Chiny

R. Pyffel: Chiny a kryzys demokracji. Czy model chiński zagrozi demokracji?

Xi JinpingSytuacja jest dziś zupełnie inna niż w 1989 r. Z jednej strony mamy szybko bogacące się, coraz potężniejsze politycznie i wojskowo Chiny, które osiągnęły to wszystko, zaprzeczając ideologii demokratycznej. Z drugiej strony widzimy pogrążony w poważnym kryzysie Zachód, gdzie werdykty demokratyczne okazują się często kompromitujące i problemy jedynie pogłębiają, zamiast je rozwiązywać.

Tłumy wściekłych ludzi na ulicach, bankomaty niewypłacające pieniędzy, kolejne ruchy oburzonych i wykluczonych rozbijających namioty pod siedzibami instytucji finansowych. Światowy kryzys ekonomiczny, którego kolejne, czasem dramatyczne przejawy oglądamy na co dzień w mediach, zaczął się i w największym stopniu dotknął kraje rozwinięte (a więc zachodnie) i sprowokował dyskusję o kondycji demokracji liberalnej.

Czy dotychczas dobrze funkcjonująca demokracja w zachodnim stylu nadal jest, jak zwykło się powszechnie, przynajmniej na Zachodzie, sądzić, rzeczywiście najlepszą formą rządów, a to, co obserwujemy, jest tylko chwilowym kryzysem? Czy „usterki” po jakimś czasie naprawią się same i znów będziemy żyli w pozbawionym zasadniczych dylematów świecie „końca historii”?

A może tym razem owe usterki demokracji już się „same nie naprawią”?

Niepewna przyszłość prymatu demokracji

Trudno tutaj o optymizm, z dwóch powodów. Pierwszy to stan zachodnich społeczeństw i znane już od stuleci dysfunkcje demokracji, które ze szczególną ostrością ujawniają się w czasach kryzysów.

Dużo istotniejszy jest jednak powód drugi: kryzysowi Zachodu towarzyszy gwałtowny rozwój świata pozazachodniego. W tym powrót dwóch krajów–cywilizacji Indii i Chin – ale także Brazylii, Rosji, w dalszej kolejności Indonezji, Turcji, Korei Południowej, Meksyku – do wielkiej politycznej gry.

Gdy w Europie Zachodniej i USA klasa średnia ubożeje i walczy o zachowanie dawnego standardu życia, w Chinach, Indiach i innych krajach Azji co roku kilkadziesiąt milionów ludzi emigruje do miast i zasila szeregi middle class1.

Centrum współczesnego świata przenosi się w stronę Pacyfiku. Dotyczy to nie tylko gospodarki, lecz także, coraz bardziej, polityki. Przybiera, przykładowo, postać reformy kluczowych międzynarodowych instytucji finansowych (wzmocnienie pozycji krajów niezachodnich w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, wzrost znaczenia G20). A nawet, jak ostatnio na szczycie krajów BRICS w Republice Południowej Afryki, próby budowy banku BRICS, będącego przeciwwagą dla Banku Światowego (oskarżanego o wspieranie Zachodu), co niektórzy analitycy nazywają „największym przewrotem geopolitycznym od czasów obalenia muru berlińskiego”.

Wzrost znaczenia krajów niezachodnich zmienia oblicze współczesnego świata we wszystkich dziedzinach życia, od mody i turystyki po gospodarkę i stosunki międzynarodowe. Zmieni także (a może przede wszystkim) w świecie idei i kultury, jako że społeczeństwa te wyrastają z innych cywilizacji. Dlatego utrzymanie prymatu liberalnej demokracji w skali globalnej jest wysoce niepewne.

Praktyka polityczna krajów wschodzących ten prymat już podważyła i podważa. Ich systemy polityczne trudno bowiem zakwalifikować jako demokratyczne, a z pewnością nie jako demokratyczne w zachodnim rozumieniu. Elementy zachodniej demokracji egzystują w nich w formie hybrydalnej, mieszając się z lokalną – niedemokratyczną i nieliberalną – specyfiką. Przykładowo, twierdzenie, iż Rosja jest krajem demokratycznym, bo odbywają się w niej jakieś wybory, jest zaklinaniem rzeczywistości.

Demokracja liberalna jest wytworem zachodniej cywilizacji i udawanie, że jest inaczej, szkodzi. Czasem krajom, którym próbuje się te standardy narzucać (np. Irak i Afganistan, gdzie skończyło się to inwazją, rzekomo w interesie miejscowej ludności, która pragnęła zachodniej demokracji, a gdy okazało się to nie takie proste, jak zakładano, wycofano się, pozostawiając chaos i zgliszcza). Czasem – jak w przypadku Rosji – samemu Zachodowi, który życzeniowo oceniając rzeczywistość, widzi liberalną demokrację tam, gdzie jej nie ma, na tej podstawie budując następnie błędne kalkulacje polityczne.

Chińskie wyzwanie

Największym wyzwaniem dla pogrążonego w kryzysie świata demokratycznego są Chiny. O ile bowiem wcześniej wymienione kraje przynajmniej deklarują przywiązanie do standardów demokratycznych i istnieje w nich np. instytucja wyborów, o tyle Państwo Środka stworzyło własny model rządów, ostentacyjnie odżegnuje się od demokracji liberalnej i lekceważy krytykę ze strony Zachodu.

Władze w Pekinie podkreślają, że system ten jest nieatrakcyjny i sprzeczny z chińską tradycją, wyrosłą na konfucjanizmie, a więc na hierarchicznych relacjach między władzą (Ojcem) a społeczeństwem (dziećmi), czego nie da się pogodzić z demokratyczną suwerennością ludu. Jesienią zeszłego roku ustępujący ze stanowiska przewodoniczący ChRL Hu Jintao w swojej mowie pożegnalnej zapowiadał, że model chiński nie będzie czerpał wzorów z zachodniej kultury politycznej.

Jako że Chiny stanowią coraz większe wyzwanie geopolityczne dla USA, a ich rozwój sprawia, że – zwłaszcza w świecie niezachodnim – są już krajem bardzo wpływowym i wpływ ten będzie się szybko zwiększał, ich niechętna zachodniej demokracji postawa ma duże znaczenie. W XXI w. może przyczynić się do tego, że demokracja będzie już nie tylko, jak obecnie, jedną z możliwych form rządu, ale wręcz radykalnie straci na znaczeniu. Niewykluczone, że proces odchodzenia od demokracji zachodniej jako międzynarodowego standardu będzie się odbywać przy aprobacie i wsparciu Chin, obecnie zachowujących w tej sprawie powściągliwość (o ile sprawa nie dotyczy ich samych).

Oczywiście sytuacja, w której demokracja liberalna musi rywalizować z innymi modelami rządów, nie jest nowa. Wspomnijmy tylko XX-wieczne starcia z nazizmem i komunizmem, z których to starć wychodziła zwycięsko.

Niewykluczone, że obroni się i tym razem. Jednak dwie rzeczy warte są tutaj podkreślenia.

Po pierwsze, jest już dziś chyba jasne, że demokracja liberalna nie jest uniwersalną formą rządów, do której każda społeczność dochodzi „naturalnie”. Dobitnie świadczą o tym choćby wspomniane już kompromitacje Zachodu w Iraku i Afganistanie.

Po drugie, liczne państwa wschodzące, o ustrojach ewidentnie niedemokratycznych, odniosły oszałamiające sukcesy gospodarcze i modernizacyjne. Odebrało to zachodniej demokracji wiele z jej atrakcyjności.

Warto podkreślić, że wiele z nich (z Chinami na czele) utrzymuje wysokie tempo rozwoju, w czasach gdy demokracja zachodnia nie tylko przestała być jedyną inspiracją modernizacyjną, ale ma coraz wyraźniejsze problemy sama ze sobą.

Autorytaryzm i kapitalizm

Tak więc uwaga zarówno krytyków, jak i zwolenników demokracji jest dziś zwrócona na Chiny. Rządzone przez autorytarny reżim dokonały one bowiem w ciągu ostatnich trzydziestu kilku lat olbrzymiego i bezprecedensowego skoku rozwojowego. Władze w Pekinie nie negocjują warunków modernizacji ze swoim demosem, a nawet, kiedy uznają to za konieczne, używają wobec niego siły, jak stało się w 1989 r. na placu Bramy Niebiańskiego Spokoju. I jak może się to stać w każdej chwili, gdy rządzący uznają, że zachodzi taka potrzeba.

Po masakrze studentów chińskie władze spotkały się z powszechnym potępieniem i silną międzynarodową presją. Pamiętajmy przy tym, że Zachód był wówczas, zaraz po zwycięstwie w zimnej wojnie, u szczytu potęgi. Towarzyszyło mu przekonanie o „końcu historii” i nieuchronności demokracji liberalnej jako finalnego osiągnięcia politycznego ludzkości. Chiny miały albo upaść, albo zreformować się na wzór zachodni. I miało to być tylko kwestią czasu.

Jednak nic z tych przepowiedni się nie sprawdziło. Co więcej, stało się dokładnie na odwrót. Od czasu Tian’anmen reżim w Pekinie bardzo się wzmocnił. Chiński PKB zwiększył się prawie dziesięciokrotnie, kraj-cywilizacja awansował na pozycję światowej gospodarki numer 2 (licząc nominalny PKB), a w ciągu kolejnej dekady ma szansę prześcignąć USA.

I dlatego sytuacja jest dziś zupełnie inna niż w 1989 r. Z jednej strony mamy szybko bogacące się, coraz potężniejsze politycznie i wojskowo Chiny, które osiągnęły to wszystko, zaprzeczając ideologii demokratycznej. Z drugiej strony widzimy pogrążony w poważnym kryzysie Zachód, gdzie werdykty demokratyczne okazują się często kompromitujące i problemy jedynie pogłębiają, zamiast je rozwiązywać.

Chiński system polityczny przez ten czas ewoluował, ale co do istoty się nie zmienił. Jego specyfikę można najprościej określić następująco: kapitalistyczna gospodarka plus autorytarna władza.

Czy jednak ten model przetrwa? Jako argument na „nie” można przywołać pojawiające się w samych Chinach głosy o „drugiej reformie” i nowym modelu politycznym, potrzebnym na nowe czasy.

Zwolennicy tezy o nieuchronnej demokratyzacji Chin przywołują też historyczne przykłady innych reżimów autorytarnych (jak choćby niedaleki Tajwan), które po udanej transformacji gospodarczej oddawały władzę, umożliwiając wprowadzenie demokracji.

Jednakże ewentualnego chińskiego okrągłego stołu w najbliższej przyszłości nie byłoby władzy z kim zorganizować, ponieważ opozycja jest bezwzględnie tępiona i marginalizowana.

Co więcej, wnioskując ze słów chińskich przywódców, Państwo Środka raczej będzie starało się iść drogą Singapuru. A więc spróbuje stworzyć system paternalistyczny: z cenzurą, dekoracyjną rolą parlamentu i opozycji, a jednocześnie wysokim poziomem administracji (ściśle merytokratycznej) i surowo zwalczający korupcję .

Spróbujmy teraz rozważyć kolejno zalety i wady modelu chińskiego.

Chińskie przewagi

Model ten jest silny kryzysem zachodniej demokracji. Im bardziej widoczne dysfunkcje tej ostatniej (takie jak nieumiejętność podejmowania trudnych decyzji i formułowania długofalowych strategii z obawy przed sondażowymi spadkami czy zastąpienie polityki PR-em), tym bardziej widoczne stają się zalety tzw. konsensusu pekińskiego (wolny rynek plus autorytarne, promodernizacyjne rządy).

Jego zaletę dość dobrze określa wypowiedź jednego z hongkongskich bankowców, których miałem okazję spotkać na jednej z imprez w tym mieście.

„Politycy są nie od tego, by się podobać, lecz od tego, by podejmować decyzje i rozwiązywać problemy. Kiedy patrzę na Europę, to widzę, że tam jest na odwrót – polityk to ktoś, kto chce się podobać. W tym sensie uważam, że Chiny są bezpieczne. Mają bowiem polityków, którzy podejmują niepopularne decyzje. Panują nad sytuacją. Jeśli są lokalne rządy, które coś tam kombinują, jeśli są tam sprawy korupcyjne – to i tak na niewielką skalę. Co jakiś czas trzeba bowiem „zabić kurczaka, aby przestraszyć małpy” (sha ji gei hou Kan). I to w zupełności wystarcza”.

Podobne opinie nie są odosobnione i mogą szokować. Zwłaszcza, że wypowiada je nie partyjny funkcjonariusz, lecz finansista i to wychowany w byłej brytyjskiej kolonii, zaznajomiony z tamtejszymi rządami prawa, demokracją, kulturą zachodnią. Znając je – opowiada się po stronie modelu chińskiego.

Jednak takich głosów nie brak także na Zachodzie. W podobnym duchu wypowiada się Martin Jacques, autor „When China Rules the World” („Kiedy Chiny będą rządzić światem”). Przekonuje on, że żyjemy w początkach „chińskiego wieku”, czyli epoki dominacji Państwa Środka.

Legitymizacja władzy – podkreśla Jacques – nie bierze się w Chinach z wyborów, co jest oczywiste na Zachodzie, lecz z tradycji, w ramach której automatyczne poparcie zyskują siły stawiające na utrzymanie jedności i stabilności kraju. Do tego dochodzi tradycyjny szacunek dla władzy.

Zdaniem tego brytyjskiego badacza chiński model rządzenia ma kilka zasadniczych przewag nad innymi. Po pierwsze, rząd Państwa Środka posiada zdolność myślenia w kategoriach długoterminowych i strategicznego planowania rozwoju. Po drugie, jest skuteczny i doprowadza powzięte plany do końca. Po trzecie, jest zdolny do eksperymentów i pragmatycznego wyboru tych rozwiązań, które się sprawdzają, i odrzucania tych, które się nie sprawdziły. Po czwarte, ma zdolność realizacji wielkich projektów infrastrukturalnych.

Zdaniem Jacques’a kontrastuje to ze znanymi słabościami demokracji. Jedną z nich jest nadawanie priorytetu działaniom krótkoterminowym zamiast długoterminowym, gdyż te pierwsze dają większe szanse zdobycia głosów i zapewnienia reelekcji. Demokratyczne rządy współczesnej doby cechuje też niezdolność do myślenia strategicznego, co ilustruje np. zaniedbywanie infrastruktury. Inną wadą jest niechęć do zmian i reform. Wreszcie, osoby sprawujące państwowe funkcje często nie posiadają w demokracjach odpowiedniego doświadczenia i kompetencji, a rządzący nie potrafią przyciągać najlepszych do pracy w administracji.

Zarzuty te sprowadzają się w istocie do najistotniejszego: suwerenność ludu, stanowiąca dogmat zachodniej demokracji, powoduje, że reprezentatywność władz jest istotniejsza od ich merytorycznego przygotowania. Natomiast w Chinach liczą się – to spuścizna konfucjanizmu – wykształcone, merytoryczne kadry, rozliczane z wyników.

Zasada suwerenności ludu przy jednoczesnej wszechogarniającej tabloidyzacji powoduje też, że politykę demokratyczną coraz trudniej odróżnić od show-biznesu. Świadczy o tym choćby coraz większa liczba celebrytów w parlamentach.

Tymczasem w Chinach urzędnicy są wybierani i awansowani starannie, a ich praca – nieustannie oceniana. Obowiązuje konieczność ciągłego kształcenia się i podnoszenia merytorycznych kwalifikacji, a także – rotacja urzędników.

Ci najwyżsi rangą i znajdujący się na samym szczycie muszą wcześniej sprawdzić się na niższych szczeblach. Nie jest możliwe zostać przewodniczącym ChRL, niczym istotnym wcześniej nie zarządzając, podczas gdy w warunkach demokratycznych – jak najbardziej. Obecna głowa chińskiego państwa, Xi Jinping, był w przeszłości gubernatorem i zarządcą trzech chińskich prowincji (wielkości państw europejskich), gdzie dał się poznać jako pragmatyk (w prowincji Fujian, gdzie przyciągał tajwańskie inwestycje) i pogromca korupcji (w Zhejiangu). Później, tak jak Mitt Romney w Salt Lake City, stanął na czele Komitetu Organizacyjnego Igrzysk Olimpijskich w Pekinie i z tym zadaniem także sobie poradził.

Walka o Afrykę

Mocnym argumentem za skutecznością chińskiego modelu są także sukcesy Pekinu w Afryce, będącej od pewnego czasu polem rywalizacji między ChRL a Zachodem. I Państwo Środka tę rywalizację wyraźnie wygrywa.

Dzieje się tak pomimo narastającej presji wewnętrznej. Coraz więcej mediów czy blogerów (a jest ich w Chinach ok. 18 mln) zadaje pytania o powody inwestycji na wielką skalę na Czarnym Lądzie, podczas gdy w kraju istnieje tak wiele problemów. Jednak dla autorytarnego rządu nie jest to zasadniczy problem.

Drugi powód, dla którego Chińczycy są w Afryce dużo skuteczniejsi niż Amerykanie i Europejczycy, to pragmatyzm i aideologizacja. Z drugiej strony przywiązanie do demokracji i praw człowieka często utrudnia Zachodowi prowadzenie tam skutecznej polityki. Na miejscu zjawiają się osoby wprawdzie dobrze ubrane, ale często nieznające lokalnych języków i zwyczajów. Przylatują one na miejsce kilka dni wcześniej i próbują realizować „projekty”. Obostrzone są te „projekty” różnymi ideologicznymi uwarunkowaniami (podobnymi do tych unijnych, które organizujemy w Polsce) i często bardziej służą koordynatorom niż zdezorientowanym tubylcom. W tym samym czasie do Afryki przyjeżdżają z walizkami pieniędzy Chińczycy i budują drogi, stadiony, szpitale, jednocześnie przejmując kontrolę nad surowcami i terenami ziemi uprawnej.

Nadmieńmy, że sytuacja ta budzi coraz większe niezadowolenie w Afryce, gdzie Chiny są oskarżane o nowoczesny kolonializm. Mimo to wygrywają tam z Zachodem.

Słabości modelu chińskiego

O powyższych zaletach modelu chińskiego mało się mówi, nie potrafią go też (lub nie chcą) reklamować sami Chińczycy. System ten ma jednak także wiele wad. Istnieją bowiem poważne znaki zapytania, które nie pozwalają na postawienie tezy o nieuniknionej chińskiej dominacji i zwycięstwie opisywanego modelu.

Przede wszystkim model ten jest wciąż nieukończony. Sami Chińczycy zdają sobie sprawę, że są dopiero w połowie drogi i nie wiadomo, czy zakończy się ona ostatecznie sukcesem.

Ponadto ich model ma kilka poważnych dysfunkcji. Po pierwsze, Komunistyczna Partia Chin powstała jako partia rewolucyjna. Obecna sytuacja w tym państwie wymaga tymczasem nie rewolucji, lecz sprawnego rządzenia. A zatem partii i organizacji innego typu.

Po drugie, zaletą demokracji jest uzyskiwanie od społeczeństwa informacji zwrotnej. W systemach autorytarnych przepływ informacji jest ograniczony. Choć chińskie władze starają się rozdawać wielu mediom koncesje na krytykę własnych poczynań (choćby „Caixin” czy „Nanfang Zhoumo”), to z drugiej strony obawiają się dopuścić do otwartej publicznej krytyki i debaty.

Po trzecie, w demokracjach dużo łagodniejszy przebieg mają polityczne kryzysy, prowadzące do nich napięcia są bowiem na różne, zinstytucjonalizowane sposoby (z wyborami na czele) rozładowywane . Ewentualny kryzys władzy w Chinach może natomiast doprowadzić do ogromnego chaosu i zaprzepaszczenia dekad sukcesów.

Po czwarte, liczne problemy Chin stają się coraz bardziej złożone. Jednoczesny brak edukacji na wsiach, wśród biedoty i edukacja kiepskiej jakości wśród klasy średniej (zjawisko śmieciowych dyplomów w wielkich miastach). Rozwarstwienie społeczne i niezadowolenie biednych ludzi nieotrzymujących wielu świadczeń socjalnych (np. brak opieki medycznej i edukacji w wielkich miastach dla wędrownych robotników, którzy mieszkają w nich czasem od końca lat 80.), a jednocześnie niezadowolenie klasy średniej z jakości życia: zatrutego środowiska, niezdrowej żywności.

Po piąte, wzrost gospodarczy, który dawniej był źródłem legitymacji władzy i gwarantował stabilność, dziś często staje się dysfunkcyjny i zamiast jak dawniej rozwiązywać problemy, tworzy je. Przykładowo, pogłębia społeczne rozwarstwienie, przyczynia się do zatruwania środowiska.

Po szóste, rozwiązywanie jednych problemów stwarza kolejne. Np. pomoc jednej grupie społecznej natychmiast rodzi żądania innych.

Po siódme, rozwiązywanie problemów takich jak uciszanie buntów okazuje się coraz częściej tylko doraźne, a zarazem coraz bardziej kosztowne.

Przeciwko chińskiemu modelowi przemawia także fakt, że w rzeczywistości bardzo niewiele wiemy o mechanizmach władzy w Państwie Środka. A wiele wskazuje na to, że jego system polityczny może być nieefektywny. I to nie dlatego, że grozi mu dyktatura jednostki, ale paradoksalnie, coś wręcz przeciwnego – brak silnego lidera i niesterowność. Świadczyć o tym mogą burzliwe wydarzenia towarzyszące zmianie władzy w 2012 r., gdy namaszczony na lidera Xi Jinping przez dłuższy czas nie pojawiał się publicznie, a gubernator Chongqingu Bo Xilai, jeden z pretendentów do schedy, został uwięziony jako podejrzany o szykowanie zamachu stanu.

Państwo chińskie może więc stać się areną walki między poszczególnymi grupami interesów, a kolektywne kierownictwo i brak silnego lidera może nie być w stanie im zapobiec. Wówczas model chiński mógłby posypać się jak domek z kart.

Chinese Dream a globalna gra

Xi Jinping, ogłaszając trzy zasady swojej prezydentury, wspomniał o: dobrobycie, walce z korupcją i wielkiej restauracji narodu chińskiego (nazywanej na Zachodzie Chinese Dream i przeciwstawianej American Dream).

Sprawa, przynajmniej z chińskiego punktu widzenia, zdaje się więc jasna. Plan jest ambitny. To Chinese Dream i budowa własnego modelu społeczno-politycznego. Czy jednak ten ostatni może stać się alternatywą dla liberalnej demokracji poza Chinami?

Co ciekawe, to sami Chińczycy odradzają stosowanie własnego modelu potencjalnym naśladowcom. Powód podają ten sam, co dla odmowy demokratyzacji: specyfikę ich cywilizacji. „Nie chcemy waszego systemu, bo jesteśmy inni, ale dlatego też odradzamy wam kopiowanie naszych rozwiązań”.

Ideologia odgrywa w dzisiejszej polityce zagranicznej Chin rolę marginalną. To już nie czasy maoistowskiego eksportu rewolucji, lecz pragmatycznego biznesu. Pekin nie przejawia na razie żadnych ambicji lansowania własnego modelu. I deklaruje przywiązanie do pięciu zasad w polityce zagranicznej, w tym – nieingerowania w sprawy wewnętrzne innych krajów. Jednak zarazem ma przecież interesy – i to już we wszystkich zakątkach globu – coraz częściej wchodzące w konflikt z zachodnimi.

Dlatego – wobec pytania o model chiński jako alternatywę dla demokracji poza Chinami – sądzę, że najbardziej prawdopodobne są dwa scenariusze. W pierwszym obecnie odżegnujące się lansowania własnego modelu Państwo Środka po pewnym czasie, kiedy będzie wystarczająco silne, aby otwarcie rzucić Zachodowi wyzwanie, zmieni taktykę i zacznie narzucać innym krajom własne rozwiązania.

Niewykluczone jednak– to scenariusz numer 2 – że Chiny utrzymają obecny kurs i osiągając olbrzymią przewagę gospodarczą, będą swoje cele osiągać inaczej. Być może nawet demokracja i państwo prawa dadzą im do tego lepsze narzędzia. Szanując ich reguły, będą bowiem wciąż mogły wykupować media i banki oraz kreować polityków.

Model chiński może być o wiele bardziej inspirujący dla krajów pozaeuropejskich. Na Zachodzie i w Polsce będzie on o wiele trudniejszy do zastosowania, a nawet do selektywnego wykorzystania.

Dziś jeszcze nie wiemy, czy żyjemy na początku „chińskiego wieku”. Pewne jest jednak to, że jakikolwiek scenariusz nie zostanie zrealizowany, będziemy żyli w ciekawych czasach, a to, co będzie dziać się za Wielkim Murem, będzie miało ogromny wpływ na wszystkie dziedziny naszego życia.

1 Mowa o klasie średniej definiowanej według dzisiejszych, skądinąd bałamutnych – bo niestawiających wymogu posiadania niezależnych środków utrzymania – kryteriów.

Tekst został opublikowany w ostatnim numerze kwartalnika „Rzeczy Wspólne”.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
R. Pyffel: Chiny a kryzys demokracji. Czy model chiński zagrozi demokracji? Reviewed by on 10 maja 2013 .

Sytuacja jest dziś zupełnie inna niż w 1989 r. Z jednej strony mamy szybko bogacące się, coraz potężniejsze politycznie i wojskowo Chiny, które osiągnęły to wszystko, zaprzeczając ideologii demokratycznej. Z drugiej strony widzimy pogrążony w poważnym kryzysie Zachód, gdzie werdykty demokratyczne okazują się często kompromitujące i problemy jedynie pogłębiają, zamiast je rozwiązywać. Tłumy wściekłych ludzi

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarze 54

  • Avatar Stanisław A. Niewiński

    @ RP,

    Istotnie polskie firmy współcześnie nie istnieją w gospodarce chińskiej. Jeśli jednak chińsko-europejska wojna handlowa wybuchnie na całego, to jakiekolwiek szanse zaistnienia polskich przedsiębiorstw za Wielkim Murem zostaną jeszcze zmniejszone. Myślę, że tym razem powinniśmy poprzeć Niemców.

  • Panowie,

    Bardzo Wam dziekuje za te kilkadziesiat komentarzy. Moj tekst byl tylko pretekstem do ciekawej dyskusji. Czytalo sie ja z wielka przyjemnoscia. Wiele mysli i wnioskow, mimo iz luzno zwiazanych z tematem, bylo bardzo inspirujacych. Z pewnoscia powroca one w kolejnych ( przynajmniej moich) wypowiedziach, tekstach, komentarzach. Dziekuje za inspiracje.

    Konczac ta wyczerpujaca dyskusje, chcialbym tylko odniesc sie do kilku kwestii.

    @PZ

    Piszac o rachunku, ktory zgadza sie Niemcom, a kiedys moze przestac sie zgadzac, mialem na mysli ich relacje z Chinami, a nie z Polska.

    Niemcy, osiagnely swoja pozycje w Chinach, dzialajac samodzielnie. Nie wykorzystywano do tego UE. Z UE, czy bez niej, kraj ten byl w stanie doprowadzic do sytuacji w ktorej polowa eksprtu EU do Chin, to wlasnie eksport z Niemiec.
    W ostatnich dniach, doszlo jednak do niezwykle interesujacego wydarzenia. Premier Li Keqiang w czasie swojej wizyty, zaapelowal do Angeli Merkel wprost o wprowadzenie w EU odpowiednich regulacji w sprawie paneli solarnych i spotkal sie z przychylna reakcja.

    Wojna handlowa Unii z Chinami ( argumentem jest nierownomierny dostep do rynku- w UE i takze w Polsce, znamy juz kilka takich przypadkow, w ktorym startuja w przetargach publicznych miejscowi Chinczycy- z reguly restauratorzy- kazdy lub prawie kazdy moze wystartowac, podczas gdy w Chinach przetargi wygrywaja swoi, a europejskie firmy nie maja nic do powiedzenie. Oczywiscie to nie jest zbyt bolesne dla Polski, bo my i tak nie istniejemy w Chinach i pewnie nie mielibysmy szans z innymi firmami europejskimi.

    Ale ciekaw jestem dwoch kwestii. Jak w tej sprawie zachowaja sie Niemcy, ktorym „rachunek sie zgadza” i w przeciwienstwie do reszty EU nie chca oni isc na wojne handlowa z Chinami ( nie ma to sensu, skoro interes idzie dobrze). Czy przeforsuja zatem korzystnbe dla Chin rozwiazania? A moze beda chcialy przeforsowac, ale napotkaja opor i nie dadza rady?

    A drugie pyutanie, to jak zachowa sie Radoslaw Sikorski. Z jednej strony, mowi on o glownym nurcie EU, czesto o tym ze Zachod wciaz ma przyszlosc, a zdrugiej strony stawia na Niemcy. Jak zachowa sie w sytuacji ( z punktu widzenia Polski calkowicie ambiwaletnej- nie mamy duzo biznesu w Chianch, ktory chcialby startowac tam w przetargach) minister Sikorski?
    A dylemat bedzie, bo tym razem glowny nurt EU, bedzie w opozycji do Niemiec.

    I na tym chyba koniec tej dyskusji :)

  • Radek
    bardzo ciekawy komentarz
    moja uwaga jest taka jak i wobec zalinkowanego u Was artykulu Pawla Behrendta w ZP
    Ty nie wspominasz o aspekcie militarnym. agresja Chin w regionie moze doprowadzic do konfliktu, nawet jesli beda to niewielkie starcia i one zagrazaja bezpieczenstwu Azji. i to jest wpisane w to co nazywasz modelem chinskim, to jego czesc
    brak kompromisow odnosnie ekspancji terytorialnej czy wodnej – zadnej umowy – ani jednej, o rozdzieleniu i wspolwykorzystywaniu zaosobow, budowanie tam kosztem panstw w nizszym biegu rzeki (tu akuurat opieram sie na licznych artykula prof Brahmy Chellanyego, ktory stale o tym pisze i prawie nikt poza nim na te skale)
    tak samo Pawel napisal, ze zbrojenia sa wynikiem rozwoju gospodarczego, jak by nie bylo wazniejszej przyczyny – sasiedzi Chin musza sie przed nimi bronic i rozbudowywac armie

  • @ Adam M, Rysiek, Adam L, Zan, Wute, MG, PZ, Adam Izydorczyk, Wlodzimierz Madziar, Stefan, Anarcha

    Panowie ( i czytajace byc moze te dyskusje Panie),

    Kilka uwag do tej interesujacej dyskusji.

    1. Troche zbyt sceptycznie oceniacie Europe i byc moze zbyt optymistycznie Stany ( z tego co opowiadaja mi znajomi kraj ten za rzadow Obamy upodoabnia sie do modelu europejskiego, jesli bedzie to trwale zjawisko- dawna Ameryka odejdzie do przeszlosci, a roznice miedzy nia, a EU beda sie zacierac)
    Moim zdaniem nie doceniacie tez roli Niemiec, skadinad kraju jednak europejskiego. Wlasnie wrocilem z Szanghaju, gdzie Niemcy sa na ustach wszystkich. Kraj ten od lat 90tych wytrwale pracowal i zapracowal na olbrzymia rozpoznawalnosc i brand/bardzo dobra marke.
    Wyglada to tak, ze w Szanghaju mieszka kilkadziesiat tysiecy Niemcow, niemieckie produkty sa znane i w niezle sie sprzedaja w Chinach, zas Niemcy sa dobrze zorganizowani i istnieja jako gracz w Chinach. Na pewno nie tej miary co USA, ale jednak sie licza., jako powazny kraj w chinskiej polityce, kto wie czy ich pozycja nie jest porowywnywalna z Rosja.
    A mowimy przeciez o Chinach, kraju nie-europejskim i Niemcy sa tam obecne.

    W tej calej obecnosci Niemiec chcialbym zwrocic uwage na trzy czynniki. Niemcy to nie EU, ale zasadniczo ta pozycje wypracowaly sobie same. Z EU czy bez niej, nadal beda sie tam liczyc.

    Po drugie, zobaczymy co bedzie, jesli Chiny dokonaja skoku technologicznego i przestana potrzebowac niemieckich technologii ( bo na tym opiera sie w duzej mierze niemiecki sukces w Chinach). Na spotkaniach w ramach EU, rozmawiajac z Niemcami czesto slyszalem, ze „ciezko wspoklpracuje sie z Chinczykami, nie dotrzymuja umow, probuja wykorzystac jak najwiecej sie da, ale rachunek ekonomiczny nam sie zgadza i wychodzimy na tym zdecydowanie na plus”. Zobaczymy co bedzie, jak rachunek sie zacznie nie zgadzac. W kazdym razie jestem pewien ze Niemcy odgrywaja istotna role w Chinach i jakas jeszcze odegraja. W kazdym razie nie da sie nie brac ich calkowicie pod uwage przy kresleniu scenariuszy dla Chin ( i to nie dlatego ze sa naszym sasiadem i rozwoj wypadkow na Dalekim Wschodzie, bedzie mial z pewnoscia ogromny wply na sytuacje w Polsce- ktorej gospodarka pracuje jako podwykonawca dla niemieckiej, wiec w zasadzie jest z nia zintegrowana)

    Po trzecie- i tu pytanie: jesli Europa jest tak slaba, to czemu Niemcy daja sobie tam rade? Tego jednak nie da sie zakwestionowac.

    I kolejne pytania do p.Wlodzimierza Madziara, jesli Pan doczytal do tego miejsca :) Jak wyglada pozycja Niemiec w Indiach. Czy sa tam zauwazalnym elementem w indyjskim pejzazu polityczno-gospodarczym? Bylbym bardzo wdzieczny za krotka odpowiedz, dosc istotna jak sadze ze wzgledu na rozwazane przez nas tutaj kwestie.

    2. Demokracja oczywiscie przezywa kryzys, a model chinski jest silny slaboscia demokracji. Pamietajmy jednak, ze kluczowe znaczenie ma tutaj kryzys ekonomiczny. W czasach kryzysu ( i jak pokazal model chinski, na co zwrocil uwage takze PZ) w czasach gwaltownej modernizacji, demokracja wydaje sie dysfunkcyjna- naklada gorset procedur i ograniczen. Jednak kryzysy kiedys sie koncza i wowczas demokracja znow nabiera atrakcyjnosci i bardziej widac jej zalety. Tak juz bylo w przeszlosci, ze wydawalo sie ze nie ma ona szans, a jednak wygrywala z nazizmem czy komunizmem.
    To jest wlasnie problem modelu chisnkiego, ktory nie przezywa kryzysu, ale ma do czynienia z rosnacym dobrobytem i musi nim zarzadzac. Od jakosci i sprawnosci tego zarzadzania zalezec bedzie jego sukces.

    Pytaniem kluczowym zatem jest pytanie, czy ten kryzys jest przejsciowy ( jaki cykliczny kryzys w gospodarce), czy jest to zmierzch cywilizacji ( Zachodu). Z tego co widze sklaniacie sie wszyscy do odpowiedzi ze to drugie i ze Zachod sie nie podniesie. Ale tak samo myslano wczesniej, np po szybkiej i kompromitujacej porazce Francji w II wojnie swiatowej z Niemcami, a jednak tak sie nie stalo.
    Czy zdecydowaly o tym bledy i szalenstwo Hitlera, charyzma Churchilla, ( czyli generalnie czynnik ludzki) czy moze po prostu systemowe przewagi demokracji ktora ma zdolnosc do przetrwania wieksza niz nam sie wydaje?

    Patrzac na to co dzisiaj sie dzieje, na werdykty demokratyczne i poziom dyskusji medialnych ( nie tylko w Polsce, ale na swiecie) trudno w to uwierzyc. Faktycznie trudno wierzyc w madrosc ludu ( a ona lezy u podstaw suwerennosci ludu- wiara ze bedzie on dokonywal racjonalnych wyborow, ze te wybory maja swoj sens i logike), bardziej raczej mozna uwierzyc w chinska koncepcje ludu jako dzieci. A kiedy dzieci zaczynaja decydowac, to chca tego co w danej chwili im sie podoba, a to raczej do niczego dobrego nie doprowadzi.

    • @Radek

      Stany Zjednoczone za rządów Obamy rzeczywiście wprowadzają politykę rodem z Europy, o czym wspomniałem w jednym z postów powyżej niemniej jednak maja mniej problemow niz Europa stad tez wyjście z kryzysu w USA powinno byc łatwiejsze. Europa ma o wiele wiecej fundamentalnych problemow z którymi nie potrafi sobie poradzić od 5 lat oddalajac tylko trudne decyzje w czasie. Amerykanom bedzie pomagać siła przyciągania uniwersytetów oraz ich innowacyjność i o wiele mniejsze skrępowanie gospodarki przepisami. Bardzo ciekawe bedzie wiec obserwowanie negocjacji umowy o wolnym handlu pomiedzy UE a USA i zobaczymy, kotra koncepcja bedzie forsowana.

      Dodatkowo patrząc na socjalne działania Obamy, ja wciaz zastanawiam sie na ile USA moze sobie pozwolić na zwiększenie pewnych zabezpieczeń socjalnych celem uspokojenia sytuacji społecznej, jednak bez nadmiernego obciążenia gospodarki, a na ile jest to proba kopiowania rozwiązań z Europy. W Europie zwiększać socjalu dalej sie nie da, a wiec jest o jedno narzędzie mniej do „zasypania” problemow społecznych. Moim zdaniem epizodów londyńsko-sztokholmskich z ostatnich dni mozna wiec spodziewać sie częściej w nadchodzących latach.

      Temat Niemiec przekracza mozliwosc ujęcia w komentarzu, niemniej jednak zrobiłbym uwagę na system edukacji oraz to jak umiejętnie wykorzystują EUR i UE do własnych celów. W RFN w przeciwieństwie do reszty Europy nie obnizono rangi kształcenia specjalistów dla przemysłu, kosztem szkół biznesowych i tym podobnych. Ciezko wymienić tak zwana dobra szkole biznesu (MBA) w Niemczech podczas gdy w całej reszcie Europy jak najbardziej. Dodatkowo udział przemysłu (dodajmy nowoczesnego) jest wciaz wysoki na tle reszty UE.
      To co napisałeś, ze rozpoznawalne sa Niemcy, a nie UE jednoznacznie powinno sugerować, ze UE jest środkiem do celu, a nie celem samym w sobie, jak myślą polskie elity.
      Bez wspólnej waluty Niemcom na pewno nie byłoby tak łatwo eksportować w skali obserwowanej obecnie. Kwestia jak zachowac sie wobec Niemiec jest jednym z dużych znaków zapytania przy rozwiązaniu kryzysu w UE. Jedna mozliwosc to zaakceptowanie faktu, ze Niemcy maja gospodarkę najbardziej konkurencyjna w związku z czym EUR jest korzystne dla wszystkich, gdyz gospodarczo Europę ciągną Niemcy, a reszta na tym zyskuje. To chyba myślenie bliższe polskim kręgom MSZ. Opcja druga to Niemcy zyskują ponadprzecietnie na EUR, kanibalizujac pozostałe gospodarki w związku z czym dla wspólnoty nie jest to korzystne i cos trzeba z tym zrobic. Jak na razie konsensusu nie ma. Cameron wyraźnie idzie w kierunku opcji drugiej, widząc jeszcze cały absurd próbu uregulowania wszystkiego przez UE.

      Jak sie Niemcom przestanie zgadzać rachunek ekonomiczny to zmienia poddostawcow. To co nazwales „integracja” gospodarki polskiej z niemiecka, ja nazywam zaleznoscia. W gospodarce jest to bardzo niebezpieczna sytuacja. Niestety szef MSZ taka poddancza koncepcje stosunków z RFN przyjął i efekt jest jaki widac. Dzieje sie tak pomimo, ze widac iz Niemcy tam gdzie wymaga tego ich interes idą przeciwko interesowi Polski (Nordstream to tylko jeden przykład). W tej sytuacji nie da sie mówić o integracji.

      Podobny argument o tym, w postaci „wiemy ze nas okradają, ale zostaje tez dla nas” słyszałem od Finow opisujacych handel z Rosja. ;)

      Nie podejmuje sie wyrokowania, czy to zmierzch czy tylko faza cyklu. Mogę natomiast powiedzieć, ze fala kryzysu zbliża sie do państw rdzenia Unii, co widac po złych danych makroekonomicznych z Niemiec i fatalnych z Francji, zatem kryzys jeszcze potrwa. Pozostaje przy opinii, ze USA ma lepsze perspektywy szybszego wyjścia z kryzysu, chociazby dzięki temu, ze nie musi sie obawiać rozpadu wspolnego obszaru walutowego, a dodatkowo nie jest spetane eurobiurokratami.

    • Socjal czy biurokracja są hamulcowymi, ale nie jedynymi. Jak pisałem zaczątki socjalu wprowadzono w Europie na przełomie XIX/XX wieku (w Wlk. Brytanii w I dekadze XX w. , w Rzeszy w lat. 80 XIX wieku), a mimo to przez ponad sto lat rozwijały się dość pomyślnie (nie licząc takich epizodów jak wojny). Nie jestem zwolennikiem modelu skandynawskiego, ale sytuacja kiedy w tak zamożnym kraju jak w USA są ludzie pozbawieni ubezpieczenia zdrowotnego jest kuriozalna. Jednym z głównych czynników, które stawiają USA ponad Europę jest ogromne terytorium skrywające liczne złożna surowców – eksploatacja gazu łupkowego może przestawić kierunek polityki zagraniczej na znacznie bardziej izolacjonistyczną, gdyż import strategicznych surowców przestanie być konieczny. Europa jest uzależniona od pozaeuropejskich źródeł surowców, to winduje ceny i zmniejsza opłacalność produkcji.
      Co do nauki to jej rozwój jest w mniejszym stopniu uzależniony od gospodarki (vide sukcesy naukowe w niektórych dziedzinach w Związku Sowieckim, gdzie była mało wydolna gospodarka), a nawet warunki rynkowe mogą temu rozwojowi szkodzić (nastawienie na doraźny efekt, podczas gdy badania w wielu dziedzinach wymagają prac wieloletnich i mogą się zwrócić po dziesięcioleciach). Polecam tu ranking: scimagojr.com/countryrank.php (podsekcje zawierają bardzo szczegółowe dane dot. każdej niemal gałęzi współczesnej nauki).
      Z tego to rankingu wynika, że oprócz ogromnego postępu chińskiego na naukowej „mapie” zmiany następują powoli. Nauka w Europie nadal się rozwija (rośnie liczba artykułów, co dowodzi że teza PZ o unikaniu przez euorpejczyków nauk ścisłych nie jest do końca prawdziwa), choć nauka w krajach rozwijających rozwija się szybciej, gdyż tam łatwiej nadrabiać zaległości. Polska nauka po zmianach systemowych nie tylko nie zwiększyła swojej pozycji, ale wręcz ją utraciła. Największa degeneracja nastąpiła w Rosji, gdzie dyscypliny takie jak fizyka czy matematyka były bardzo mocne.
      Mam zresztą w planach napisania analizy porównawczej stanu edukacji przedmiotów ścisłych w kilku krajach: USA, jednego z Europy Zachodniej, jednego z byłego bloku wschodniego, Chin i Japonii, ponieważ ten temat często się przewija, ale argumentacja kończy się często na retoryce, a nie zawsze odnosi do konkretnych liczb.

      Co do uzależnienia Polski od Niemiec to po Zjednoczeniu Niemcy jak było to przewidywane ponownie (jak przed II Wojną Światową) stały się hegemonem Europy. Często przedstawia się stosunki gospodarcze z Niemcami jako uzależnienie, ale prawda jest taka że w tych warunkach geopolitycznych Polska JEST SKAZANA na uzależnienie na jednego z dwóch wielkich sąsiadów i lepiej żeby tym sąsiadem były jednak Niemcy. Teorie o jakiejś samodzielnej polityce są mrzonkami, Polska nie ma żadnych atutów do rozmawiania z tymi sąsiadami jak równy z równym. Ani gospodarczych, ani militarnych czy też technologicznych. Wynika to niskiej jakości elity, ale również z niskiej jakości społeczeństwa! Klasa polityczna wywodzi się w systemie demokratycznym ze społeczeństwa, to jego lustra, o czym tzw. przeciętny Polak wyklinający na „złodziejskich” polityków zapomina.

      „Proszę porównać to z tym co mozna obserwować w Polsce, a bedzie jasne, ze kontynuując dalej bajkę pod tytułem dyplom dla wszystkich do niczego nie dojdziemy. Kształcimy -logow wszelkiej maści, marketingowcow i zarządzaczy. Nauki z dziedziny applied sciences leżą, matury z matematyki nie ma, bo po co”

      Zgadzam się całkowicie.
      Jedno z niewielu atutów PRLu, tzn. edukację na wysokim poziomie zniszczono po 89 r. najpierw znosząc obowiązkową maturę z matematyki (zdaję się rząd Mazowieckiego), następnie obniżając drastycznie wymagania na każdym innym polu. Celem oficjalnym było masowe wykształcenie, nieoficjalnym przesunięcie o pięć lat wpadnięcia w bezrobocie kolejnych roczników. Jako, że rozkład inteligencji jest nieubłany, tak więc umasowienie wykształcenia wyższego uzyskano poprzez obniżenie wymagań. Ponieważ owi studenci z ministrialnego nadania nie byliby w stanie studiować kierunków ciężkich, rozmnożyły się kierunki (na uczelniach państowywych lub prywatnych) które więcej mają wspólnego z piciem piwa niż ciężką pracą. Wspomniane -logie, a w domyśle socjologia, politologia czy psychologia to ważne dyscypliny, które jednak stały się w Polsce synonimem tandety masowego dyplomu. Nie można jednak deprecjonować pasjonatów w tych dziedzinach.
      Ponieważ przyszli studenci wybierają kierunki łatwe (bo są zbyt mało zdolni, zbyt leniwi żeby wybrać cięższe, ale bardziej perspektywiczne) produkuje się setki tysięcy absolwentów niedostosowanych do rynku pracy. Tak więc jest to w większośći wyrzucenie w błoto zarówno pieniędzy publicznych jak i prywatnych. Za te pieniądze można by było opłacić szkolnictwo wyższe z PRAWDZIWEGO ZDARZENIA.
      Z drugiej strony zachęca się studentów do studiowania kierunków inżynierskich czy ścisłych, tymczasem Polska jest producentem półproduktów (a do tego wystarczy żeby większość miała wykształcenie zawodowe), a nie nowych technologii. Paradoksalnie więc los studentów kierunków cięzkich jak biotechnologia, chemia, matematyka stosowana, fizyka itp. może być niewiele lepszy od tych którzy skończyli marketingi i zarządzania… Polska gospodarka jest zbyt mało innowacyjna, więc gdyby młodzież wybierała kierunki ściśłe czy inżynierskie to w tej grupie powstałoby bezrobocie, a ekonomiści spod znaku Balcerowicza ględziliby o konieczności przebranżowienia.

      Sytuacja w której pracownik naukowy dużej politechniki o krajowej renomie nie zna angielskiego jest niedopuszczalna.
      Należałoby wziać przykład z Amerykanów i obniżyć liczbę dożywotnich profesorów (tzw. tenure) – zmiejszyłoby to hierarchiczność uczelnii, które przestały by być dworami wszechwładnej kasty podstarzałych profesorów, którzy z nauką przestali mieć do czynienia wiele lat wcześniej.

      • Avatar MG

        PS
        Nawiązując jeszcze do zalinkowanego przeze mnie rankingu, gdzie możemy porównać liczbę artykułów naukowych publikowanych w różnych krajach to warto porównać liczbę cytowań, a zwłaszcza liczbę cytowań przypadających na artykuł. Nie jest to doskonała miara, ale dużo mówi o jakości krajowej nauki.
        Odpowiada na pytanie czy prace naukowe powstają dla samego powstania, czy wnoszą jakąś wartość dodaną:

        Weźmy artykuły z 2007. W ciągu 5 lat na Zachodzie zacytowano przeciętny artykuł ponad 10 razy, w Polsce, w rozwiniętych krajach Azji jest to 6-7, natomiast w Chinach poniżej 5. Polecam samodzielną analizę rankingów.

      • Avatar PZ

        @MG

        Zalinkowany ranking jest sporzadzony po kraju uczelni macierzystej, a nie po narodowosci osobnika ktory pisze prace, a byloby to bardzo ciekawe zestawienie, bo domyślam sie ze nie każdy piszący prace na uczelni Brytyjskiej to Brytyjczyk. Oczywiscie moge sie mylic w swoim zdaniu na temat preferencji studiow lekkich, latwych i przyjemnych przez rodowitych europejczykow (mowa o Europie Zachodniej) kosztem nauk scislych i inzynierskich.
        Zdanie PZ-ta moze sobie tam byc obarczone spora doza statystycznej niepewnosci, natomiast zdanie prezesa Siemensa (z zalinkowanego przeze mnie artykulu na FT) to juz inna para kaloszy i warto je wziac pod uwage. ;) Wyraznie mowi o niedoborze inzynierow, zreszta nie on jeden z duzych firm o tym mowi. Maly i sredni biznes ma naprawde duzy klopot ze znaleznieniem odpowiednich specjalistow (w prawdziwym tego slowa znaczeniu) na Zachodzie i to takze jest jeden powod dla ktorego z Polski wyssalo po 2004 roku wielu specjalistow z doswiadczeniem, nawet z bardzo egzotycznych dziedzin przemyslowych. Kilka firm IT przenioslo sie do Polski nie mogac znalezc informatykow na rodzimym rynku Europy Zach. (i sa wsrod nich firmy niemieckie). Wydaje mi sie wiec, ze calkowicie mojej tezy o preferencjach kierunkow innych niz scisle w Europie Zachodniej obalic sie nie da, gdyz ze zdaniem firm przemyslowych w tej kwestii nalezy sie liczyc.

        Co do uzaleznienia sie od Niemiec to podana opcja jest dosc zero-jedynkowa. Albo Rosja, albo Niemcy. Jest to spore uproszczenie pozycji Polski, tak jak nie byloby innych sasiadow do wspolpracy. Niestety problemem Polski jest wielokrotnie brak pragmatycznego spojrzenia na skale i wage krajow wybieranych do wspolpracy, co powoduje ze widzimy tylko kraje duze i wydaje sie nam, ze w tej samej lidze gramy. O tej strategicznej wrecz pomylce swiadcza slowa pana Sikorskiego o „zastepowaniu Wielkej Brytanii” przy unijnym stole. Nie ta skala i nie ta waga niestety.
        Podobnie z Niemcami i Rosja, ktorych skala powoduje, ze Polska nigdy dla tych krajow nie bedzie partnerem.
        Grzeczne „podkulenie ogona” i podporzadkowanie sie Niemcom nie jest opcja zbyt rozsadna dla Polski. Czy mamy nie zauwazac, ze Niemcy jednak dzialaja wbrew polskiemu interesowi realizujac swoj? W sytuacji calkowitego uzaleznienia nie bedziemy mieli w takich kwestiach nic do powiedzenia. Czy tak ma wygladac zarzadzanie Polska? Jesli tak i jesli Polska nie ma mozliwosci prowadzenia samodzielnej polityki (nie jest to tozsame z polityka w pelni niezalezna), to rozwiazmy Sejm, Senat i Parlament i dolaczmy jako kolejny land do Niemiec, regulujac sprawe jezyka tak jak Serbo-Luzyczanie. Oszczedzimy sporo pieniedzy wydanych na marnej jakosci administracje rzadowa, ktore bedzie mozna przeznaczyc na badania i rozwoj. ;)

        Niemcy sa dla Polski partnerem waznym, ale nie powinny byc traktowane jako partner strategiczny. O strategicznym partnerstwie mozna mowic, gdy nie ma konfliktu interesu. O wiele rozsadniej byloby nawiazywac wspolprace z krajami skandynawskimi, o tym ze otwartosc na transfer technologii tychze jest o wiele wieksza niz Niemiec, czy Francji przekonywac chyba nie musze. Przede wszystkim daloby to wiecej samodzielnosci i wiekszy wachlarz mozliwych reakcji na zachowanie Niemiec, niz jednostronne podporzadkowanie Polski interesom Niemiec zgodnie z wygloszonym „holdem berlinskim” pana Sikorskiego.

        Co do polskiego ksztalcenia to mamy podobne zdanie. Ponad dwadziescia lat po transformacji i ciagle nie ma szerokiego ksztalcenia w jezyku angielskim na publicznych uczelniach, co jest nienormalne. Prosze porownac Turcje (specjalnie wybieram kraj nie zaliczany do Europy Zachodniej), gdzie wszystko oprocz jezyka, literatury i historii i kilku innych nauk humanistycznych jest wykladane po angielsku (wszystkie kierunki inzynierskie), co daje obraz mizerii polskich uczelni.
        Nie mialem na celu deprecjonowac politologow, socjologow czy psychologow pasjonatow, ale z calym szacunkiem wypuszcznie takowych z wszelkiego rodzaju „Sorbon” z Pcimia Dolnego i jeszcze kasowanie za to pieniedzy to jakies nieporozumienie i dokladnie stalo sie synonimem tandety nauczania i dyplomowej biegunki. Tacy pasjonaci sa potrzebni ale w odpowiednich proporcjach i z naprawde dobrych uczelni, tak aby taki tytul posiadal jakas range i prestiz wiedzy, ktory za tym powinna isc. Niestety wyksztalcenie zawodowe (rozumiem pod tym szkole zawodowa) jest juz dawno niewystarczajace do obslugi zaawansowanych technologicznie maszyn (i nie mowie tutaj o obrabiarce sterowanej numerycznie) o czym mozna sie przekonac w dowolnej fabryce. Polska nie produkuje tylko polproduktow, ale czesto pelne komponenty, ktore jako bezmarkowe sa montowane do markowego wyrobu finalnego (na przyklad cale deski rozdzielcze do samochodow, czy uklady hamulcowe, a nawet silniki). Wykształcenie zawodowe kojarzy mi sie z czasami kiedy to „pan Kazio cos tam pospawal, czy przewiercil w zakladzie” a ktore minely bezpowrotnie, a do sensownego ustawienia procesu technologicznego, czy poradzenia sobie ze sterownikiem maszyny umiejetnosci zawodowe sa po prostu niewystarczajace. Na kierunkach politechnicznych studia sa dwustopniowe, a dla ogromnej wiekszosci dociagniecie do stopnia inzyniera byloby wystarczajace do poradzenia sobie z wyzwaniami w polskim przemysle, stad tez zachety do studiow inzynierskich sa jak najbardziej sensowne. Dodatkowy plus tego rozwiazania to przygotowanie mozliwosci transferu technologii z zachodu, do czego inzynierowie i specjalisci z innych dziedzin „applied science” sa po prostu niezbedni, jesli chcemy rozmawiac o dalszym rozwoju Polski. Taka droga poszla Japonia, Korea Pld., Turcja, Finlandia. Bez odpowiedniego przygotowania edukacyjnego nie bedzie zadnego rozwoju do gospodarki innowacyjnej i opartej na wiedzy.

        Podsumowujac to mysle, ze MG datknal kluczowej sprawy tego co jest przewaga konkurencyjna Europy, a jest to nauka i technologia. Europa, w przeciwienstwie do USA jest zalezna od dostaw surowcow (czasem na wlasne zyczenie) w duzo wiekszym stopniu. Wyprzedawanie sie z najnowszej technologii i ksztalcenie europejczykow, pod gospodarke oparta o uslugi (co bylo zalozeniem jednej ze strategii UE) skazuje kontynent na marginalizacje niestety, w duzej mierze, jak to pieknie ujal Cameron „z wlasnej winy”. Dodatkowo sila przyciagania USA zagranicznych studentow jest wieksza niz Europy, co powoduje, ze to akurat nazwijmy to eufemistycznie rodowici Amerykanie bardziej moga sobie pozwolic na studia lekkie, latwe i przyjemne, niz rodowici Europejczycy, gdyz czesc pracy za Amerykanow zrobia za nich naukowcy-imigranci. Problemem jest takze tak zwana unijna polityka imigracyjna, a wlasciwie jej brak, co skutkuje tym, ze Ameryka zbiera o wiele wiecej wyksztalconych i chcacych dalej sie ksztalcic imigrantow, a Europa przyciaga o wiele wiecej niewykwalifikowanych. To kolejny element powodujacy, ze fundamentalnych klopotow Europa ma wiecej niz USA. A obecne bezrobocie mlodych wypchnie poza Europe kolejnych ludzi, czesto niekoniecznie tych ktorych by sie z Europy pozbyc chciano, co tylko pogorszy sytuacje demograficzna i konkurencyjna.

        Ponizej kolejny link, gdzie praktyk z przemyslu mowi o glupocie UE samokrepujacej sie regulacjami, co obniza konkurencyjnosc wobec USA oraz szumnych celach, ktore pozostana na papierze, a takze o postepie technologicznym, ktory jest krepowany eurobiurokracja forsal.pl/artykuly/706041,ue_zapomniala_ze_energia_moze_byc_kolem_zamachowym_gospodarek.html

      • Avatar MG

        Umknął mi ten link. Rzeczywiście wynika z tej wypowiedzi, że braki w kadrze inżynierskiej są znaczne. Potrzebne byłyby jednak solidne statystyki, które mogłyby wskazać na przyczyny niedoborów.

        Nie popieram polityki składania hołdów, zwróciłem jedynie uwagę na fakt że historycznie od XVIII w. Polska wpadała pod wpływy jednego bądź drugiego sąsiada. Zakończył się okres dominacji Rosjan i pałeczkę ponownie przejęli Niemcy. Przeciwstawienie się tej tendencji wymagałoby wielkiego talentu politycznego, którego na scenie nie widać. Tuskowi, którego uważam (nie wnikając w ocenę rządów, która wg mnie jest negatywna) za najsprawniejszego polityka po 89 r. bardzo wiele do tego brakuje.
        Putin uzasadniając wzrost wydatków na zbrojenia cynicznie powiedział: „Aby Rosja czuła się bezpieczna, a nasi partnerzy słuchali uważnie, co nasz kraj ma do powiedzenia”. W tym makiawelicznym stwierdzeniu kryje się prosta jak budowa cepa prawda. Siła argumentów w polityce międzynarodowej zależy od siły (niekoniecznie militarnej, ale głównie) tego kto je wypowiada. Przed wojną Polska starała się prowadzić samodzielną politykę i wybierając drogę honoru, a nie rozsądku (sojusz z III Rzeszą przeciwko Sowietom) i przez to stoimy znacznie gorzej niż moglibyśmy (Włochy czy Węgry nie są dzisiaj stygmatyzowane z powodu współpracy z Rzeszą). Strategią Sikorskiego na potencjalne rosyjskie zagrożenie jest jak widać maksymalne związanie gospodarcze, żeby bezpieczeństwo Polski było w interesie Niemców. Nie można odmówić tej strategii logiki, choć z pewnością jest to mało ambitne rozwiązanie.
        Co gorsza oczekiwany przez wielu rozpad UE wcale nie będzie oznaczać końca niemieckiej hegemonii, a może wręcz ją zwiększyć. Już przed wprowadzeniem euro marka była najsilniejszą w Europie walutą, często używaną jako rozliczeniowa, a jeszcze silniejsza będzie kiedy przejmie częściowo schedę po euro.
        Oczywiście umocnienie współpracy ze Skandynawią byłoby korzystne dla Polski, ale czy byłoby dla Skandynawii ? Póki co nie widzę, żeby dla Szwecji czy Norwegii Polska byłaby jakimś szczególnie ważnym partnerem (w tym gospodarczym), ale mieszkam na południu Polski więc nie wykluczam, że na Pomorzu ten wpływ jest silniejszy.
        Ogólnie zgadzam się z prawicowym twierdzeniem, że to państwo jest zwyczajnie słabe.
        Wyrugowano nieliczne rozwiązania z poprzedniego systemu, które się sprawdzały, zniszczono wywodzące się z komunistycznego państwa służby specjalne, które były uważane za jedne z lepszych i skuteczniejszych, natomiast wprowadzono rozwiązania Zachodnie zarówno dobre jak i szkodliwe, a jeśli nawet nie szkodliwe to niedostosowane do polskiej specyfiki.
        Z powodu braku kompetencji nie wnikam w rozstrzyganie przyczyny katastrofy smoleńskiej, jednakże sam fakt że do tej katastrofy doszło (kuriozum na skalę światową) jak i lekceważący stosunek strony rosyjski świadczy o tym jak słabe i nieliczące się jest państwo polskie. Jakie są główne elementy tej słabości:

        1) Zapóźnienie gospodarcze wynikające zarówno z panowaniem absurdalnego systemu gospodarczego przez ponad 40 lat, wcześniej katastrofy wojny światowej i jeszcze wcześniej negatywnego wpływu zaboru rosyjskiego na znacznych terenach dzisiejszej Polski. Często wspomina się PKB per capita, ale ważniejszy jest majątek gromadzony przez dziesiątki lat, którego wartość (Bank Światowy) jest jeszcze niższa w por. do Zachodu niż PKB.
        2) Niska jakość elit wynikająca z wymordowania znacznej jej części przez Niemców oraz Rosjan. Po wojnie było ponoć zaledwie 100 000 osób z maturą co znacznie ułatwiło sowietyzację w latach 45-56. Stąd brak jest ciągłości, etosu patriotycznego przekazywanego z pokolenia na pokolenie. Wysoka jakość polityki brytyjskiej wynika właśnie z tego wieloletniego etosu i tradycji parlamentarnej, którą my dopiero musimy wytworzyć.
        Obecność Ruchu Palikota jest w ogóle zjawiskiem niepożądanym, choć posłowie znikąd funkcjonują w każdej partii w mniejszym lub mniejszym stopniu.
        3) Pozbycie się kontroli nad instytucjami finansowymi. Jefferson nie bez racji stwierdził kiedyś, że „banki są groźniejsze od zaciężnych armii” (co chyba już pisałem). W latach kryzysu okazało się, że jednak kapitał ma narodowość i rządy mają możliwość naciskania na krajowe firmy, aby kierowały się interesem narodowym, a nie ekonomicznym (rzecz jasna za odpowiednią bonifikatą; vide casus Fiata).
        4) Brak dużej międzynarodowej marki, która mogłaby promować Polskę za granicą. Szczególnie w Chinach, gdzie ceni się sukces, mistrzostwo, jesteśmy na straconej pozycji. Polska w zasadzie z niczym konkretnym się nie kojarzy, co gorsza jeszcze nie tak dawno promowaliśmy tam wizję martyrologiczną, która nie znajdzie zrozumienia Chińczyków.
        5) Niska innowacyjność. Jak pisałem nie tylko nie poprawiliśmy swojej pozycji na tle innych krajów z okresu PRL, ale wręcz pozycja ta spadła. Przyczyny są dość powszechnie znane, takie jak np. rozproszenie środków na dydaktykę niskiej jakości omawialiśmy wyżej. Nauka nie jest traktowana priorytetowo przez rząd o czym świadczą wydawane fundusze. To niedoinwestowanie i niskie pensje przez lata doprowadziły do rozkwitu prywatnych uczelni. Zdolni doktoranci musieli często rezygnować, ponieważ kariera naukowa wiązała się z ascetycznym trybem życia. W związku z tym przyciągała absolutnych pasjonatów oraz miernoty, które szukały bezpiecznego schronienia przed rynkiem pracy. Co gorsza wydatki firm są jeszcze niższe niż państwa i świadczy to, że firmy nie są zainteresowane rozwojem, ale skupione na doraźnych zyskach. Niewątpliwe ma w tym swój udział szkodliwa polityka fiskalna.
        6) Inercja wymiaru sprawiedliwości, jego niska efektywność objawiająca się w bardzo długich procesach. Tendencje do lekceważenia przez prokuratorów (aby się nie narazić) i do zbyt liberalnych wyroków wydawanych przez sędziów. Analiza przyczyn wymagałaby specjalistycznej wiedzy i znajomości środowiska, czego nie posiadam.
        7) Tutaj powinno się z pewnych względów zachować ostrożność, więc napiszę lakonicznie. Wysoka infiltracja rosyjskich służb specjalnych nie świadczy pozytywnie o polskich służbach, które miałyby temu przeciwdziałać.
        Powiązania niektórych polityków ze wschodnim sąsiadem są niepokojące i chociaż ci politycy już nie sprawują władzy to nadal świadczy to o szerokich wpływach. Generalnie w rządzie nie powinno być osób, które w przeszłości były powiązane z obcymi (nawet sojuszniczymi) wywiadami, a jak jest – wiadomo. W państwach poważnych, takie kwestie są bardzo pilnowane.
        8) W kręgach wojskowych wiadomo, że siły zbrojne są daleko niewystarczające do obrony suwerenności w razie ewentualnego ataku konwencjonalnego ze wschodu i agresja zakończyłaby się szybkim (znacznie szybszym niż w 1939 r.) zajęciem Warszawy. Już wiadomo, że ewentualna pomoc NATO nie przyszłaby natychmiast i konieczne jest posiadanie takich sił, które byłyby w stanie zatrzymać ofensywę na przynajmniej miesiąc. Dodatkowym argumentem za odpowiednio wysokie wydatki wojskowe jest na pewno wzrost znaczenia politycznego.
        9) Nepotyzm w połączeniu z panującym przez lata wysokim bezrobociem doprowadził do nadmiernego rozrostu biurokracji, która sprawnie broni swoich interesów nie dopuszczając do ograniczenia jej rozrostu. Niestety i mentalność polskich przedsiębiorców przyczyniła się do tego, że państwowa posada jest bardziej atrakcyjnym miejscem pracy niż niepewna praca u przedsiębiorcy prywatnego.
        10) Antymodernizacyjny wpływ kościoła
        Nie można odmówić Kościołowi zasług dla utrzymania tożsamości narodowej w latach niewoli. Obecnie jednak, kościół jest poważnym, choć wyolbrzymianym przez antyklerykałów obciążeniem dla budżetu.
        Wpływ na powstające prawo jest bardzo duży, a sam Kościół jest siłą znacznie ograniczającą samodzielność polityków. Mimo, że jego nacisk dotyczy głównie spraw etycznych, które nie są mocno skorelowane z siłą lub słabością państwa to uległość polityków wobec kościoła sugeruje również uległość wobec innych, zewnętrznych sił nacisku. Ponadto obecność nauczania KK w szkole jest zbyt mocna, niedopuszczalne jest żeby przez całą ścieżkę edukacyjną było więcej lekcji religii, niż przedmiotów przyrodniczych jak fizyka, chemia..
        11) Ograniczanie aktywności dyplomatycznej na świecie.
        Istnieje trend ograniczania liczby placówek dyplomatycznych z powodu niewielkich oszczędności. Jest to niepokojący sygnał świadczący o ograniczaniu ambicji i zamykaniu okna na świat.
        12) Niska jakość mediów. Media w systemie demokratycznym pełnią ogromną rolę, tego nie trzeba wyjaśniać. Osłabianie mediów publicznych przez obecny rząd na rzecz przyjaznych jeszcze do niedawna mediów komercyjnych powoduje właśnie komercjalizację tych pierwszych. Media publiczne na Zachodzie są często wyznacznikiem jakości do którego dążą media komercyjne. Upadek mediów publicznych oznacza, że wpływ na społeczeństwo ma ten, za którym stoją największe pieniądze. Media komercyjne nie kierują się rozwojem widza/słuchacza, ale zyskiem i zadowoleniem mocodawcy. Podobnie jest również w zdegenerowanych mediach publicznych do których należy TVP. Wyjątkiem wydaje się być Polskie Radio, które nadal trzyma wysoki poziom.
        13) Nadmierny wpływ zachodnich „doradców”, począwszy od transformacji, kończąc na czasach obecnych.
        Doradcy doradzają, a sami w swoich krajach postępują inaczej. Przykładem jest wspomniana sprzedaż instytucji finansowych (tymczasem sami trzymają je we własnych rękach) czy też pouczanie Chin odnośnie demokracji (wy pouczajcie, a my będziemy robić interesy). Z reguły jest tak, że „dobre” rady się daje, a za kurtyną śmieje z głupoty tych, którzy z nich bezrefleksyjnie korzystają.

        Można by więcej wymieniać, ale też nie można zbyt rozpraszać dyskusji na różne kwestie niezwiązane z Azją lub tylko luźno.
        Kwestią o której tu zapominamy, a którą powinniśmy wziąć pod uwagę jest fakt, że CSPA nie jest może bardzo popularnym portalem, ale czytają go różne osoby, niekoniecznie Polacy. Choć nie przeceniałbym naszych analiz to jednak stanowią pewną wartość i mogą, a nawet bywają czytane.
        Nie chodzi tu o o wprowadzanie atmosfery paranoi, ale z drugiej strony nie można ignorować pewnych zagrożeń. Myślę, że dostęp do takich dyskusji powinien być jednak ograniczany.

      • Avatar PZ

        @MG

        Bardzo dziekuje za obszerna odpowiedz, ktora pozwole sobie zachowac, gdyz uwazam pana slowa za bardzo pragmatyczna ocene wielu aspektow obecnie rozgrywajacych sie na miedzynarodowej scenie.

        Zeby nie przeciagac to dosc krotko odniose sie do kliku kwestii przez pana poruszonych.

        Nie posiadam takowych statystyk. Watek niedoboru inzynierow pojawia sie bardzo czesto w rozmowach przemyslowcow, wiec sadze ze jest ralnym problemem. Artykul z FT byl glosem na forum otwartym, w rozmowach biznesowych jest to podnoszone czesciej. Czasem efekt jest taki, ze jest to oficjalnie podana przyczyna dla udzialowcow do przeniesienia produkcji poza Europe.

        Szwecja zapraszala Polske do wspolnej wspolpracy w kwestiach bezpieczenstwa. Firmy zbrojeniowe chcialy sie podzielic w wiekszym stopniu technologia, niz zaoferowali nam to Amerykanie w momencie wyboru samolotu chociazby (nie oceniam wyboru, ale transferu technologii Szwecja oferowala wiecej). W tej chwili Polska o ile dobrze pamietam jest obserwatorem przy budowie okretu podwodnego, a przypominam ze przed nami wybor takowego. Zatem propozycje ze Skandynawii sa, ale nie ma sie co spodziewac podobnego marketingu (takze politycznego) jaki maja Amerykanie, Niemcy czy Francja.
        Nie przekonuje mnie alternatywna wersja historii, czyli pakt „Ribbentrop-Beck”, sadzilem ze historycy wystarczajaco sie z nim rozprawili, ale jest to moje zdanie.
        Niemiecki import z Polski nie miesci sie nawet w pierwszej dziesiątce niemieckich partnerów handlowych. Eksport zaś jest na poziomie zbliżonym do Belgii i lokuje nas na miejsu dziesiatym. Obydwie statystyki z polskiego punktu widzenia lokują Niemcy jako najważniejszego partnera handlowego. To obrazowo powinno wyjaśnic, ze o strategicznej i partnerskiej wspolpracy nie moze byc mowy z powodu różnicy potencjałow. Niemcy bardzo łatwo mogą Polskę wymienić, natomiast Polska jest od Niemiec w bardzo dużym stopniu po prostu uzależniona. To nie tylko polityka mało ambitna, ale najnormalniej szkodliwa.

        Slowa Putina dobitnie ilustruja jedna zasadnicza kwestie, o ktorej w Polsce czesto sie zapomina, przy czym nie on pierwszy je wypowiada. Polska jest dla Rosji kwestia bezpieczenstwa, a bedac panstwem slabym, ktorym niestety jest, niejako zmusza Rosje do reakcji albo wykorzystania tej slabosci. Podobna teze postawil Stalin podczas konferencji w Jalcie.
        Kwestie ewentualnego rozpadu eurostrefy, albo UE, wiedze tak samo. Zwolniloby to Niemcow do prowadzenia w pelni niezaleznej polityki, takze na tradycyjnym kierunku wschodnim, wiec jednoznacznie nalezy ocenić ze rozpad UE byłby dla Polski wielce niekorzystny.

        Ad 8) Male doprecyzowanie. Trzy miesiace, co zostalo przekazane Polsce juz kilkakrotnie i publicznie. Ewentualna pomoc, albo poprzez Norwegie (dlatego ta jest dla Polski wazna), albo poprzez Niemcy (jesli wyraziliby na to zgode).

        Niestety punkt 7 dyskwalfikuje przynajmniej dwoch obecnych ministrow, jezeli nawet nie za same powiazania (absolutnie nie sugeruje ze takowe mieli czy maja), ale za posiadanie obcego (przynajmniej na pewnym etapie, nawet po pozniejszym zrzeczeniu sie) obywatelstwa. Jest kuriozalne, ze taka osoba szefuje polskiemu MSZ-towi.

        Co do pozostalych punktow wobec ich celnosci pozostaje mi sie po prostu z tymi ocenami zgodzic.

      • Avatar MG

        Skandynawia: Potwierdzeniem tezy o słabym marketingu jest to, że nie miałem o tym pojęcia, chyba że wynika to z mojej ignorancji.

        Pakt Ribbentrop-Beck: To jest kwestia historyczna i zabrakłoby czasu gdybyśmy się na to rozpraszali. Niemniej jednak niezależnie od potencjalnych skutków była to jedna z alternatyw.

        Kwestia rosyjska: Tego rodzaju retoryka jest oczywiście na użytek wewnętrzny, gdzie Rosjanie cierpią na kompleks poimperialny. „Interwencja” należy do bardzo mało prawdopodobnych w perspektywie najbliższych lat, jednak poważne państwo nie powinno lekceważyć żadnego zagrożenia.
        Do Rosjan (a zwłaszcza elit), z całym szacunkiem dla ich bogatej kultury, z wielu przyczyn, najmocniej przemawia argument siły. Szanowany jest silny, natomiast słaby pogardzany. Z tego, tak myślę (a nie z próby mataczenia) , wynika ostentacyjny upór w odmawianiu zwrotu wraku samolotu prezydenckiego. Kreml doskonale zdaje sobie sprawę ze znikomego arsenału środków nacisku rządu i najzwyczajniej pokazuje: „Patrzcie ile możecie nam zrobić”. Gdyby zamiast samolotu polskiego rozbił się niemiecki czy brytyjski (co w ogóle należy bardziej do fantastyki) to wrak zostałby szybko zwrócony.
        Putin doskonale zdaje sobie sprawę, że konsekwencją takiej polityki jest narażanie rządu Tuska na ataki opozycji i niechęć społeczeństwa. Gdyby do władzy powrócił Kaczyński najbardziej zadowolony byłby właśnie Putin. Rząd PiS i tak nie miałby żadnych możliwości uzyskać czegokolwiek od Rosjan, a Polsce łatwo byłoby przypiąć łatkę kraju zaściankowych rusofobów.

        Dziękuję za doprecyzowanie kwestii ewentualnej interwencji NATO. Interwencja po 3 miesiącach w warunkach współczesnej wojny to w zasadzie brak interwencji.

        Co do pkt 7) To nie rzecz nawet w tym czy dochodzi do jakiekolwiek współpracy z obcym państwem (wierzę, że nie). Tu chodzi o pewne zasady: podobne na których opiera się konieczność bycia urodzonym w USA i mieszkania tam od 14 lat, aby móc kandydować na prezydenta.

        Dziękuję bardzo za owocną dyskusję, myślę że na chwilę obecną temat się wyczerpał.
        Dyskusję zapisuję, zawarto w niej wiele istotnych tez, których słuszność będzie można częściowo zweryfikować czytając ją za kilka lat.

  • Artykul jest bardzo cenny, przede wszystkim dlatego, ze spowodowal cala serie rowniez bardzo interesujacych wypowiedzi.
    Autor ciekawie pokazal pola na ktorych, zastosujmy uproszczenie, model chinski jest sprawniejszy, a gdzie model zachodni. Porownanie wydaje mi sie wypadlo na korzysc modelu chinskiego. Ale autor tez wspomnial, ze konfrontacja nie jest konieczna.
    Moim zdaniem „chinski fenomen” bierze sie z kilku powodow:
    – wielkosc kraju powoduje, ze cokolwiek tam by sie dzialo jest wazne.
    – zaprzecza temu, co nas uczono, przeciez demokracja miala byc absolutnie lepsza
    – widzimy to wszedzie na wlasne oczy w postaci chinskich towarow.
    I ta ekenomiczna konfrontacja, moze nawet nie az tak bardzo zamierzona, ale faktyczna ma juz miejsce.
    Chiny przez swa wielkosc i skale potrafily zalac Zachod swoimi towarami. Do Chin mozna przeniesc produkcje uciekajac od rozbudowanegto ustawodawstwa socjalnego na Zachodzie. A wlasnie idea demokracji zachodniej stalo sie w pewnym sensie panstwo socjalne, czyli sytuacja, gdzie w najwiekszym uproszczeniu mowiac panuje jakas tam wymuszona przez prawo, a tylko w pewnym stoponiu ‚poprawiona” przez ekonomie rownowaga pomiedzy praca, a kapitalem. I to wiele lat dzialalo.
    A co mamy teraz. „Nie podoba sie, to przenosze produkcje do Chin …”. To czesty argument pracodawcow. Jesli nie chca sami tego robic, to robi to za nich konkurencja. Teoretycznie jest swietnie. Firmy wykazuja zyski, … tylko ludzie nie maja pracy. Zatrudnienie powstaje przez produkcje, w mniejszym stopniu przez uslugi, zreszta one musza miec klientow. Juz raz ten problem przechodzilismy w latach 30-tych. Masy bezrobotnych, czsto calkiem niezle wyksztalconych. Nie skonczylo sie dobrze.
    Wieksza popularnosc Chin rowniez przenosi do Europy pewne wschodnie wzorce. Ogromne roznice w wynagrodzeniach, nozyce znow sie rozszerzaja i to bynajmniej nie tylko w Polsce; wzrost znaczenia ponadnarodowych koropracji kosztem malych firm, itd, itd.
    Zmienila sie tez sama demokracja, ale to temat na osobny artykul.
    Jedna tylko dodam uwage, ktora przeczytalem w indyjskiej prasie: owszem demokracja czesto nie jest efektywna, ale broni nas przed ekscesami wladzy. To wlasnie widac na przykladzie Indii, gdzie kilka postaci bardzo kontrowersyjnych (to malo powiedziane) demokracja jednak potrafila zneutralizowac i uniemozliwila im „dorwanie” sie do wladzy na skale panstwa.

    • @Wlodimierz Madziar
      Jest wiele prawdy w tym co Pan napisał, wydaje mi sie ze kilka niuansow wymaga uszczegolowienia, aby uniknąć zbyt daleko idących wniosków.
      1) „Porównanie wypada na korzyść modelu chińskiego”. To chyba zbyt daleko idący wniosek. Na razie Chiny udowodniły, ze w systemie niedemokratycznym dużo szybciej nadgania sie dystans wobec krajów rozwiniętych. W tej chwili po wyczerpaniu sie prostych metod nadrabiania zaległości, Chiny stoją przed o wiele trudniejszym zadaniem, czyli przejścia z gospodarki średnio rozwiniętej do rozwiniętej. Nie jest przesadzone, ze nie wpadną w tak zwany middle income trap. Ta przewaga w nadganianiu jest szczegolnie widoczna właśnie w zestawieniu z demokratycznymi Indiami, a takze Polska.
      Chiny nie sa jednak pierwszym krajem, ktory zademonstrował przewagę w nadganianiu w systemie niedemokratycznym, vide Korea Pld. niedawno doskonale opisana w innym artykule na CSPA, czy Singapur. Jednak Chiny to inna skala i bedzie o wiele trudniej.
      W tym procesie nie nalezy pomijac znaczenia dwoch bardzo istotnych czynników, edukacji oraz świadomej polityki przemysłowej. Chiny wyksztalcily sobie na zachodnich (przede wszystkim amerykańskich) uniwersytetach rzesze inżynierów i naukowcow (zolwie morskie), ktore były w stanie gonienie krajów rozwiniętych pociągnąć. Chęci KPCh na nic by sie zdały do stworzenia chinskeigo programu kosmiczengo bez tego fundamentu do budowy gospodarki opartej na wiedzy i technologii. W tym podejściu takze Chiny skopiowaly to co wczesniej zrobiła Korea Pld. wyksztalcajac sobie inżynierów, którzy pózniej zajęli sie ulepszaniem rozwiązań z Zachodu, a przede wszystkim sprawili, ze gospodarka była zdolna do absorbcja technologii z Zachodu. Co ciekawe akurat to nie jest ograniczone do krajów Azji, gdyz dokładnie podobnie zrobiła Turcja, czy Finlandia. Na uczelniach w Turcji, czy Finlandii nie dosc ze wykłada sie po angielsku, to robią to wykształceni za grube pieniądze na uczelniach amerykańskich Turcy, czy Finowie. Proszę porównać to z tym co mozna obserwować w Polsce, a bedzie jasne, ze kontynuując dalej bajkę pod tytułem dyplom dla wszystkich do niczego nie dojdziemy. Kształcimy -logow wszelkiej maści, marketingowcow i zarządzaczy. Nauki z dziedziny applied sciences leżą, matury z matematyki nie ma, bo po co. W tej chwili Czesi stoją wyżej w kulturze przemysłowej niz Polska, wydają wiecej na badania i rozwój oraz zbierają tego owoce.
      Dodatkowo Chiny maja politykę przemysłowa i ja stosują, znowu podobnie jak Japonia, Korea Pld., czy Turcja obecnie. Polska tej polityki nie ma. Obecny rząd stwierdził ostatnio, ze nie ma sensu wystawiać sie na Expo, tymczasem jest sens wymienić logo Policji z 1 mld. PLN.
      Po co promować polskie firmy z tych dziedzin gdzie jeszcze konkurować z zachodem mogą, lepiej a na pewno łatwiej przejść.

      Generalnie z edukacja zaczyna sie problem w Europie, ktora takze kształci na kierunkach lekkich, łatwych i przyjemnych, coraz bardziej tracąc dystans do Stanów Zjednoczonych.
      Niestety przewaga językowa jest taka, ze zagraniczni doktoranci najpierw szukają mozliwosci w USA, a jak sie nie uda to UK, a dopiero pózniej reszta Europy. A do kierunkow scislych i inzynierskich, ani europejczycy, ani amerykanie sie nie garna, za to Chinczycy, Hindusi, Turcy, Koreanczycy jak najbardziej. Tyle ze wlasnie ta siła przyciągania najlepszych bedzie dawała USA przewagę nad Europa w wychodzeniu z kryzysu.

      2) „Wielkosc kraju powoduje, ze cokolwiek by sie tam nie działo jest ważne”
      Pójdę dalej i powiem, ze wielkość i znaczenie Chin powoduje, ze nie branie tego pod uwagę jest krotkowzrocznoscia, ktora chyba uwielbia polski MSZ z jego szefem na czele.
      Chiny zmieniły reguły gry na zachodzie, czego spoleczenstwa w Europie jeszcze nie rozumieją, sądząc ze bedzie możliwy powrót do stylu życia jaki wiedli przed 2008 rokiem. Niestety nie bedzie, co najwyraźniej zrozumiały elity europejskie (polskie wciaz nie rozumieją). Do podziału toru dobrobytu dołączyło 300 mln Chinczykow, a w kolejce czekają kolejni. Przy tym sa głodni wiedzy, zdyscyplinowani, skorzy do wyrzeczeń, a przede wszystkim maja świadomość ze mogą mieć lepiej. Jasne jest, ze surowców dla wszytkich do osiągnięcia „zachodniego” poziomu życia nie wystarczy, stad w Europie zaczyna sie tego poziomu życia zjazd w dół. O tym, jak wielki wpływ maja Chiny przekonałem sie ostatnio przy kasie, gdzie we wszystkich krajach Beneluxu mozna sobie kupić tylko jedno pudełko mleka w proszku dla dzieci (jak za PRLu po prostu wiecej klient nie dostanie i juz). Ograniczenia wprowadzono po tym jak zapasy zaczęli wykupywac Chińczycy nie ufajac własnym producentom po aferach z melamina. To taka mała anegdotka, ale ilustruje skale zjawiska. Jednocześnie ujawnia prawdziwe koszty modernizacji w Chinach, a z drugiej pokazuje gdzie Europa i Polska powinna szukać konkurencyjnych przewag. No ale rolnictwo w Polsce jest niemodne, wiec co tam.

      3) „Do Chin mozna przenieść produkcje uciekając od rozbudowanego ustawodawstwa socjalnego na Zachodzie”
      Akurat ten powód to tylko wycinek prawdy o tym dlaczego produkcja sie przenosi do Chiny, oczywiście ma duże znaczenie ale nie jest powodem jedynym. Zaiste socjal w Europie przekroczył wszelkie normy zdrowego rozsądku, o czym w jednym z postów powyżej pisałem. Niestety powoduje to znaczący wzrost kosztów pracy, ktory do tej pory rownowazony był technologiczna wydajnością produkcji. Dodatkowo dzięki idiotycznej polityce klimatycznej oraz naiwności w negocjacjach (szczegolnie z Rosja) Europa duzo wiecej płaci za energię niz Chiny, czy USA. A niestety wydajność technologiczna nie poszła z tym w parze, chociazby dzięki problemowi z edukacja, ktory opisałem. Do tej pory mozna było sprzedawać starsza technologie poza Europę (co robiono z powodzeniem w przypadku Polski), co powodowało ze to w Europie nastepowala wymiana produktów na technologicznie najnowsze, a ponieważ byli klienci (bo mieli prace) to opłacało sie utrzymywać moce produkcyjne w Europie. Chiny zmieniły reguły gry przejmując/kopiujac/kupując najnowsze technologie (chociazby VOLVO), wiec chcąc nie chcąc aby cos sprzedać trzeba zaoferować wyroby najnowsze. Nie opłaca sie wiec tego produkować w Europie i wozić do Chin (koszty pracy, energii i transportu), ale lepiej zrobic taniej na miejscu, przy okazji sprawiając ze Chińczycy beda mieli pieniądze na zakup tych dóbr. Kolejny problem to nasycenie produktami w Europie, co powoduje ze nie ma miejsca dla tylu producentów na przykład samochodów, bo nie ma ich kto kupować. Dodatkowo wyraźnie widac, ze mocno zwolnił postęp technologiczny w Europie. Samochody elektryczne to w tej chwili Honda i Toyota, ktore w Europie radzą sobie swietnie. Tak jak powiedziałem, europejskie elity sa świadome, ze nie da sie utrzymać obecnego poziomu życia, stad tez moim zdaniem tak zwane działania ratunkowe w Unii maja raczej ustabilizować sytuacje i spowodować, ze zjazd bedzie powolny, a nie spektakularne BUM. To oczywiście tylko pewien zarys problemow, a nie pełna lista. I tak juz wyszedł spory post.

      Podsumowując to mogę stwierdzić, ze nasi rodzimi dogmatycy przemalowani na ideologow niewidzialnej reki wolnego rynku zupełnie nie rozumieją chyba co sie dzieje. Na usadowienie sie w Chinach Polska sie sporo spóźniala i wciaz nie potrafi przygotować realnej strategii eksportowej w wybranych dziedzinach. Na rozwój w Indiach Polska właśnie sie spóźnia. Ideologiczne podejście MSZ i wpatrzenie w jednej kierunek zupełnie nie pomaga. Mam jednak wrażenie, ze publika coraz mniej jest rozbawiona obecnym stanem rzeczy i ze „niewidzialna ręka rynku” moze odsunąć od władzy obecna nieudolna ekipę.

      • Avatar PZ

        A to niejako na potwierdzenie moich slow z posta wyzej ft.com/intl/cms/s/0/51dc6cca-c145-11e2-b93b-00144feab7de.html#axzz2UPt5bdk9

      • Avatar stefan

        Panie PZ czuję się wobeć was jak uczeń ale uważam nieskromnie że i mnie nie brak zdrowego rozsądku ,otóż całkowicie zgadzam się z pana wypowiedzią.Odnośnie socjalu ,niestety presja w Europie niemaleje a węcz wzrasta co stanowi bardzo zły prognostyk.Co ciekawe Obama i ten idiota Kerry zapatrzeni w Europę usiłują powielać te /negatywne/osiągnięcia europejczyków.Uważam że błogi stan tych społeczeństw nie będzie trwał wiecznie a w niedalekiej przyszłości/sądzę/obudzimy się w innej rzeczywistości-niestety.

