Artykuły,Chiny news

R.Pyffel: Firma Chiny zmienia Zarząd

W ostatnim numerze tygodnika Wprost (45/2012), ukazał się artykuł R.Pyffla pod tytułem „Chińska firma zmienia rząd”. Dzięki uprzejmości redakcji ( za co bardzo dziękujemy) możemy zaprezentować Wam rozbudowaną wersję tego artykułu

Link do wersji która ukazała się we Wprost znajduję się tutaj:

http://www.wprost.pl/ar/355061/Firma-Chiny-zmienia-rzad/

A rozbudowana wersja tekstu poniżej:

Firma Chiny zmienia Zarząd

W przyszłym tygodniu poznamy nowych przywódców dwóch mocarstw współczesnego świata. Najpierw we wtorek prezydenta USA, a w czwartek w Pekinie jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, władzę przejmie wytypowane już piąte pokolenie chińskich przywódców z Xi Jinpingiem jako prezydentem ChRL w marcu przyszłego roku.

Telewizyjne debaty, barwna, intensywna obfitująca w gwałtowne zwroty akcji kampania a później same wybory i liczenie glosow elektorskich. Trudno wyobrazić sobie coś bardziej emocjonującego od amerykańskiego wyścigu, zwłaszcza gdy kandydaci do samego końca idą łeb w łeb.

Jednak po drugiej stronie Pacyfiku, choć sukcesja nie jest jawna, a wyboru dokonują między sobą, bez obecności mediów chińscy liderzy, to stawka jakim jest panowanie nad najludniejszym i najszybciej na świecie rozwijającym się krajem- cywilizacją wyzwala wśród konkurentów jeszcze większe namiętności, a wśród obserwatorów – pomimo braku kampanii, a zatem i braku, a nawet ukrywaniu informacji- jeszcze większe emocje. Chińska sukcesja to skrzyżowanie starożytnych obyczajów, w którym władza była niedostępna przeciętnemu człowiekowi. Ten kto w listopadzie w wyniki wewnątrzpartyjnych negocjacji uzyska mandat Nieba, objawi się niczym papież po konklawe- wyjdzie z budynków rządowych na Zhongnanhai jako kolejny przywódca Państwa Środka. Odbędzie się to oczywiście w retoryce sierpa i młota, a więc brandu który na całym świecie bardzo stracił na popularności, ale w Chinach jest znakiem firmowym kolejnej dynastii wyniesionej do władzy w wyniku chłopskiego powstania w 1949 roku.

Ta starożytno- komunistyczna symbolika nie tłumaczy jednak  zasady według której funkcjonuja współczesne Chiny, w największym stopniu przypominające ogromną, powiększającą się od 30 lat w błyskawicznym tempie korporację, zmuszoną do bezustannej transformacji, tak by nadążyć za tempem swojego rozwoju.

Dlatego zmiana władzy we współczesnych Chinach, jest jak wymiana zarządu w wielkiej firmie.

Blaski korporacji

Chiński przywódca jest delegowany na drodze negocjacji wewnątrz zarządu China Inc ( czyli Biura Politycznego). Zanim awansuję musi wykazać się jako menadżer niższego szczebla.

Zarówno Xi Jinping jak i Li Keqiang ( w marcu przyszłego roku ma zostać premierem) zdobywali doświadczenie jako zarządcy prowincji. Xi w prowincji Fujian, gdzie skutecznie pozyskiwał tajwańskie inwestycje, a później w Zhejiangu, gdzie z kolei dał się poznać jako bezlitosny pogromca korupcji. Jak w każdej korporacji poza kompetencjami, trzeba mieć trochę szczęścia, a jeszcze lepiej znać kogoś wysoko postawionego. Xi Jinping syn partyjnego dygnitarza ( reprezentuję tzw. Frakcję książątek), nie budził entuzjazmu wywodzących się często z prostego ludu kolegów z korporacji, ale jego atutem były relacje jego ojca. Gdy w Zhejiangu potwierdzał że jest niezłym menadżerem pomocną dłoń wyciągnął do niego  przyjaciel rodziny, któremu gdy był pod koniec lat 70-tych młodym działaczem, pomógł z kolei  wydelegowany do zbudowania w Guangdongu pierwszej kapitalistycznej enklawy w Chinach Ojciec Xi Jinpinga. Tym przyjacielem był prezydent ChRL Hu Jintao, który ściągnął Xi juniora do Pekinu i załatwił miejsce w ścisłym zarządzie ( 9 osobowym biurze politycznym). Ten podobnie jak swego czasu Mitt Romney, zajął się organizacją Igrzysk Olimpijskich zostając szefem komitetu Pekin 2008. A że wszystko poszło jak należy, Xi przekonał do siebie kolegów z zarządu i od 2009 roku zaczął być przedstawiany jako przyszły prezydent Chin.

Jako że w korporacji, CEO nie musi się podobać klientom ( choć musi o nich dbać), Xi Jinping zamiast śledzeniu słupków sondażowych, konsultacji z pijarowcami i zbieraniu siły na kampanię wyborczą, ale niczym trener reprezentacji Niemiec, lub przyszły szef niemieckiej korporacji już w 2009 zaczął przygotowywać się do przyszłej funkcji. Obserwował i przypatrywał się rządom poprzedników, odbywał liczne wizyty zagraniczne, w tym do USA.

Według umowy korporacyjnej, w 2012 roku władzę na kolejną dekadę przejmują w chińskiej sztafecie pokoleń dobiegający dzisiaj 60-tki przedstawiciele piątego pokolenia ( ok. 2022 roku przekażą władzę szóstemu). Są to więc ludzie jak na warunki chińskie dosyć młodzi, ale wciąż pełni energii. Łączy ich też pokoleniowe doświadczenie: urodzili się w latach 50tych, ich dzieciństwo i dojrzewanie przypadło na nieszczęśliwe dla Chin lata rewolucji kulturalnej ( Xi Jinping jako przedstawiciel partyjnej arystokracji został wysłany do ciężkiej pracy na wsi), a rozwój kariery przyszedł wraz z polityką reform i otwarcia Deng Xiaopinga.

Korporacyjna sukcesja władzy w Chinach, bywa krytykowana na Zachodzie jako niedemokratyczna, ale w kontekście cywilizacji chińskiej, gdzie zmiany władzy dokonywano w zdecydowanej większości w wyniku śmierci przywódcy i często mu w tej śmierci dopomagano, to fakt iż dokonuję się ona w sposób pokojowy, jest już sporym osiągnięciem.

Cienie korporacji

Model sukcesji którzy wymyślili zarządzający Chin Inc chińscy inżynierowie ( większość z nich ukończyła kierunki ścisłe i pracowała w tym zawodzie) to jednak – jak prawie wszystko w Chinach w ostatnim 30-leciu- jeden wielki eksperyment. Nikt nie próbował niczego podobnego w przeszłości, a w Chinach to przecież operacja na żywym organizmie, de facto na ¼ ludzkości. Jeśli operacja się uda, do książek politologicznych w XXI wieku zostaną wprowadzone zupełnie nowe definicje systemów politycznych jakich dzisiaj nie znamy. Ale istnieje też wielkie ryzyko, że eksperyment nie zadziała, a pacjent umrze…

Po raz pierwszy sukcesję władzy Made in China zastosowano w 2004 roku, gdy urodzone w latach 40tych czwarte pokolenie przywódców z Hu Jintao, gładko i bez większych problemów zastąpiło trzecią generację z Jiang Zeminem.

Im bliżej jednak 2012 roku, tym sytuacja stawała się coraz bardziej napięta i to pomimo ogromnych sukcesów korporacji na arenie międzynarodowej. Plotki wychodzące z firmy mówiły o walkach frakcyjnych, kotłujących się grupach interesów i braku sterowności, będących efektem tego iż każdy kolejny przywódca ChRL dysponował coraz mniejszą władzą. Według wydobywających się na zewnątrz rewelacji, które trudno na sto procent zweryfikować, Hu nie do końca już panował nad kolektywnym kierownictwem, w którym każdy z menadżerów promował w China Inc. swoich ludzi, a wielu z nich nie było w stanie oprzeć się wielkim możliwościom jakie stwarza firma. Przyczyniło się to do plagi nepotyzmu i korupcji ( zaciekle zwalczanej, ale mimo to widocznej i budzącej coraz większe niezadowolenie szeregowych pracowników China Inc czyli obywateli ChRL).

Najgorszą rzeczą była jednak wojna do jakiej doszło na szczytach korporacji pomiędzy udziałowcami China Inc. W zachodniej demokracji można przegrać kilka razy i zawsze mieć szanse na come-back, jednak dla chińskiego polityka urodzonego w latach 50tych 8 listopada 2012 wydaję się być ostatnią szansą. A perspektywa wymykającej się już na zawsze władzy, uruchamia namiętności, których chyba nie przewidział zaprojektowany system sukcesji. Amber Gold, czy nienaciśnięcie guzika rozsuwającego dach na zbudowanym za prawie dwa miliardy Stadionie Narodowym, w czasie największej oglądalności telewizyjnej to pestka w porównaniu z  serią afer, które od kilkunastu miesięcy wstrząsają Państwem Środka. Wszystko wskazuję na to iż stoi za nimi  nie mogący pogodzić się z wyborem nowego CEO Bo Xilai. Zdobył ogromną popularność rządząc w Chongqingu w Zachodnich Chinach, gdzie walczył z mafią, rozdawał pieniądze biednym i odwoływał się do nostalgii za maoizmem. Bo nie przypominał leśnego dziadka, chcącego powrotu socjalizmu, wręcz przeciwnie: bardzo medialny, władający niezłym angielskim, wysyłający syna na studia do Oxfordu, prowadzący interesy z obcokrajowcami, piętnowany przez swych korporacyjnych wrogów, jako cynik zręcznie przywdziewającego barwne kostiumy, łaknący władzy i pieniędzy.

Pojawienie się w zarządzie ambitnej jednostki, zapoczątkowało brutalną walkę o władzę, którą znaczyły kolejne afery: najpierw przedziwna sprawa zniknięcia Brytyjczyka, z którym rodzina Bo, robiła interesy: Ostatni raz był widziany w jednym z hoteli, gdzie w jednym z pokojów, umówił się na spotkanie z żoną Bo. Potem wszelki ślad po

nim zaginął. Po prostu się rozpłynął. Pomimo zapytań brytyjskiego konsulatu odnalazł się po kilku miesiącach. Wszystko za sprawą szefa miejscowej policji, który uciekł do amerykańskiego konsulatu, a potem oddał się w ręce chińskich władz i wyjawił całą prawdę. Co gorsza Wang Lijiun stwierdził iż Bo Xilai szykował z pomocą swoich zwolenników zamach stanu. Bo został natychmiast pozbawiony funkcji partyjnych i państwowych, oraz umieszczony w areszcie, a jego żona skazana w głośnym procesie na dożywocie.

Wojna między udziałowcami doprowadziła do destabilizacji w całej firmie. We wrześniu na ulice chińskich miast wyszły dziesiątki tysięcy młodych ludzi. Oficjalnie przyczyną tych masowych demonstracji, były nastroje antyjapońskie. Ale oprócz demolowania, należących do Chińczyków, japońskich restauracji i samochodów, w różnych regionach Chin, niejako przy okazji, występowano z hasłami a to krytykującymi korupcję i nepotyzm, a to z nostalgią za czasami Mao ( i z jego portretami).

W tej sytuacji zasadne stało się nieśmiertelne pytanie generała Jaruzelskiego „kto za tym wszystkim stoi?” Nie można wykluczyć że byli to ludzie zamknietego już wtedy w areszcie i czekającego na rozprawę, upadłego Bo Xilaia.

Nerwową atmosferę w firmie podtrzymało zniknięcie przyszłego CEO, który na początku września przez prawie dwa tygodnie nie pojawiał się publicznie ( oficjalnie przeszedł operację pleców i rekonwalescencje). Do tego data jesiennego zjazdu wciąż nie była znana i krążyć zaczęły spekulacje czy w ogóle do niego dojdzie.

Pod koniec września Bo Xiliai został oficjalnie usunięty z firmy, a wkrótce odbędzie się jego proces.  W wigilię chińskiego święta narodowego, a więc rocznicy utworzenia ChRL 1 października, chińscy przywódcy zjedli razem uroczystą kolację. Wydawało się że to już koniec niespodzianek. Tymczasem w zeszłym tygodniu kolejna afera chińskie Amber Gold mocno uderzyła w premiera Wen Jiabao. Według doniesień The New York Times rodzina cieszącego się popularnością i uchodzącego za „przyjaciela ludu” zgromadziła ponad 2 mld dolarów, a żona, młodszy brat, syn i co ciekawe także matka 70letniego polityka-sprawdzają się w biznesie. Wen spokojnie stwierdził iż oceni go historia, bowiem jako polityk czwartej generacji składa urząd. Ale na pytanie, czy to już koniec afer, czy dopiero początek, chyba w samych Chinach nikt nie zna odpowiedzi.

Quo vadis China?

W ostatnich 30 latach China Inc. odniosło bezprecendensowy sukces który trudno będzie komukolwiek powtórzyć. W tak krótkim czasie, prawie ¼ ludzkości przeprowadzono z totalnej biedy do względnego dobrobytu ( a przynajmniej kilkaset milionów z nich), a z maoistowskiego pariasa, uczyniono kraj będący wyzwaniem i bólem głowy dla samej Ameryki.

Jednak nowy zarząd stanie przed wielkimi wyzwaniami. Najwazniejszy to fakt iż załamał się chyba konsensus między członkami zarządu co do tego jak wyglądać ma wizja firmy w najbliższej dekadzie. Czy Chiny by się rozwijać potrzebują więcej swobody, czy właśnie jest jej za dużo? Czy bogaci powinni oddawać większą część swojego dochodu biednym, a jeśli tak to jak te pieniądze dystrybuować? Czy wychodzić za granice z inwestycjami, nawet tak nietrafionymi jak budowa A2 w Polsce, czy rozdawać pieniądze na socjal, kupując spokój u siebie? Wreszcie czy na arenie międzynarodowej przystosowywać się do istniejącego systemu czy zacząć jednak powoli kreować własny w którym to inni będą musieli się zacząć dostosowywać do Chin?

To największe z licznych dylematów China Inc, które przesłania najważniejszy: w korporacji nie ma konsensusu jak te dylematy rozstrzygać.

A problem governance to nie jedyne kłopoty firmy. Zaliczają się do nich różnice w dochodach- coraz większe miedzy biednymi i bogatymi, różnice regionalne pomiędzy poszczególnymi działami i departamentami, które w coraz większym stopniu zaczynają przypominać oddzielne firmy z często charyzmatycznymi menadżerami, nie słuchającymi centrali, lub stosujących się do jej zaleceń wybiórczo.

A China Inc musi także zmagać się ze skutkami globalnego kryzysu. Oznacza on, że bogata Unia i USA kupuję coraz mniej i trzeba powoli przechodzić na gospodarkę oparta na rynku wewnętrznym. Zwłaszcza iż w jeśli u klientów sytuacja się pogorszy to China Inc nie będzie miała komu sprzedawać. W tym celu w ramach pakietu antykryzysowego rozdano pracownikom 584 miliardy dolarów, aby to z nich uczynić głównych odbiorców produktów China Inc, ale spora część z tych pieniędzy została źle zainwestowana. Świadczy o tym dość powszechny widok pustych osiedli-widm, w których często wykupiono jako lokatę kapitału mieszkania, ale jednak nikt w nich nie mieszka.

Przynoszący sukces model fabryki świata, wyczerpał się. W niektórych regionach zarobki są już zbliżone do polskich ( stąd też montownie AGD, zaczynają myśleć o przeprowadzce do nas). Coraz droższe Chiny muszą zaoferować coś innego niż niska cena, stąd też zwiększają nakłady na naukę (procent PKB jest kilka razy większy niż w nadal gonionej przez Polskę, UE) są także w pierwszej piątce krajów rejestrujących patenty ( USA, Japonia, Chiny, Niemcy i Korea), choć z ich jakością różnie bywa. Nie ma jednak gwarancji, że przeskok z fabryki oferującej tanie dobra, do społeczeństwa zaawansowanego technologicznie, który w przeszłości udał się Japonii, Korei i Tajwanowi i innym azjatyckim tygrysom, w najbliższej dekadzie uda się China Inc. Nowy zarząd znajdzie się zatem pod wielką presją. Ten przeskok nie jest bowiem alternatywą, ale koniecznością. W innym wypadku firma stanie się niekonkurencyjna i utonie pod naporem żądań własnych pracowników.

Zwłaszcza iż chiński pracownik i klient Chin Inc, jest coraz bogatszy,  a przez to coraz bardziej świadomy i wymagający. Nie bawią go już kolejne imprezy w stylu Igrzysk, Expo, Formuły 1 czy turniejów golfowych i tenisowych. Niekoniecznie chce on wyborów miedzy Xi, a Li czy Bo, ale jak każdy leming chce się po prostu dorabiać, a w wolnym czasie miło spędzać czas, czyli otrzymać życie dobrej jakości- takie jakie wiedzie klasa średnia w Ameryce czy Europie Zachodniej. Na takie życie chińskiego leminga już stać, ale irytuję go niewydolność administracji, niejasne reguły i brak praworządności ( musi się o wszystko wykłócać), a także brak świeżego powietrza, zdewastowane środowisko i wiele innych rzeczy, których nie można kupić za pieniądze. A narzekania i krytyka która wylewa się z chińskiego Internetu, jest już w zasadzie nie do skontrolowania.

Zarząd będzie musiał także rozwiązać problem kilkuset milionów chińskich moherów, którzy od lat 80tych zalegają chińskie miasta. Pozbawieni praw do edukacji i opieki medycznej w miejscu zamieszkania, biedni i bez widoków na przyszłość są obywatelami drugiej kategorii.

To co wydarzy się 8 listopada, można czytać jak bajkę o współczesnym kolektywnym cesarzu, przybierającego postać korporacji. Jednak konsekwencje tego jaka wizja zarządu zwycięży w China Inc będzie miała ogromne znaczenie dla całego świata. Jeśli zarząd będzie w stanie osiągnąć konsensus co do wizji na kolejną dekadę, a później uda mu się ją wcielić w życie, dystans China Inc do Ameryki będzie się zmniejszał i wywoływał w Waszyngtonie coraz bardziej nerwowe ruchy. Takie jakie już widzimy u wszystkich sąsiadów Chin, nie wyłączając nawet Rosji, także przerażonej sukcesami chińskiego koncernu. Jeśli nałoży się to zwycięstwo Romneya (wojowniczy mormon zapowiedział, że China Inc nie odpuści), nad „pacyficznym prezydentem” Obamą możemy spodziewać się awantury dużo większej niż Bliski Wschód.

Teoretycznie Polska znalazłaby się na peryferiach światowego centrum które znajduję się na Pacyfiku.

Jednak skuteczna wymiana zarządu i korekta w kursie China Inc z pewnościa zmusi nas do reakcji. A to dlatego, że chińska korporacja widzi w nas – pomimo starań Victora Orbana- najważniejszy kraj w Europie Środkowo Wschodniej. W ostatnich latach bez specjalnego rozgłosu, przygotowano odpowiednią infrastrukturę: w Polsce są już dwa chińskie banki, w zeszłym roku podpisano strategiczne partnerstwo, a w tym roku premier Wen Jiabao ogłosił – prawie niezauważony w Polsce- program 12 kroków wobec Europy Środkowo Wschodniej, który ma w najbliższej dekadzie doprowadzić do podwojenia wymiany handlowej i przeznaczył 10 miliardów dolarów na wspólne projekty. firmy po lekcji Covecu ponownie staną do przetargow energetycznych i na infrastrukture. Skutki działalności tej globalnej korporacji będą coraz bardziej widoczne, a w Polsce pojawią się menadżerowie China Inc, którzy – jeśli nałoży się na to wszystko pogłębiający kryzys w Unii Europejskiej- będą mieli sporo do zaoferowania…

Dlatego właśnie to co wydarzy się w czwartek w Pekinie, nie będzie bajką z Placem Tiananmen i Cesarskim Pałacem w tle, ale wydarzeniem którego konsekwencje dotkną polskiego Kowalskiego. Wydaję się to nieprawdopodobne, ale jak to często w przypadku Chin, możemy się bardzo zdziwić. I to szybciej niż nam się wydaję.

zp8497586rq
Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
R.Pyffel: Firma Chiny zmienia Zarząd Reviewed by on 14 listopada 2012 .

W ostatnim numerze tygodnika Wprost (45/2012), ukazał się artykuł R.Pyffla pod tytułem „Chińska firma zmienia rząd”. Dzięki uprzejmości redakcji ( za co bardzo dziękujemy) możemy zaprezentować Wam rozbudowaną wersję tego artykułu Link do wersji która ukazała się we Wprost znajduję się tutaj: http://www.wprost.pl/ar/355061/Firma-Chiny-zmienia-rzad/ A rozbudowana wersja tekstu poniżej: Firma Chiny zmienia Zarząd W przyszłym tygodniu

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar