BLOGOSFERA

„Poznaj Świat”: W kraju Tamilów

Planowanie podróży po Indiach to zadanie karkołomne. Nie jest możliwe zobaczenie wszystkiego, co interesuje w czasie jednej wyprawy, choćby trwała rok. Na pierwszy raz dobra jest kombinacja standardów z czymś mniej znanym, na przykład surowym Tamil Nadu.
Meister_des_Razm-Nâma-Manuskripts_001
„Jedność w różnorodności” to zwycięski slogan reklamowy wybrany w 1974 roku, przy okazji obchodów pięćdziesięciolecia uzyskania przez Indie niepodległości. Slogan pełen optymizmu i dumy, charakteryzującej na całym świecie rocznicowe obrzędy.

Co do różnorodności trudno się w przypadku tego kraju nie zgodzić. Jest tak ogromna, że każda kolejna podróż, nawet w te same miejsca, to wyprawa w nieznane. Z jednością bywało i bywa różnie, ale przecież fakt, że kraj ten utrzymał swoją niepodzielność wydawał się przy jego narodzinach nieprawdopodobny.
Kadzidła i kwiaty
Słynny „Złoty Trójkąt” połączyliśmy z czymś mniej turystycznie zadeptanym – ze świątyniami leżącego na południu subkontynentu Tamil Nadu. Bo właśnie południe, gdzie nigdy nie dotarli muzułmańscy najeźdźcy, może się pochwalić wielowiekową ciągłością tradycji. Mieszkający tam Tamilowie wyróżniają się ciemniejszą karnacją skóry i upodobaniem do pikantnej kuchni.

Zwiedzanie świątyń w tej części Indii dostarcza prawdziwie mistycznych doznań, nie tylko ze względu na obcowanie z pomnikami architektury, ale również z powodu obecnych w nich niemal na każdym kroku pielgrzymów. Zapach kadzideł, aromat kwiatów i spożywanych przez wiernych potraw, które do świątyni przynoszą, śpiewy i monologi dodają tym miejscom nieprawdopodobnej autentyczności. Ale do najświętszych części świątyń wpuszczani są tylko Hindusi.

Anglicy i Francuzi
Jak podróżować gdy już na indyjski subkontynent dotrzemy? Dla pozbawionych gotówki, ale dysponujących czasem najlepszym rozwiązaniem jest kolej. To w Indiach instytucja, przekraczająca wagą nawet koleje radzieckie w czasach ZSRR. Pociągi przewożą miliony pasażerów, zwierząt i nieprawdopodobną liczbę innych towarów.

Rozwinięta sieć kolejowa to pamiątka po pobycie w Indiach Anglików. Choć dziś do specjalnie punktualnych i przesadnie czystych indyjskie koleje nie należą, to są doskonałym środkiem komunikacji. Gdy kupimy bilet najwyższej klasy można mówić o komforcie podróży.

Jednak gdy czasu jest niewiele, a portfel trochę zasobniejszy, warto skorzystać z komunikacji lotniczej. W tej branży panuje tam dość duża konkurencja, jest kilku tak zwanych tanich przewoźników. Dlatego ceny są wyjątkowo przystępne.
Co ciekawe te linie oferują na pokładach warunki, jakich nie znajdzie się w Europie w „normalnych” rejsach. Podczas każdego, nawet trwającego godzinę przelotu zawsze dostawaliśmy ciepłe posiłki.

Zwiedzając świątynie Tamil Nadu warto na kilkudniową bazę wybrać miejscowość Pondicherry, leżącą około 150 km na południe od Madrasu, przechrzczonego, jak to w hinduskim zwyczaju bywa, na Chenai. Była to do 1954 r. posiadłość francuska i nadal czuje się w niej klimat dawnej metropolii.
Bywa, że ryksiarz odezwie się do cudzoziemskiego klienta w języku Moliera. Są świetne francuskie i wietnamskie restauracje. Wielu mieszkańców do dziś otrzymuje z Francji emerytury, co przekłada się na lepszy standard życia.

Francuzi od dobrych trunków nie stronią i tę miłość również zaszczepili w tym skrawku Indii. W wielu indyjskich stanach alkohol jest drogi i trudno dostępny. W Pondicherry sklepy oferujące bardzo szeroki wybór lokalnych i importowanych napitków są częstymi punktami na mapie miasta. Zazwyczaj to jednocześnie niewielkie lokaliki, gdzie miejscowi wypijają swoją porcję zagryzając kupionymi na ulicy pierożkami lub smażonymi w głębokim tłuszczu krewetkami.

Złote miasto
Leżące 70 km od Madrasu miasto świątyń Kanchipuram to jeden z obowiązkowych punktów podróży po Tamil Nadu. Nazywane Złotym Miastem Tysiąca Świątyń,jest jednym z najstarszych w Indiach. Gdy pytałem Tamilów, z czego słynie Kanchipuram (nazywane często w uproszczeniu Kanchi) odpowiadali jak jeden mąż: z jedwabnych sari, świątyń i bogów. Dokładnie w takiej kolejności. Uszanujmy więc ten wybór.

Tradycje tkackie sięgają czasów założyciela dynastii Pallava, czyli piątego stulecia. Jedwab był przez lata królewską tkaniną, a Kanchipuram przez pięćset lat królewską stolicą. Zainteresowani kupnem jedwabnego sari najwyższej jakości powinni odwiedzić sklepy w linii ulic Gandhi i Thirukatchininambi. Trafić do nich nietrudno – każdy ryksiarz i taksówkarz chętnie podwiezie do manufaktury produkującej jedwabne tkaniny.

Oczywiście jego zapał nie będzie bezinteresowny – dostanie prowizję od każdego zakupionego przez nas towaru. Tej prowizji bardzo trudno uniknąć. Turysta może w zasadzie tylko zdecydować, kto się przy nim pożywi. Jeśli mamy przewodnika dolę zgarnie on, jeżeli weźmiemy taksówkę to taksówkarz. Trzeba by znać sklep, do którego chcemy pojechać i wysiąść z taksówki przecznicę wcześniej lub poruszać się na piechotę. Z drugiej strony bywa, że przewodnicy utrzymują się wyłącznie z tych sklepowych datków.

Nie ma przesady w tym, że ich rodziny dosłownie głodują, gdy nie ma turystów, tak było po zamachu w Bombaju. Osobiście uważam, że nie ma co z tym procederem walczyć – to tylko psuje nerwy. Jeśli rzecz nam się podoba i cena jest dla nas dobra – to kupować, a nie zastanawiać się, czy przypadkiem trochę nie przepłaciliśmy.

Jedwabnym szlakiem
Był jedwab, teraz świątynie. Kanchipuram było ważnym forum wymiany myśli religijnej między dżinizmem, buddyzmem i hinduizmem. To jedno z siedmiu świętych miast Indii, przy czym jedyne, gdzie czci się jednocześnie Śiwę i Wisznu. Wiele jego świątyń zachowało się w bardzo dobrym stanie.
Największa i najważniejsza to leżąca w północnej części miasta Ekambareshwar wzniesiona ku czci Śiwy. Zawiera elementy z czasów dynastii Pallava, choć zasadnicza część konstrukcji powstała w późniejszym okresie w XVI i XVII wieku. Słynie z olśniewająco białej, blisko 60-metrowej gopury, czyli wieży będącej jednocześnie bramą.

Tysiąc kolumn
Kanchipuram to miejsce na szlaku tamilskich pielgrzymek czcicieli Śiwy. To sprawia, że nigdy nie jest tu pusto. Ubrani na czarno pielgrzymi pojawiają się grupami by po odprawieniu modlitw ruszyć w dalszą drogę. Pielgrzymi są przyjaźnie nastawieni do turystów, chętnie pozują do zdjęć, opowiadają o odprawianych obrzędach. Majestatyczny kalyan mandapa, czyli sala o tysiącu kolumn zawsze jest pełna wiernych.

Gdy chcemy trochę od modlących się Hindusów odpocząć, polecam odwiedzić leżącą na zachód od centrum miasta świątynię Kailashnatha. Jest najstarszą zachowaną w mieście i stanowi doskonały przykład architektury z czasów dynastii Pallava. Wzniesiono ją w VIII wieku z piaskowca. Przetrwanie zawdzięcza położeniu w miejscu osłoniętym od wiatrów. Dziś jest wyłącznie obiektem turystycznym.

Jedno z najczęściej fotografowanych w Indiach miejsc to świątynia Shore w Mamallapuram. Miasto, położone tylko 58 km na południe od Madrasu było głównym portem morskim w czasach dynastii Pallava. W 1995 r. trafiło na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Wykute z granitu
Świątynia Shore położona jest na brzegu Zatoki Bengalskiej i temu zawdzięcza fotograficzną popularność. Jest najstarszą kamienną świątynią (pocz. VIII w.) w południowych Indiach. Niestety erozja piaskowca pod wpływem wiatrów i soli sprawiła, że większość rzeźbiarskich detali zniknęła.

Trochę na wschód od centrum miejscowości znajduje się inny jego skarb – ogromny relief wykuty w granitowej skale. Nazywany jest Krishna Mandapa i przedstawia jak bóg Krishna podnosi jedną ręką górę Govardhana.
W pierwotnej intencji rzeźbiarzy skała nad płaskorzeźbą Krishny miała symbolizować górę. Niestety w XVII stuleciu dobudowano kolumnadę i coś w rodzaju holu wejściowego, co zaburzyło kompozycję. Na innych płaskorzeźbach Krishna jest przedstawiony podczas dojenia krowy oraz gdy stojąc gra na flecie. Pozostałe figury przedstawiają pasterzy i pasterki, lwy, w tym jednego z ludzką twarzą.

Drugi ogromny relief to Pokuta Ardżuny, nazywany również Zstąpieniem Gangesu. Ardżuna to jeden z bohaterów hinduskiego eposu Mahabharaty. W prawej części płaskorzeźby dominuje odwzorowanie rodziny słoni. Zaś w lewej stoi na jednej nodze Ardżuna i patrzy przez splecione dłonie na słońce, oddając się medytacji na temat Śiwy.

Zwiedzając Mamallapuram nie wolno pominąć kompleksu Pancha Pandava Rathas (Pięć Rathas). To wykute w granitowej skale monolity, imitujące obrzędowe rydwany. Uwagę przykuwają również rzeźby postaci zwierząt naturalnej wielkości lwa, słonia oraz mitycznego byka Nandi – ujeżdżanego przez Śiwę.

Naj w dwie strony
Porządkując notatki z Indii zastanawiałem się, co zrobiło na mnie największe wrażenie. Za numer jeden uznałem świątynię w Chidambram wybudowaną ku czci Śiwy Nataradży, czyli króla tańca. Jest ona od zawsze własnością kasty braminów Dikszitar. Niestety nie pozwalają oni we wnętrzu robić zdjęć i bardzo surowo tego zakazu przestrzegają, aż do konfiskaty aparatów włącznie.
A byłoby co fotografować. To olbrzymi kompleks czynny i funkcjonujący non stop od X w. Jego ściany i kolumny od podłogi do sufitu pokrywają misterne płaskorzeźby wykonane z granitu. Obserwowałem jak kapłani wyróżniający się kępką włosów nad czołem zbierali od wiernych datki za modlitwy. To była prawdziwa fabryka pieniędzy, których zwitki co chwilę odnoszono gdzieś na świątynne zaplecze. Zamieniłem z jednym z braminów kilka zdań. Pachniał dobrą wodą kolońską i doskonale mówił po angielsku. Okazało się, że studiował w Londynie, zna świat, przejechał przez wszystkie kontynenty.

Było o rzeczy najlepszej, nie sposób nie napisać o najgorszej. Tu palmę pierwszeństwa dzierży leżące dziesięć kilometrów od Pondicherry Aurovill. Można o nim przeczytać w każdym przewodniku, więc gdy mój pilot odradzał tę wizytę, uparłem się – myśląc, że nie chce mu się rano wstać. Po przybyciu na miejsce obejrzeliśmy film przybliżający idee wzorcowego ośrodka, jakim miało być Aurovill.

Założone w 1968 r., miało być idealnym miastem, gdzie ludzie z całego świata będą żyli w zgodzie i harmonii. Miało powstać miejsce, w którym wschód spotyka się z zachodem, ludzie różnych nacji razem się uczą alternatywnych technologii, prowadzą ekologiczne uprawy. Nowoczesność rodem z filmów science fiction z tamtych lat wywarła duże piętno na charakterze Aurovill. Czułem się jakby w klimacie filmów o Fantomasie z lat 60. ubiegłego wieku.

Gdy już obejrzeliśmy film i zdjęcia chwalące przedsięwzięcie i jego twórców, poszliśmy przez park by zobaczyć centrum medytacji. Budynek w kształcie ogromnej kuli pokrytej blachą musiał kiedyś robić na przybyszach wrażenie. Dziś realia się trochę zmieniły i raczej wzbudza uśmiechy. Wewnątrz podobno wspaniale się medytuje, o czym nie miałem okazji się przekonać, bo do środka nie są wpuszczani profani. Po co więc turyści są w to miejsce zapraszani, nikt nie potrafił mi wytłumaczyć. Jedyna odpowiedź, że jak nie wiadomo o co chodzi…

Generalnie całe Aurovill przesycone jest sztucznością i fasadowością. Przykre jest, że na to przedsięwzięcie zbierane są na całym świecie datki. Podobno zbierane bardzo skutecznie, a donatorzy przekonani są, że popierają słuszne przedsięwzięcie w biednych Indiach. Obiecałem sobie, że będę zniechęcał do odwiedzania Aurovill przy każdej okazji. Szkoda czasu, a na Indie potrzeba go ogromnie dużo.

Andrzej Zarzecki

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Poznaj Świat”: W kraju Tamilów Reviewed by on 28 października 2009 .

Planowanie podróży po Indiach to zadanie karkołomne. Nie jest możliwe zobaczenie wszystkiego, co interesuje w czasie jednej wyprawy, choćby trwała rok. Na pierwszy raz dobra jest kombinacja standardów z czymś mniej znanym, na przykład surowym Tamil Nadu. „Jedność w różnorodności” to zwycięski slogan reklamowy wybrany w 1974 roku, przy okazji obchodów pięćdziesięciolecia uzyskania przez Indie

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź