BLOGOSFERA

„Poznaj Świat”: Czyste piękno-Birma

Niewiele jest bram do tej krainy buddyjskich świątyń, kobiecych twarzy pokrytych tanaką i mężczyzn chodzących w longi. Wszystkie lądowe przejścia graniczne są dla cudzoziemców trudne do przebycia.

Najpewniejszą, najprostszą i, niestety, najdroższą opcją pozostaje podróż samolotem. Lot z Bangkoku zajmuje niecałą godzinę. Delikatny szelest jedwabnych szat stewardes, zapach kawy i podniecenie, które już dawno sięgnęło zenitu. Zanim się obejrzałem, z okien samolotu było już widać zamglony zarys rzeki Irawadi i zabudowę wielkiego miasta w tle. Gdy maszyna dotknęła chropowatej powierzchni niewielkiego lotniska i chwilę potem, gdy wkraczałem do skromnego holu odpraw, wiedziałem już, że znalazłem się w miejscu niezwykłym. Jak bardzo niezwykłym – o tym dopiero miałem się przekonać.

Tupot bosych stóp
Rangun (Jangon). Polubiłem to miasto. Dla mnie miało ono w sobie coś z naiwności dziecka i niepewności zagubionego wędrowca. Podobnie jak większość młodych ludzi przybyłych tu po raz pierwszy udałem się prosto z lotniska do „White House” – hoteliku otulonego fasadami pamiętającymi królową Wiktorię. Półmrok wnętrza rozjaśniały dziesiątki świec, na blacie w recepcji, wzdłuż krętych schodów, na parapetach i w łazienkach. Było nastrojowo, cicho i przytulnie. I wcale nie ucieszyłem się, gdy włączono generator, dzięki któremu 25-watowe żarówki rozbłysły ponownie swym sztucznym światłem. Nastrój zniknął, a świece powoli traciły swój magiczny blask.

Nie ma lepszego miejsca na rozpoczęcie dnia niż jedna ze stołecznych herbaciarni. Niskie, chybotliwe taborety, cynowe czajniki made in China, malutkie, poszczerbione tu i ówdzie czarki, zapach zielonej herbaty i widok na jedną z głównych ulic. W wielu miejscach na świecie przekonałem się, że siedząc tak i obserwując niespieszne życie wielkiego miasta, lepiej można poznać kraj, niż decydując się objechać go w tydzień, by zwiedzić wszystkie najważniejsze zabytki. Na szczęście teraz miałem więcej czasu niż kilka dni. Znacznie więcej.

Po dwudniowej włóczędze po mieście, kiedy to błąkałem się po wąskich uliczkach, podglądając chodnikowych graczy w warcaby, ulicznych sprzedawców i portowych robotników, pojechałem rykszą poza miasto. Do świątyni. Było tu mniej gwarno i z każdą chwilą stawało się jakby dostojniej. A gdy zobaczyłem w oddali złotą stupę wieńczącą wzgórze, świat wokół mnie przestał na chwilę istnieć. Chciałem jak najprędzej dotrzeć na szczyt wzniesienia, gdzie znajdowało się najświętsze ze świętych miejsc dla wszystkich Birmańczyków. Szwedagon Paya. Pięć dolarów? Nie ma problemu.

Płacę, zdejmuję buty, czuję chłód posadzki, widzę schody pnące się w dal, słyszę odgłosy bosych stóp, dotykam pielgrzymich szat, elektryzuje mnie wzrok mędrca spoglądającego w otwartą dłoń, pozbawia zmysłów zapach kwiatów w blaszanych wiadrach. Ostatni schodek i… Gdy dotarłem na samą górę, zrozumiałem, dlaczego trzeba było pokonać aż tyle stopni, by osiągnąć cel.

To miejsce miało coś z atmosfery małego królestwa zawieszonego tuż nad ziemią. Biel marmurowych posadzek kontrastowała ze złotem pokrywającym główną, prawie stumetrową stupę i z purpurą buddyjskich okryć. Prawie cisza. Szepty modlitw, głuche odgłosy przesuwających się paciorków różańca, splecione dłonie, zamknięte powieki, postacie w zadumie, z twarzami, na których wypisany był spokój. Tak, tutaj wszelkie złe myśli, lęgnące się wątpliwości, głęboko ukryte niechęci umykały w przestrzeń, w bezkres, daleko… Podobnym stanom ulegałem w Birmie jeszcze wiele razy.

Tajemnica włosa Buddy
Z żalem opuszczałem Rangun, ale podświadomie czułem, że prawdziwa birmańska przygoda jest jeszcze przede mną. Pierwszym jej zwiastunem miała być pielgrzymka do Złotej Skały w Kyaiktiyo. Plakaty z „Golden Rock” wiszą w co drugiej stołecznej herbaciarni, zatem wiedziałem, czego mogę się spodziewać, ale i tak moje podniecenie rosło z każdym kilometrem, który przybliżał mnie do Świętej Góry. Kiedy dotarłem do Kinpun, wioski leżącej u jej stóp, już zmierzchało. Z początku pomyślałem, że wysiadłem w niewłaściwym miejscu. Rzędy stoisk, między którymi musiałem się przeciskać, by dotrzeć doguesthouse, oferowały głównie zabawkowe pistolety i karabinki, tak jakby przygotowywano się do inscenizacji jakiejś ważnej bitwy, a nie do wędrówki w pokorze.

Nazajutrz, grubo przed świtem, wyruszyłem jednak na pielgrzymkę. Pokonanie jedenastu kilometrów zajęło mi prawie pięć godzin, ale wcale mi się nie dłużyło. W przydrożnych resthouse można było zakosztować orzeźwiającej herbaty i pogawędzić z mnichami o sensie życia. A gdy już byłem na górze, oniemiałem. Nie z zachwytu. Po prostu jakoś inaczej wyobrażałem sobie to miejsce. Stupa wieńcząca Złoty Głaz była za mała! Na oko nie więcej niż dziesięć metrów. Ludzi było zbyt dużo! Na oko – więcej turystów niż pielgrzymów. Nie tak to miało wyglądać, pomyślałem i zrobiło mi się smutno. Nagle poczułem czyjąś dłoń na ramieniu, a chwilę potem dostrzegłem serdeczny uśmiech jednego z mnichów, którego wcześniej spotkałem po drodze.

– Chyba wiem, co cię trapi – zagadnął.
– Telepata?! – pomyślałem po europejsku. I bąknąłem, po amerykańsku, że wszystko OK.
– Ale gdybyś chciał, żeby było jeszcze lepiej, po prostu zostań tu dłużej, niż zamierzałeś.

Tak uczyniłem. Usiadłem na jednej ze skał i czekałem na cud. Oczekiwanie uprzyjemniałem sobie lekturą, z której dowiedziałem się, że stupa ustawiona na głazie ma zaledwie 7,3 metra wysokości, a w jej wnętrzu znajduje się włos Buddy, umieszczony tak sprytnie, że głaz ów, choć balansuje na krawędzi skały, trochę wbrew prawom fizyki, nigdy z niej nie spadnie.

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Okoliczne wzgórza stawały się coraz bardziej mroczne i zagadkowe. Korowód ludzki malał z każdą godziną. Zmieniała się też stopniowo jego barwa, aż do purpury pielgrzymich szat. Coraz bardziej czerwona stawała się też Złota Skała. Tuż przed zachodem słońca wydawać się mogło, że wręcz płonie, a stłoczeni mnisi u jej stóp wyglądali, jakby podsycali ten płomień ponad wszelką miarę. Było cicho, nastrojowo i tajemniczo.

Jeszcze długo po zmierzchu szukałem znajomego mnicha, by w paru prostych słowach podziękować mu za dobrą radę, ale wraz z ostatnim oddechem dnia zniknął i on.

Chińczycy i duchy
Do Mandalaj (Mandalay) można dotrzeć na wiele sposobów. Najbardziej romantycznym z nich jest jednak podróż pociągiem. Warto wysupłać parę dolarów więcej i kupić bilet na pierwszą klasę. Wtedy jest szansa, że poczujemy się trochę jak w czasach, kiedy Orwell pisał „Birmańskie dni”.

Mandalaj urzeka wielu, ale chyba to nowojorczycy mogą naprawdę poczuć się tu jak w domu – układ ulic to bowiem typowa szachownica i każda z nich ma numer. Drugą nacją, która czuć się tu może jak u siebie, są Chińczycy. Z chwilą otwarcia granicy w Mu-se przybyło tu ich tak wielu, że drugie co wielkości miasto Birmy zamienia się powoli w swoiste Chinatown.

Kiedy tam przybyłem, powietrze pachniało jeszcze nocą. Do świtu pozostały nie więcej niż dwie godziny. Stwierdziwszy, że już i tak za późno na spoczynek – wyszedłem na spotkanie poranka. Wzgórze Mandalaj leżało niecałe 250 metrów wyżej od mojego hotelu. Miałem więc sporo czasu, by bez pośpiechu wspiąć się na nie przed wschodem słońca. Po drodze mijałem pogrążone w mroku bielone stupy, drzemiących tu i ówdzie pielgrzymów – no i oczywiście… duchy! Nie widziałem ich, ale mrowienie po plecach z pewnością nie było spowodowane jedynie chłodem nocy.

Świt zastał mnie siedzącego pod dziwnym tworem ludzkiej myśli pomnikowej. Był to obelisk upamiętniający pokonanie Japończyków przez wojska brytyjskie. Jako że niebo zaczęło różowieć coraz intensywniej – wyruszyłem na poszukiwanie monumentu, który bardziej identyfikowałby się z tą porą dnia.

Odnalazłem go tuż przed szczytem. Ogromny posąg siedzącego Buddy skrzył się w poziomych jeszcze promieniach słońca. Zadarłem głowę najwyżej, jak mogłem, spojrzałem mu prosto w oczy i podążyłem za jego wzrokiem. Niejako wraz z nim spojrzałem na budzącą się do życia ostatnią stolicę Birmy (przed przeniesieniem jej przez Brytyjczyków do Rangunu). Wyglądała pięknie i skromnie. Buddyjskie świątynie wyłaniały się powoli z porannej mgły.

Zobaczyłem zarys Kuthodaw Paya, zwanej największą księgą Ziemi (na kamiennych płytach zapisana jest cała, złożona z piętnastu ksiąg Tripitaka), nieco z boku wyłonił się klasztor Shwesandaw Kyaung – przepiękny przykład dawnej architektury drewnianej, będący kiedyś częścią nieistniejącego już Pałacu Królewskiego (tam mieszkał i umarł założyciel miasta, król Mindon), a w oddali ledwie mogłem dostrzec Mahamuni Paya, jedno z trzech najważniejszych religijnych miejsc w Birmie (tam znajduje się niezwykle czczony posąg Buddy. Jest on wykonany z brązu, ale nikt zdaje się już o tym nie pamiętać – otula go tak gruba warstwa złota).

Mandalaj to również świetne miejsce wypadowe w szeroko pojęte okolice. A zapewniam, że jest dokąd wyruszyć. Krótki rejs do Mingun pozwolił mi ujrzeć intrygującą Mingun Paya, nazywaną przez złośliwców największą na świecie kupą cegieł. Ale cóż to jest za kupa! Miała być, w założeniu, najwyższą stupą buddyjskiego świata, ale plan się nie powiódł. Pomysłodawca projektu, król Bodawpaya, zmarł przed ukończeniem budowy, a trzęsienie ziemi w 1838 roku dopełniło reszty.

Zawitałem też do Sagaing, niewielkiego miasteczka, cudnie położonego nad brzegami Irawadi. Często nazywany bywa drugim Pagan. Niesłusznie. To zupełnie inne miejsce. Prawdziwe królestwo świątyń i czynnych do dziś klasztorów, gdzie biel buddyjskich stup kontrastuje z purpurą pielgrzymich szat i zielenią okolicznych wzgórz. Warto rozkoszować się tym uroczym miejscem o każdej porze, ale najbardziej intryguje o świcie. Wtedy mieni się barwami jakby żywcem wziętymi z płócien niderlandzkich mistrzów.

Na koniec dnia koniecznie trzeba zdążyć do Amarapury. Widok najdłuższego drewnianego mostu dla pieszych o zachodzie słońca to kicz, ale taki, od którego niełatwo odwraca się wzrok. Po drodze jest jeszcze Inwa, dawna stolica, gdzie konnym zaprzęgiem wypada udać się do chyba najlepiej zachowanego drewnianego klasztoru w całej Birmie – Bagaya Kyaung. Opiekuje się nim jeden mnich, którego wnętrze wydawało mi się równie tajemnicze jak pogrążony w mroku wystrój świątyni.

Wodny świat
Wreszcie przychodzi taki moment, że mamy dość już tych wszystkich skarbów architektury, oślepiających złotem posągów Buddy, świątyń z atmosferą nieodgadnioną, klasztorów z mrocznym wnętrzami i pałaców dawnych monarchów. Wzbiera w nas pragnienie zbratania się z naturą, nieskażoną, wolną od ludzkiej zachłanności. Zdawałoby się, że w Birmie zadanie to nie jest łatwe, gdyż prawie każde wzgórze wieńczy strzelista stupa, a lasy zostały niemal doszczętnie wytrzebione już dawno temu. Jest jednak miejsce różne od innych, gdzie zamiast wyszeptywanych modlitw słychać plusk fal, a zamyślone twarze mnichów zastępują uśmiechnięte lica rybaków. To jezioro Inle. Kraina jednonogich wioślarzy, pływających ogrodów, zatłoczonych wodnych targów.

Wypłynąłem grubo przed świtem. Monotonny warkot silnika, mgła niewypuszczająca jeszcze tafli jeziora ze swoich objęć, trochę zaspany świergot ptaków i atmosfera baśniowej krainy – wiedziałem, że wszystko to się zmieni, gdy tylko wzejdzie słońce. Nie wiedziałem, że… na lepsze!

Wraz z pierwszymi promieniami rozpoczęło się niezwykle barwne widowisko. Jezioro powoli skopywało z siebie mgielną pierzynę, aby pokazać swoje podpowierzchniowe bogactwo, barwa wody z każdą minutą nabierała głębszych i bardziej różnorodnych odcieni, a lekki wiatr powodował, że czubki fal zamieniały się w srebrne paciorki. Mijaliśmy jeszcze na wpół śpiące wioski z domami na palach. Przeciskaliśmy się przez poletka uprawne unoszące się na powierzchni niczym sztuczne wyspy. Rosły tu kwiaty, warzywa, owoce i ryż. Wszystkie te wodne ogrody były przytwierdzone bambusowymi tyczkami do mulistego dna, tak aby nie odpłynęły czasem do sąsiada. Po naszym przejeździe długo jeszcze podskakiwały na falach, a dorodne krzaki pomidorów żegnały nas, potrząsając swymi czerwonymi kulami. Niedługo potem, gdy wypłynęliśmy na szersze wody, dostrzegliśmy głównych bohaterów tego długiego na 22 kilometry i szerokiego na 11 kilometrów jeziora. To byli rybacy z plemienia Intha.

Z oddali wydawało mi się, że chyba do końca się jeszcze nie obudzili. Stali jakoś tak dziwacznie na końcu swoich łodzi – na jednej nodze, jak bociany. Jakby nie potrafili utrzymać równowagi. Z bliska jednak okazało się, że Równowaga to tak naprawdę ich drugie imię. Stali tylko na jednej nodze, gdyż drugą… wiosłowali i to w sposób tak naturalny, niejako bezwiednie… Tym sposobem obie ręce mieli wolne. Teoretycznie jedynie, gdyż zawsze znajdowali dla nich jakieś zajęcie. W jednej chwili zanurzali sieć o dziwnym kształcie stożka, by za moment wyjąć ją z powrotem. Wydobywali połów, albo i nie, a w czasie wolnym zaciągali się cygarem.

Z trudem przyszło mi się z nimi rozstać, ale miałem w planie jeszcze rejs do Ywama, na targ. Wiedziałem, że to może być niezwykle barwne widowisko na wodzie, ale to, co tam zobaczyłem, przerosło moje wyobrażenia. Mrowie ludzi, jeszcze więcej różnorodnych towarów, ponad setka łódek i tyleż samo wioseł. A ja czułem się tak, jakbym jednym z nich dostał porządnie w głowę – tak było niesamowicie. Docierały do mnie strzępy obrazów, niepokojące zapachy, wszechobecny gwar i obawa, że być może to nie dzieje się naprawdę.

Na kolanach
A potem pojechałem do Paganu, dawnej stolicy Birmy, gdzie na jednym płaskowyżu znalazło się miejsce dla ponad trzech tysięcy świątyń, postawionych tam w XI–XIII wieku. Każdy może wybrać sobie jedną z nich, zdobyć jej szczyt tuż przed wschodem słońca i czekać. Czekać, aż czerwona kula oderwie się od widnokręgu i zacznie się niezwykły spektakl złożony z pierwszych promieni słońca, porannej mgły i setek pojawiających się, gdziekolwiek tylko zwrócimy głowę, buddyjskich stup. I to wspomnienie warto zabrać do domu jako ostatnie.

W Birmie byłem kilkakrotnie. Zawsze też odwiedzałem Pagan. I zawsze, mierząc się z nim, padałem na kolana. Pokonany. Ale też jak przyjemne było to przegrywanie…

Artykuł ukazał się na portalu przewodnik.onet.pl. Jego autorem jest Zbyszek Borys




Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Poznaj Świat”: Czyste piękno-Birma Reviewed by on 14 listopada 2009 .

Niewiele jest bram do tej krainy buddyjskich świątyń, kobiecych twarzy pokrytych tanaką i mężczyzn chodzących w longi. Wszystkie lądowe przejścia graniczne są dla cudzoziemców trudne do przebycia. Najpewniejszą, najprostszą i, niestety, najdroższą opcją pozostaje podróż samolotem. Lot z Bangkoku zajmuje niecałą godzinę. Delikatny szelest jedwabnych szat stewardes, zapach kawy i podniecenie, które już dawno sięgnęło zenitu. Zanim

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź