Komentarz eksperta

R. Pyffel: Czy studenci z Chin uratują polskie uczelnie wyższe?

Radek-Pyffel-2Na jednym ze spotkań eksperckich chiński profesor zażartował iż po ponad 30 latach polityki jednego dziecka Chiny „mają poważny problem z demografią, ale na szczęście nie aż tak poważny jak Polska”. Wcale mnie to nie rozśmieszyło, bo niestety miał rację. Wskaźniki demograficzne są w Polsce jeszcze niższe niż w Chinach, gdzie już odchodzi się ( zobaczymy z jakim skutkiem) od polityki jednego dziecka.

Wśród wielu problemów, jakie czekają nas w związku z problemami demograficznymi i starzeniem się społeczeństwa, jednym z bardzo istotnych wydaję się możliwa zapaść szkolnictwa wyższego. Liczba potencjalnych studentów w Polsce maleje. Tym samym zastąpienie ich studentami z zagranicy staje się kwestią „być albo nie być” dla wielu szkół prywatnych i polskiego systemu edukacyjnego w takim kształcie w jakim istnieje on dziś. Czy Polska pójdzie choćby w jakimś stopniu śladami Australii, która niejako sfinansowała swój system edukacji z wpływów, jakie uzyskała z przyciągnięcia studentów z zagranicy (2/3 z nich stanowili studenci chińscy)? Czas pokaże.

Będzie to zadanie bardzo trudne i to z wielu powodów, bo choć liczba chińskich studentów, która wyjeżdża obecnie zagranicę, jest równa liczbie polskich maturzystów (i będzie z roku na rok rosnąć, podczas gdy liczba naszych maturzystów będzie się zmniejszać), to pozory mogą jednak mylić.

Po pierwsze, Polska według różnych szacunków jest krajem, który ok 60-80 procentom Chińczykom z niczym się nie kojarzy i często jest mylona z Holandią lub Finlandią (nazwy wszystkich trzech krajów brzmią w języku chińskim bardzo podobnie).

Wiele dobrego zrobiła Polska wystawa na EXPO i przeciętny mieszkaniec Chin, już wie że istnieję już taki kraj jak Polska, natomiast nie bardzo wie co kryję się pod ta nazwą: Chopin, Curie Skłodowska, Kopernik, ale co jeszcze? Zdrowe mleko, zdrowa żywność, dziewicze lasy i piękna przyroda?. Przydałaby się jakaś spójna strategia wizerunkowa na rynku chińskim, jednak Chiny i świat pozaueropejski raczej nie znajduje się na czele listy priorytetów polskiej administracji. A jeśli chwilowo jakiś kraj się na tej liście się pojawia, to z reguły na krótki czas. A w Chinach rok, czy dwa lata to tyle co nic, by odnieść tam sukces i zbudować markę. Każdy polski przedsiębiorca, który tam odniósł sukces i faktycznie sprzedaję ( a nie jak zespół Bayer Full robi w okół tego dużo szumu i PR na użytek rynku polskiego ) potwierdzi że by wypracować jakieś znaczące rezultaty na tym rynku potrzeba co najmniej kilku lat ( można o tym poczytać choćby w publikacjach prowadzonego przez Ministerstwo Gospodarki portalu Go-China.gov.pl).

Po drugie, w rywalizacji o chińskiego studenta przyjdzie zmierzyć się z konkurencją międzynarodową. Nie polską, ale brytyjską, amerykańską i australijską, której wielkim atutem, co widać po preferencjach chińskich studentów, jest możliwość studiowania w kraju anglojęzycznym i w dalszej kolejności konkurencją zachodnioeuropejską (Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania) czy japońską lub południowokoreańską.

Po trzecie, według raportu OECD opublikowanego w 2010 roku Polska masowo produkuje magistrów. W tej konkurencji według danych z 2008 roku jesteśmy na 4. miejscu na świecie. W przyciąganiu chińskiego studenta wysoka pozycja w produkcji magistrów może mieć znaczenie, o tyle, o ile uda się przekonać, że w Polsce można łatwo otrzymać taki dyplom. Taka polityka która już teraz czkawką odbija się w Polsce, mogłaby spowodować wiele innych problemów, włącznie z kompletna utratą reputacji polskiego szkolnictwa i to nie lokalną, ale globalną. Dramatyczne obniżenie jakości i wymagań wobec studentów z zagranicy, po to by uzyskać ich pieniądze może się zupełnie nie opłacić.

W przyciągnięciu studenta z Azji, dużo istotniejszy będzie czynnik internacjonalizacji, a ten wypada dla niestety Polski bardzo źle. Wynosi on 0,8 proc. i jest najgorszy wśród wszystkich krajów OECD (jesteśmy pod tym względem gorsi np. od Czech i Ukrainy, choć ta zapewne w wyniku napiętej sytuacji wewnętrznej może niedługo spaść w rankingu znacznie niżej od Polski). Studiuje u nas zaledwie 15 tys. obcokrajowców, w tym około 600 Chińczyków. Fakt, iż polski jest trudnym językiem i niewielu z Chińczyków go zna (przez co nie jest w stanie podjąć np. dodatkowej pracy na studiach, tak jak w krajach anglojęzycznych czy np. we Francji, Niemczech, Japonii lub Włoszech), nie byłby jeszcze tak wielką barierą. Trudno jednak o konkurencję, gdy zwyczajnie brakuje kursów w języku angielskim. Dla uzmysłowienia skali problemu warto zapoznać się ze sporządzonym przez „Perspektywy” rankingiem umiędzynarodowienia polskich uczelni.

Po czwarte, by zaistnieć w Chinach, gdzie o chińskich studentów konkuruje całych świat, a Polska jest słabo znana, trzeba zainwestować spore środki w promocję. W tym wypadku potrzebny jest długofalowy plan i determinacja w jego realizacji, ale także po prostu środki na jego realizację. Pieniądze uzyskane w złotych czasach wyżu demograficznego nie zostały zainwestowane w przyciągnięcie uwagi zagranicznych (i chińskich studentów), a w Chinach oszczędne działania nie dają żadnych rezultatów. Choćby kilka wyjazdów studyjnych nic nie da (poza wrażeniami turystycznymi zwiedzających), jeśli nie pójdzie za tym inwestycja w reklamę. A niewiele jest polskich uczelni, których stać na taką decyzję, często w wyniku błędnych wyobrażeń o współczesnych Chinach, w tym nieświadomości, że Polska jest w Chinach nieznana. Chińczycy ( zresztą inni Azjaci też) mają wybór i nie będą się zabijać o to by studiować w Polsce. Niestety jak miałem okazję się przekonać, wielu rektorów polskich uczelni, uważa że „i tak przyjdą”.

Te wszystkie wyżej wymienione cztery czynniki, w połączeniu z niewielkimi nakładami na naukę w Polsce (odwrotnie niż w Chinach, gdzie na naukę przeznacza się większy procent PKB niż w UE) bardzo szybko może doprowadzić do sytuacji, w której skończą się polskie marzenia o przyjeździe chińskich ( i azjatyckich) studentów, a może nawet gorzej. Może okazać się, że to Polacy będą jeździć studiować do Chin, a nie Chińczycy do Polski lub w innym, nie wiadomo tak naprawdę czy bardziej optymistycznym scenariuszu zdolni Polacy będą przyjeżdżać do Chin, a kiepscy studenci z Chin będą w tym samym czasie odbywać podróż w drugą stronę.

Przypadki niektórych polskich szkół wyższych pokazują, że można machnąć ręką na te cztery niesprzyjające czynniki, które wyliczyłem i realizować skuteczne strategię przyciągania chińskich studentów.

Wyzwania są wielkie, ale szanse wprost proporcjonalne do wyzwań. Wymagają „tylko” inwestycji w reklamę (choćby stron internetowych w języku chińskim), wprowadzenia anglojęzycznych kursów i przygotowania solidnej oferty dla chińskiego studenta. Oprócz tego także długofalowej wizji i pozyskania chińskich partnerów. I nie ich ilość jest ważna i podpisane dokumenty, którymi można się chwalić, ale jakość wypracowanej współpracy, która z kolei zależy od zbudowania dobrych relacji osobistych z azjatyckimi partnerami, co znów wymaga czasu.

Jeśli te warunki, mimo niesprzyjającego otoczenia, zostaną spełnione, polskie uczelnie, wciąż mają szansę wziąć udział w globalnym wyścigu po chińskich studentów. Zwłaszcza Politechniki, gdyż wykształcenie techniczne jest w Chinach bardzo cenione. Z powodzeniem zresztą robi to Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Jestem pod wrażeniem wizji władz uczelni i tego co udało się w tych warunkach stworzyć – dziesiątki studentów z Chin i Malezji to imponujące osiągnięcie. Nieźle radzi sobie również Koźmiński, czy SWPS. Czy można? Ależ oczywiście można, szkoda tylko że samemu i na własną rękę.

Niniejszy artykuł to fragment wystąpienia Radosława Pyffla w podkarpackim Urzędzie Marszałkowskim z 18 listopada 2013 roku.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
R. Pyffel: Czy studenci z Chin uratują polskie uczelnie wyższe? Reviewed by on 24 listopada 2013 .

Na jednym ze spotkań eksperckich chiński profesor zażartował iż po ponad 30 latach polityki jednego dziecka Chiny „mają poważny problem z demografią, ale na szczęście nie aż tak poważny jak Polska”. Wcale mnie to nie rozśmieszyło, bo niestety miał rację. Wskaźniki demograficzne są w Polsce jeszcze niższe niż w Chinach, gdzie już odchodzi się (

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarze 2

  • Trafil Pan w dziesiatke. Chinscy studenci, ktorza maja tyle determinacji by nauczyc sie biegle jezyka angielskiego smigaja na studia magisterskie i doktoranckie do Stanow i Australii gdzie sa przyjmowani z szekimi ramionami i wysokimi stypendiami. Amerykanskie uniwersytety walcza o zagraniczych studentow by piac sie w miedzynarodowych rankingach. Kto zawracalby sobie glowe aplikiwaniem na uczelnie ktora ledwo miesci sie w pierszej czterysetce tak jak najlepsze uniwersytety w Polsce.

    • Otóż to!

      Wydaje mi się, że są znikome szanse aby chińscy studenci trafili na polskie uczelnie. Przede wszystkim bariera językowa jest przewodnim motywem tego poglądu. W Chinach studenci coraz lepiej władają angielskim, mimo to jest jeszcze wiele do nadrobienia w jego doskonałej znajomości.

      Polska Chińczykom kojarzy się z Marią Curie-Skłodowska i Chopinem. A cóż dopiero nauka języka polskiego – nikłe szanse aby młody Chińczyk wybrał nasz język.

Pozostaw odpowiedź