BLOGOSFERA

„Poznaj Świat”: Spływ na dętkach w Vang Vieng

800px-Laos3348aAch, jak pięknie… Słychać było śpiew ptaków i wiatr uwięziony w koronach przybrzeżnych drzew. Delikatne i miarowe muśnięcia fal o kadłub kajaka powodowały, że od czasu do czasu przymykałem oczy, odkładałem wiosło i dawałem nieść się nurtowi. I tylko czasami jakieś okrzyki z oddali – przyjazne pozdrowienie – „sabadi”, wyrywało mnie z rozmarzenia. A wokół góry, poszarpane szczyty – niewysokie, ale pełne niedomówień i ukrytej symboliki. Było cudownie cicho i nastrojowo. Poetycko wręcz. I nagle bum, bum, bum…BUM, BUM, BUM.

15 lat wcześniej
Ciężarówka przerobiona na autobus mijała kolejny zakręt. Kierowca zakręcał, jak zwykle, radośnie i z werwą. Normalnie pewnie rzucałoby tam nami z tyłu, jak przysłowiowymi workami ziemniaków. Byliśmy jednak tak ściśnięci, że zachowywaliśmy pion nawet przy bardzo dużych przeciążeniach. Minęło około 7 godz. od początku podróży z Luang Prabang. Czułem jak mój tyłek coraz bardziej przypomina deskę, na której siedziałem, a moje nerki uciskane przez kolana sąsiada z tyłu, bezgłośnie krzyczą o pomoc. Było duszno, a przy gwałtownym hamowaniu całą przestrzeń ciężarówki wypełniał pył. Czekałem na wybawienie. Pojawiło się ono niebawem – w postaci długo oczekiwanego postoju w wiosce o nazwie Vang Vieng. Tej nazwy na próżno było szukać wówczas w przewodniku „Lonely Planet”. Ba, wtedy nawet takiego przewodnika o Laosie zwyczajnie nie było. Wysiadłem. Odrętwiały, pokryty grubą warstwą kurzu, z warkotem silnika w uszach – choć kierowca już dawno wyłączył motor. Do Vientiane – celu podróży – zostało jeszcze kilka godzin jazdy. Wiedziałem, że tego dnia nie chcę już nigdzie jechać. Rozejrzałem się wokół i ujrzałem senną osadę z drewnianą zabudową i ciekawskimi spojrzeniami. Spoglądając jeszcze dalej zobaczyłem formacje skał o złowrogich kształtach i bajkowych odcieniach. Takie, o których marzą i romantycy, i wszelkiej maści poszukiwacze przygód.

Ciężarówka odjechała pozostawiając warkocz pyłu za sobą, a ja wyruszyłem na poszukiwanie jakiegoś guesthouse’u. Było ich zaledwie pięć, podobnych do siebie, z niewielką werandą i restauracyjką na dole. Ława, kilka krzeseł i proste tradycyjne dania. Rzeka szemrała nieopodal. Dowiedziałem się, że jest możliwość wynajęcia rybackiej łódki – gdybym chciał popływać. Podobno ktoś w wiosce miał też kajak…

Polubiłem to miejsce. Od pierwszej chwili. Obiecałem, że wrócę tu jeszcze.

Świat się zmienia

Wcale nie zaskoczyło mnie to, że obecnie ze stolicy do oddalonego o 160 km, Vang Vieng jedzie się znacznie krócej, a całkiem luksusowy autobus zabiera chętnych prawie spod drzwi hotelu. Ani to, że pasażerowie wewnątrz to sami obcokrajowcy, ani to, że podczas jazdy można było obejrzeć chińską kopię jakiegoś hollywoodzkiego filmu, ani nawet, to, że po przybyciu na miejsce można było przebierać w ofertach dziesiątków guesthouse’ów powstałych tutaj w ostatnim dziesięcioleciu. Minęło przecież sporo czasu, a świat się zmienia. Wysiadłem i rozejrzałem się wokół. Te same góry co kiedyś, tylko gwarniej jakoś. To motoriksza wypełniona radosnymi twarzami, to pick-up z traktorowymi dętkami na dachu, to dżip z przyczepą wyładowaną kolorowymi kajakami. No, pozmieniało się na dobre. Chciałem odnaleźć swój hotelik sprzed lat. Bez powodzenia. Zamieszkałem zatem niedaleko rzeki Nam Song, która tak samo leniwie jak kiedyś, niosła swe brunatne wody. Tuż przy bambusowym mostku, którym można było dotrzeć na jej drugi brzeg. Nie miałem nawet czasu nacieszyć się spartańskim wnętrzem hotelowego pokoju, gdyż właściciel od razu przystąpił do ataku. Zasypał mnie propozycjami spędzania wolnego czasu. Może skuter? Okolice są przepiękne, a na piechotę za daleko. Jeśli na piechotę, to trekking – niecałe 7 km – każdy da radę. A może tubing – dętki mamy pierwszorzędne – dwa, trzy kilometry spływu – prąd sam poniesie. Chyba, że chciałbym coś na cały dzień. Jeśli tak, no to kajaki. Pełen wybór. Z dojazdem i lunchem. Zdecydowałem się na ostatnia ofertę. Cały dzień… Z pewnością odnajdę klimat dawnych lat, pomyślałem.

