposobem zachodni spece wyliczyli, że Dalajlamę popiera więcej niż 50%, ba, może nawet 99% Tybetańczyków.
      Pisze Pan: „I dlaczego Tybetańczycy wzniecają powstania skoro jest im tak dobrze, gdy Chiny ich modernizują a niezadowolonych może być zaledwie kilka procent?”
      Ostatnie powstanie w samym Tybecie, o jakim słyszałem, miało miejsce w 1959 r. i najwyraźniej nie uczestniczyło w nim więcej niż owe kilka % Tybetańczyków. Gdyby było ich więcej, świadczyłoby to, że 1) w Tybecie skutecznie mieszają wywiady państw wrogich reżimowi Mao (USA? ZSRR?), 2) nie wiadomo skąd wzięły się na tyle spore ilości broni dla powstańców (której dawniej podobno tam nie było, bo Tybetańczycy miłowali pokój), że mogli podjąć takowe powstanie. Bo w to, że zdecydowaliby się walczyć kamieniami przeciw chińskim karabinom, raczej nie uwierzę.
      Tyle a propos 1959 r. W I połowie lat 70-tych zbiegli Tybetańczycy (wśród nich bez wątpienia byli beneficjenci starego reżimu) próbowali prowadzić podjazdową wojnę przeciw ChRL z terenu Nepalu, ale próby te zostały spacyfikowane przez nepalskich Gurkhów. Jeśli wie Pan o jakimś bliższym w czasie powstaniu, proszę mnie poinformować, z chęcią uzupełnię wiedzę.
      Kilka % ludności w zupełności wystarczy, by skutecznie „mieszać”. Sytuacja w Afganistanie jest tego potwierdzeniem. No, chyba, że przyjmiemy, że trwające w Afganistanie niepokoje wynikają z faktu, że Afgańczycy nie chcą implantowanej z Zachodu demokracji.

      • Avatar ril

        Obecności wojsk zachodnich w Afganistanie nie chce na pewno więcej niż kilka procent Afgańczyków. Poparcie dla talibów też jest pewnie duże. A o entuzjaźmie dla demokracji w Afganistanie też nie słyszałem. Myślę, że oni chcą przede wszystkim pokoju.

        Powstania – faktycznie wyraziłem się nieprecyzyjnie, chodziło mi o zamieszki, które wybuchają co jakiś czas, ostatnio przez olimpiadą. Skoro ludzie decydują się na tak beznadziejne wystąpienie przeciwko władzy to muszą być zdesperowani. Nie sądzę, żeby kilka procent niezadowolonych wystarczyłom żeby skutecznie „mieszać”, gdyby było tak, to w Polsce byśmy mieli regularnie zamieszki a nie tylko manifestacje.

        Jeśli większość Tybetańczyków nie chce Dalajlamy to czemu Chińczycy nie pozwolą tego po prostu zmierzyć przez jakąś niezależną instytucję. Mogliby przecież osłabić wpływ Dalajlamy znacznie skuteczniej i taniej niż poprzez odwetowe zmniejszanie wymiany handlowej z krajami przyjmującymi tego przywódcę.

      • Avatar Zyggi

        To wszystko prawda, ale z zachodniego punktu widzenia. Natomiast trudno powiedzieć, jak w oczach Chińczyków wyglądałaby sytuacja, w której instytucje niezależne (a więc prawdopdobnie pochodzące spoza ChRL) oceniają, kogo lubi ludność Tybetu. Czy czasem przyzwolenie „zagraniczniakom” na robienie takich sondaży na terenie ChRL nie nadwyrężyłoby prestiżu władz w oczach zwykłych Chińczyków. Wyjściem byłoby zezwolenie na dokonanie takiego sondażu przez jakąś instytucję znajdującą się w Hongkongu. Tyle tylko, że gdyby okazało się, że Dalajlamę popiera zaledwie kilka %, istnieje duże prawdopodobieństwo, że na Zachodze podnoszono by zarzuty o zastraszanie respondentów – nawet gdyby owi respondenci zastraszani nie byli.
        Pozostaje jeszcze jeden szkopuł: w państwie o ustroju komunistycznym oficjalnie nie ma opozycji, nawet jeśli miałaby kilkuprocentowe poparcie. Jednak nie sądzę, by w krajach o braku tradycji demokratycznej (a takowych brak tak w Chinach, jak i w Tybecie) duża część społeczeństwa ubolewała z tego tytułu. Tu znów nasuwa mi się analogia z Afganistanem, gdzie – podobnie jak Pan – nie zauważam entuzjazmu dla demokracji.
        Co do sytuacji w Polsce, wiele zależy od mentalności mieszkańców. Polska to nie Francja, u nas nie ma tradycji występowania przeciw miejscowej władzy, raczej przeciw obcym najeźdźcom i zaborcom. W sytuacji, gdy obcy na ogół rządzili tym krajem lepiej niż Polacy, ludziom z Zachodu może to wydawać się dziwne i cokolwiek orientalne. :-)

      • Avatar Zyggi

        P.S. A propos Polski, jest jeszcze jedna sprawa (a raczej jej brak). Otóż – w odróżnieniu od 1981 r. – dziś zagraniczne służby specjalne nie są zainteresowane w obalaniu polskich władz czy w destabilizowaniu Polski. Nawet białoruski „bat’ka” Aleksandr Łukaszenko, nie pałający miłością do III RP, nie zdradził się z takimi zamiarami (choć gdyby chciał, jego KGB narobiłoby tu bigosu, że ho ho!). A więc nie ma u nas istotnego katalizatora potencjalnych rozruchów. A ci, którzy chcieliby u nas wszczynać jakieś awantury, nie mogą liczyć na poparcie z zewnątrz, np. w postaci broni, ulotek, wsparcia finansowego itp.

  • Ciekawy temat i ciekawe spostrzeżenia. Media nieprzypadkowo nadały wyborowi Lobsanga Sangaya spory rozgłos. W końcu ile można głosić hasła demokracji z poparciem dla polityki uprawianej przez Dalajlamę, człowieka, którego nigdy nie wybrano demokratycznie. W dodatku dla człowieka reprezentującego jeden z tradycyjnie najbardziej obskuranckich nurtów buddyzmu. Jak można uważać się za zwolennika demokracji i jednocześnie nazywać „przywódcą Tybetańczyków” człowieka, którego być może nie popiera więcej niż kilka % ogółu Tybetańczyków – tych, którzy po wejściu Chińczyków do Tybetu stracili swoje majątki ziemskie, nieruchomości, niewolników?…
    Cyt. „dla sporej części (pewnie mniejszej i utożsamianej z PiSem, ale wciąż znaczącej) opinii publicznej, perspektywa popierania takich inicjatyw za granicą, gdy samemu ma się już takie problemy u siebie, może wydać się problematyczna.”
    Owszem, spora część zwolenników PIS będzie dostrzegać problem między popieraniem niepodległości lub autonomii Tybetu, a odmawianiem jej Ślązakom. Ale sam Pan Prezes Kaczyński jest ponad to, on z takimi problemami radzi sobie z nadzwyczajną łatwością. W końcu kto jak kto, ale on potrafi publicznie narzekać, że w Polsce jest za mały przyrost naturalny – on, którego „przychówek” jaki jest, każdy widzi…
    Co do popularności Dalajlamy, to że jest polska młodzież umiejscawia go w pierwszej piątce tuż za Kubą „Powiatowym” nic nie mówi poza tym, że najwyraźniej mamy deficyt autorytetów. I nie jest to tylko nasza, polska choroba. Wystarczy popatrzyć na takich liderów jak Bush czy Berlusconi, by stwierdzić, że coś na Zachodzie jest nie tak. Że dziś u władzy często są ludzie, którzy dawniej mogliby co najwyżej być woźnymi w jakimś ministerstwie.

  • ciekawy i bardzo tresciwy artykul
    1. nie znam tybetanskiej sytuacji dokladnie, jednak ze wspomninaym przez Ciebie rozwojem jest chyba tak, ze bardziej sluzy on osadnikom, niz lokalnym mieszkancom
    2. rzad na uchodzstwie raczej wielkiej szansy na przywodztwo dusz w kraju nie ma. trzeba wybrac …
    3. tybetanczycy dali nam dalajlame, my chinczykom bayer full, tak trzymac

Pozostaw odpowiedź