Komentarze

R.Pyffel: 10 powodów dla których Liu Xiaobo to nie Wałęsa

Przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla Liu Xiaobo wywołało kontrowersje nie tylko w Chinach. Komentatorzy również są podzieleni w sprawie znaczenia tej decyzji Komitetu Noblowskiego i jej wpływu na proces demokratyzacji Chin. Zapraszamy do lektury poniższego komentarza Radosława Pyffla oraz polemiki autorstwa Konrada Godlewskiego – dziennikarza „Gazety Wyborczej”.

10 powodów dla których Liu to nie Wałęsa.

Radek1bDecyzję Komitetu Norweskiego nagradzającą Pokojowym Noblem chińskiego dysydenta Liu Xiaobo przyjęto w Polsce z wielkim entuzjazmem, chyba nie tylko dlatego, że drugi człon jego imienia jest pisany tym samym chińskim znakiem co słowo Polska. Liu był bowiem kandydatem bliskim Wschodniej Europie. Oprócz amerykańskiego kongresmena i szefa amerykańskiego Pen Clubu, jego kandydaturę wspólnie zgłosili posłowie czescy i słowaccy (Liu dwa lata temu opublikował Kartę 08, nawiązującą do czechosłowackiej Karty 77 w której nawoływał do wprowadzenia w Chinach demokracji i systemu wielopartyjnego).

Ton komentarzy jaki przetoczył się po polskich mediach nie pozostawiał wątpliwości. Chiny są jak Polska w latach 80-tych, a Nobel Liu jest dla Chińczyków tym samym czym dla nas był Nobel Wałęsy 1983 roku.
Na fali tej euforii trudno przyjąć gorzką prawdę, iż Chiny AD 2010 to nie Polska 1983, a Nobel dla Liu Xiaobo może okazać się jedynie mało znaczącym epizodem. Po kilkudziesięciu latach jego nazwisko może być równie anonimowe jak nazwiska dziesiątków innych noblistów, na które natrafiamy przegladając listę laureatów zastanawiając się kim byli. Do tak szokującej konstatacji skłania co najmniej dziesięć powodów:

Po pierwsze fakt, iż władza w Chinach jest calkowiecie suwerenna. Jonathan Fenby w książce „Chiny – narodziny supermocarstwa” (wydanej także po polsku) uważa nawet, że współczesne Chiny to kontynuacja cesarstwa, a rządzi nimi nowa dynastia KPCh, która władzę zdobyła sama w wyniku chłopskiego powstania i ma legitymacje do jej sprawowania. O ile w latach 80-tych nobel dla Wałęsy martwił Moskwę, a cieszył środowiska niepodległościowe, to jakich wrogów ChRL zmartwi Nobel dla Liu? Chińczycy sami chcieli takiej władzy jaką mają i nikt im jej nie narzucał. Nie muszą się wyzwalać od wroga zewnętrznego. Jeśli już to od własnej tradycji, kultury i przyzwyczajeń, a to znacznie utrudnia sprawę i jest czymś innym niż sytuacja Polaków z 1983 roku.

Po drugie – inny, niejednoznaczny stosunek Chin do Zachodu. W czasach siermiężnego PRL-u, powrót do symbolizującej wolność i dobrobyt cywilizacji Zachodu wydawał się nam być odległym i nierealnym marzeniem. Dlatego najbardziej prestiżowa nagroda świata zachodniego jaką może otrzymać osoba publiczna dla Lecha Wałęsy była dla nas wielkim wyróżnieniem i powodem do dumy.

Chińczycy nie czują się częścią cywilizacji Zachodu, ale marzą o przywróceniu świetności własnej. W chińskiej modernizacji Zachód, raz bywa modelem do naśladowania, innym razem kontrapuntem. Czerpie się z niego to, co jest uznawane za przydatne i praktyczne, często wybiórczo i selektywnie według zasady „zachodnia technologia, chińska esencja” (xi wei zhong yong). Dla przeciętnego Chińczyka nie ma znaczenia, że Norwegia nie była państwem kolonialnym, bo Europejczycy wszyscy są xifang ren- ludźmi Zachodu, czyli dawnymi kolonizatorami i mieszkańcami wydzielonych na terytorium Chin stref, do których „psom i Chińczykom wstęp wzbroniony”. To sprawia, że sygnały i pouczenia płynące z Zachodu, traktowane są nieufnie i budzą w Chinach sprzeciw, taki jak w nas budziłyby uwagi przywódców niemieckich czy rosyjskich.

Dawny kolonizator, to w dodatku potencjalny rywal, bowiem awans cywilizacyjny Chin sprawia, iż system globalny musi zrobić miejsce dla Państwa Środka. To budzi lęki i obawy po obu stronach. Zachód, a zwłaszcza USA, jak obawia się część chińskich elit, może w XXI wieku stanąć na drodze do odbudowy ich potęgi. Dlatego popieranie przez zachodnie rządy chińskich dysydentów, jest często uznawane nie (tylko przez rząd i jego propagandę) za „ingerowanie w wewnętrzne sprawy Chin”.

Jeśli rząd to sprytnie rozegra, to nie powinien mieć problemu z przedstawieniem Liu Xiaobo jako człowieka Zachodu. Zwłaszcza że pomagają w tym sami Amerykanie. Niezręcznie w tym kontekście wyglądają apele prezydenta Obamy o uwolnienie Liu, czy amerykańscy dyplomaci czekający w grudniu 2009 roku na sądowych korytarzach na wyrok w jego sprawie. Ciesząc się poparciem potencjalnego rywala Chin, Liu będzie miał małe szanse, by Chińczycy uznali go za swego i by w efekcie przekonał swoich rodakow do demokracji i praw czlowieka. Po paru latach władze mogą go nawet zwolnić i wysłać do USA gdzie jak wielu innych liderów pokolenia Tiananmen popadnie w zapomnienie. Tak stało się z Wei Jingshengiem ( notabene krytycznym wobec Liu), czyli pekińskim elektrykiem, nazywanym chińskim Wałęsą, który zwolniony z więzienia wyemigrował do Ameryki i stracił jakikolwiek wpływ na sytuację w ChRL.

Po trzecie, Liu w przeciwieństwie do Wałęsy jest przeciętnym Chińczykom praktycznie nieznany, a jeśli już, to słyszeli o nim tyle, że siedzi w więzieniu za złamanie prawa.  Oczywiście to wynik cenzury, kontrolowanych przez rząd mediów itd., ale także tego, że opozycja prodemokratyczna jest w Chinach po porstu słabna i nie cieszy się spolecznym poparciem, czego nie można powiedzieć o Solidarności.
Nobel dla Liu jest zagrożeniem dla władz, bo jest niezwykle nośną reklamą dla idei, które głosi i może spowodować, że wielu Chińczyków ze zwykłej ciekawości postanowi się przekonać, kim jest i przeczyta Kartę 08. Dlatego media ograniczyły się do krótkich komunikatów, a żona noblisty będzie przez kilka kolejnych tygodni izolowana od kontaktów z zagraniczną prasą. Władze, by nie robić mu reklamy, zdecydowały się przemilczeć sprawę. A nie musiały.

Bo i tu po czwarte, wystarczyło by ogłosiły, że to mieszanie się w wewnętrzne sprawy Chin, a ambasada norweska poszłaby z dymem (a wraz z nią pewnie czeska i slowacka). Do boju ruszyłaby fenqing, czyli nacjonalistyczna młodzież, znacznie liczniejsza od zwolenników demokracji. Ci z reguły nieźle wykształceni młodzi ludzie z dużych miast dorastali już we względnym dobrobycie. Kojarzą Zachód z tym, co widzieli w chińskich mediach i o czym uczyli się w szkole, czyli z epoką wojen opiumowych, dwustu lat poniżenia i doznawanych krzywd. W 2008 roku po atakach na olimpijską pochodnie w Paryżu, w całym kraju doszło do niezwykle gwałtownych demonstracji i bojkotów francuskich supermarketów. W czasie demonstracji, a także na masową skalę w internecie, krytykowano rząd za zbyt uległą postawę wobec zagranicy. Tym razem mogło być podobnie. Flagi zachodnich państw płonęłyby na ulicach, a Liu byłby hanjian – zdrajcą narodu chińskiego i zachodnim lokajem. Wszystko to działoby się nie z inspiracji, bo ta jak w 2008 roku nie byłaby konieczna, ale za przyzwoleniem władz, które zresztą mogłyby nad tym stracić kontrolę. Trzeba się zastanawiać co będzie za 20 lat gdy to histerycznie antyzachodnie pokolenie zacznie dochodzić w Chinach do władzy, ale to temat nie na odrębny artykuł.

Po piąte, jak zareagować mogłaby reszta społeczeństwa? Raczej obojętnością. Kilkaset milionów mieszkańców wsi boryka się z wieloma trudnościami codziennego życia. Raczej nie interesują się polityką (nie emocjonuje ona Chińczyków w takim stopniu jak nas, to nie o niej rozmawia się przy świątecznym stole czy na imieninach u cioci), wielu z nich zazwyczaj bezkrytycznie wierzy w to, co zobaczy w oficjalnych mediach.
A klasa średnia? Nie osiagnęła jeszcze masy krytycznej, czyli takiej proporcji w spoleczeństwie, by demokracja jej się opłacała (dziś łatwo dałaby się przegłosować przybyszom z prowincji, których nie darzy szacunkiem). Na razie rządzi się po swojemu na strzeżonych osiedlach. Oczywiście systematycznie się powiększa i rząd będzie musiał to brać pod uwagę, ale to proces rozłożony na lata, jeśli nie dekady. I Nobel dla Liu może nie mieć na to żadnego wpływu…
Po szóste: Oficjalna ideologia chińskich władz to „renesans wielkiego narodu chińskiego” i „powrót na należne sobie w świecie miejsce”. I to się dzieję. Chiny są najszybciej rozwijająca się gospodarka świata, która wychodzi wzmocniona ze światowego kryzysu. Dynamika ich rozwoju zadziwia i jednocześnie niepokoi cały świat. Chińczykom – czemu zresztą trudno się dziwić – to się podoba.

Było to bardzo widoczne w trakcie igrzysk, gdy w zasadzie nie doszło do żadnych protestów, mimo iż tak niecierpliwie wyczekiwano ich na Zachodzie. Dominowała atmosfera narodowej dumy, które zresztą zgodnie z długo przygotowanym planem bezapelacyjnie zwyciężyły w klasyfikacji medalowej, a same zawody okazały się wielkim sukcesem organizacyjnym i wizerunkowym.

Po siódme, po olimpijskich triumfach i Expo, tegoroczne werdykty noblowskie to spore rozczarowanie. Cichym marzeniem kraju, który na naukę wydaję trzy czy już nawet cztery procent swojego PKB, czyli ponad dwa razy więcej niż UE i prawie siedem razy więcej niż Polska, byłby Nobel z fizyki, chemii lub ekonomii. Jako dowód uznania Zachodu, iż Chiny powróciły do superligi, dowód którego tak chorobliwie pragną. Tymczasem stała się rzecz straszna. Noble otrzymali Amerykanie, Rosjanin i o zgrozo nawet Japończyk. A Chiny zamiast noblisty fizyka lub ekonomisty, dostały dysydenta, który zamiast afirmować chińską modernizację, ją kontestuję! To zachodnie wotum nieufności dla Chin.
Po ósme, szukanie analogii z Polska jest kompletnie nietrafne także z innego powodu. Dziesięć lat temu, literackiego Nobla otrzymał Gao Xinjian, chiński pisarz, którego życiorys bardzo przypominał Czesława Miłosza. Kontestujący rząd Gao, spędził wiele lat na emigracji, a w 1997 przyjął zagraniczne (francuskie) obywatelstwo. Czy został narodowym bohaterem, tak jak w Polsce Miłosz? Chińczycy jego wyróżnienie przyjęli z obojętnością nie uznawszy go najwyraźniej za swego. Ówczesny premier Zhu Rongji, demonstrował dumę z osiągnięć chińskiej cywilizacji, jednocześnie bagatelizując rangę samej nagrody i dystansując się od laureata: „Bardzo się cieszę, że prace pisane w języku chińskim mogą zostać uhonorowane literackim Noblem. Pismo chińskie ma kilkanaście tysięcy lat historii, a nasz język niepowtarzalny urok. (..) Trochę szkoda, że zwycięzca jest tym razem obywatelem francuskim a nie chińskim. Chciałbym jemu, a także francuskiemu ministerstwu kultury gorąco pogratulować”.

Wreszcie po dziewiąte: Banalny już argument o odmiennych tradycjach kulturowych. Trudno będzie Liu wprowadzić demokracje w kraju, w którym nikt specjalnie na nią nie czeka, poza grupką obeznanych z zachodnimi ideami intelektualistów, pozbawionych szerszego społecznego poparcia. W Polsce domagano się powrotu swobód i wolności silnie zakorzenionych w naszej tradycji. Stał za tym ogromny 10 milionowy ruch, a nie jak w Chinach grupki wyalienowanych ze społeczeństwa intelektualistów, którzy musieliby się tej demokracji w praktyce sami nauczyć, a także „nauczyć własne społeczeństwo”. I byłoby to bardzo ryzykowne, gdyż demokracja była tylko krótkim i nieudanym eksperymentem w 1912 roku, a cała cywilizacja Chin opierała się przez tysiąclecia na czymś zgoła przeciwnym, czyli silnej hierarchii i despotycznej władzy. I na tych fundamentach Chińczycy zbudowali cywilizację potężną i niezwykle trwałą. Widok superszybkich pociągów, nowoczesnych lotnisk i autostrad o jakich możemy pomarzyć, w Chinach może być złudny. To kraj jednoczesnie nowoczesny i starożytny.

Chiny borykają się z wieloma problemami. Wszelkie badania pokazują, iż za najpoważniejsze Chińczycy uznają: szybko rosnące ceny, różnice w dochodach między biednymi i bogatymi, korupcję urzędników i ochronę środowiska. Czy uznają, że problemy te rozwiąże sprawa wolnych wyborów? Czy może silniejsza okaże się być pokusa, by jedną dynastię, zastąpić drugą, a tę dyktaturę kolejną. Może pojawi się „silny człowiek”, który obieca porządek? Zwłaszcza że opozycja jest niekoniecznie prodemokratyczna. Silne są środowiska nacjonalistyczne, które uważają, że cały problem bierze się z tego, iż „rząd jest za miękki w kontaktach z Zachodem”, a także nostalgia za czasami maoizmu, kiedy wszyscy „po równo” klepali biedę. Dlatego proponowana przez Liu Xiaobo natychmiastowa demokratyzacja nie musi powszechnie zostać uznana za remedium, zwłaszcza że to samo proponuje premier Chin Wen Jiabao i frakcja liberalna wewnątrz KPCh (z tego względu doszło do kuriozalnej sytuacji, w której prodemokratyczne deklaracje premiera były cenzurowane przez rządowe agencje Xinhua i docierały do Chin przez media zachodnie).

Po dziesiąte: W Chinach metody walki politycznej wciaż są bliskie średniowieczu. Współczuję wszystkim represjonowanym, także Liu Xiaobo. Wiem, że sami Chińczycy marzą o tym, by konflikty polityczne rozwiązywać w sposób pokojowy. Marzy o tym także część rządzących, która wie, że jeśli rząd upadnie, to będzie musiała uciekać z Chin, gdyż tam przegranych zawsze karze się śmercią. Dlatego walka o władzę przybiera tam dość brutalne oblicze, a według chińskich reguł rację ma zawsze zwycięzca (to on ma Mandat Nieba). Z tej perspektywy stawiać zarzut zamordyzmu za więzienie Liu to tak jak zarzucać Bolesławowi Krzywoustemu, że oślepił swojego brata Zbigniewa, czy Chrobremu, że wypędził braci z macochą.

Jeśli KPCh odbuduje potęgę Państwa Środka,  nikt nie będzie wypominał jej Tiananmen, czy wiezienia zapomnianego już wtedy Liu, tak jak nikt nie wypomina Chrobremu, Krzywoustemu, a nawet Piłsudskiemu, że łamali prawa człowieka.  Niewykluczone, że w np. 2040 roku sama zaproponuje demokracje niejako w nagrodę za kilkudziesięcioletni wysiłek transformacyjny jak stało się to w innych azjatyckich dyktaturach: w Korei i na Tajwanie.

Decyzja Komitetu Noblowskiego napawa wielkim optymizmem wszystkich zwolenników praw człowieka, którzy argumentują, iż jeśli maja być one przestrzegane, trzeba właśnie takich odważnych decyzji, a nie chowania głowy w piasek jak rok temu,gdy Nobla dostał Obama, czy w 2008 roku, kiedy Zachód się skompromitował wysyłając petycje do Pekinu, które ten lekceważył. Ma rację Lech Wałęsa mówiąc, że ten Nobel stwarza sytuację, w której wreszcie trzeba się opowiedzieć, albo za albo przeciw.

Zachód postawił się Chinom. Po ich stronie stają już inne kraje, między innymi Rosja, które (z różnych powodów ideowych czy handlowych) będą po raz pierwszy w historii bojkotować ceremonię wręczenia tej nagrody, odmawiając tym samym prawa Zachodowi do wyznaczania standartów. Sami Chińczycy od dłuższego czasu myśleli o „skopiowaniu” Nobla i stworzeniu własnego odpowiednika (ostatecznie dziś ogłosili nagrodę Konfucjusza i przyznali ją Tajwańczykowi Lien Chanowi, byłemu szefowi Kuomintangu, który w ostatnich latach odegrał istotną rolę w zbliżeniu między Tajwanem i Chinami – oczywiście nie trzeba dodawać, że nagroda ta jest dla nominowanego sporym kłopotem). Sam na sam z Chinami zostaje maleńka Norwegia, której Pekin już poprzysiągł zemstę.  Czy jak przyjdzie co do czego solidarność z nią wykażą inne zachodnie kraje, czy będą się tylko przyglądać, a może przyciśnietę do muru światowym kryzysem, czy chęcią utrzymania społeczeństwa konsumpcyjnego, będą aktywnie lobbować za chińskimi pożyczkami i inwestycjami i by je otrzymać przyłączą się do ataku na nią? Teraz dopiero się zacznie. Ale mam wrażenie, że ta historia z Polską lat 80-tych nie ma i nie będzie miała nic wspólnego.

Radosław Pyffel

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
R.Pyffel: 10 powodów dla których Liu Xiaobo to nie Wałęsa Reviewed by on 10 grudnia 2010 .

Przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla Liu Xiaobo wywołało kontrowersje nie tylko w Chinach. Komentatorzy również są podzieleni w sprawie znaczenia tej decyzji Komitetu Noblowskiego i jej wpływu na proces demokratyzacji Chin. Zapraszamy do lektury poniższego komentarza Radosława Pyffla oraz polemiki autorstwa Konrada Godlewskiego – dziennikarza „Gazety Wyborczej”. 10 powodów dla których Liu to nie Wałęsa. Decyzję

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 10

  • Zawsze cieszę się na myśl o tym że będę mógł przeczytać kolejny Pański artykuł. I TO JEST FAKT! Nie do końca rozumiem powody dla których tak jest, ale tak jest. Myślę, że o części z nich napisał Pan teraz. Pokazuje Pan obraz prawdziwszy, przyczyniający się do lepszego zrozumienia ludzi różnych cywilizacji. Prawdziwszy- w tym przypadku to bardzo ważne słowo. Jestem na to słowo uczulony, ponieważ manipulowanie prawdą to immanentna cecha naszych czasów. A że żyję już b. długo, więc pamietam manipulowanie prawdą od czasów Gomółki, poprzez kolejnych KaCków, aż do dziś, gdy „dzień bez manipulacji to dzień stracony”. A więc życzę sobie z okazji Nowego Roku więcej Pańskich, prawdziwszych artykułów.

  • Panie Wieslawie,
    Bardzo dziekuje za Pana komentarz, chociaz niezrecznie mi go komentowac. W zadnym wypadku jednak nie rwyalizuje z Konardem Godlewskim o liczbe postow pod artykulami :) Nie jestem o to zazdrosny i zachecam wszystkich do wpisow pod polemika z moim artykulem!
    Znam Konrada Godlewskiego szmat czasu, jeszcze zanim zostal dziennikarzem GW. Z wielu powodow bardzo go cenie. Spedzilismy setki godzin dyskutujac o Chinach ( w samych Chinach i nie tylko). Kiedys sie czesciej zgadzalismy, ostatnio rzadziej.
    Z linia GW nie zgadzam sie od wielu lat, gdyz jest to jak przyznal Konrad Godlewski gazeta z misja. Wspomnial o tym takze w jednym z komentarzy ciekawy, iz sa pisma prezentujace inna optyke np Nasz Dziennik.
    Uwazam ze to prowadzi do selektywnego doboru faktow i bardzo splaszcza obraz wspolczesnych Chin. A to kraj jednak niejednoznaczny i b.ciekawy.
    Nie demonizowalbym Chin, ale takze GW :) Jej rola zreszta w ostatnich latach bardzo stracila na znaczeniu. Poza tym kazdy ma prawo wydawac wlasna gazete i pisac w niej co chce.
    Moja filozofia opisu Chin ( zdaje sobie sprawe jak smieszne jest odnoszenie sie kogos tak malo znaczacego jak ja do imperium Agory:) jest inna. Staram sie patrzec na ten kraj oczami jego mieszkancow i opisywac jak jest, a nie jak powinno byc. Z tego wzgledu ta gazeta akurat mnie nie drukuje, a jesli juz tam wypowiadam sie na jakies tematy to gospodarcze na ktorych kiepsko sie znam ( znacznie lepsza jest Dr Palonka i Dominik Konieczny od Chin i Sergiusz Proukrat od Azji).
    Jak sadze wlasnie w ten sposob mozna zmieniac swiat na lepsze- bo przekazuje sie obraz prawdziwszy, przyczynia do lepszego zrozumienia ludzi roznych cywilizacji- nie patrzy sie na nich przez pryzmat wlasnych- chocby najbardziej szlachetnych marzen.
    Bardzo dziekuje, serdeczne pozdrowienia i milego wieczoru!
    Radek Pyffel

  • @ p. Wiesław Pilch
    Ja się zastanawiam, czemu większość powstrzymuje się od nawiązywania do spraw polskich, a niektórzy nie. Rozumiem, że ilość negatywnych emocji jest tak wielka, że nie potrafi się Pan zdystansować, ale powyższy komentarz już mocno zahaczył o atak osobisty. Insynuacje („zdumiewa mnie-ale tylko trochę- ilość postów pod “wybiórczym” artykulikiem p. Godlewskiego. Czyżby “miraż ” GW?”) czy zawiść („Oni- dziennikarze GW- mają wszystko”) to tylko niektóre objawy, po których można poznać tzw. żoliborską inteligencję.

    Cieszę się, że zarówno p. Pyffel jak i p. Godlewski prowadzą polemikę, dzięki czemu mamy możliwość skonfrontować dwa punkty widzenia. Więcej komentarzy pod wypowiedzią p. Godlewskiego wynika z tego, że widocznie jego artykuł wywołał więcej emocji, również tych negatywnych, a nie przez jakiś „miraż GW” jak sugeruje p. Pilch.

  • Zdumiewa mnie-ale tylko trochę- ilość postów pod „wybiórczym” artykulikiem p. Godlewskiego. Czyżby „miraż ” GW? Chyba tak. Ponieważ w przeciwnym wypadku te posty powinny trafić tutaj. Pański artykuł czytam po raz któryś z niekłamaną przyjemnością, wiedzać że takie właśnie materiały budują wiedzę o Chinach, o sposobie myślenia Chińczyków, o ich mentalnych uwarunkowaniach.
    Oni- dziennikarze GW- mają wszystko: pieniądze, możliwości, poparcie elit (tfu, tfu!), wszystko co trzeba żeby dotrzeć do „mas” które ich szef wraz z nimi tak świetnie urabia od 20 lat.
    Pan ma tylko przekonanie, że pisze Pan prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. I dlatego pańskie artykuły są tak chętnie przez nas czytane. A nie ich!

  • Ja również dziękuję za ten ciekawy, spójny i logiczny artykuł. Jest dla mnie oczywiste, ze porównanie Liu Xiaobo z Lechem Wałęsą nie ma racjonalnych podstaw i jest wyraźnym objawem „wishful thinking” ze strony ludzi, którzy nie mają bladego pojęcia o działalności Liu i realiach Chin.
    Cyt. „Ciesząc się poparciem potencjalnego rywala Chin, Liu będzie miał małe szanse, by Chińczycy uznali go za swego i by w efekcie przekonał swoich rodakow do demokracji i praw czlowieka.”
    Amerykanie swoimi poczynaniami w dużym stopniu ułatwili władzom w Pekinie możliwośc postawienia Liu na pozycji „marionetki Zachodu”.
    Cyt. „Sam na sam z Chinami zostaje maleńka Norwegia, której Pekin już poprzysiągł zemstę. Czy jak przyjdzie co do czego solidarność z nią wykażą inne zachodnie kraje, czy będą się tylko przyglądać, a może przyciśnietę do muru światowym kryzysem, czy chęcią utrzymania społeczeństwa konsumpcyjnego, będą aktywnie lobbować za chińskimi pożyczkami i inwestycjami i by je otrzymać przyłączą się do ataku na nią?”
    Zostawic Norwegię sam na sam z „chińskim smokiem”? Bardzo możliwe, że w Berlinie i Paryżu myślą: „A czemu nie?” W końcu Norwegia nie należy do UE i w razie czego można dac jej do zrozumienia (nie wprost oczywiście), żeby wreszcie weszła do Eurosojuza (a byłaby wymarzonym płatnikiem netto!!), „wtedy uznamy ją za w pełni swojego”. :-) A poza tym, nie będzie niczym odkrywczym, gdy powiem, że Francuzom, Niemcom, Włochom, Anglikom itd. w głebi duszy bardziej zależy na lukratywnych kontraktach w Kraju Środka niż na nadstawianiu pleców za 4,5-milionowy kraj, który i tak nie ma możliwości, by obrazic się na UE. Oczywiście Niemcy i inni będą dawac pozory NATO-wskiej jednomyślności. Ale na pozorach się zapewne skończy. Tam bowiem, gdzie ważą się miliardowe kontrakty dla wielkich koncernów, tam demokracja zwykle pozostaje pustym hasłem…

  • Dziękuję za artykuł. Jest świetny, ponieważ operuje Pan w nim argumentami racjonalnymi, uznawanymi za takie wsród osób rozumiejących Chiny (czego by pod tym pojęciem nie umieścić.) Myślę że polaryzacja poglądów w Polsce na ową nagrodę Nobla jest wielka i jej granica oddziela osoby znające od nieznających chińskich realiów. A mogę sobie jedynie wyobraźić, iż tych pierwszych jest garstka jescze bardziej znikona od tej która wiedziała w ’76r o powstaniu KORu i ROPCIO. Nie ma i nie może być żadnego porównia między sytuacją Lecha Wałęsy w latach ’80 gdy dostawał nagrodę Nobla, bo tak naprawdę dostaliśmy ją wówczas jako Naród i Liu Xiaobo, który jest osamotniony w swojej walce z własnym państwem.

  • „demokracja była tylko krótkim i nieudanym eksperymentem w 1912 roku”

    W jakim sensie nieudanym? Chiny wyprzedziły w tej mierze wiele krajów zachodnich, opowiedziały się za ideałami republikańskimi, stworzyły parlament. To, że „reakcjoniści” autorytarni za pomocą przemocy i mordów zdławili demokrację, zanim ta mogła okrzepnąć, nie jest oskarżeniem chińskiej demokracji, tylko chińskiego autorytaryzmu.

    „cała cywilizacja Chin opierała się przez tysiąclecia na czymś zgoła przeciwnym, czyli silnej hierarchii i despotycznej władzy”

    Zachodnia cywilizacja również. Republika Rzymska ustąpiła Cesarstwu, Grecja upadła, w większości krajów przez większość historii rządy były despotyczne. Sejm czy parlament brytyjski to nie była norma. Prawdziwa demokracja, z wyborami i znaczeniem opinii publicznej, to dopiero wiek XX, i to raczej druga połowa. Jeszcze w XIX wieku najbardziej demokratyczna Wielka Brytania mogła się pochwalić uczestnicwem w procesach politycznych – włącznie z jakimikolwiek wyborami! – na poziomie 2 czy 3 procent populacji. Demokracja liberalna, do której tak szybko się przyzwyczailiśmy, to nowość. Chińczycy też zapewne mogliby się do niej przyzwyczaić – i dlatego chińska władza robi wszystko, by wbić młodzieży do głowy wizję Chin „genetycznie” niedemokratycznych.

    • „Prawdziwa demokracja, z wyborami i znaczeniem opinii publicznej, to dopiero wiek XX, i to raczej druga połowa.”

      A konkretnie demokracja na zasadzie – kto ma przyjaciół w mediach ten ma władzę. Nie ma cię w mediach[telewizji] – nie istniejesz. A w takiej sytuacji służby specjalne nie mogą dopuścić, by wpływowymi mediami mógł kierować byle wywrotowiec.
      ————————————————-
      „Jeszcze w XIX wieku najbardziej demokratyczna Wielka Brytania mogła się pochwalić uczestnicwem w procesach politycznych – włącznie z jakimikolwiek wyborami! – na poziomie 2 czy 3 procent populacji. Demokracja liberalna, do której tak szybko się przyzwyczailiśmy, to nowość.”

      Chyba się zgadzamy, że ludzi rozsądnych i jednocześnie zainteresowanych polityką, podejmujących ŚWIADOME polityczne wybory jest raczej 2-3 procent, a nie 50-80?

    • Gdyby ludzie en mass pragneli demokracji, nie pozwoliliby Yuan Shi Kai’owi na autorytaryzm. Republikanie dzialali w spol prozni, a Czang Kaj Szek kiedy udalo mu sie zdobyc wladze po Polnocnej Ekspedycji, ani myslal eksperymentowac z liberalna demokracja. To co robil ( Ruch Nowego Zycia) bardziej przypomina mi wysilki dzisiejszych „komunistow” ( ktorzy doprowadzili do wiekszego rozwarswienia niz w USA)- czyli modernizacja kraju.
      Niestety z demokracja w Chinach to caly czas wishfull thinking. „Bylaby gdyby nie…” Yuan Shikai, cenzura, KPCh itd. Ktos zawsze przeszkadzal. A moze po prostu determinacja samych Chinczykow byla NIEWYSTARCZAJACA ( co nie wyklucza ze dojdzie do momentu ze bedzie juz WYSTARCZAJACA, ale narazie taka nie jest). Gdyby byla WYSTARCZAJACA poradziliby sobie z tymi przeszkodami.

      Nie chce kruszyc kopii o tradycje demokratyczne. Ale w Europie mielismy chocby demokracje atenska, a w Chinach/Azji niczego podobnego nie znajduje. Inna jest koncepcja ladu spol- w Europie opartego na egalitarnym chrzescijanstwie ( niewazne czy Pan czy slug, Zyd czy Grek), a w Chinach na hierarchii.
      Jak sie domyslam zarysowal Pan liniowa koncepcje dziejow. Tzn demokracja jest jego najwyzszym stadium. Europa tez „dochodzila” do niej kilkaset, a moze kilka tysiecy lat. Jesli ma Pan racje to Chiny tez stana sie demokracja i cokolwiek nie robi KPCh to Chiny i tak „dochodza” do niej.
      Ale jesli sie Pan myli, to moze byc tak ze demokracja jako ustroj zdegeneruje sie i upadnie. Bedzie wtedy tylko krotkim 300letnim epizodem w historii swiata. Wiem ze to brzmi nieprawdopodbnie, a wziecie takiego wariantu pod uwage jest juz olbrzymia kontrowersja.
      Uczciwie sie jednak przed Panem przyznaje ze: przyszlosci, nie widze w zwyklych Chinczykach WIELKIEJ determinacji na demokracje i wcale nie jestem pewien ze to do niej nalezy przyszlosci ( aczkolwiek cenie ja i wygodnie mi sie w niej zyje- szkoda by bylo, gdyby upadla). Wydaje sie ze najwiekszym wyzwaniem sa Chiny, ale sa przeciez jeszcze kraje arabskie i islam jako taki ( tam ludzie tez wierza ze juz wkrotce na calej ziemi nie bedzie demokracji tylko szariat, czyli tak jak mialo byc). Zazdroszcze ludzim, ktorzy juz wiedza ze Chiny padna, albo przeciwnie ze beda rzadzic swiatem. Nie jestem, a chcialbymi wiele bym dal by byc Nostradamusem i juz to wiedziec ! :)

      • Liniowa koncepcja dziejów? Gdzieżby. Po prostu uważam, że przekonanie, iż jakieś tajemnicze siły kulturowe sprawiają, że Chińczycy jako naród niezdolni są do demokracji, jest naiwne. Nasi „zakorzenieni demokratycznie” opozycjoniści też nie wierzyli, że przyjdzie im jeszcze żyć w wolnym kraju – a przyszło. Sto lat temu wizja demokratycznych wyborów dla większości Europejczyków była niedościgłym marzeniem. Dziś to norma. Dopiero po II wojnie kobiety mogły głosować w wyborach we Francji – czy to znaczy, że wcześniej brakowało im „WIELKIEJ determinacji”? Albo, że im się głos nie należy, bo nawet w demokracji ateńskiej nie było dla nich miejsca? Nie dajmy się zaczadzić miazmatom przeszłości. Ani my, ani Chińczycy. A co będzie za lat sto czy tysiąc, to nikt nie wymyśli.

Pozostaw odpowiedź