i nagle bum, bum, bum…

Wycieczka zaczęła się o czasie, kierowca wiedział dokąd jechać, a liczba kajaków zgadzała się z ilością pasażerów wysłużonej furgonetki. Pełny profesjonalizm. Przejechaliśmy około 10 km w górę rzeki. Jako, że wyprawa zaplanowana była na cały dzień, organizatorzy postarali się, aby oprócz spływu, dodać jeszcze parę atrakcji. Pierwszą z nich okazała się wizyta w Jaskini Słonia. Zamiast ssaka z trąbą i dużymi uszami, grotę ozdabiał posąg Buddy. I to niejeden. Natomiast jeden ze skalnych załomów faktycznie przypominał słonia. I pewnie stąd nazwa. Nieopodal miał być lunch, ale by na niego zasłużyć trzeba było wpłynąć w czeluść wodnej jaskini. Na dętkach i z latarkami na czołach. Najpierw trzymając się liny, potem już o własnych siłach. A sił musiało starczyć na ponad kilometr machania rękami.

Następnie podjechaliśmy jeszcze kawałek i po krótkim instruktażu jak utrzymać się na powierzchni wody, gdyby kajak się wywrócił, popłynęliśmy w dół rzeki. Było cicho i nastrojowo. Co jakiś czas rozpoznawałem widoki, które pamiętałem sprzed lat. Cieszyłem się, że zostawiłem za sobą zgiełk miasteczka i ponownie mogłem bratać się z przyrodą. Moim rozmyślaniom towarzyszył szmer fal, śpiew ptaków i szum traw. I głuchy odgłos kamieni ocierających się o dno kajaka. I nagle bum, bum, bum… Z początku sądziłem, że trafiłem na jakieś większe skupisko podwodnych głazów, które skrycie bombardują dno mojego kajaka. Lecz nie, hałas dobiegał z oddali i stawał się coraz bardziej intensywny. Niedługo potem dotarłem do miejsca, które mogłoby z powodzeniem być planem filmowym do spontanicznie nakręconego pastiszu „Czasu apokalipsy”. Mrowie ludzkich ciał. Ciał młodych turystów pomalowanych w dziwaczne wzory, drgających w rytm ogłuszającej muzyki, z butelkami „Laobeer”, czy „Tiger” w dłoniach. Jedni stali na brzegu, starając się przekrzyczeć decybelową kanonadę, inni wspinali się na drewniane platformy skąd, na czymś w rodzaju podniebnej huśtawki, wskakiwali do wody. Jeszcze inni, dryfując na traktorowych oponach przyglądali się temu zjawisku.

Na początku oniemiałem. A potem wdrapałem się na platformę. I skoczyłem jak inni.

Tekst ukazał się na portalu turystyka.wp.pl

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Poznaj Świat”: Spływ na dętkach w Vang Vieng Reviewed by on 3 listopada 2009 .

Ach, jak pięknie… Słychać było śpiew ptaków i wiatr uwięziony w koronach przybrzeżnych drzew. Delikatne i miarowe muśnięcia fal o kadłub kajaka powodowały, że od czasu do czasu przymykałem oczy, odkładałem wiosło i dawałem nieść się nurtowi. I tylko czasami jakieś okrzyki z oddali – przyjazne pozdrowienie – „sabadi”, wyrywało mnie z rozmarzenia. A wokół

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź