Chiny

Prof. B. Góralczyk: Wokół chińskiego modelu rozwojowego. W odpowiedzi R. Pyfflowi

panda_china-pngRadek Pyffel poruszył istotne kwestie. Byłem o tym przekonany odkąd jego tekst „Chiny a kryzys demokracji. Czy model chiński zagrozi demokracji?” 10 maja pojawił się na tym portalu (pełna wersja artykułu). Niestety, liczne rozjazdy i inne zobowiązania spowodowały, że reaguję dopiero teraz. Czynię to, bo – tak się składa – już od pewnego czasu naukowo i  publicystycznie zmagam się z tą tematyką.

Nie mam Autorowi oczywiście za złe, choć tekst pierwotnie ukazał się w kwartalniku, iż nie napisał tekstu naukowego. Tym bardziej, że jego wysiłek przyniósł ze sobą bogaty zasób – co zaskakujące, na ogół merytorycznych – wpisów i komentarzy, jednakże trochę takich „od Sasa do lasa”, więc nimi się tutaj nie zajmę. Tekstem inicjującym natomiast zajmę się chętnie, bo aż prosi się o polemikę. Tak jak jest on ważny, tak również nieco nonszalancki. Albowiem napisać artykuł takiej wagi, powołując się tylko na jedno nazwisko, Martina Jacquesa (nie „badacza”, lecz dziennikarza – bądźmy precyzyjni) i jedną opinię anonimowego biznesmena z Hongkongu, to – ujmijmy tak – akt sporej odwagi.

Nie ma konsensusu

Chciałbym się tutaj zająć nie tyle tytułową demokracją, bo to odrębny temat (podobnie jak przenoszenie się centrum gospodarki światowej na Pacyfik), lecz Chinami i tamtejszym powoli kształtującym się modelem rozwojowym. Zgadzam się bowiem z tezą Pyffla, iż: „Największym wyzwaniem dla pogrążonego w kryzysie świta demokratycznego są Chiny”. To one stawią teraz wyzwanie dla Zachodu. W tym kontekście należałoby wiele zagadnień sprecyzować i nieco dodać, bo chyba warto.

Otóż Chińczycy, wbrew opinii Autora, nigdy nie posługiwali się terminem „konsensusu z Pekinu” (Beijing Gongshi). Wynalazł go w maju 2004 r. wykładający na terenie ChRL Amerykanin Joshua C. Ramo, nie za bardzo pojęcie precyzując i nie wyjaśniając, o co chodzi, dając za to w zmian wyraziste przesłanie: Chińczycy odrzucili neoliberalny „konsensus z Waszyngtonu”. Termin chwycił na Zachodzie, gdzie poświęcano mu nawet całe tomy (chyba najważniejszy: Stephena Halpera), podczas gdy Chińczycy nigdy tego pojęcia nie kupili. Już w 2005 r. renomowana Chińska Akademia Nauk Społecznych zorganizowała na temat Beijing Consensus specjalne seminarium, z którego powstał potem po chińsku specjalny tom. Zebrani tam specjaliści (Yu Keping i in.) odrzucili ten koncept jako „nieprzystający do chińskiej rzeczywistości”, a inni z kolei robili tak, gdyż był kreacją zachodnią, a nie rodzimą. Nie ma więc, wbrew temu co pisze Autor, w Chinach kwestii „konsensusu z Pekinu”. Nikt się tam takim pojęciem nie posługuje. Nie posługujmy się i my.

Konsensus, owszem, w Chinach istniał, ale dotyczył czego innego: sformułowanych w 1990 r. przez „ojca reform” Deng Xiaopinga strategicznych celów państwa, ujętych w tzw. konstytucji 28 chińskich ideogramów, z których najgłośniejsza była – trudna do jednoznacznego ujęcia, ale jasna w przesłaniu – formuła taoguang yanghui, a więc skrywania swoich możliwości przy równoczesnej, powolnej budowie statusu mocarstwa. Przez kilkanaście lat mniej więcej do wybuchu na Zachodzie kryzysu 2008 r. nikt tych zasad nie podważał. Zrobił to dopiero Bo Xilai w ub. roku i z hukiem z władz wyleciał.

