BLOGOSFERA

„Przekrój”: CHRL – PODRÓBKA POTĘGI

800px-Bank_of_JilinChińska Republika Ludowa obchodzi właśnie 60. rocznicę wejścia na drogę komunizmu. Coraz częściej słychać, że jubilat wkrótce stanie się największym supermocarstwem. Jak w każdej plotce, tak i w tej jest sporo przesady

Każdego ranka o siódmej budzi mnie kanonada młotów pneumatycznych. Nawet w niedzielę. 200 metrów od okna mojej sypialni na warszawskich Szczęśliwicach rośnie jak na drożdżach blok mieszkalny. Buduje go chińska firma rękoma chińskich robotników. Spotykam ich czasem w Żabce, gdy kupują piwo i papierosy. Jak na nich patrzę – nieśmiałe spojrzenia i drobne ciała – trudno mi uwierzyć, że to oni produkują ten cały łomot, przez który od paru miesięcy nie muszę nastawiać budzika, oraz że przyjechali z kraju, który ma wkrótce przejąć panowanie nad światem.

W 1997 roku w badaniu instytutu Horizon Group jedna trzecia pytanych Chińczyków jako największą światową potęgę wskazała USA. Chiny otrzymały 13 procent głosów. Gdy Horizon powtórzył sondaż 10 lat później, okazało się, że już połowa obywateli Państwa Środka jest przekonana o tym, że to ich ojczyzna rozdaje karty w światowej polityce. To przekonanie podziela wielu ludzi na całym świecie. Po demonstracji siły i bogactwa, jaką były obchody 60. urodzin Chińskiej Republiki Ludowej, zwolenników tej rozbudzającej wyobraźnię tezy zapewne jeszcze przybędzie. Ale przekonanie o tym, że drobni, grzeczni klienci Żabki i prawie półtora miliarda ich ziomków są na ostatniej prostej do globalnej supremacji, zbudowane jest na mitach. Za to powody, żeby w taki scenariusz nie wierzyć, są konkretne i oparte na faktach. Oto one:

(Powód pierwszy: chińskie PKB jest sztucznie napompowane)

Chiny są dziś po USA drugą gospodarką świata. Przed miesiącem Chińczycy zdetronizowali Niemców i zostali królami światowego eksportu. Ich rezerwy walutowe przekroczyły dwa biliony dolarów. 37 chińskich firm znajduje się na liście 500 największych korporacji miesięcznika „Forbes” (10 lat temu było ich sześć). W XXI wieku chińska gospodarka wzrasta rokrocznie o 10 procent, czyli trzy razy szybciej od amerykańskiej. Według niektórych prognoz ChRL wyprzedzi USA pod względem rozmiaru gospodarki już w 2015 roku. Jest jednak kilka istotnych wątpliwości. Rzeczone prognozy bazują na wyliczeniach produktu krajowego brutto (PKB) zmodyfikowanego o parytet siły nabywczej, co faworyzuje kraje słabo rozwinięte, w których podstawowe produkty i usługi są tanie. Jeśli PKB potraktujemy nominalnie, jego wartość w Chinach spada z około ośmiu bilionów dolarów do trzech (w USA niezależnie od metody kalkulacji wynosi około 14 bilionów dolarów). Mówiąc po ludzku: Chińczycy szybko gonią Amerykanów, jeśli wziąć pod uwagę, ile porcji cienkiej zupki czy pirackich DVD mogą za swoje pensje kupić na miejscu, w Chinach, albo jak często stać ich na wizytę u fryzjera. Ale gdy skupimy się na światowym obrocie energią, surowcami naturalnymi, najnowocześniejszą technologią, bronią i badaniami naukowymi – czyli „dobrami”, które w nieporównywalnie większym stopniu niż zupka, fryzjer i DVD decydują o rozwoju – przewaga USA jest kolosalna (14 do 3 w bilionach dolarów) i będzie topnieć bardzo wolno.

Ponadto eksport – siła napędowa chińskiej gospodarki, generująca dwie piąte PKB – jest też jej największą słabością. Staje się ona od niego zależna, a przez to wrażliwa na światowe załamania. W tym roku chiński eksport zmniejszył się o 26 procent. Chiny bardziej niż faktyczną potęgą gospodarczą są dziś największą światową manufakturą, wypożyczalnią robotników po śmiesznie niskich cenach (coraz częściej tę usługę oferują również poza swoimi granicami, stąd budowa pod moim oknem).

Ponadto nadwyżkę handlową lokują w amerykańskich obligacjach (choć ostatnio zaczynają od tego odchodzić). Jej spieniężenie oznaczałoby potężne osłabienie dolara, co za tym idzie – gospodarki USA. Taki cios w USA byłby ciosem w największy rynek zbytu chińskich produktów, czyli działaniem na własną szkodę. To sprawia, że dwubilionowa rezerwa jest w dużej mierze papierowa, a o potędze nie decydują przecież nadwyżki w księgowych zestawieniach.

(Powód drugi: w Chinach bulgoce wulkan biedy)
Rozmiar chińskiej gospodarki wynika przede wszystkim z potężnych zasobów siły roboczej. W Chinach żyje dziś 1,3 miliarda ludzi – ponad cztery razy więcej niż w USA.
Gdy przeliczymy PKB na głowę mieszkańca, okaże się, że w Stanach wynosi ono 47 tysięcy dolarów, a w Chinach niecałe trzy tysiące. – Państwo nie staje się ani bogate, ani potężne przez sumowanie miliarda biednych obywateli – pisze na łamach „Foreign Affairs” Josef Joffe z Uniwersytetu Stanforda.

„Korporacyjny leninizm” – jak chiński model polityczno-gospodarczy nazywa Will Hutton, brytyjski znawca Chin, redaktor naczelny tygodnika „The Observer” – wyprowadził co prawda z nędzy 200 milionów Chińczyków. Co więcej, produkuje dziesiątki milionów już nie tylko posłusznych, ale również bardzo zadowolonych obywateli. Ośrodek badawczy Euromonitor szacuje rozmiar chińskiej klasy średniej na blisko 80 milionów ludzi. Co więksi entuzjaści mówią nawet o 200 milionach.

Obywatel względnie zamożny mieszka w szklanym apartamentowcu, gra na giełdzie, jada w dobrych restauracjach i się nie awanturuje. Skąd więc 70 tysięcy przypadków „zorganizowanego cywilnego nieposłuszeństwa” co roku odnotowywanych przez chińską policję? Z biedy. Według oficjalnych chińskich statystyk połowa gospodarstw domowych żyje za mniej niż tysiąc dolarów rocznie (trzy dolary dziennie). Bank Światowy mówi o 207 milionach ludzi wegetujących za mniej niż 1,25 dolara dziennie. To tak, jakby 80 milionów obywateli Unii Europejskiej – czyli na przykład wszyscy Niemcy – utrzymywało się z poletka ryżu i kapusty, bez bieżącej wody, kanalizacji, służby zdrowia czy jakiejkolwiek opieki socjalnej. Czy wówczas postrzegalibyśmy UE jako gospodarczą potęgę prężnie zmierzającą ku świetlanej przyszłości? Frustracja rolniczych prowincji jak Shandong czy Henan rośnie szybciej niż zadowolenie mieszkańców metropolii. Wybitny znawca tematu, profesor David Shambaugh, szef chińskiego instytutu na Uniwersytecie Jerzego Waszyngtona, nazywa to „rewolucją rosnących oczekiwań”. Poza aspiracjami narodowościowymi Tybetańczyków i Ujgurów postępujące rozwarstwienie jest dla władzy największym wyzwaniem. Chińskie społeczeństwo jest też – w przeciwieństwie do amerykańskiego – coraz starsze. W 2050 roku na garnuszku kurczącej się części populacji w wieku produkcyjnym będzie ponad 300 milionów emerytów.

Aby uniknąć społecznego huraganu, władze będą musiały zmodyfikować obecny model rozwoju. Partia przez ostatnie dekady pokazała, że umie ukręcać łby problemom, zanim te wymkną się spod kontroli. Tego można spodziewać się i tym razem. Do zredukowania biedy potrzeba rozbudowania systemu opieki społecznej. W warunkach chińskich musiałby on być gigantyczny. Jeśli taki będzie, pochłonie znaczną część PKB i spowolni rozwój. Niemcy – największy do niedawna eksporter świata – na socjal wydają jedną trzecią PKB. Efekt? Średnia stopa wzrostu w ostatnim dziesięcioleciu – 1,5 procent. Tymczasem wizja Chin prześcigających USA w wyścigu ekonomicznym – nawet jeśli damy Chińczykom fory i w obliczaniu PKB uwzględnimy siłę nabywczą (patrz powód pierwszy) – opiera się na założeniu, że uda im się utrzymać dwucyfrowy wzrost gospodarczy.

(Powód trzeci: ChRL przegrywa wyścig zbrojeń)

Nawet jeśli pesymistyczne scenariusze się nie sprawdzą i Chiny bez bólu popędzą ku absolutnej ekonomicznej supremacji, to czy można się spodziewać, że mają szansę zastąpić USA w ich militarnej władzy nad światem?
– Modernizacja chińskiej armii przebiega szybko – mówi Drew Thompson, ekspert od Chin z waszyngtońskiego Centrum Nixona – ale należy pamiętać, z jak niskiego pułapu wystartowała.

Wydatki na zbrojenie w Chinach wzrosły w 2008 roku o 15 procent. W dokach Szanghaju praca wre nieprzerwanie. Ale na razie Chińczycy mają jeden lotniskowiec, a Stany Zjednoczone – 11 (wszystkie o napędzie atomowym). Poza tym amerykańska zbrojeniówka też nie narzeka na brak zleceń. W 2008 roku USA wydały na obronę 711 miliardów dolarów, co stanowi prawie połowę budżetu obronnego całego świata. Chiny dozbrajały się w tym czasie za sześciokrotnie mniejsze pieniądze. Supremacja USA na morzach – a marynarka wojenna jest kluczem do skutecznego prowadzenia wojny w każdym zakątku globu – jest niepodważalna. Z analizy Josefa Joffe’a wynika, że połączone siły morskie Chin, Indii, Japonii, Rosji i Unii Europejskiej nie byłyby zdolne przeprowadzić operacji wojennej dalej niż osiem tysięcy mil od swoich brzegów. W ostatnim dwudziestoleciu USA dokonały tego dwukrotnie w Iraku i raz w Afganistanie.

W światowym wyścigu zbrojeń Waszyngton przypomina Jamajczyka Usaina Bolta na setkę – konkurencja może tylko oglądać jego plecy, gdy bije kolejne rekordy. Tymczasem chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej pod względem wyszkolenia i uzbrojenia daleko nawet do najlepszych we wschodniej Azji sił zbrojnych Japonii.

Pouczający jest też rzut oka na zestawienie krajów pod względem sprzedaży broni – świadczące o technologicznym zaawansowaniu przemysłu zbrojeniowego i jego możliwościach sprostania potrzebom armii w przypadku większego konfliktu. Chiny może i są królem eksportu – dostarczają na światowe rynki dwie trzecie butów, mikrofalówek i połowę odtwarzaczy DVD. Ale w handlu bronią nie mają z USA szans. W latach 2005–2008 amerykańskie koncerny miały 42,6 procent udziału w światowym obrocie bronią przy 2,9 procent udziału producentów zza Wielkiego Muru.

(Powód czwarty: w chińskiej strefie rządzą USA)

Początkiem ekspansji Chin na świat ma być opanowanie najbliższego otoczenia, czyli Azji Południowo-Wschodniej. Ich agresywna polityka w regionie nie zdała egzaminu i skończyła się kryzysem międzynarodowym. Poszło o roponośny archipelag wysp Spratly na Morzu Południowochińskim, do którego prawo poza Chinami rości sobie kilka państw – między innymi Filipiny, Wietnam i Malezja. Gdy Chińczycy próbowali w 1995 roku zająć jedną z wysepek, Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN) zareagowało ostrym wetem. Pekin nie poszedł na konfrontację, co więcej – data ta wyznacza strategiczną zmianę w podejściu do państw regionu. Twardą siłę zastąpiła miękka.

Chiny uruchomiły wielomilionowe programy pomocowe dla Filipin, Laosu czy Indonezji. Tajskich polityków i biznesmenów zapraszają na staże i stypendia, a od tamtejszych rolników skupują nadwyżki żywności. Gdy zakopani po uszy w Iraku i Afganistanie oficjele z Waszyngtonu przestali odwiedzać te strony, Chińczycy posyłali swoich ministrów na wizyty do Tajlandii, Kambodży i Birmy. Działające dziś na całym świecie Instytuty Konfucjusza (jeden z nich mieści się w Krakowie) powstawały najpierw u sąsiadów, tak jak szkoły języka chińskiego przy uniwersytetach w regionie. Gdy Amerykanie zamykali kolejne regionalne rozgłośnie Radia Voice of America, Pekin rozszerzał nadawanie państwowej telewizji CCTV. Gdy Amerykanie zaostrzali przepisy wizowe, Chińczycy je łagodzili. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Dziś Pekin ma z ASEAN umowę o współpracy i obietnicę wspólnego rynku od 2015 roku. Wokół chińskich granic panuje pokój, co ułatwia robienie interesów. Udało się osłabić Japonię i wyizolować Tajwan. Zmieniło się postrzeganie Chin przez społeczeństwa sąsiadów. Większość Malezyjczyków i Filipińczyków widzi dziś w Pekinie szansę, a nie zagrożenie.

Wszystko to nie zmienia faktu, że najistotniejszą siłą w regionie pozostają Stany Zjednoczone. – Opinia, że Chiny wypierają USA z Azji Południowo-Wschodniej, jest grubą przesadą – uważa Drew Thompson z Centrum Nixona. – Kraje regionu są zainteresowane silną amerykańską obecnością z wielu powodów. Po pierwsze: nie chcą utracić na rzecz Chin amerykańskich inwestycji i usilnie o nie zabiegają. Po drugie: boją się, że zostaną przez Chiny gospodarczo skolonizowane. Wreszcie po trzecie: tylko bliskie związki z USA są dla nich gwarantem chińskiej łagodności w sporach terytorialnych na Morzu Południowochińskim. Żadne z tych państw nie jest zainteresowane hegemonią Chin w regionie. Dlatego potrzebują USA.

Osłabienie wpływów Stanów Zjednoczonych wynika bardziej z tego, że to sami Amerykanie z powodu nagromadzenia innych problemów zaniedbali stosunki z azjatyckimi partnerami. Co nie zmienia faktu, że nadal potrafią znaleźć się tam, gdzie trzeba. Między innymi dzięki zwinności US Navy po tsunami w 2004 roku to obecność amerykańskich organizacji pomocowych – z rządowym gigantem USAID na czele – była w dotkniętym regionie najbardziej widoczna i odczuwalna.

(Powód piąty: Chiny nie chcą być hegemonem)
Dla tych, których nie przekonuje żaden z powyższych powodów i którzy chcą wierzyć w mit o chińskiej potędze zbudowany na błyskotliwej obserwacji, że Chińczyków jest dużo i produkują dużo taniego plastiku, mamy powód ostatni, rozstrzygający: rola przewodniego supermocarstwa jest sprzeczna z partyjną strategią rozwoju ChRL.

Architekt „korporacyjnego leninizmu” Deng Xiaoping, który na początku lat 80. zainicjował reformy, miał spójną wizję przyszłości Chin i jasno ją wyrażał. W największym skrócie: pragnął dobrych stosunków z Zachodem i budowy potężnej gospodarki przez kontrolowane uwolnienie rynku. Jako warunek sukcesu wymieniał między innymi wyzbycie się ambicji wielkomocarstwowych. Chiny nie mają przewodzić światu, tylko robić z nim interesy. Brak powodów, aby przypuszczać, że dzisiejsze kierownictwo reżimu z prezydentem Hu Jintao na czele odeszło od doktryny Xiaopinga. Wręcz przeciwnie. Postulat Zbigniew Brzezińskiego, najzagorzalszego adwokata nowego, dwubiegunowego porządku świata – aby grupę G20 zastąpić amerykańsko-chińską G2 – spotyka się niezmiennie z głuchym milczeniem. Chińska dyplomacja ani razu nie wysłała sygnału, że jest zainteresowana sformalizowaniem takiej struktury. Partia demonstruje pragmatyzm. Przy ogromie wyzwań wewnętrznych – etnicznych, społecznych i ekologicznych – niepotrzebna jej odpowiedzialność za świat. Owszem, Chińczycy aktywnie zabiegają o zwiększenie swojej roli w instytucjach międzynarodowych, co ostatnio najlepiej widać na przykładzie Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Chcą mieć większy wpływ na tworzenie zasad, które ich dotyczą, ale to nie oznacza, że szukają nowego paradygmatu na globalny ład i centralną rolę w nim rezerwują dla siebie. To, że Polska skutecznie promuje swojego byłego premiera na stanowisko szefa Parlamentu Europejskiego, nie znaczy przecież, że ma ambicje rządzić Unią.

(Demokracja albo śmierć)
Wielu wieszczów chińskiej supremacji oparcia dla swoich prognoz szuka w niejasnych antropologiczno-historiozoficznych tezach, że na Wschodzie rodzi się „nowy model nowoczesności”, który będzie „fundamentalnie różny od zachodniego” i „na zawsze odmieni świat”. Trudno doczytać się w tej futurologii konkretów.

Bardzo konkretnie i znajomo brzmią za to postulaty sygnatariuszy Karty ’08. Wzorowany na czeskiej Karcie ’77 dokument zainicjowany przed rokiem przez 303 chińskich intelektualistów podpisało już ponad 8 tysięcy dysydentów w kraju i na emigracji. Czego chcą? Wolności słowa, wolnych związków zawodowych, wolnych mediów, niezależnego sądownictwa. Brzmi to jak litania „zachodnich” banałów, której czarowi uległy nieopatrznie liczne społeczeństwa Wschodu: Japończycy, Koreańczycy z południa, a nawet sami Chińczycy – na Tajwanie.
Od dzisiejszych włodarzy Państwa Środka raczej trudno oczekiwać rzeczy niemożliwej, czyli ideowej rewolucji, która zmieniałaby dotychczasowy model funkcjonowania społeczeństwa, unikając zarazem jakiegokolwiek podobieństwa do którejś z wersji demokracji. Aby przed następnym okrągłym jubileuszem nie polec pod nawałnicą piętrzących się społecznych problemów, władza coraz szerzej będzie musiała uchylać drzwi demokratycznym przemianom. Trudno przewidzieć, na ile będzie do tego skłonna.
Jedno jest pewne – nie ma powodów, żeby się bać Chin. Drobni panowie kupujący w Żabce polskie piwo i papierosy nie wyglądają groźnie. A budują dwa razy szybciej i dwa razy taniej niż inni robotnicy. Jeśli tak ma wyglądać chińskie panowanie nad światem, to ja nie mam nic przeciwko temu. Do kanonady młotów o świcie zdążyłem się już przyzwyczaić.

Artykuł ukazał się w czasopiśmie „Przekrój”. Jego autorem jest Maciej Jarkowiec

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Przekrój”: CHRL – PODRÓBKA POTĘGI Reviewed by on 3 grudnia 2009 .

Chińska Republika Ludowa obchodzi właśnie 60. rocznicę wejścia na drogę komunizmu. Coraz częściej słychać, że jubilat wkrótce stanie się największym supermocarstwem. Jak w każdej plotce, tak i w tej jest sporo przesady Każdego ranka o siódmej budzi mnie kanonada młotów pneumatycznych. Nawet w niedzielę. 200 metrów od okna mojej sypialni na warszawskich Szczęśliwicach rośnie jak na drożdżach blok mieszkalny. Buduje go

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

KOMENTARZE: 1

  • Artykuł ciekawy. Do jego wartości merytorycznej zasadniczo nie mam zastrzeżeń poza jednym „ale”. Otóż, cyt. „(…) przewaga USA jest kolosalna (14 do 3 w bilionach dolarów) i będzie topnieć bardzo wolno”.
    Tak, tylko że powyższa relacja jest oparta na oficjalnym, czyli sztucznie zaniżonym kursie yuana. Tak więc, ile wart jest chiński yuan? Najpewniej gdzieś w połowie między wartością nominalną a liczoną wg parytetu siły nabywczej (PPP).
    Zainteresowanych odsyłam do Wikipedii, gdzie znajdują się aktualizowane na bieżąco dane o PKB poszczególnych krajów z trzech miarodajnych źródeł: Banku Światowego, MFW i CIA.

Pozostaw odpowiedź