      • Avatar PZ

        @STEFAN
        Panie Stefanie, nie ma co przesadzać ze skromnoscia. W sprawie socjalu to jak najbardziej ma pan zdroworozsadkowe podejście. Europa zachodnia mocno przesadzila z rozdawnictwem. Wielokrotnie mozna usłyszeć żartobliwie stwierdzenia, ze juz obudzono sie z ręka w nocniku, ale wciaz sie do niego siusia. ;) Moim zdaniem pomoc moze tylko inflacja, bo wiadomo ze odebranie przywilejów jest niezwykle trudne, ale zablokować ich waloryzacje mozna, tak jak zrobiono w Polsce chociazby. Tyle, ze kreowanie inflacji wskaznikowej (mamy za to obnizanie jakosci produktow, ale tego we wskaznikach nie widac) w Europie przez drukarzy z ECB idzie kiepsko, ale moze sie to zmienić po wyborach w Niemczech.

  • Gdzieś mi uciekła opcja „odpowiedz” pod postem PZ, w którym pisze, że w Polsce modelu skandynawskiego wprowadzić się nie da, więc (i tego już nie dopowiada) wprowadźmy model amerykański.
    Argumentem za niemożliwością wprowadzenia modelu skandynawskiego (który jest słuszny, ale nie wystarczający) jest prawdopodobnie stwierdzenie o niemożliwości wykształcenia w Polsce wysokiej kultury pracy i niskiej korupcji, a także zaufania społecznego. Podobny, a według mnie nawet silniejszy, argument przemawia przeciw modelowi amerykańskiemu. Jest on oparty o bardzo zaawansowaną kulturę przedsiębiorczości, samodzielności, samoorganizacji i samowystarczalności. O ile mamy jakieś tradycje polskiego pozytywizmu i socjalizmu (nie mogę zgodzić się na potępienie w czambuł i odrzucenie absolutnie wszystkiego z tego drugiego okresu jako rzeczy złych) mogące służyć za fundament do budowy modelu skandynawskiego, o tyle nie przypominam sobie w historii polski niczego, na czym można by oprzeć tezę, że Polacy są, lub choćby mają predyspozycje do bycia, doskonałymi organizatorami i wynalazcami.
    Podsumowując – prędzej widzę w Polsce model chiński, niż amerykański ;) ale z całą pewnością musielibyśmy wypracować jakiś własny model korzystając z doświadczeń innych. No i tu tkwi pies pogrzebany, bo takiej wizji nie ma, bo nie ma żadnej wizji naszego własnego modelu, poza kopiowaniem pojedynczych rozwiązań, które sprawdzają się (czasem na krótką metę) w całkowicie odmiennych warunkach.
    Pozdrawiam

    • Ma Pan prawo do nadinterpretowania wedlug wlasnej ideologii, ale z laski swojej prosze mi nie wkladac w usta slow, ktorych nie wypowiedzialem. Prosze takze zaczac czytac ze zrozumieniem oraz calosciowo, a w razie niejasnosci pytac – sugeruje takze przeczytanie mojego pierwszego posta, bedzie Pan skuteczniejszy w probach kreatywnego zdiagnozowania „co autor mial na mysli”.

      Polska ma takze tradycje republikanskie, ktorych nie branie pod uwage jest dosyc karkolomne. Pana teza o braku samoorganizacji Polakow zatem jest co najmniej wielce nieprecyzyjna, zeby nie uzyc bardziej dosadnego slowa.
      Wprowadzenie modelu chinskiego w Polsce to, jak „siodlanie krowy”, ze zacytuje klasyka. ;)
      Czy w swojej wypowiedzi przeciw modelowi amerykanskiemu i skandynawskiemu sugeruje Pan, ze Polacy nie sa przedsiebiorczy i maja niska kulture pracy? W przeciwienstwie do Pana dopytuje, nie bedac pewnym co ma Pan na mysli. Byloby to dosc kuriozalne stwierdzenie wobec porownania z otaczajaca nas rzeczywistoscia.
      O ustroju slusznie minionym mozna powiedziec wiele, ale z pewnoscia nie to, iz nie byl korupcjogenny oraz skrajnie anty-spoleczny, czego skutki widac do dzisiaj w jednych z najnizszych notowan zaufania spolecznego. Zatem akurat te dwie bardzo widoczne i jak najbardziej odczuwalne zdobycze „realnego socjalizmu” potepic w czambul jak najbardziej nalezy i jak najszybciej wyrwac z korzeniami.

      Podsumowujac, to z doswiadczen innych korzystamy juz od kilku dekad (wlaczajac w to wielka bratnia przyjazn narodow socjalistycznych) i najwyzszy czas z ta klientelsko-czapkujaca mentalnoscia panszczyznianego chlopa skonczyc, a zaczac pragmatycznie wykorzystwac silne strony Polakow, ktorych jest bardzo wiele oraz rodzimy, bogaty dorobek historyczny.
      Z tym, ze wlasnej wizji nie ma zgodzic sie musze, niestety na przeszkodzie wykreowania takowej ciagle staje proba budowy „nowoczesnego” Polaka wedlug recept „kulturowo obcych, ale wiedzacych lepiej co dla nas dobre”, ktore niezbyt pasuja do realiow panujacych w Polsce.

      Mam nadzieje, ze wystarczajaco obszernie sie doprecyzowalem.

      Pozdrawiam

      • Avatar Adam L

        Mamy bardzo różne punkty widzenia – ale może dzięki temu nauczę się czegoś od Pana.
        O ustroju słusznie minionym – zgadzam się w pełni, że był ekonomicznie niewydolny i skrajnie korupcjogenny, ale z tezą, że to on jest przyczyną braku zaufania społecznego we współczesnej Polsce zgodzić mi się bardzo trudno. 1 – o ile korupcje w znacznym stopniu udało się wykorzenić, to czemu nie miałoby się to odnieść do braku zaufania? 2 – co więcej uważam, że poziom zaufania społecznego był znacznie wyższy za ustroju słusznie minionego, a jego brak jest w ogromnym stopniu spowodowany tym, co było później, a nie wcześniej. Dla doprecyzowania: jeśli chodzi o zaufanie do współobywateli, to bez dużego kapitału takiego zaufania Solidarność byłaby niemożliwa, więc jestem głęboko przekonany, że w słusznie minionym systemie ten rodzaj zaufania społecznego był na znacznie wyższym poziomie. O ile natomiast chodzi o zaufanie do instytucji państwowych, to zupełnie nie przekonuje mnie teza, że winę za brak zaufania do obecnych władców ponoszą ci, którzy odeszli ponad dwie dekady temu.
        Wreszcie słusznie miniony ustrój stworzył powszechną edukację, równość klasową (podstawa w gospodarce opartej o wiedzę i zdolności), ograniczenie wpływów kościoła, emancypacja kobiet i wiele innych – są to rzeczy, które może gdzie indziej uczyniono sprawniej i lepiej, ale w Polsce zawdzięczamy je właśnie słusznie minionemu ustrojowi.
        Natomiast bardzo ciekaw jestem źródeł pańskiego stwierdzenia o polskich tradycjach republikańskich. Bardzo mnie to zadziwiło, bo moja znajomość historii nie sięga tak daleko. Zachodnie tradycje republikańskie rozumiem jako ideę państwa budowanego przez klasę średnią (zazwyczaj mieszczaństwo) przeciwko władzy nielicznej arystokracji. O ile nie jest mi obca idea republiki szlacheckiej, to wydaje mi się, że była ona antypaństwowa (nie mylić z antynarodowa/antypatriotyczna) i raczej anarchistyczna (w wulgarnym znaczeniu tego słowa) i nie mogła być podstawą do budowy jakiegokolwiek trwalszego bytu społecznego – szczególnie, że wykluczała ze swego świata ogromną część społeczeństwa. Ale może to po prostu kwestia mojego braku znajomości historii.
        Pozdrawiam

      • Avatar PZ

        @Adam L.
        Panie Adamie mysle, ze w odpowiedzi na pana pytanie historyczne oraz to dotyczace liberalizmu pozwole sobie polecic artykuł, ktory o wiele lepiej to wyjaśni niz ja mógłbym to zrobic rzeczywspolne.pl/okradani-z-wolnosci/
        Streszczajac powiem, ze republikanizm staropolski początki ma na przełomie XIV i XV wieku. Anarchistyczne działania utozsamiane z liberum veto to okres raczej schylkowy mający miejsce o wiele pózniej i niezbyt rozumiem dlaczego uwaga zawsze skupia sie na tym schyłku, bez docenienia faktu ze doprowadził do rozkwitu Rzeczpospolita Obojga Narodów oraz w skali europejskiej gwarantował niezwykły zakres wolności jak ma tamte czasy.
        Artykuł wyjaśnia takze różnice pomiedzy liberalizmem w obecnym sensie rozumienia takowego, a republikanizmem. Wydaje mi sie, ze akurat ten aspekt jest na tyle czesto mylony w Polsce, ze warto poświęcić kilka chwil na przeczytanie artykułu.

        Ma pan racje pisząc o edukacji, ktora rzeczywiście stała za PRLu na o wiele wyższym poziomie niz obecnie. Dodalbym takze funkcjonowanie powszechnej służby zdrowia, ktora obecnie mozna powiedzieć ze nie funkcjonuje. Z wielka doza glupoty czerownych towarzyszy przefarbowanych na ideologicznych wyznawców wolnego rynku potraktowano takze PGRy, w ktorych to regionach do dzisiaj panuje strukturalne bezrobocie. Nie było jednak niczego takiego jak równość, to sie wzajemnie wyklucza z korupcjogennym charakterem ustroju słusznie minionego.

        No i niestety muszę sie nie zgodzić ze stwierdzeniem, ze towarzysze odeszli ponad dwie dekady temu. Wystarczy prześledzić życiorysy wielu osobników obecnych do dnia dzisiejszego w życiu publicznym, aby wiedzieć ze jest to nieprawda. To niestety powoduje, ze pewne zaszlosci systemu słusznie minionego ciągną sie w III RP blokujac budowe nirmalnie funkcjonujacego panstwa. Jednym z takowych jest korupcja, ktora z pewnością nie mozna powiedzieć ze została w Polsce wykorzeniona, a wręcz rzeklbym ze następuje regres patrząc po liczbach wpływających afer.

        Czy w stwierdzeniu, ze bardziej widzi pan w Polsce model chiński niz amerykański widzi pan mozliwosc wyleczenia bolączek o ktorych pan wspomina z niskim zaufaniem społecznym włącznie?

      • Avatar Adam L

        Wulgarno anarchistyczną mentalność polskiej szlachty, która to cecha może i niesprawiedliwie przyćmiewa inne, bardziej chwalebne, upatruję już w czasie wojny trzynastoletniej i targowaniu się o przywileje w zamian za udział w wojnie i rozkładem władzy królewskiej (w owym czasie tożsamej z państwem).

        Co do artykułu przez Pana zalinkowanego, to nie przekonuje mnie. Jest mętny, w wielu punktach bardzo naciągany (interpretacje historyczne dotyczące starożytności i poglądów filozoficznych).

        Co do niezgody na odejście dawnych towarzyszy, to ma Pan rację, nie mam zamiaru tego negować, ale mój argument polega na tym, że to obecny system wspiera/umożliwia zachowanie im pozycji, więc o ile można ich obwiniać (podobnie jak innych nieudolnych władców), to nie można obwiniać poprzedniego systemu za to, że oni dalej są u władzy i odpowiedzialność za to ponosi współczesny system doboru władz. (Przez władzę rozumiem także rynek, a więc dostęp do kapitału, a nie tylko oficjalne stanowiska).

        Co do korupcji, to ona jest, była i… (kto wie, może nie należy tracić wiary), ale chyba nie można porównać stopnia skorumpowania Polski AD2013 z Polską Ludową, czy choćby sąsiednią Ukrainą/Rosją, więc wydaje mi się, że stwierdzenie iż w dużym stopniu udało ją się zredukować jest zgodne z rzeczywistością.

        Jednakże pomimo różnic między nami muszę przyznać Panu rację w punkcie, którego Pan explicite nie podniósł, ale który jest bardzo doniosły. Moje stwierdzenie, że łatwiej osiodłać krowę niż utworzyć w Polsce sprawny system podobny do amerykańskiego opierało się właśnie na braku zaufania społecznego. Silna partia wymaga mniejszej liczby względnie uczciwych i mądrych ludzi, niż zdrowe społeczeństwo. Ale właśnie tu przyznaję Panu rację – mówiąc, że to w Polsce nie jest możliwe, wyrażam brak zaufania do Polaków i przyczyniam się do pomniejszenia zaufania społecznego, a więc budowy jakiegokolwiek sensownego systemu. Zamiast stwierdzać, że w Polsce się nie da, powinienem zapytać, co trzeba zrobić, żeby w Polsce to zadziałało (tak by postąpił przedsiębiorczy obywatel USA :))

        Myślę, że ciekawym tematem na artykuł byłaby analiza tego, jak naród chiński odzyskał dumę i wiarę w swoje możliwości. Jak ludzie, którzy muszą się nieustannie bić o stanowiska, mogli poświęcić trochę czasu, by wspólnie spojrzeć dalej i spróbować coś wspólnie zbudować. Jak z niszczenia opozycji (ekstrapoluje na Chiny wiedzę odnośnie bardziej mi znanych systemów komunistycznych) przeniesiono punkt uwagi na budowę siebie i przyszłości państwa.

      • Avatar PZ

        Artykul zalinkowalem, gdyz wedlug mnie dosc precyzyjnie wyjasnia roznice pomiedzy tym co nazywane jest liberalizmem, a republikanskim widzeniem swiata. Nie sadze, ze jestem w stanie pana przekonac do mojego punktu widzenia, zreszta nie taki byl tego cel. Bardziej chodzilo o pokazanie, ze istnieje inny sposob postrzegania pewnych aspektow otaczajacej rzeczywistosci, ktory nie jest tylko i wylacznie kontestacja obecnej rzeczywistosci, ale jest oparty na pewnych racjonalnych podstawach. Moze sie pan z nimi nie zgadzac, ale nie zmienia to faktu, ze te podstawy istnieja.

        Co do dawnych towarzyszy, to przyznam, ze nie do konca rozumiem pana argumentacje. System slusznie miniony to nie jakis zestaw zlotych recept, ktory zepsuli ludzie (chyba ze ktos kupuje brednie listu Kuronia i Modzelewskiego o powrocie do korzeni). Moj punkt widzenia opiera sie na tym, ze nie da sie oderwac ideologicznych zalozen systemu od czynnika ludzkiego. To co pan nazywa umozliwieniem zachowania towarzyszom pozycji w III RP, ja nazywam grzechem zalozycielskim III RP, ktora po prostu nie potrafila tych ludzi odsunac od wladzy. Przeciez ogromna czesc tak zwanych „najbogatszych” Polakow wywodzi majatki bezposrednio z uwlaszczenia sie na PRLu, ktore bylo mozliwe tylko i wylacznie dzieki temu, ze te osobliwosci byly w centrum wydarzen (lub bardzo blisko) i mialy dostep do informacji do ktorych zwykly Kowalski nie mial (czesto poprzez sluzby specjalne). Warto o tym pamietac mowiac o wolnym rynku, o ktorym pan wspomina. W tym co pan napisal praktycznie przyznaje mi pan racje, ze III RP to nie jest jakis magiczny twor zupelnie na nowo stworzony, ale powiela wiele z poprzednich wypaczen dzieki osobnikom, ktore plynnie przeszly transformacje. To dlatego nazywa sie to transformacja, a ja mowie o przepoczwarzeniu ideologow socjalizmu w bezkrytycznych piewcow niewidzialnej reki rynku.
        Zatem „siodlaja krowe” amerykanskiego liberalizmy w duzej mierze Ci sami, ktorzy wczesniej „siodlali krowe” realnego socjalizmu. Ciezko spodziewac sie, ze cos dobrego z tego wyjdzie. ;)

        Dodatkowo wiele zaszlosci (zeby wspomniec chociazby ZUSowskie przywileje z PRLu tylko, kontynuowal Miller w III RP) ciagnie sie od czasow slusznie minionych, co powoduje, ze ani o zadnej rownosci mowy byc nie moze (kwestia istotna w systemie skandynawskim), ani o zadnym wolnym rynku. Problem z tym, ze nie jest to ideologiczna bolaczka, lecz ekonomiczna. Jeszcze kilka lat takiej ekonomii i nie bedzie innej mozliwosci niz powrot do dziewetnastowiecznej wersji amerykanskiego kapitalizmu, czego najwyrazniej pan Polsce nie zyczy, a ja rowniez nie widze.

        Pana stwierdzenie co do korupcji jest sporym uproszczeniem. To tak jak powiedziec, ze zawsze beda chorzy na grype. A juz wybor krajow do porownania, co najmniej kuriozlany. Moze porownajmy Polske z Estonia (do reszty Skandynawii sporo brakuje), skoro chce pan zmierzac w kierunku systemu skandynawskiego w Polsce (tak odczytalem pana zapatrywania, wiec prosze mnie skorygowac jesli sie myle).

        Czy wedlug pana spoleczenstwo nie bylo przez circa piec dekad indoktrynowane „realnym socjalizmem” ze wszystkimi tego patologicznymi skutkami obserwowanymi obecnie? Zmienic mentalnosc jest o wiele trudniej, niz przemianowac ustroj. W tym punkcie, oraz w stwiedzeniu, ze wspolczesny system doboru wladz jest chory dotknal pan bardzo istotnej kwestii, moze nawet nie do konca swiadomie, ale jednak, z ktora sie zgadzam i o ktorej takze na portalu pisalem. Ciezko bedzie wprowadzic w Polsce jakiekowiek reformy realnie przyblizajace Polske do standardow zachodnich, gdyz ogromna wiekszosc obecnych politykow zupelnie nie ma pojecia jak normalnosc wyglada na Zachodzie. Zmiana pokoleniowa w polskiej polityce dawalaby szanse na reformy.

        Jak najbardziej zgadzam sie z ostatnim zdaniem i myśle, ze takie opracowanie na temat Chin rzeczywiście byłoby ciekawa lektura.

        Konczymy dyskusje, bo sie mocno off-topic robi.

        Pozdrawiam.

  • @Radek Pyffel
    Ciekawy punkt widzenia opisany w artykule, a przede wszystkim interesujaca konkluzja na temat implementacji tego czy innego modelu w rożnych częściach swiata. Chiny w pewnym sensie jasno opowiedziały sie za próba wprowadzenia u siebie rozwiązania z Singapuru bez oglądania sie na demokrację rodem z Zachodu. Bez wzgledu na to jak sytuacja sie rozwinie, na pewno pokazały alternatywę dla zachodniego modelu i chyba definitywnie zakończyły monopol Zachodu na jedynie słuszny sposob modernizacji kraju. Nie sadze, aby zagrozilo to starym zachodnim krajom, ale z pewnością przyglądać sie będą temu inne kraje aspirujace do poprawy sytuacji gospodarczej, w ktorych nie ma i nie było tradycji demokratycznej. Rosja chyba otwarcie od fasadowej demokracji odchodzi, natomiast bardzo ciekawe jest jak rozwinie sie dalej sytuacja w świecie islamu po całkowitej kompromitacji wprowadzania demokracji na bagnetach.
    Dodam, ze w ostatnich dniach miało miejsce bardzo istotne wydarzenie, kiedy to Turcja została partnerem SOW, nie mogąc doczekać sie partnerskiego potraktowania przez UE i mając dosc siedzenia w poczekalni. Z jednej strony jest to dla Polski bardzo niekorzystny rozwój sytuacji, gdyz badz co bądź, ale druga armia NATO przyłącza sie do konkurencyjnego bloku, z drugiej zaś strategiczny błąd UE, ale ciezko sie Turkom dziwić. Niemniej jednak ten ruch powinien uświadomić polskim elitom, ze zaiste 1989 to juz bardzo odległa historia, a Zachod, w tym szczegolnie UE jest w poważnym kryzysie.

    @wute
    Bardzo celnie ujales pęknięcia cywilizacji zachodniej, ktore następują na naszych oczach. Przychylam sie do punktu widzenia, ze Stany Zjednoczone maja więcej mozliwosci wyjścia z kryzysu niz Europa, choc nie jest to wcale przesadzone pod rządami Obamy, ktory próbuje na sile wprowadzać w USA rozwiązania rodem z Europy.
    W przypadku UE dodalbym jeszcze nawet wiecej kolorytu, bo wbrew pragnieniom eurobiurokratow nie jest to monolit i nie zanosi sie na to, aby nim sie stał. Idee europejskiego państwa wobec egzystencjalnego kryzysu UE mozna juz chyba miedzy bajki włożyć, na pewno nie stanie sie to w najbliższej przyszłości. Doskonale opisałes przerost praw nad obowiązkami w Europie. Juz nawet nie ma znaczenia czy UE jest dzieckiem problemow w Europie, czy jego autorem. Moim zdaniem tak jedno, jak i drugie. UE dzieckiem problemow społecznych ktore opisałes. UE to około 11% populacji światowej, około 20% światowego PKB i ponad 70% światowych wydatków socjalnych. Te relacje sa nie do utrzymania, szczegolnie wobec rewolucji lupkowej w USA co powoduje deindustrializacje UE (dobrze to widac w niektórych rejononach Francji czy Włoch) na korzyść USA. Stopień zbiurokratyzowania UE jest juz absurdalny, co krępuje działalność gospodarcza i innowacyjność i znowu obniża konkurencyjność goodarki wobec USA. Jeszcze chwila wysokiego bezrobocia w UE, a co bardziej dynamiczne jednostki zaczną sie stad wynosić, co pogłębi dodatkowo dwa gigantyczne problemy trapjace Europę – starzejace sie społeczenstwo i fatalna demografie. Przy tym wszystkim UE staje sie coraz bardziej autorem problemow politycznych , ktore maja szanse rozsadzic obecny unijny twór od środka. Wielka Brytania juz wypisała sie z głębszej integracji słusznie widząc w tym tylko dalsze socjalizowanie i krepowanie gospodarki. Uniosceptycy (unikam określenia eurosceptcy, gdyz wielu z tych ludzi nie jest przeciwna idei integracji europejskiej w oryginalnej formie wspólnoty narodów) sa coraz większa siła w Danii, Finlandii czy Włoszech. To niestety zakończy utopijne bredzenia o stworzeniu czegoś co mogło powstać tylko na biurkach eurokratow zupełnie oderwanych od własnych społeczeństw. W Europie mamy model skandynawski z charakterystyczna rownoscia społeczna i ultra niska korupcja, model germanski, model łaciński , lub jak kto woli Południowy, anglosaski oraz zupełnie inne tradycje Europy Środkowej. Każdy osadzony bardzo silnie w tradycji narodowej danego kraju i historii, czego nie da sie znieść brukselkim dekretem. Nie da sie takze znieść dekretem braku wspolnego języka w Europie, co jest naturalna bariera przepylwu kapitału ludzkiego (nauczyciel ze Szwecji nie ma opcji przeprowadzki do Bułgarii w jednym roku i do Portugalii w kolejnym), co w przypadku USA nie jest problemem przy zmianie stanu. Przy czym nie uważam, ze model amerykański jest właściwy dla każdego kraju w Europie, bo takze byłoby to nadużycie, vide wysokie podatki w Skandynawii i wciaz konkurencyjna gospodarka tamze.
    Gospodarczo zarowno w UE jak i USA nastąpiła koncentracja kapitału (oligarchozacja/kartelizazja), ktora takze staje sie problemem, bo nie pozwala na normalne funkcjonowanie gospodarki, ktorej upadłość (nie ma czegoś za dużego by upaść) jest naturalnym stanem rzeczy. Tyle tylko, ze w USA brak biegunki regulowania wszystkiego zostawia wciaz o wiele większe pole wolności, niz to z czym obecnie mamy doczynienia w Europie, co po prostu pogrąży kontynent skazując go na marginalizacje.
    Dodatkowo, co juz przyznają nawet europejskie think-tanki w Europie nie istnieją politycy mający wizje interesu europejskiego, jest tylko negocjacja interesu narodowego na szczeblu unijnym. Im szybciej to dotrze do polskich elit tym lepiej.
    Na to nakładają sie poważne wyzwania stojące przed Europa, z jednej strony rosnąca asertywnosc Rosji (vide ostanie rajdy nad szwedzkimi wyspami na Bałtyku rosyjskich bombowcow strategicznych) przy i tak juz bardzo drogich surowcach energetycznych z rosyjskiego kierunku, z drugiej demografia oraz nierozwiazany problem multi-kulti. Wydaje mi sie, ze w tym wszystkim fasadowa polityczna poprawność eurobiurokratow zupełnie nie pomaga.

    • Po pierwsze ” Cześć Paweł ”

      Po drugie – jak zwykle mam taki sam punkt widzenia jak Paweł, więc czekałem ja jego wpis. Mówiąc szczerze myślałem, że sam będę musiał coś napisać na szczęście Paweł mnie wyręczył od pisania eseju na 1000 słów :)

      Od siebie dodam pewną historię związaną z systemem emerytalnym w Polsce i pewną organizacją, która przygotowała ” Plan wyjścia z problemu” i przedstawiła to na komisji sejmowej. Reakcja (p)osłów w naszym pięknym nadwiślańskim kraju była taka ” Te dane są okropne – co to będzie co to będzie, ale nic nie możemy zrobić ” i na tym skończyła się merytoryczna dyskusja pomiędzy kolegami z KoLibra i (p)osłów z komisji sejmowej :) Pomijam sam raport – bo raport ten był jeszcze obgadywany na meetingu Kolibra i Instytutu Misesa, gdzie miałem okazję być :)

      Ogólnie rzecz biorąc – u nas w Europie w bardzo powolnym stopniu zmienia się POLITYKA – POLITYKA u nas pozostaje sztuką dorwania się do władzy, a nie drogą do rozwiązywania problemów. :)

      • Avatar Adam Izydorczyk

        Tylko co do kwestii „wysokich podatków w Skandynawii” – czy są one na pewno tak wysokie ? We Francji i Hiszpanii przez budżet państwa transferuje się wyższy % PKB niż w Szwecji Danii, a w szczególności Norwegii :) ( Zresztą w Norwegii nawet transferuje się mniej niż w Polsce )
        W google wpisywać można ” Government spending as the percent of GDP ” lub „General government expenditure” lub inne podobne frazy :) Tak po wpisaniu tego samego w języku polskim – DNO DNA :(

        Zresztą biorąc pod uwagę ilość regulacji w Skandynawii to na prawdę wygląda to o wiele lepiej niż w wielu krajach EU szczególnie południa, ale również europy wschodniej :)

      • Avatar PZ

        Czesc Adam,

        Raczej Skandynawii do krajow z niskimi podatkami zaliczyc nie mozna. Patrzylem po „tax burden”, a nie „government spending” choc roznica zaiste nie powinna byc duza.

        Ponizej link en.wikipedia.org/wiki/Government_spending#International_government_spending. Dania, Szwecja na gorze rankingu, pozniej Belgia i Francja (w krajach frankonskich cos z tym socjalizmem juz maja i tyle) pozniej Finlandia.
        Norwegia kraj troche specyficzny, ze wzgledu na istniejacy „szejkanat” polnocny z przychodami z ropy na poziomie 20% PKB, ale takze wysoko.

        A tutaj troche opisany model nordycki, en.wikipedia.org/wiki/Nordic_model, wiecej mozna znalezc w zrodlach podanych na stronce, ja polecam „The Nordic Way”, ale opis na Wiki dosc kompaktowy oceniam. Przy czym to nie tylko wysokie podatki, ale bardzo wysoka kultura pracy i niska korpupcja idaca w parze, wiec mozna wnioskowac, ze panstwowych pieniedzy marnuje sie mniej niz we Francji. Wedlug Transparency Corruption Index, na samej gorze grzecznie Dania i Finlandia, Szwecja czwarta, Francja w drugiej dziesiatce, na pewno przeklada sie to na koszty.

        Tylko z ta Hiszpania sie z Toba nie zgodze, zarowno tax burden jak i government spending na poziomie duzo nizszym niz Francja i Skandynawia, o wiele lepiej takze od Polski. Dajmy juz Hiszpanom spokoj i tak maja pod gorke. :)

        Tak jak wspomnialem jest wiec w Europie model skandynawski, sa takze inne. Skandynawskiego w Polsce wprowadzic sie nie da, tak samo jak nie da sie wprowadzic chinskiego. :) Obnizanie zarowno tax burden, jak i gov. spending dobrze by Polsce zrobilo, ale zaden polityk tego nie zrobi, az do momentu jak sie pozostalosci systemu post-PRL zupelnie nie zawala pod wlasnym ciezarem.

        Daj spokoj z tymi emeryturami. Kiedys juz na CSPA linkowalem artykul NYT, gdzie pokazano skale ukrytego dlugu Polski do PKB, ktory jest chyba najwiekszy w krajach OECD. Obydwaj wiemy, ze polski system emerytalny jest bankrutem. Wiedza to rowniez co bardziej rozgarnieci przedsiebiorcy stad tez unikaja placenia wiedzac, ze i tak nic nie dostana z powrotem (wola placic w UK). Z politykow to tylko sie Pawlakowi wyrwalo przypadkiem na wizji, ze na ZUS nie liczy, reszta politykow tylko kombinuje jak tego trupa utrzymac jak najdluzej na kroplowce bojac sie podjac sensowne decyzje o prawdziwej reformie, cieciu przywilejow i przejscia na system kanadyjski. Teraz mlodym naiwnym wymyslono medialna wrzutke pod tytulem „umowy smieciowe”, oczywiscie dla ich dobra beda walczyc o oZUSowienie tychze, wiec cos tam jeszcze wpadnie ze skaldek i piramida jeszcze troche pociagnie. Spodziewam sie takze skoku na OFE (nie bronie tych instytucji, bo obecny model funkjonowania jest chory), ale leczenia dzumy cholera nie popieram, aby dalej trwac w zludzie, ze emerytury beda. W tej kwestii rzeczywiscie polityka pozostaje w Polsce dokladnie tym, czym napisales.

        Tak dla ciekawosci dodam, jako uzupelnienie mojego wczesniejszego posta, ze w Szwecji oraz UK mamy doskonaly przyklad problemu multi-kulti w Europie, ktory bedzie coraz bardziej w czasach „austerity” bolal politycznie poprawnych eurokolchoznikow. :)

        Tutaj link do artykulu ktory dopiero wczoraj przeczytalem, a ktory niestety potwierdza to co napisal wute o peknieciu cywilizacji Zachodu, a co gorsza potwierdza coraz bardziej krytyczne spojrzenie Amerykanow na NATO, co dla Polski dobre nie jest stratfor.com/weekly/geopolitical-journey-nostalgia-nato?utm_source=freelist-f&utm_medium=email&utm_campaign=20130507&utm_term=gweekly&utm_content=readmore&elq=5d561da3cd114816bcda116d511f3ea9

        Pozdrawiam

      • Avatar Adam Izydorczyk

        Cześć Paweł

        Hmm Po 1 trzeba sprawdzić datę publikacji danych bo tutaj też mamy rozjazd

        Np te z OECD są z 2006 roku :
        http://www.oecd-ilibrary.org/sites/9789264075061-en/03/01/g04-01.html?itemId=/content/chapter/9789264061651-8-en

        tutaj mam z 2009 roku i już Hiszpania nas przegoniła :)
        Chociaż warto zauważyć, że w większości krajów % PKB transferowany przez budżet państwa rośnie !!

        tutaj mamy 2011
        http://epp.eurostat.ec.europa.eu/statistics_explained/index.php/General_government_expenditure_statistics

        W Hiszpanii od momentu kryzysu większa ilość PKB jest transferowana przez budżet państwa i jest to wzrost drastyczny – natrafiłem kiedyś na dane statystyczne, które pokazywały, że wyprzedzają Szwecję oraz Danię !!
        (chociaż warto zawsze sprawdzić metodologię, a tego nie uczyniłem )
        W tych danych z Eurostatu z 2011 mamy znów Francję na drugim miejscu, a na czwartym Belgię :) Wygrywa Dania :)

        Zgadzam się, że w Skandynawii są wysokie podatki z mojego punktu widzenia są wręcz zabójcze, dlatego te kraje omijam bardzo szerokim łukiem, jednak zawsze przy okazji wysokich podatków są wymieniane państwa skandynawskie i dobra sytuacja tych państw. Z drugiej strony Francja Belgia są na podobnym poziomie, a są to kraje kroczącej niewypłacalności :)

        Co do systemu emerytalnego – każdy system emerytalny oparty o „umowę pokoleniową” zalicza upadek kiedy dane wejściowe do systemu są tragiczne i nawet podwyższenie wieku emerytalnego oraz obniżenie współczynnika zastąpienia nie zmienia sytuacji :) .

      • Avatar PZ

        Skok wskaznika w Hiszpanii jest takze spowodowany kurczacym sie PKB niestety. Dobitnie takze pokazuje paranoje forsowania obecnej polityki oszczednosci w krajach Poludnia posiadajacych EUR. Problem „sticky wages” widac jak na dloni, tyle ze koszty spoleczne takiej korekty beda odczuwalne dlugo i bolesnie, zreszta w Hiszpanii i tak juz sa. Dewaluacja bylaby o wiele rozsadniejsza, co tylko powinno trzymac Polske od EUR jak najdalej.
        Dania i Finlandia sa arcyciekawe, bo pomimo kolosalnych podatkow przedsiebiorczosc ma sie dobrze, co szczegolnie widac wsrod mlodych po studiach bardziej zainteresowanych własna firma, a nie korporacja. Francja i Belgia tak jak pisalem inne uwarunkowania spoleczne i skandynawska recepta z wysokimi podatkami nie dziala, ale socjalizm w obu ma sie dobrze. ;)

  • Co do Iraku i Afganistanu przypomnę, że ustanowieniu w Europie nowożytnej ”demokracji” [ cudzysłów zamierzony ] towarzyszył terror rewolucji francuskiej, następnie była ona przymusem wprowadzana przez armie jakobińskie a później napoleońskie lub drogą zamachów stanu w innych krajach naszego kontynentu tak więc ”nic nowego pod słońcem”. Paradoksalnie ten ”demokratyzm” od początku był elitarny i takim w gruncie rzeczy pozostał do dzisiaj, przecież idei ”wolności równości braterstwa” nie mogli wymyślić jakiś piekarczyk pospołu z szewcem o kurewkach i złodziejaszkach już nie wspominając, były one tworem dziwnych dość i tajnych stowarzyszeń będących niemal dosłownie ich alchemicznymi retortami, dopiero później transmitowano je w masy za pomocą propagandy i specjalnych po temu stworzonych instytucji. Gdyby faktycznie w zachodnim świecie istniała demokracja taki moloch jak UE nie mógłby w ogóle powstać, wystarczy przypomnieć los referendów akcesyjnych we Francji czy Holandii o ”zareferendowanej” Irlandii, gdzie pogwałcono jawnie konstytucję, już nie wspominając albo choćby wspomnieć popłoch w jaki wprawił europejskich decydentów arcydemokratyczny pomysł referendum w Grecji wysunięty z rok-dwa temu przez jednego z tamtejszych polityków – obecnie mamy do czynienia w świecie zachodnim tak naprawdę z porządkiem oligarchicznym posługującym się jedynie retoryką demokratyczną [ być może już niedługo ], od początku zresztą tak było. Natomiast z domniemanym ”końcem Ameryki” jest tak jak z kolejnymi ”końcami świata” – przeżyłem ich już całą serię i myślę że tu będzie podobnie, o ile co do losu Europy nie jestem taki pewien to Amerykanie moim skromnym zdaniem sobie poradzą a najlepszym tego dowodem hucpa z Obamą jaką odstawili, genialny w swej prostocie trick : zamieniamy białego na ”czarnego” i nagle masy idiotów kochają go za to samo za co nienawidziły Busha ! Przecież prowadzi on, a raczej ci co tą pacynką sterują jeszcze bardziej agresywną politykę niż poprzednik ale też sprytniejszą, nie tak jawnie brutalną jak grubo ciosani ”neokoszerwatyści” : ”higieniczne” drony, tajne operacje komandosów, struganie z banana ”rebeliantów”… A durne lewactwo pieje z zachwytu nad ”tęczowym” prezydentem bo jak z rozbrajającą szczerością wyjawił wieczny pampers Czaruś Michalski nie ma to jak postępowe naloty dywanowe. Tak że spokojna kiepełe, Zachód se poradzi, zwłaszcza USA które od początku pomyślane były jako nowa Babel, przy czym to pomieszanie było tutaj postrzegane jako stan jak najbardziej pożądany, pragmatyzm i synkretyzm jest wpisany w ich cywilizację.

    • @ p. Anarcha
      Bardzo zgryźliwy i dosadny komentarz, ale bardzo inteligentny. Trudno się nie zgodzić z tym co Pan napisał.

      • Avatar anarcha

        – Dzięki, szczerze powiedziawszy pisząc swój komentarz nie czytałem pańskiego ani innych bo nie miałem czasu i dopiero teraz nadrobiłem braki, tym bardziej cieszę się, że tak się zgraliśmy jeśli chodzi o pewne spostrzeżenia co do pragmatyzmu Amerykanów itp. choć ja ująłem rzecz skrótowo i dosadnie bo i nie mam ambicji pisania pogłębionych analiz jak pańskie czy MG. Podzielam pańskie zdanie, że czynnik innowacyjności w rywalizacji USA-Chiny jest decydujący, na zwykłym złodziejstwie nie da się zbudować prawdziwej potęgi, przynajmniej nie na dłuższą metę, dopóki Chińczycy nie dokonają tu przełomu – a przeszkadzają im w tym wymienione przez Pana czynniki jak postkomunistyczny nepotyzm itp. – będą skazani jedynie na pasożytniczy status zaś ich potęga sztucznie nadętym balonem niczym monstrualna pijawka. Jedno zastrzeżenie : słusznie pisze Pan o szkodliwym wpływie obecnej mediokracji patrzmy jednak kto za mediami stoi, świadomy człowiek doskonale wie, że nie zależą one od widzów jak to się nam wmawia tylko są narzędziem w rękach elit i jeśli doprowadziły do, nazwijmy rzecz po imieniu, zbydlęcenia mas to widocznie miały one w tym jakiś swój cel lub były zbyt krótkowzroczne by pojąć katastrofalne skutki takiej polityki. Myślę, że tu właśnie tkwi przyczyna zła, w słabości elit europejskich a nie mas bo przecież wspomniane przez Pana szkodliwe skutki mediokracji występują w równym jak nie większym stopniu w Ameryce jak i wraz z postępującą konsumpcją w Chinach, aczkolwiek Buzek to zły przykład, gdyż parlament UE to instytucja czysto fasadowa, prawdziwe decyzje zapadają w komisji europejskiej i innych mniej lub bardziej nieformalnych gremiach, tak więc ”marszałek” jest jak najbardziej na swoim miejscu i godnie spełnia przypisaną mu funkcję de facto klauna [ ale bardzo dobrze opłacanego, więc pewnie mu wsio rawno ]. Pan zresztą też zdaje się takie rzeczy sugerować, ktoś także tu na tym forum słusznie zauważył kiedyś że obecni decydenci europejscy nie mają kompletnie pomysłu co zrobić z wciąż sporym potencjałem naszego kontynentu i uchronić go przed postępującą gwałtownie marginalizacją, w tym rzecz – nie sądzę by byli oni tak uzależnieni od woli wyborców jak Pan czy MG piszecie, najlepszym dowodem przeforsowanie przez nich obecnego modelu ”integracji” UE z pogwałceniem elementarnych demokratycznych procedur o czym wspominałem wyżej czy ich postępowanie w Grecji lub ostatnio na Cyprze, tak więc wola jest i jak widać nie brak im determinacji, problem w jakości konceptów i kierunku zmian.

      • Avatar wute

        @ p. Anarcha
        Zgadzam się z Panem, że Europarlament nie jest instytucją decyzyjną, decyzje bardziej zapadają w KE, a tak naprawdę w stolicach większych państw. Zapewne rola Europarlamentu jest nie wiele większa niż rola Sejmu w okresie PRL. Chodziło mi o coś innego. Nie zależnie od realnej władzy ,stanowisko przewodniczącego Europarlamentu jest prestiżowe i winien je zajmować człowiek, dla którego swobodnie posługiwanie się językiem angielskim powinno być absolutnym minimum, tak jak dla zdającego do liceum umiejętność pisania i czytania. Z całym szacunkiem dla p.Buzka, mimo, że na tle całego zbioru współczesnych polityków, robi on wrażenie jednego
        z bardziej porządnym ludzi, to jego poziom znajomości angielskiego powinien go automatycznie wykluczać z grona kandydatów na to stanowisko. Sens mojego przykładu polegał na pokazaniu, że w nawet na tak wysokim
        poziomie władzy, nie trzyma się nawet podstawowych standardów.

      • Avatar MG

        @ p. Anarcha

        To jest odwieczny spór o to czy ryba psuje się od głowy czy od ogona.
        Ja się przychylam do drugiej wersji, Pan do pierwszej.
        Cięzko tu polemizować, problem jest wieloaspektowy, aczkolwiek nawiąże do niektórych kwestii.
        Wg mnie, w obecnych czasach, w warunkach komercyjnych media działają dla zysku i dostosowują ofertę do przeciętnego zainteresowanego. Media komercyjne liczą się z tym, że ambitny repertuar spowoduje odpływ masowego odbiorcy. Ile osób Pana zdaniem chodzi do filharmonii, a ile do multipleksów ?
        Media mają często swój profil polityczny, ale stoi za tym najzwyczajniejszy rozkład światopoglądu wśród ich odbiorców. Najlepiej reprezentowane są poglądy liberalno-lewicowe, ale to wynika z tego, że jest to najpopularniejszy pogląd wśród głownego „targetu” reklamodawców (w wieku od ok. 20 do ok. 50 lat, z wyższym wykształceniem, z dużych miast). Reklamodawców, którzy zapewniają tym mediom utrzymanie.
        Można to nazwać dyskryminacją, ale w warunkach wolnego rynku od prawicowego rencisty czy emeryta dla reklamodawców wielokrotnie cenniejszy jest znacznie zamożniejszy tzw. leming.
        Zgadzam się, że istnieją media które „urabiają” konsumenta, ale i one muszą funkcjonować w warunkach rynkowych. Nie wykluczam sponsorowania przez wielki kapitał, ale to sponsorowanie dotyczy zazwyczaj pojedynczej sprawy na rzecz której się lobbuje, a nie całej, bardzo kosztownej działalności gazety/telewizji itd.
        Czy media dodatkowo psują swojego odbiorcę. Tak, ale gdyby odbiorca byłby zainteresowany innymi treściami, to CSPA byłoby znacznie bardziej popularnym programem, a o 20 i 21 leciałoby ambitne kino studyjne, a nie hollywodzkie hity czy telenowele. Najlepszym dowodem na powyższe tezy jest popularność stron i portali.
        Mechanizm jest prosty i analogiczny do tego w tv.
        Treści plotkarskie, sensacyjne -> więcej kliknięć, więcej pieniędzy z reklam
        Treści erotyczne, pornograficzne -> j.w
        Zbyt długi artykuł -> Przeciętny internauta nie czyta, zamyka okienko, mniej pieniędzy z reklam.
        Artykuł na bardziej niszowy temat np. wywiad nt. Chin w onecie -> mniej kliknięć, komentarze nie na temat, mniej pieniędzy z reklam, artykuły na tematy niszowe przestają się pojawiać.

        I tak to się kręci…

  • Wute
    odnosnie Pana ostatniego paragrafu
    ma Pan sporo racji
    kiedys powiedzialem jednemu z profesorow, ze tajwanczycy sa niesamowicie przyjazni, zyczliwi i bezinteresowni i szczegolnie to ostatnia cecha rozni ich od chinczykow
    na co uslyszalem – a moze to wlasnie u nas przetrwala prawdziwa kultura chinska?
    na szczescie bylo to pytanie, bo ja sam sie z takim postawieniem sprawy nie zgadzam, choc akurat za malo znam chinczykow, by sie przy swoich pogladach upierac

  • Artykuł dotyczy spraw najważniejszych: globalnej strategii rozwoju oraz globalnego przywództwa. W artykule zostały bardzo dobrze wypunktowane najważniejsze cechy obu rywalizujących cywilizacji: zachodniej opartej na liberalnej demokracji i wolnym rynku oraz chińskiej opartej na autorytaryzmie, konfucjańskiej hierarchii i kapitalizmie gospodarczym. Niemniej pozwolę sobie na parę refleksji
    luźno związanych ze sobą.

    Cywilizacja zachodnia, w coraz mniejszym stopniu stanowi monolit i w coraz większym stopniu widać pęknięcia po obu stronach jej wielkich członów a obszar kryzysu, nierównomiernie rozkłada między nimi. Składa się ona przede wszystkim z dwóch wielkich subcywilizacji: amerykańskiej i europejskiej. Subcywilizacja amerykańska znacznie bardziej okazała się odporna na kryzys. Jedną z jej podstawowych cech jest pragmatyzm, który umożliwia jej szukanie wyjścia z kryzysu, nie poprzez „zbieranie się komisji” ale praktyczne działanie. Można powiedzieć, że Amerykanie mają to w genach. Druga rzecz to badania naukowe. Jeśli się spojrzy na tą dziedzinę to widać jak kolosalną przewagę mają Amerykanie nad resztą świata. Ameryka to nadal najważniejsze centrum naukowe świata i nic nie wskazuje, żeby to miało się zmienić. Bez większego błędu można powiedzieć, że niemal wszystkie wynalazki naukowe, które zrewolucjonizowały nasze życie od drugiej połowy XX w. powstały właśnie tam. Ponieważ olbrzymia część wynalazków dokonuje się w laboratoriach wielkich koncernów, a te mają pieniądze oraz w ośrodkach uniwersyteckich i politechnicznych, a tym nie brakuje pieniędzy to można założyć, że świat amerykańskiej wynalazczości uniknął w znacznej mierze kryzysu finansowego i nadal jest terenem przyciągającym najwybitniejsze umysły z całego świata. Zakres wolności badań naukowych w Ameryce, daleko większy niż w Chinach, na długo jeszcze zapewni przewagę USA nad Krajem Smoka w dziedzinie innowacyjności.

    Inaczej ta sprawa wygląda w Europie. Wszystkie wady demokracji wypunktowane przez Radka, w dużej mierze dotyczą właśnie naszego kontynentu. Demokracja jest najlepszą formą rządów, ponieważ ze wszystkich ustrojów zapewnia największą wolność człowieka i największe możliwości jego indywidualnego rozwoju, co przekłada się potem na rozwój społeczeństw. Problemem jest nie sama demokracja tylko umiejętność utrzymania jej standardów, wśród których najważniejszym wydaje się być zachowanie równowagi pomiędzy prawami i obowiązkami. W Europie właśnie dokonano ich dewastacji. Stworzony polityczny system pod nazwą UE, który jest prolongatą wcześniejszych integrujących Europę instytucji, nie wchodząc w szczegóły, zamiast rozwojowego stał się hamulcowym. Wśród wielu jego wad, które uosabia kierująca tym systemem eurobiurokracja jeden jest szczególnie groźny, to zawężanie pola aktywności poprzez ograniczanie samodzielności państw na rzecz, nie mającego ani mandatu społecznego ani tez uprawnień w tym zakresie eurobiurokracji z Brukseli. Skutkiem tego jest postępujący zanik konkurencji wewnątrzeuropejskiej będącej przez wieki motorem napędowym rozwoju Wspomniana przez Radka tabloizacja spowodowała, że media są w stanie niemal każdego zniszczyć, w tym także uczciwych ludzi, którzy mają inny punkt widzenia niż obowiązujący trend. Można też się zastanowić czy w tej Europie zanikającej wolności mamy ciągle jeszcze demokrację czy już inny system, mediokrację. Moim zdaniem mamy już mediokrację, albo w najlepszym wypadku jesteśmy w okresie przejściowym pomiędzy demokracją a mediokracją

    Mediokracja to nowa forma subcywilizacji europejskiej. Jej podstawowymi cechami są: – znaczny przerost formy nad treścią – preferencje dla ludzi prezentujących się estetycznie względem ludzi posiadających wiedzę – możliwość szybkiego „wynoszenia” lub „zniszczenia” ludzi w oczach opinii publicznej bez względu na meritum sprawy. – infantylizacja i macdonalizacja życia publicznego – pogłębianie procesu braku odpowiedzialności za wypowiadane słowa Zapewne te cechy można dalej mnożyć w podobnym kierunku. System ten tworzy ludzi coraz „gorszej jakości”, osobników żądających i wydzierających państwu coraz więcej praw i jednocześnie żądających dla siebie coraz mniej obowiązków. Typowy syndrom chorej cywilizacji. Dobrym przykładem na poparcie tej tezy są sesje Europarlamentu. Wystarczy popatrzeć na wystąpienie brytyjskiego eurosceptyka i proste pytania które zadaje Nigel Farage, i na odpowiedzi nad którymi się męczą europejskie tuzy w parlamencie. Wystarczy popatrzeć na prowadzenie tych sesji przez ówczesnego przewodniczącego europarlmentu, Jerzego Buzka, który z wysiłkiem wypowiada słowo za słowem w szkolnej angielszczyźnie, żeby zrozumieć jak bardzo się obniżył poziom życia publicznego zjednoczonej Europy. A swoją drogą przewodniczący Parlamentu Europejskiego nie potrafiący swobodnie mówić językiem komunikacji światowej, kiedy potrafią to robić miliony kontynentalnych Europejczyków, to też jakiś znak czasu.
    Na pytanie postawione w artykule : „Czy po jakimś czasie naprawią się same? – odpowiadam, nie. To nie są usterki tylko ciężki kryzys cywilizacji. Byłoby to możliwe przy ogromnych wyrzeczeniach, ale współczesna generacja Europejczyków przyzwyczajona do dobrobytu, odcinająca kupony od dorobku przodków i żyjąca na koszt przyszłych pokoleń, nie chce o tym słyszeć. Być może uda się jeszcze na jakiś czas odroczyć wyrok i za pomocą nadzwyczajnych kroków odroczyć nieuchronne bankructwo wielu krajów na kilka następnych lat, ale wyrok na tą subcywilizację został już wydany. W przyszłości Chiny będą rywalizowały nie z demokracją zachodnią, ale z subcywilizacją amerykańską.

    Spróbujmy także zanalizować kondycję cywilizacji chińskiej. Przede wszystkim należy wyraźnie podkreślić, że w obecnych Chinach koegzystują dwie cywilizacje. Jedna dawna, ktorej core oparty jest na konfucjanizmie i druga sowiecka, której podstawą jest ideologia komunistyczna. Tą ostatnią widać przede wszystkim formie własności nieruchomości. Mimo różnych form władania, ziemia jest nadal własnością państwa, podobnie jak znaczna część zakładów przemysłowych. Ponadto niemal wszystkie think tanki, mające w Chinach formę ogromnych naukowych kombinatów należą do państwa. Ma to zasadniczy wpływ na poziom innowacyjności, znacznie niższy niż w Ameryce, niezależnie od liczby formalnie zgłoszonych patentów. Nie ulega wątpliwości, że ta hybrydowa cywilizacja jest znaczną przeszkodą w rozwoju Chin. Dopóki Chiny startowały z niezmiernie niskiego poziomu, mogły i mogą się nadal szybko rozwijać, ale kiedy osiągną już wystarczająco wysoki poziom to o dalszym rozwoju będą decydował wysoki poziom poszczególnych elementów układanki cywilizacyjnej, choćby np. wysokość poziomu innowacji, wynikającej m.in. ze swobody badań naukowych. Tutaj sama wysokość nakładów na naukę może nie wystarczyć. Przypomnę, że Związek Sowiecki miał genialnych i wybitnych naukowców, ale na liście 100 najważniejszych wynalazków XX w., które miały wpływ na nasze życie nie ma żadnego sowieckiego. Chiny przez cały czas przegrywają z Ameryką wyścig w dziedzinie badań naukowych.
    ”Natomiast w Chinach liczą się – to spuścizna konfucjanizmu – wykształcone, merytoryczne kadry, rozliczane z wyników. „ Nie jest to do końca prawdziwe. Konfucjański system, który stworzył etos w postaci urzędnika- uczonego poświęcającego się dobru społecznemu, którego merytoryczne kompetencje nie podlegały wątpliwości nie jest do końca prawdziwy. Ten system oparty na naborze kadry urzędniczej poprzez egzaminy, nigdy nie był wyłącznym systemem w tworzeniu kadr administracji urzędniczej. Do czasów dynastii Sung (X-XIII w.) nie był nawet systemem dominującym. Od pierwszych prób zastosowania systemu egzaminów, których początki sięgają epoki Królestw Walczących (V- III w. B.C.), przez półtora tysiąca lat systemem dominującym tworzenia kadry urzędniczej była rekomendacja oraz protekcja. Natomiast w ostatnim okresie istnienia cesarstwa, w okresie jego stagnacji i rozkładu, znaczna część urzędów była po prostu kupowana. W pierwszej połowie XX w. w okresie nieustannych wstrząsów społecznych, walk wewnętrznych i niebywałej korupcji pojęcie merytoryczności urzędniczej było mitem. Taką właśnie spuściznę odziedziczyli komuniści. Współczesny system naboru kadr i ich ocena, to udoskonalony system komunistycznej nomenklatury, w swojej strukturze nie różniący się od tego co znamy z historii naszego kraju czy Związku Sowieckiego. U nas też, w KC był odpowiedni wydział mający w swoim składzie departament zajmujący się kadrami, gdzie wyławiano najzdolniejszych towarzyszy, którym mianowano na odpowiednie stanowiska z możliwością awansu lub odwołania w zależności od osiąganych sukcesów. Ten system, który w teorii jest prawidłowy i zapewne jest realizowany w Chinach z daleko większą konsekwencją niż to było w Polsce, ma w praktyce jedną podstawową wadę. Brak skutecznej kontroli zewnętrznej. Oznacza to, że te olbrzymie środowisko nie ma mechanizmu samooczyszczającego się. Po prostu żadne środowisko nie jest w stanie skutecznie samo pozbyć się zbędnych i nieudolnych członków własnej organizacji. Wystarczy popatrzeć jak to się dzieje choćby u nas. Korporacje prawnicze do ostatka bronią swoich członków, którzy weszli w konflikt z prawem, a kary środowiskowe są symboliczne. Lekarz, który w swoim raporcie napisze, że inny lekarz popełnił błąd podczas operacji czy zabiegu, dostaje wilczy bilet w swoim środowisku. Nie inaczej jest zapewne w środowisku chińskich urzędników. Dawnych chińskich urzędników, zanim system się nie zdegenerował, przed pokusami korupcyjnymi chronił wysoki status moralny. A co chroni obecnych chińskich urzędników przed korupcją, skoro dawna moralność została potępiona i zniszczona. ?
    Druga sprawa. Zamknięty system, nie poddany zewnętrznej kontroli, zawsze generuje frakcje, klany, sitwy..itd. Chiny, ze swym wszechogarniającym systemem guanxi są szczególnie, podatne temu procesowi. W związku z tym ścieżki awansu są wynikiem nie tylko osobistych zdolności i sukcesów, ale przede wszystkim wynikiem kompromisów pomiędzy poszczególnymi grupami wpływu na wszystkich szczeblach władzy. W dawnych Chinach kanclerzami zostawali najwybitniejsi urzędnicy. Nie zawsze jednak. Dość często stawali się nimi bracia lub kuzyni cesarzowej lub ulubionej konkubiny cesarza. Skutki takich wyborów, często nieudolnych kanclerzy bywały nieraz opłakane. Kanclerz Yuan Guozhong, kuzyn ukochanej cesarskiej konkubiny swoją polityką spowodował wybuch powstania, które niemal zmiotło słynną dynastię Tang, a w wyniku którego ludność Chin zmalała z 50 mln do 20 mln. Kanclerz Jia Sidao, brat ulubionej konkubiny cesarskiej swoją nieudolną polityką przyśpieszył upadek dynastii Sung. Dziś nie ma cesarza i konkubin, ale powiązania rodzinne nadal odgrywają ogromną rolę. Wystarczy przypomnieć czyim synem jest obecny prezydent Chin. Zgadzając się w pełni z tym, co Radek napisał o politykach zachodnich i uwarunkowaniach mających wpływ na podejmowane przez nich decyzje, to biorąc pod uwagę w/w chińskie uwarunkowania, może się okazać, że przewaga merytoryczna oraz decyzyjna establishmentu chińskiego nad amerykańskim może niekoniecznie być taka jak nam się wydaje.

    Sprawy zagraniczne Zwycięstwo Chin w Afryce jest przede wszystkim zwycięstwem w sensie gospodarczym, dającym Chinom zwiększenie i dywersyfikację zaopatrzenia w surowce. Przy całym szacunku dla ludzi tam mieszkającym to jednak Afryka jest kontynentem najbardziej zapóźnionym w rozwoju cywilizacyjnym. Od pół wieku kiedy większość krajów afrykańskich uzyskała niepodległość standard życiowy pomiędzy krajami europejskimi a afrykańskimi nie tylko nie zmniejszył się, ale dramatycznie zwiększył się. W sensie politycznym Afryka niewiele się liczy w rozgrywce pomiędzy światowymi gigantami. Nie jest to i nie będzie główny teatr działań. Z wielkich przestrzeni cywilizacyjnych jest on najmniej ważny, to też sukcesy Chińczyków na tym kontynencie należy mierzyć właściwą miarą.
    Inaczej należy spojrzeć na BRICS. Niewątpliwie zamiarem uczestników jest przełamanie dominacji świata zachodniego na polu finansowym. MFW i BŚ to niewątpliwie instrumenty świata zachodniego, narzucającego reszcie świata swoje warunki pomocy gospodarczej i finansowej, sprowadzającej się głownie do żądania zaciskania pasa, wyrzeczeń i cięcia programów socjalnych, redukcji wynagrodzeń..itd. Kraje BRICS zsumowane, posiadają ogromny potencjał (ponad 40% światowej populacji i 20% światowego PKB). Jednakże trzeba zaznaczyć, że jest to bardziej zrzeszenie państw niż trwała organizacja, państw które każde należy do innej cywilizacji i choćby z tego powodu, związki pomiędzy nimi nie będą trwałe. Wręcz przeciwnie. Chiny i Indie, a w pewnym sensie Chiny i Rosja to państwa, które rywalizują między sobą lub mają pola konfliktu. BRICS to zespół doraźnie zebranych, którzy znaleźli wspólny kierunek w jednej pewnej sprawie. Kiedy dojadą do mety, wysiądą i każdy pójdzie w swoją stronę. Z tego powodu należy spojrzeć na organizację BRICS chłodnym okiem. Dobrym przykładem relacji panujących między członkami tego zrzeszenia jest sprawa banku, który miałby stać się realną przeciwwagą dla BŚ. Gdy Chiny zaproponowały, że same pokryją jego koszty, pozostali uczestnicy zdystansowali się od tego pomysłu.

    Zmainy w świecie idei i kultury, mody.
    Niewątpliwie sukcesy Chin i innych wymienonych państw pozaeuropejskich doprowadzą do przewartościowania w świecie idei, ale w mniejszym stopniu kultury, a jeszcze mniejszym mody. Z kulturą i modą jest jak z arystokracją. Dawno oddała już władzę, ale z księżniczkami każdy chce się żenić, szczególnie nowobogaccy. Zachodnia kultura, zachodnia moda, a przede wszystkim zachodni styl życia nadal będzie dominował, nawet długo po tym jak Zachód utraci swoją dominację. Szczególnie podatne na to oddziaływanie będą te kraje, które wcześniej zniszczyły swoje duchowe dziedzictwo, jak Chiny.

    • Ja bym jednak szukał przyczyn kryzysu cywilizacyjnego w Europie głębiej i dalej niż w strukturach UE. Ta instytucja jest bardziej dzieckiem tego kryzysu, niż jego bezpośrednim sprawcą.
      Eurokracja powstała na wzór biurokracji narodowych, a te z kolej zaczęły się rozrastać już na początku tego wieku.
      Biurokracja stworzono na potrzeby zwiększającej się liczby zadań państwa. Państwo opiekuńcze zaczęło powstawać nie po II WŚ jak wielu sądzi, ale już przed I WŚ. Liberalny rząd premiera Asquitha ok. 1910 r. wprowadził wiele postulatów socjaldemokratów jak ustanowienie płacy minimalnej, stworzenie urzędów pracy, podniesienie podatków dla bogatszych i był to już trend ogólnoeuropejski. I WŚ spowodowała jeszcze większy rozwój biurokracji, ponieważ wysiłek wojenny wymagał większego zatrudnienia w administracji. Wprowadzanie postulatów socjalnych było pochodną rosnącego udziału socjaldemokratów u władzy, a to z kolei wynikało z rozszerzania praw wyborczych na coraz większą liczbę wyborców.
      Ubogie i niewykształcone rodziny robotnicze korzystając z przyznanych im praw wyborczych zaczęły popierać głównie polityków obiecujących wprowadzenie w życie postulatów socjalistycznych, a to jak już pisałem skutkowało wzrostem biurokracji koniecznej do obsługi nowych zadań. Tak więc, uważam że za rozrostem biurokracji stoi właśnie pośrednio demokratyzacja. Okres powojenny (po II WŚ) nie był więc czasem powstania biurokracji na Zachodzie, ale jedynie następnym etapem jej rozwoju. Ponownie presja społeczeństw wywołała ekspansję państwa opiekuńczego i wraz z nim biurokracji. Znaczny udział miał w tym Zwiazek Radziecki, który sponsorował działania wywrotowców na Zachodzie. W latach 70. państwo opiekuńcze tryumfowało więc w krajach Zachodniej Europy i w takich też warunkach powstawały i rozwijały się instytucje europejskie.
      Za demokracją jako systemem politycznym idzie powszechna demokratyzacja edukacji, która na Zachodzie (ale niestety i w Polsce i u nas właśnie ta demokratyzacja przybrała monstrualne rozmiary) doprowadziła do znacznego obniżenia poziomu nauczania, który niewątpliwie jest jednym z ważniejszych elementów kryzysu cywilizacyjnego. Masowa edukacja jest postrzegana przez polityków jako element walki z bezrobociem. „Niech następcy się o to martwią” – to typowe rozumowanie współczesnej klasy politycznej.
      Tych elementów kryzysu cywilizacyjnego jest więcej i można by było je wymieniać, wiele z nich wymienił też Pan w swoim komentarzu. Mentalność społeczeństw, mediokracja, obniżenie jakości klasy politycznej. Przyczyna wszystkich z nich leży moim zdaniem w obecnym ustroju demokratycznym. Dlaczego te problemy dotyczą w mniejszym stopniu USA ?
      Ponieważ tam de facto społeczeństwa tylko w ograniczonym zakresie mają wpływ na sprawowanie władzy. Władza należy do elity wykształconej na elitarnych uczelniach, a przynależność partyjna jest jedynie na użytek zewnętrzny. Programy partii różnią się oczywiście, ale nie w kwestiach fundamentalnych tak istonych dla wielkiego biznesu, który z tą elitą jest nierozerwalnie związany. Skrajnośći (jak Tea Party) są marginalizowane, realizowane są głównie interesy wielkiego biznesu, co paradoksalnie nie jest dla Amerykanów aż tak szkodliwe. Innym czynnikiem różnicującym USA i Europę jest na pewno inna mentalność, ale to temat na publikację, a nie cały komentarz.

      Jak poradzić sobie z kryzysem cywilizacyjnym ?
      Trzeba sobie przede wszystkim zadać pytanie i starać się odpowiedzieć jakie są genezy tego kryzysu, co do niego doprowadziło, a następnie wyciągnąć wnioski. Należy się zastanowić kiedy Europa osiągnęła szczyt swojej dominacji i bliżej przyjrzeć ówcześnie panującym rozwiązaniom. Kopiująć niektóre z tamtych rozwiązań Chiny zawdzęczają swój niezwykle szybki rozwój.

      • Avatar wute

        @ p. MG
        Ja opisywałem stan obecny. Zgadzam się z Panem, że źródła kryzysu tkwią daleko głębiej, a obecna faza
        UE-mediokracji to ostatnia etap czegoś co kiełkowało od dawna.
        Co do USA to również się zgadzam, że rządzi tam partia biznesu, mają dwa skrzydła: demokratyczne i republikańskie.

      • Avatar Adam L

        Bardzo ciekawy komentarz, ale z jednym punktem mi się trudno zgodzić – ze stwierdzeniem, iż społeczeństwo USA ma mniejszy wpływ na sprawowanie władzy. Uważam, że jest zupełnie odwrotnie. Różnicy natomiast doszukiwałbym się w kulturze politycznej. Europejskie wybory to handlowanie przywilejami, a statystyczny obywatel Europy traktuje państwo, jak dojną krowę. W Stanach nawet powszechne ubezpieczenie jest bardzo nieufnie przyjmowane przez społeczeństwo i nie byłoby możliwe, gdyby nie totalna niewydolność prywatnego modelu w tej kwestii, bo amerykanie zdają sobie sprawę z jego kosztów, a przy okazji ich cała tradycja jest przeciwna rozbudowanemu państwu. Amerykańskie ideały równości, to ideał równych szans, a w Europie to ideał podziału bogactw. Przyczyn tego można doszukać się w odmiennej historii tych „subcywilizacji” – w Stanach nie istniała niezwykle bogata klasa społeczna, którą można było i należało ograbić.
        Mediokracja, jak to ładnie ktoś określił, jest pokłosiem tego stanu rzeczy – my zostaniemy przy władzy, ale kupimy was (obywateli), żebyście się nie buntowali, drobnymi przywilejami. Jeśli bunt, protesty i strajki przynoszą większe sukcesy niż praca, to chyba jest logicznym, że takie zachowanie będzie się utrwalać, dopóki nie zniszczy danego organizmu społecznego. Hmm… przypomina to swoją drogą upadek władzy królewskiej w Rzeczypospolitej.
        Ale jeśli Chiny potrafią się podnieść z kilkusetletniego skostnienia i upadku, to nie skreślałbym Europy tak szybko :) Może po prostu potrzeba nam trochę cięższych czasów, by się obudzić z rozpustnego snu handlowania przywilejami i państwa dbającego o niemal wszystkie potrzeby obywateli.
        P.S. Przepraszam za oftop.

      • Avatar MG

        @ Adam L.

        W USA w takich kwestiach jak ubezpieczenia społeczne, zdrowotne panuje zupełnie inna mentalność (jak Pan zauważył). Podczas gdy w Europie popularne były postulaty socjalne, w USA nie cieszyły się one poparciem.
        W Stanach Zjednoczonych marginalny wpływ miały partie komunistyczne (w przeciwieństwie np. do Francji) przede wszystkim dlatego, że nie było nigdy takiej tradycji, ale również z aktywnej polityki władz zwalczającej ruch komunistyczny w zarodku słusznie na ogół postrzegany jako piąta kolumna Sowietów.
        Nie mniej jednak silniejszy jest wpływ rozmaitych lobbystów począwszy od przemysłu zbrojeniowego, wielkich banków, Żydów. Ponieważ kampanie finansowane jest ze środków wielkiego biznesu, to politycy są od niego bardziej uzależnieni od większości krajów europejskich gdzie panuje inny system finansowania partii.
        Również tradycyjne funkcjonowanie jedynie dwóch partii sprawia, że wiele poglądów nie jest reprezentowanych, na pewno nie sprzyja to pluralizmowi.

        Wracając do Europy to nikt jej nie skreśla.
        Kryzys cywilzacyjny będzie prowadził do marginalizacji, ale nie doprowadzi (jeżeli nie dojdzie do żadnej rewolucji co w geriatrycznych społeczeństwach wydaje się być mniej prawdopodobne) do całkowitej degrengolady jak w Chinach. Chiny obecnie jedynie podnoszą się z upadku i WRACAJĄ na pozycję zajmowaną przez wieki. Następować będzie powolna marginalizacja Europy, spadek jej wpływów i oddziaływania.
        Paradoksalnie może to być korzystne w pewnym sensie dla jej obywateli, gdyż znacznie obniży się prawdopodobieństwo wojen – główna arena zmagań przeniesie się na Pacyfik.
        Dla mieszkańców Europy polityczna potęga jej pańtw (mocarstw) nie oznaczała równocześnie szczęścia dla jej obywateli. Kulminację imperializmu w tradycjnym rozumieniu Kiplinga czy Rhodesa można umiejscowić w pierwszej dekadzie XX w. a symbolicznie w roku śmierci Wiktorii. Nigdy wcześniej, ani nigdy później mocarstwa europejskie nie miały tak silnego politycznego wpływu na świat. Jak to zwykle bywa źródle potęgi tkwiła też przyczyna przyszłej porażki. Imperializm europejski, który zawładnął połową świata doprowadził w końcu do horroru Verdun i Passchendaele. Imperializm stał się więc ofiarą autodestrukcji. Czy dla rannych i poparzonych przez gaz pozycja poltyczna i ewidentna cywilizacyjna przewaga nad resztą świata miała jakiekolwiek znaczenie ? Życzę Chińczykom i innym mieszkańcom Azji by nigdy nie powtórzyli straszliwych błędów Europejczyków, by nie stali się ofiarami próżnych, politycznych ambicji ich przywódców.
        Nie jestem zwolennikiem UE. Widzę przerośniętą eurokracje, tendencje socjalistyczne, absurdalne marnotrwastwo pieniędzy, postępującą islamizację. Wiem jednak, że na zewnątrz Europy zazdrości się rozwiązań, które tak zmniejszyły antagonizmy między wrogimi przecież narodami. Widzę krwawą przeszłość i znam retorykę lat 30. oraz tych poparzedzających I WŚ. Porównując tą agresywną retorykę z przeszłości i obecną widać ogromną przepaść i te różnice zawdzięczamy również idei Zjednoczonej Europy.
        Do niektórych rozwiązań stosowanych w tej dawnej Europie należałoby wrócić m.in parytet złota, większa dyscyplina w szkołach oraz większa elitarność szkolnictwa wyższego, powrót do poznawania dziedzictwa Starożytnych w szkołach, znacznie mniejsze obciążenia podatkowe i ograniczenie państwa opiekuńczego, cenzus majątkowy/wykształcenia, powrót do tradycji i wartośc judeochrzaścijańskich (to nie oznacza rzecz jasna klerykalizacji). Jednakże gdyby osobie uświadomionej dać do wyboru życie przykładowo w Londynie epoki wiktoriańskiej i Londynie AD 2013 to myślę, że przeważającą większośc wybrałaby ten ostatni.

      • Avatar anarcha

        @MG – odnoszę wrażenie, że postrzega Pan proces demokratyzacji i rosnącej polityzacji mas jako oddolny i niemal naturalny natomiast ja jako środek wprzęgnięcia tychże mas ku celom obcym im jeśli wręcz nie wrogim a służącym elitom jak również ujęcia ich przez nie w karby – nie przypadkiem powszechna ”emancypacja” kobiet i rozrost państwa opiekuńczego przypada na czas I w. św. : chodziło przecież o to by jakoś osłodzić i umiejętnie sprzedać paniom konieczność harówy w zastępstwie wykrwawiających się na frontach ich mężów, ojców i braci, podobnie później gdy po powszechnej rzezi nastąpiła orgia ”szalonych lat 20-ych” np. przedstawić trucie się nikotyną jako symbol ”wyzwolenia” by nabijać spryciarzom kabzę forsą idio…, przepraszam, ”emancypantek”. Najlepiej istotę rzeczy ujął prekursor podobnych rozwiązań, ”biały rewolucjonista” Bismarck, który bodaj jako pierwszy wprowadził obowiązek ubezpieczeń społecznych i emerytury – z całym godnym go cynizmem otwarcie oświadczył, że jest to kolejny środek do ograbiania przez państwo ludzi bo w tamtych czasach mało kto mógł dożyć wypłaty świadczeń… Natomiast zgadzam się zasadniczo z tym co Pan pisze na temat obecnej sytuacji Europy, zdarza mi się pocieszać znajomych, którzy wspominają o możliwej wojnie [ skąd ta obawa ? ], że jeśli wybuchnie III w. św. to dlatego, iż Izrael i Iran obrzucą się atomówkami albo Chińczycy dokonają inwazji na Tajwan, choć i to raczej nie, pewnie będziemy mieć do czynienia z kolejną odsłoną ”zimnej wojny” jak to widać na przykładzie nieszczęsnej Syrii, mocarstwa będą rywalizować za pomocą i kosztem słabszych, u nas również ten proces właśnie zachodzi choć mam nadzieję nie przybierze tak brutalnej formy jak w krajach arabskich zwyczajnie dlatego, że historia toczy się teraz ”gdzie indziej”. Rzecz jasna czuł bym się lepiej gdyby nasze siły zbrojne nie znajdowały się w tak opłakanym stanie jak teraz ale nawet w przypadku ewentualnej rozpierduchy nie przybierze raczej tak katastrofalnych rozmiarów jak kilkadziesiąt lat temu [ oby ] z wyżej wymienionych powodów, choć smutne to pocieszenie, że ratuje nas rosnący prowincjonalizm naszego kontynentu. W 100% zgadzam się z proponowanymi przez Pana środkami zaradczymi, pytanie tylko czy świadomi tego są decydenci europejscy, pewne symptomy obserwuję ale niemrawe, np. dobrze że w końcu otwarcie przyznali iż ”multikulti” nie działa, szkoda jedynie że tak późno, pytanie tylko co dalej ? Na razie nie widzę odpowiedzi, jest tylko niepokój, ledwo tłumiona obawa i jakieś niemrawe gmeranie – na pewno kompletnie dysfunkcjonalny biurokratyczny moloch UE nie jest w stanie temu zaradzić.

    • Panie WUTE jedna z najważniejszych spostrzeżeń dokonanych przez pana to właśnie dewastacja równowagi między prawami a obowiązkami która to bardzo osłabia i będzie nadal osłabiać Europę.Ogólnie pana spostrzeżenia bardzo np mnie trafiają do przekonania.

  • Radek opisal tu bardzo ciekawa kwestie owych urzednikow i ich wczesniejszego sprawdzania
    wg mnie i ma racje i nie ma
    oczywiscie, patrzac na zyciorysy przywodcow, jak pisze Radek np Xi – jasne, rzucono go na rozne fronty i musial sie sprawdzac
    gdyby tak jednak bylo do konca, to nie mieliby chiczycy takiego nacjonalizmu, zasyfienia srodowiska i korupcji + … + …
    nie sa w jakos w stanie tych trudnych decyzji podjac, wbrew cytowanemu tu przez autora bankierowi – sa trudne, niepopularne i musialyby naruszyc interesy znajomych w zarzadach i dziecie w biznesie

    Adam L
    owa konfucjanska kaste urzednikow i medrcow promuje i wprowadza w zycie na tajwanie ma ying-joke
    efekty widac – dolujaca gospodarka, rosnace niezadowolenie spoleczne, korupcja wsrod jego dwoch najbardziej zaufanych osob, ostatnie zmiany w obsadzie ministrow, drugie najgorsze na swiecie miejsce wsrod naplywu inwestycji zagranicznych, spadek zaufania do sadow, w notowaniach niezaleznosci prasy + …+ …
    dla mnie taka wymarzona forma rzadow konfucjanskich medrcow to jest wspolna cecha hanowskiego nacjonalizmu – vide kpch i kmt

  • PS. Chodziło mi o masową rządową konfiskatę złota w USA w latach 30.

  • Co do demokracji…Demokracja na zachodzie ma charakter fasadowy. Wąska oligarchia finansowa kontroluje podaż pieniądza, a co za tym idzie kupuje większość aktywów. Kontrola mediów pozwala na przemilczanie pewnych tematów i nagłaśnianie innych. Bardzo grube kłamstwa, wielkiego kalibru (np. kim jest opozycja w Syrii, jak powstaje pieniądz itp) utrzymują dominację w mediach mimo pozornej liczebności różnych tytułów. Debata publiczna jest spłycona i odbiega od rzeczywistości. Czołówymi politykami są ludzie oddani oligarchii a na spendach takich jak np. Bilderbergów odbywa się debata pozaparlamentarna o której lud ne ma zielonego pojęcia. To jest ponura parodia demokracji. Jej namiastka jest w Szwajcarii: decentralizacja, referenda. Nie liczyłbym na demokrację w USA albo w UE. Jak komisarz w UE powie, że zmieniamy żarówki, to zmieniamy. Rozkaz. Jak zwierzchnicy prezydenta USA każąmu bombardować jakiś kraj, to zbombarduje. Ktoś się ludzi pyta? W latach 30 ludziom konfiskowano złoto. To jest demokracja? Przez kontrast do ZSRR i III Rzeszy to może się wydawać demokracją, ale w istocie jest czymś pośrednim.
    ****
    Fasadowość demokracji zachodniej próbują naśladować Rosja, Iran. Tam też się głosuje. I tyle. Czy Chiny dołączą? Czy powstaną „różne” partie kontrolowane z jednego stołka? Czy Chińczycy mają ochotę się w to bawić, czy nie?

  • „Chiński model” jest tak samo silnie zakorzeniony w konfucjańskiej tradycji, jak zachodnia demokracja w tradycji oświeceniowej – przeszczepianie ich na inny grunt to bardzo prawdopodobna porażka z katastrofalnymi skutkami dla społeczeństw. Zaznaczam to tylko dlatego, że pierwsza część artykułu sugeruje pytanie: „czy zachód powinien rozważyć przestawienie się na model chiński?”.
    Kwestią godną rozważenia jest więc, czy Chiny (model zarządzania osadzony w tradycji, kulturze, historii, geografi etc.) mogą okazać się ekonomicznie wydajniejsze od zachodu. Kiedy tak postawimy pytanie, to pomimo ogromu chińskich sukcesów wciąż daleko im do wydajności zachodu liczonej jako PKB/capita. Nie zaznaczenie faktu, że gonienie innych jest zawsze znacznie łatwiejsze, niż utrzymywanie się na czele, znacząco zmienia wymowę faktów. Na te pytania będziemy mogli odpowiedzieć, gdy Chiny osiągną PKB per capita zbliżone do zachodu.
    Ktoś podał przykład zacofanej Rosji – hmm… może nie jestem historykiem, ale rozwój Rosji po rewolucji i stanie się supermocarstwem z zabiedzonego kraju, który nie mógł pokonać małej Polski… Ekstrapolując tamte tempo rozwoju dziś Rosja powinna być ekonomicznie potężniejsza niż cały pozostały świat razem wzięty.
    I wreszcie jestem przekonany, że zachodnia demokracja ma tendencje dekadenckie, ale szybko przezwycięża swoje wewnętrzne kryzysy i słabości w obliczu zewnętrznego „zagrożenia”. Tak więc jestem optymistą i wierzę, że ta konkurencja między obydwoma światami wyjdzie obu na korzyść. Zwracam uwagę, że kryzysy zachodu były najdokuczliwsze w czasach, gdy ten świat nie musiał mierzyć się z przeciwnościami.
    P.S. Mój pierwszy post – dzień dobry.

    • Dzień dobry,
      Przeszczepianie obcego dla danej kultury ustroju/systemu rządu tak jak Pan napisał kończy się dla kraju najczęściej bardzo źle (czego przykładem jest Rosja lat 90.), Oczywiście żaden kraj nie ma ściśle narzuconego systemu, ale zmiana musi być ewolucyjna (rewolucji Chińczycy mają już dosyć) i zgodna z tradycją.
      Obecny system panujący w Chinach jest unikatową hybrydą w trakcie ewolucji, więc trudno tu mówić o jakimś modelu.
      Zachodnie elity życzyły by sobie w Chinach demokracji w stylu zachodnim, natomiast dla elit chińskich atrakcyjniejszym modelem byłby na pewno ten singapurski.

      • Avatar Adam L

        Mówienie o jakimś modelu jest z zasady pewną intelektualną abstrakcją. Demokracja zachodnia lat 50 i lat 70 wyglądały inaczej. Inaczej też wygląda w dobie internetu. Inaczej wygląda w Polsce, inaczej w Skandynawii, inaczej we Francji czy w Stanach itd.
        Jednakże w obecnym ustroju Chin (nie jestem znawcą, więc mogę się mylić, większość mojej wiedzy na temat tego kraju pochodzi z tego portalu) dostrzegam pewne cechy charakterystyczne, które są istotnie chińskie i nie związane z konkretnymi uregulowaniami. Mianowicie kadra zawodowych urzędników, wysoce wykształconych i nie podlegających bezpośredniej władzy ludu. Wydaje się to bardzo konfucjańskie i wyobrażam sobie, że próba naśladowania tego gdziekolwiek indziej skończyłaby się nieudolnymi rządami klik Nikodemów Dyzm.
        Tak więc poprzez model chiński rozumiem władzę wysoce, wykwalifikowanych i niezależnych urzędników kierujących się własnym etosem i tradycją, a nie tylko prywatnym interesem. Po rewolucjach Mao, według mnie, Chiny wróciły na swoją dawną drogę, niezależnie od szczegółowych rozwiązań wymuszanych odmiennymi uwarunkowaniami historycznymi. Wydaje mi się, że najbliższym terminem opisującym chiński ustrój byłby termin „biurokracja”, ale nie oddaje on właśnie tych istotnych dla sukcesu tegoż „modelu” uwarunkowań kulturowych.
        P.S. Będę bardzo wdzięczny za wyprowadzenie mnie z ewentualnych błędów w moim rozumowaniu.

    • @ p. Adam L
      Bardzo interesujące spojrzenie.
      Odnośnie przezwyciężenia dekadencji Europy – zapraszam do przeczytania mojego komentarza.
      Poświęciłem temu sporo miejsca.

  • Chiny przewróciły geopolityczny porządek tak samo jak zrobiły to zjednoczone Niemcy prawie półtorej wieku temu.
    Uważam, za błędny i nieuzasadniony pogląd, że Chiny poprzestaną na działaniach ekonomicznych. Wraz z bogaceniem się społeczeństwa stale wzrastać będzie zapotrzebowanie chińskiego społeczeństwa na surowcochłonne towary i luksusy. Od sprawności rządu chińskiego w zaspokajaniu tego zapotrzebowania będzie zależeć stabilność wewnętrzna. Chińskie zapotrzebowanie będzie rosło jeszcze długo, znacznie szybciej od nowych źródeł surowców. W dodatku zapotrzebowanie nie rośnie jedynie w Chinach, ale również w innych demograficznych kolosach jak Indie, Indonezja…
    XXI w. będzie stał pod znakiem konfliktów o surowce, o szlaki morskie gdzie te surowce są transportowane, o wodę pitną.
    Pesymistycznie patrząc wielki konflikt na skalę azjatycką, a może i światową jest nieunikniony, ponieważ prędzej czy później chińskie władze nie będą już w stanie pokojowo rywalizować o surowce.
    Dodatkowymi czynnikami zapalnymi są rosnący nacjonalizm Chińczyków wzniecany przez władze, wyścig zbrojeń (szczególnie z Indiami), agresywna retoryka Chin wobec sąsiadów (notabene Chiny przypominają w wielu aspektach bardzo wilhelmowskie Niemcy).

  • @ Adam M
    Dziekuje. Jak bedzie, zobaczymy. Polityka zagraniczna Chin jest konsekwencja ich sytuacji (polityki) wewnetrznej i tutaj w najblizszej dekadzie rozegraja sie naistotniejsze wydarzenia.
    @Rysiek
    O wielu z tych rzeczach napisalem w tekscie. Ze model nieukonczony, ze sami Chinczycy odradzaja stosowanie go w innych krajach, ze na Zachodzie bylby chyba jeszcze trudniejszy do zastosowania niz model zachodni w Chinach itd itp

  • podjales sie Radek niesamowicie trudnego tematu
    moje poglady znasz, wiec nie bede sie rozpisywal odnosnie tych oszalamiajacych sukcesow chinskich
    w moim odczuciu polityka zagraniczna chin doprowadzi azje do konfliktu zbrojnego, a gospodarcza i brak ochrony srodowiska do zalamania w samym kraju

    mam raczej ogolna uwage, niezalezna od Twojego artykulu
    chyba nie mozna mowic o chinskim modelu, bo nie ma drugiego takiego kraju – ludnosciowo, gabarytowo czy kulturowo
    moze raczej wariancie …
    o modelu mozna chyba raczej mowic w przypadku czegos porownywalnego, zastosowalnego i gdzie indziej a z wielu wzgledow chin nie da sie chyba mierzyc z zadnym innym krajem

  • Narysowany tu szkic sytuacji politycznej i globalnej wskazuje na nieuchronne starcie zachodniej demokracji z chińskim autorytaryzmem. Porażka demokracji zachodnich na polu ekonomicznym wydaje się nieunikniona, a ona zadecyduje o wszytkich innych elementach tej rywalizacji. Demokratyczne rządy w konfrontacji z systemami totalitarnymi wygrywały tylko i wyłącznie dzięki słabości tych ostanich. Hitlerowskim Niemcom zabrakło surowców i żołnierzy, a carsko – bolszewicka Rosja była na tyle zacofana i nie dająca sobie rady ze swoją włąsną ideologią, ze na polu gospodarczym stosunkowo łatwo było ja pokonać. Teraz warunki i zależności te się odwróciły..Konflikt rysuje się dużo grożniejszy dla demokracji. Z natury rzeczy jest ona rządami głupców, bo tych w każdym narodzie jest najwięcej. Oczywiście są wśród nich ludzie inteligentni, którzy na ogół tylko dzięki swoim niebywałym zdolnosciom często unikają katastrofy całego systemu. Teraz w konfrontacji z Chinami demokracja przegrywa zasadniczo na każdym polu, a kryzys ekonomiczny UE jest tego dowodem. Zresztą zadłużenie USA na sumę ok. 16,4 biliona dolarów też nie najlepiej świadczy o gospodarce tego państwa. Póki dolar jest w globalnym obrocie, póty USA może sopać spokojenie. Tak jednak zawsze nie będize i nadchodzi właśnie czas na zmiany. Cztery biliony dolarów nadwyżki handlowej Chin tez źle wrózy dla USA. Pieniądze te w każdej chwili mogą być uruchomione przeciwko nim. Dzieje się to zresztą poprzez właśnie afrykańskie, południowo- amerykańskie, a nawet europejskie wykupywanie firm, inwestycje i opanowywanie kolejnych rynków zbytu przez Chiny. Wobec strategicznych wad demokracji niewątpliwe braki i słabości chińskiego modelu stają się drugorzędne. Również dlatego, że wszytkie zmiany dokonowane w Państwie Środka są ewolucyjne, korygowane i na bieżąco poprawiane stosownie do sytuacji. System ten powoduje, że wszelkie bunty na szerszą skalę nie mają szans rozwoju, bo nie tylko, ze są dławione przez represje, ale przede wszystkim odcinane od swego naturalnego zaplecza społecznego. To skazuje je na marginalizację. Komunistyczna Partia Chin powołana dla celów rewolucyjnych dziś nie ma z nimi nic wspólnegp. W tradycji chińśkiej zastępuje ona cesarza, któremu nalezy się szacunek i posłuszeństwo, a cesarz napewno doprowadzi swój naród do dobrobytu i pokojowego panowania nad resztą świata. Na co się zresztą wyraźnie i jednoznacznie zanosi. Prosze przyjąć podziękowania za moim zdaniem po raz pierwszy podaną do publicznej wiadomości przez krajowego autora tak odważną i wszechstronną analizę zagrożeń dla dla pańśtw demokracji zachodniej.

    • @ p. MG
      Pana komentarz bardziej przypomina laurkę niż analizę.

      „Teraz w konfrontacji z Chinami demokracja przegrywa zasadniczo na każdym polu,”
      Napisałem dość długi komentarz więc nie chce się powtarzać. Mogę tylko dla przykładu dodać
      kilka spraw ad hoc..
      1. Badania naukowe i innowacyjność największe w USA biję na głowę wszystkich.
      2. Ochrona środowiska – dewastacja w wielu rejonach Chin
      3. Olbrzymia przewaga marynarki nadwodnej USA nad Chinami.
      To tyle odnośnie przegrywania na każdym polu.
      Mam wrażenie, że zachłysnął się Pan tematem.

      • Avatar wute

        Powyższy post skierowany jest do pana Adama M.

Pozostaw odpowiedź