Pierwszy model – przestarzały

Co się stało? Tu, wydaje się, dotykamy sedna. Otóż, wbrew pozorom, kryzys 2008 r. był poważną cezurą nie tylko dla Zachodu, ale także dla Chin. A to dlatego, że Zachód stanął, a Chiny nadal szybko rosły. Zauważmy: w 2009 r. stały się największym eksporterem, a w lutym br. największym państwem handlującym na świecie; w 2010 r. wyprzedziły Japonię i stały się drugą gospodarką świata (z szansami na bycie wkrótce pierwszą); rozporządzają największymi rezerwami walutowymi na globie, rzędu 3,4 biliona dolarów (to ok. sześć rocznych PKB Polski!); legitymują się ogromnymi sukcesami w infrastrukturze (nowe lotniska, szybka kolej, najdłuższe na świecie mosty, itp.). Teraz szykują światu wyzwanie technologiczne (Lenovo, Huawei, Haier, ZTE, TCL itd., kwestia ziem rzadkich), a nawet w kosmosie (wkrótce obywatel ChRL ma postawić stopę na Księżycu).

Nic dziwnego, że w świetle takich sukcesów na chińskiej scenie wewnętrznej pojawił się ferment, a konsensus wobec strategicznych dyrektyw Deng Xiaopoinga, nakazujących wstrzemięźliwość i skromność, się załamał. Jedni, nazywam ich „marzycielami”, zaczęli mówić o „chińskim śnie” (Zhongguo Meng), który jakoby ma zastąpić – czy tylko w Chinach?- dotychczasowy, mityczny sen amerykański – American Dream. Ci, począwszy od płk Liu Mingfu, który w początkach 2010 r. tę debatę wywołał, są przekonani, że świat wszedł już w „epokę po-amerykańską” (to podtytuł nośnego, a teraz promowanego niczym kiedyś „czerwona książeczka” Mao tomu tego właśnie autora „Chiński sen”). Twierdzą też, że świat jest skazany na chińską dominację, którą jednak będzie inna od amerykańskiej. Nie tyle ma być oparta na sile i mocy militarnej (ba quan), ile na  „dobrym przykładzie” i chińskim wzorcu cywilizacyjnym (wang dao), jak z kolei twierdzi dawny tłumacz Denga, a dziś profesor i guru chińskich salonów mediów Zhang Weiwei.

Inni, z bodaj najbardziej znanym chińskim strategiem gospodarczym prof. Hu Angangiem na czele, nawołują do powrotu do chińskiej tradycji (Guo Qing) i szukania tam inspiracji i rozwiązań na przyszłość. Jeszcze inni – najgłośniejszy jest tu bodajże prof. Chi Fulin – apelują, w odrębnych tomach, o „drugą reformę” (Di er ci gaige), jak brzmi tytuł jednego z jego tomów, bowiem uważają, że „dotychczasowy chiński model rozwojowy jest już nie do utrzymania”.

Tak oto natrafiamy na niezwykle teraz w Chinach żywą, a rozpoczętą mniej więcej trzy lata temu (a więc po 2008 r;) debatę nad „chińskim modelem rozwojowym” (Zhongguo Moshi), na temat którego można już ustawić już całą półeczkę ważnych i mniej ważnych tomów, a co R. Pyffel traktuje nieco „po macoszemu”.

Nie wchodząc w szczegóły, można powiedzieć tak. Przez trzy dekady „epoki reform i otwarcia na świat” (gaige, kaifang) Chiny wypracowały własny model rozwojowy. Chociaż w poszczególnych dekadach taktyczne cele i założenia były nieco inne, ale od 1992 r. gdy Deng Xiaoping, widząc znamienne losy ZSRR, nakazał przerwać reformy realnego socjalizmu i szukać rozwiązań w chińskiej diasporze (tak, Pyffel ma rację, głównie w Singapurze), nowa dyrektywa też była jasna: budować państwowy kapitalizm, ale tak, by – w przeciwieństwie do KPZR – zachować władzę. Tym samym Komunistyczna Partia Chin (KPCh) straciła już doszczętnie wizerunek nadany jej kiedyś przez Mao Zedonga – partii rewolucyjnej. Zamieniła się w zbiorowego Cesarza i partię władzy.

Mimo sporów co do szczegółów, bo przecież nowym mandarynom w Pekinie przyszło budować kapitalizm w komunistycznej otoczce (a my powiadamy: „nie ma trzeciej drogi”!), podstawowe filary własnego modelu rozwojowego były oczywiste. Budowano go na podstawie takich oto założeń wyjściowych:

  • Szybki wzrost, bez względu na koszty uboczne, by państwo szybko rosło w siłę
  • Podstawowy mechanizm napędzający ten wzrost – eksport nade wszystko, wszystkiego i wszystkim, w zależności od potrzeb klientów (do USA i Europy Zachodniej towar najwyższej jakości, do Afryki czy Birmy – podróbki i chłam)
  • Ten eksport był oparty na rozległej i taniej sile roboczej, którą eksploatowano niemiłosiernie niczym w Dickensowskiej Anglii (godne polecenia: kanadyjsko-chińskie filmy dokumentalne „Sfabrykowany krajobraz” i „Chiny w kolorze blue”)
  • Korzystając z wypracowanej jeszcze w XIX stuleciu zasady zhongxue wei ti, xixue wei yong (to, co chińskie, jest istotne, to co zachodnie – wspomagające), jak najbardziej sięgnięto po obce kapitały i rozwiązania, nie naruszające jednak chińskiej esencji, ani nie dopuszczające tych kapitałów do najbardziej newralgicznych sektorów.

Niewygodna prawda jest więc również taka, że Zachód także przyczynił się do obecnych chińskich sukcesów, po pierwsze tam inwestując, a pod drugie kupując towary stamtąd pochodzące. Kiedy więc na Zachodzie pojawił się kryzys, Chińczycy stanęli na rozdrożu. Możliwości eksportowe zmniejszyły się, a tanie Chiny też się kończą (to tytuł ważnej książki ożenionego z Chinką i przebywającego głównie w ChRL Saun Reina). Stąd wspomniana debata o Zhongguo Moshi. Podjęto ją z jednej strony z racji – trochę lepiej znanej i nam, również z autopsji – sytuacji na światowych rynkach, ale w nie mniejszym stopniu z racji uwarunkowań wewnętrznych w Chinach. Faza szybkiego, 10-procentowego wzrostu, nazywana przez Chi Fulina „fazą przetrwania” niosła ze sobą potężne skutki uboczne i niemałe koszty. Najważniejsze z nich, to:

  • Uwłaszczenie nomenklatury spod znaku KPCh i powszechna korupcja
  • Gwałtowne rozwarstwienie społeczne (współczynnik Gini wyższy niż w USA!)
  • Zniszczone środowisko naturalne (pamiętamy smog w Pekinie z początków tego roku)
  • Stratyfikacja regionalna, z bogatym wybrzeżem i biednym interiorem.

Chiny u progu „drugiej reformy”

Te i inne przyczyny skłaniają do debaty nt. nowego modelu rozwojowego i fazy „zrównoważonego rozwoju”. Jeśli wierzyć krążącym po salonach Pekinu przeciekom, to nowy pakiet reformatorski już szykuje nowy premier, świetnie wykształcony technokrata Li Keqiang. Nie wiemy, co przedstawi, ponoć jeszcze w tym roku (ponownie, jak kiedyś Deng w grudniu 1978 r., na trzecim plenum KPCh, co miałoby ogromny wydźwięk symboliczny), ale z enuncjacji chińskich naukowców już mniej więcej wiadomo, czego należy się spodziewać.

  • Szybki wzrost ma być zastąpiony wzrostem „zrównoważonym”
  • Zamiast eksportu podstawowym motorem napędzającym rozwój ma być konsumpcja wewnętrzna
  • Musi być odbudowana, wcześniej dokumentnie zniszczona, sieć świadczeń socjalnych (renty, emerytury, podstawowa opieka zdrowotna i podstawowe szkolnictwo)
  • Niszczone dotychczas środowisko ma być zastąpione „zieloną”, a nawet „bezwęglową gospodarką”
  • Chiny mają przejść w fazę innowacyjną.

Innymi słowy, ilość ma być zamieniana na jakość, a równocześnie – poprzez powrót do zaproponowanej jeszcze w 2001 r. przez ówczesnego szefa partii Jiang Zemina koncepcji xiaokang shehui, „umiarkowanego dobrobytu” – proponuje się szybki wzrost dochodów obywateli, ich podwojenie w okresie 2012-2020. Czyli: dotychczas bogate miało być tylko państwo, a teraz – względnie bogaci mają się czuć także jego obywatele. Bo tylko tacy dają gwarancję „społeczeństwa opartego na konsumpcji”.

Czy taki zabieg się powiedzie? Czy to jest możliwe? Tutaj dotykamy drugiego kluczowego zagadnienia poruszonego przez R. Pyffla i też – podobnie jak kwestia chińskiego modelu rozwojowego – zarysowanego w jego tekście zbyt powierzchownie, a mianowicie jakości rządzących elit i ich skuteczności. Nie jest bowiem do końca prawdą, że tamtejszy system władzy jest „nieprzejrzysty”. Coś jednak o nim wiemy.

Tu raz jeszcze kłania się wizjoner Deng Xiaoping. Już w początkach reform zaproponował on system rotacji i doboru kierowniczych kadr. Jak to w Chinach, nie nazywając rzeczy po imieniu, w istocie wrócił do konfucjańskich jeszcze zasad budowy merytokracji, a więc rządów oświeconych elit, czerpiących legitymizację z jakości swych rządów. W miarę upływu czasu wypracowano cały system, który obecnie wygląda tak:

  • Każda nowa generacja przywódców może sprawować władzę na najwyższych stanowiskach w państwie nie dłużej niż przez dwie 5-letnie kadencje (potem znika z życia publicznego, nie pisząc pamiętników i nie debatując w mediach, pojawiając się jedynie przy okazjach ceremonialnych)
  • Limit wieku objęcia najwyższych stanowisk: 68 lat
  • Chcąc wspiąć się na najwyższe szczeble – o czym Pyffel wspomina, przywołując przypadek Xi Jinpinga – trzeba wcześniej wykazać się umiejętnościami zarządzania na niższym szczeblu (prowincja, duże miasto itp.), przez minimum dwie kadencje
  • Każda nowa generacja ma być młodsza i lepiej wykształcona (Li Keqiang ma nie tylko doktorat z ekonomii, ale też – jako pierwszy premier w ChRL – płynnie mówi po angielsku).

Wystarczy to zestawić z naszym realiami – z Wiejskiej i studiów telewizyjnych – by mieć jasność przynajmniej co do jednego: my myślimy na krótki dystans, oni na długi; demokracja zmusza do patrzenia na bieżące sondaże, chińska autokracja, gwarantująca stabilność stanowisk, każe myśleć długoterminowo, na dziesięciolecia do przodu. Czy tym samym nasz los jest przesądzony, a pytanie tytułowe tekstu R. Pyffla jest w istocie retoryczne?

Legitymacja władz, a legitymacja nowego supermocarstwa

Autor, szczęśliwie, jest ostrożny. Niczego nie przesądza, sporządzając inwentarz chińskich zalet i wad. To właściwe podejście. Dodałbym do tego – na zakończenie – jeszcze dwie, moim zdaniem kluczowe kwestie. Pierwsza to legitymizacja władz, bo co do tego istnieje na Zachodzie, w tym u nas, spore pomieszanie pojęć, a R. Pyffel znowu jedynie kwestii dotyka, niestety jej nie rozwijając. Błądzi zresztą, pisząc o jakiejś „wielkiej restauracji narodu chińskiego” i mieszając to z kwestią „chińskiego snu”.

Otóż sprawa jest o wiele poważniejsza. Nawiązał do tego na zakończenie swych rządów poprzedni szef Partii, Hu Jintao. Wspomniał o „bezprecedensowych szansach i wyzwaniach” przed Chinami. Wyzwania pobieżnie już znamy, a szanse? Są dwie podstawowe. Pierwsza jest taka, że pod rządami „piątej generacji przywódców” (Xi Jinping, Li Keqiang), do lat 2022/23 Chiny mogą wyprzedzić Stany Zjednoczone i stać się pierwszą gospodarką na globie. Druga wiąże się z promowanym ostatnio hasłem „wielkiego r e n e s a n s u narodu chińskiego” (Zhonghua minzu weida de fuxing), dopiero trzeciego takiego w chińskich dziejach (pierwszy to dynastia Han II w. p.n.e. – II w. n.e., drugi dynastia Tang – 6-8 stulecie). Jednym z kluczowych elementów tego „renesansu” jest nic innego, jak „pokojowe zjednoczenie z Tajwanem” (szerzej zob. np. Waldemar Dziak i Krzysztof Gawlikowski w niedawno wydanym przez ISP PAN tomie Chiny w XXI wieku. Perspektywy rozwoju). Nie trzeba chyba dodawać, że oba te zbożne cele władz w Pekinie mają wielką społeczną aprobatę i silne umocowanie w chińskim Internecie. Chiński nacjonalizm, często z utylitarnych celów podsycany przez władze, wyraźnie rośnie w siłę.

Nie jest to przesłanie dobre – ani dla Chin, ani dla świata. Albowiem, jak się wydaje, kto wie, czy nie największym wyzwaniem, przed którym stoją teraz Chiny, a o czym milczą zarówno tamtejsi naukowcy, jak władze, jest fakt, iż w tamtejszym społeczeństwie panuje chaos mentalny. Poprzedni rewolucyjny totalitaryzm epoki Mao zastąpił zimny, wyrachowany cynizm i kult mamony (baijinzhuyi) epoki Denga. System wartości jest rozchwiany, a chiński, specyficzny model nie jest łatwy do wzięcia (wbrew temu co pisze R. Pyffel, także np. w Afryce; wystarczy spojrzeć do właśnie wydanej u nas, cennej, a mocno krytycznej wobec Chińczyków książki dwóch hiszpańskich dziennikarzy J. Cardenala i H. Araujo Podbój świata po chińsku).

Nie będzie atrakcyjne na zewnątrz supermocarstwo, które nie poradziło sobie do końca ze swoją najnowszą historią. Tymczasem rządy tej samej dynastii, spod znaku KPCh, sprawiają, że wiele bolesnych kart – „wielki skok”, „rewolucja kulturalna”, czy Plac Tiananmen w 1989 roku, to tematy tabu. Zły to prognostyk, a jeszcze gorsze jest to, że właśnie w czasach totalitaryzmu, a potem dyktatury chińskie społeczeństwo zostało zainfekowane. Czym?

Warto odwołać się do ustaleń Franka Dikkötera, autora cennego tomu o wielkim głodzie po „wielkim skoku”. Otóż właśnie od tamtej pory, od „wielkiego skoku” (jeśli nie wcześniej) Chińczycy, chcąc przetrwać w trudnych warunkach, oszukują, korumpują, przekupują, kłamią, kopią pod sobą dołki, nie widzą nic zdrożnego w tym, jak tu przechytrzyć jeden drugiego, byleby tylko przetrwać i wyjść na swoje (wcześniej ze strachu, teraz ze względu na biznesowe kalkulacje). Wiele się w Chinach od tamtej pory zmieniło, ale nie to. Rządzące elity, jak widzimy, są dobrze przygotowywane, natomiast społeczeństwo, co uświadamiamy sobie o wiele słabiej, bez obcowania z nim, wymaga jeszcze ogromnych wysiłków i przekształceń, by nadać mu znamiona tego, co nazywamy na Zachodzie społeczeństwem obywatelskim, odpowiedzialnym i nie postępującym zgodnie z zasadą „człowiek człowiekowi wilkiem” (że tak jest – proszę dokładnie wczytać się w noblistę Mo Yana, szczególnie w jego tom Obfite piersi, krągłe biodra).

Bez takiego zabiegu, śmiem twierdzić, Chiny naprawdę demokracji nie zagrożą. Najpierw muszą poradzić sobie same z sobą, zmienić model rozwojowy, bowiem kontynuacja poprzedniego, tak skutecznego, grozi otwartym społecznym wybuchem, a przy tym nadać nieco więcej podmiotowości obywatelom, jeśli naprawdę chcą być społeczeństwem innowacyjnym. Bez wolności nie ma innowacyjności. Dopiero potem będą mogły pogrążyć się w „chińskim śnie” o dominacji. Jeśli bowiem sekwencję zdarzeń odwrócą, a są tego symptomy, mogą przegrać, a my – ze względu na ich skalę – razem z nimi.

Autor – profesor w Centrum Europejskim UW, b. ambasador w państwach Azji, ostatnio wydał o Chinach tom Chiński Feniks. Paradoksy wschodzącego mocarstwa oraz Przebudzenie smoka. Powrót Chin na scenę globalną.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Prof. B. Góralczyk: Wokół chińskiego modelu rozwojowego. W odpowiedzi R. Pyfflowi Reviewed by on 1 czerwca 2013 .

Radek Pyffel poruszył istotne kwestie. Byłem o tym przekonany odkąd jego tekst „Chiny a kryzys demokracji. Czy model chiński zagrozi demokracji?” 10 maja pojawił się na tym portalu (pełna wersja artykułu). Niestety, liczne rozjazdy i inne zobowiązania spowodowały, że reaguję dopiero teraz. Czynię to, bo – tak się składa – już od pewnego czasu naukowo

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 8

  • Np. próbowali stworzyć bazy dla przyszłej rewolucji islamskiej w Ameryce Łacińskiej.

  • W w zankomitej więksozści podzielam Pana punkt widzenia. Mam tylko jedną uwagę. Infiltracja idzie w obu kierunkach. Iran, Rosja i Chiny tak samo infiltrują Zachód. Nawet niezbyt duży Iran, w porównaniu z wymienionymi krajami olbrzymie pieniądze przeznacza na swoją obecność w częściach świata bardzo odległych geograficznie jak i cywilizacyjnie od szyickiego islamu. N

  • Przyjemnie się czyta Państwa artykuły, ale jedno mnie boli. Chodzi o „demokrację”.

    Jeśli już obaj Panowie posługują się terminem „demokracja”, to wypadałoby najpierw zdefiniować pojęcie „demokracji”, a następnie przeanalizować jej realne istnienie w poszczególnych krajach Zachodu. np. w Szwajcarii jest demokracja bezpośrednia (referenda, decentralizacja), w wielu krajach termin „demokracja” ogranicza się do mniej lub bardziej fasadowej instytutucji wyborów. Na przykład w USA – czołowej demokracji zachodu – rząd bez pytania obywateli w sposób nielegalny wszczyna wojny, a program prezydenta w kampanii wyborczej zostaje sprowadzony do jednego słowa – „zmiana”. Wyborcy myśleli, że np. będzie to koniec wojen Busha. Przeliczyli się. Jak widać wojna to za poważna sprawa by zostawić ją ludowi. A system bankowy? Też :). Jest wyboczy show.

    W Europie panuje wolność słowa (element demokracji), o ile nie powie się rzeczy nieodpowiednich, a co jest nieodpowiednie, to określa się zwykle odgórnie, np. kilka lat więzienia grozi historykowi niedoszacowującemu liczbę ofiar Holokausu. Nie wiem czy Szanowni Panowie za demokratyczną uważają Unię Europejską, której organizatorzy traktat lizboński forsowali do skutku mimo porażki w kilku krajowych referendach. Taki drobiazg (ale symptomatyczny) jak zakaz sprzedaży żarówek – kto? jak to wprowadził? Czy procedury wprowadzenia takiego zakazu, pod względem demokratyzacji, nie są identyczne jak w Chinach?

    A w Polsce? Czy skasowanie biznesu Romanowi Klusce i tysiącom podobnych, to jest demokracja? To nawet nie jest państwo prawa!

    Jeśli elity chińskich władz mają wystarczająco dużo cynizmu i pogardy dla własnej ludności, to też wprowadzą demokrację jak u nas. Będą dyskretnie kontrolowane dwie główne partie do wyboru (wentyl bezpieczeństwa i ułuda demokracji), korporacyjne media (100 tytułów, a jakże!), bank centralny (arcyważne – kręgoslup władzy), służby specjalne i współpracująca z nimi mafia – można nawet znieść karę śmierci, bo w istotnych interesach to oni wykonują wyroki.

    Panu Góralczykowi chciałbym jeszcze zwrócić uwagę, że kompletną ułudą jest liczenie na „rozliczenia” z przeszłością w zachodniej demokracji. Ani winy wobec innych narodów ani wobec własnego nie muszą być w zachodniej „demokracji” rozliczane. Przykłady? Taka demokracja panuje w Japonii – Japonia nie rozlicza się ze zbrodni II Wojny. Taka demokracja panuje w Polsce – ostatnio działacze NOP zakłocili wykład sowieckiego oficera politycznego z II Wojny, stalinistę. Kto został potępiony? Stalinista czy ci działacze? To jak u nas padła „komuna”? Natomiast to polskie kajanie i rozliczanie jakie ma miejsce obecnie, jest ściśle wyreżyserowane i prowadzone wg. obcego scenariusza. Nie będę rozwjał tego tematu.

    Demokracja to piękna rzecz i warto do niej dążyć mając na uwadze niedoskonałości świata. Niestety 99% medialnego słowotoku nt. „demokracji” to jest po prostu bełkot i hikpokryzja. Oligarchom rządzącym Zachodem „demokracja” jest potrzebna by infiltrować takie kraje jak Rosja, Iran i Chiny. Paradoksalne, poluzowanie śrubki społeczeństwom tych krajów przez ich władze może otworzyć drogę penetracji różnym „organizacjom pozarządowym”, „rynkom” itp. Skutkiem tego najgłośniejsi „demokratyzatorzy” poprzez swoje agresywne zachowanie niszczą poziom demokracji na świecie. O zagrożeniu tego typu penetracją pisał np. chiński autor Song Hongbing w „Wojnie o pieniądz” – jest polskie tłumaczenie tej książki.

    • Są mylone dwa pojęcia – demokracja i państwo prawa.
      Chiny nie są ani demokratyczne, ani nie są państwem prawa w rozumieniu zachodnim.
      Kajzerowskie Niemcy były państwem prawa, ale już nie demokratycznym.
      ChRL zapewne będą dążyć do wprowadzania państwa prawa, do demokracji – wątpię.

      Demokracja to po prostu rządy większości. Większość niekoniecznie wie lepiej. Najczęściej nie wie nic.
      Natomiast od dobrego prawa, jego przestrzegania przez obywateli i egzekucji przez aparat przymusu zależy sprawność funkcjonowania społeczeństwa, gospodarki, państwa.
      Zresztą Pan wute z racji wykształcenia wie to sto razy lepiej ode mnie.
      Co do pozostałych wątków poruszonych przez komentatora Groch, to zapewne byłby to ciekawy temat na dyskusję, ale nie dot. one nawet pośrednio Azji, a już kiedyś prof. Góralczyk określił je stwierdzeniem „od sasa do lasa”.

      • Avatar wute

        „Demokracja to po prostu rządy większości”

        Obawiam się, że to stwierdzenie jest coraz mniej aktualne. W obecnych państwach demokratycznych większość wypowiada się raz na kilka lat. A potem Ci, którym dano mandat mogą robić co chcą bez oglądania się na większość, byle media skutecznie wmawiały, że rządzący postępują zgodnie z wolą wyborców. Klasycznym przykładem jest polityka zagraniczna USA. Zmieniono białego prezydenta na czarnego, tak hołubionego w Europie i wszystko gra.
        Proszę mi powiedzieć czym się różni polityka zagraniczna Busha, tak znienawidzonego od tak uwielbianego Obamy.
        Czasami jednak te głupie społeczeństwo nie chcą podążać drogą wytyczoną przez mądre elity. Więc co się dzieje ?
        Pan Groch podał przykład Lizbony. Zabiera się społeczeństwu wyborczą zabawkę i samemu się decyduje.

      • Avatar MG

        Akurat polityka zagraniczna jest aspektem, w której politycy mają dużą swobodę działania.
        W wielu krajach jak Polska czy USA zainteresowanie sprawami zagranicznymi w społeczeństwie jest niewielkie, więc również ewentualny nacisk społeczny (przeciwnie do np. podnoszenia wieku emerytalnego) jest mały.
        Być może stąd też wynika niechęć urzędników ministerstwa do takich inicjatyw jak CSPA, są przecież przyzwyczajeni że nikt im na ręce nie patrzy i „wtrącanie się” ich irytuje.

        Obserwuję od pewnego czasu rosnącą popularność, również na CSPA, dwóch przeciwstawnych tez: jednej, mówiącej że rządzą elity wykorzystując media do PRu i generalnie z głosem społecznym się nie liczą oraz drugiej, mówiącej że politycy kierują się wyłącznie sondażami, mają krótkoterminową perspektywę.
        Być może prawda leży gdzieś pośrodku. To znaczy, w kwestiach istotnych z punktu widzenia państwa, ale mało interesujących dla większości społeczeństwa elity kierują się głównie własnymi zamiarami. W kwestiach społecznych, które wywołują emocje społeczne, kalkulacje zależą głównie od sondaży, nastrojów.
        Zapomina się również o jednej kwestii: im większe zadłużenie tym większe uzależnienie od pożyczkodawców.
        Pożyczkodawcy zagraniczni mają więc czasem więcej wpływu na politykę, niż wyborcy (Grecja), gdyż to oni decydują ile będzie kosztowała budżet obsługa długu publicznego.

        Polityka zagraniczna za Busha i za Obamy różni jedynie retoryka, natomiast w zakresie praktyki różnice są mniejsze. USA w polityce bliskowschodniej dalej kieruje się interesem Izraela (w mniejszym stopniu), choć działania w Afryce Północnej są nie tylko sprzeczne z interesem Izraela, ale w ogóle wbrew zdrowemu rozsądkowi (chyba, że kryje się tam nieznane drugie dno). Obama przerzucił również swoje zainteresowanie z Europy na Pacyfik co ma być dostosowaniem się zmieniających się realiów.

        Elity są lepszy lub gorsze, społeczeństwa mądrzejsze lub głupsze, ale przynajmniej w założeniu elity to najlepsze jednostki ze społeczeństwa. Czasami decyzja musi być podjęta wbrew społeczeństwu: czy sprzeciw 70% Polaków wobec GMO (z jakiegoś sondażu) ma być podstawą, żeby zakazać GMO w Polsce ?
        A z bardziej banalnych przypadków: większość wyborców jest za obniżką obciążeń fiskalnych przy jednoczesnym wzroście wydatków. Jakie byłyby konsekwencje wie każdy.
        Jeśli chodzi o Lizbonę i w ogóle UE to elity europejskie są znacznie bardziej „euroentuzjastyczne” niż wyborcy stąd referenda są traktowane jako zło konieczne. Taka arogancja wywołuje słuszny sprzeciw, ale z drugiej strony czy demokracja bezpośrednia to na pewno słuszny ustrój.

        W Chinach władza „wie lepiej”, wynika z tego wiele patologii, ale Chińczykom lepiej wiodłoby się gdyby decydowali tzw. zwykli Chińczycy ?
        W 1989 na Tiananmen protestowano przeciwko opresyjności władzy, ale również przeciwko reformom.
        Może gdyby tam opozycja przejęła władzę i wprowadzono „demokrację” to Chiny byłyby w innym miejscu niż teraz, pogrążone w chaosie i bezrobociu z strategicznymi sektorami w rękach zagranicznego kapitału (jak w Polsce).
        Wtedy rozmowa Obamy z chińskim przywódcą w Kalifornii wyglądałaby zupełnie inaczej.
        A czy lepiej wiedzie się Indusom, gdzie nadal 1/4 wyborców nie potrafi czytać i pisać, a następna 1/4 zapewne nauczyła się jedynie elementarnych umiejętności ? Gdzie wybory wygrywa polityk ponieważ należy do tej samej kasty, wyznaje tę samą religię…
        Wracając jeszcze do polskiego podwórka to wpływ wyborców na polityków jest raczej szkodliwy niż pożyteczny.
        Jest skoncentrowany na żądaniach podwyższania płac (w przypadku budżetówki), utrzymania przywilejów emerytalnych. Jak było z postulatami Sierpnia 80 ? W skrócie mniej pracować, więcej dostawać.
        Przeciwko wysprzedaży banków kapitałowi zagranicznemu masowo protestów nie było, polityka zagraniczna większości nie interesuje, natomiast protestuje się przeciwko obniżaniu wieku szkolnego.

  • @ p. prof. Góralczyk
    „Nie będzie atrakcyjne na zewnątrz supermocarstwo, które nie poradziło sobie do końca ze swoją najnowszą historią.
    Rządzące elity, jak widzimy, są dobrze przygotowywane, natomiast społeczeństwo, co uświadamiamy sobie o wiele słabiej, bez obcowania z nim, wymaga jeszcze ogromnych wysiłków i przekształceń, by nadać mu znamiona tego, co nazywamy na Zachodzie społeczeństwem obywatelskim, odpowiedzialnym i nie postępującym zgodnie z zasadą „człowiek człowiekowi wilkiem”
    Bez takiego zabiegu, śmiem twierdzić, Chiny naprawdę demokracji nie zagrożą. ”

    Czy nie zagrożą ?
    To jest dyskusyjne. Historia zna wiele przykładów kiedy wielkie społeczeństwa zostawały podbite, przez te o znacznie niższym
    stopniu rozwoju, które nie były społeczeństwami obywatelskimi, lecz takimi do których bardziej by pasowało określenie
    „człowiek człowiekowi wilkiem”. Choćby same Chiny, które padły ofiarą podbojów, najpierw koczowniczych Mongołów a potem
    półkoczowniczych Mandżurów.
    O wyniku starcia pomiędzy chińskim modelem a demokracją, reprezentowaną przez cywilizację zachodnią zadecyduje nie tylko
    siła i potencjał Chin, ale także kondycja demokracji. Jak pisałem poprzednio w Europie następuje odwrót od demokracji. Ona
    jest zastępowana przez gorszy system, który z swoim typie jest oligarchią, a w formie mediokracją.
    Rozwój Europy zaczyna przypominać dzieje pierwszej Rzeczypospolitej. Po złotym wieku, kiedy rządząca watstwa
    charakteryzowała się wielką innowacyjnością w urządzaniu państwa, przyszedł wiek srebrny, stabilizacji a potem stagnacji.
    Ostatecznie państwo stało się państwem oligarchicznym rozdzieranym przez interesy możnych przy zachowaniu formy
    demokracji. Dokładnie w tym samym kierunku idzie Europa, dlatego też być może to starcie będzie próba pomiędzy
    autokracją a oligarchią.

  • Profesor zwrócił uwagę, na to co zazwyczaj pomija się przy analizie społeczeństwa chińskiego, na problemy mentalne.
    Ja również uważam, że dany kraj może „zawojować świat”, wtedy gdy jego model będzie atrakcyjny dla innych. Tutaj
    pouczającym przykładem jest Związek Sowiecki, który mimo intensywnej samoreklamy skończył jako bankrut, ponieważ
    nic nie miał do zaproponowania ludzkości.
    Chiny to oczywiście nie Związek Sowiecki, mają realne i znaczące sukcesy gospodarcze, ale to nie wystarczy. Żeby stać
    się realnym światowym liderem, trzeba mieć taki model, który będzie wzorem do naśladowania przez innych.
    Czy takim modelem jest model, w którym np. cenzuruje się internet, w dobie powszechnej wymiany informacji ?

Pozostaw odpowiedź