Chiny

Polska strategicznym partnerem Chin? Żadnych marzeń Panowie!

Jednym z wielkich wyzwań polskiej polityki zagranicznej jest właściwe ułożenie sobie relacji z globalnymi potęgami. Niewątpliwie na status światowego mocarstwa wybijają się Chiny. Jak wobec tego powinny wyglądać stosunki polsko-chińskie? Czy powinniśmy dążyć do bliskiego partnerstwa z Państwem Środka, poprzestać na poprawnych relacjach, czy może być wobec nich nieufni? Jakie powinny być wobec tego nasze relacje z innymi wielkimi aktorami takimi jak USA, Rosja, Indie czy Brazylia? Publikujemy zatem opinię Radosława Pyffela na temat stosunków polsko-chińskich i zapraszamy do lektury polemiki autorstwa profesora Bogdana Góralczyka oraz artykułu Stanisława Niewińskiego opublikowanego wcześniej na naszych łamach. Zachęcamy wszystkich do wysyłania własnych tekstów na adres: [email protected] . Chętnie opublikujemy kolejne głosy w dyskusji.

Integracja ze strukturami zachodnimi, przynależność do NATO i UE, była w ponurych czasach stanu wojennego i zimnej wojny czymś zgoła fantastycznym. Komunizm, który miał nas skazać na kilkadziesiąt (jeśli nie kilkaset!) lat marazmu, niespodziewanie upadł. Z tym większą euforią przyjęto powrót Polski w sferę oddziaływania Zachodu. Tak zaczął się błogi, fukuyamowski sen o „końcu historii”. Przyznajmy szczerze, że nie tylko Polska go śniła. Mieliśmy być już po wsze czasy bezpieczni i w dodatku coraz bogatsi… Niestety świat w ostatnich dwóch dekadach bardzo się zmienił. Jednym z największych wyzwań XXI wieku są narodziny nowych potęg (choć często mówi się tutaj raczej o odrodzeniu i powrocie do sytuacji sprzed 1800 roku): Chin, Indii, Brazylii. Szczególnie kroczące od sukcesu do sukcesu Chiny ze swoim autorytarnym systemem politycznym i hybrydowym systemem ekonomicznym łączącym elementy socjalizmu i kapitalizmu wydają się być wielkim wyzwaniem, którego w Polsce dotychczas nie braliśmy poważnie pod uwagę.

Centrum świata powoli przesuwa się w stronę Pacyfiku. To tam koncentruje się ponad 56 proc światowego PKB i dokonuje bezprecendensowy w dziejach świata cywilizacyjny skok, a dziesiątki milionów ludzi rocznie (także w Indiach) przeprowadza się ze wsi do miast i dołącza do klasy średniej. Chiny w wydatkach na naukę i nowych technologiach zaczynają już deptać po piętach UE i pewnie zanim osiągniemy jej standardy, ustanowią (razem z USA) już nowe, bardziej wymagające.

expo_polska2

Także tam podejmowane są najważniejsze decyzje o czym świadczy ranga spotkań przywódców amerykańskich i chińskich. To wreszczie odrzucona przez Chiny propozycja G2 – bardziej formalnej współpracy między Chinameryką, która generuję kilkadziesiąt procent światowego handlu, a jej gospodarki żyją w doskonałej wręcz symbiozie (Chińczycy sprzedają Amerykanom tanie produkty, w zamian wykupując amerykańskie papiery wartościowe i obligacje).

Przesuwanie się środka ciężkości współczesnego świata w region wciąż w Polsce uważanym za ciekawy i egzotyczny spycha nas na globalne peryferia. USA, dla którego priorytetem są w tym momencie stosunki z Chinami (czyli de facto swoim bankierem i zaopatrzeniowcem), straciły zainteresowanie Europą Wschodnią.

Tym samym założenia polityki zagranicznej III RP, ukształtowane jeszcze na marzeniach z czasów zimnej wojny okazały się w tym nowym świecie niewystarczające, a być może całkowicie anachroniczne.

Mityczne i upragnione jako gwarant bezpieczeństwa NATO pełni inną rolę niż w czasach zimnej wojny. Prowadzi działania wojenne z dala od polskich granic, w Iraku i Afganistanie w krajach dla Polski egzotycznych, z którymi nie mieliśmy żadnych zatargów. Wojny, w których wzięliśmy udział, to raczej współczesna Somossiera i Haiti – bowiem wbrew demokratycznej retoryce, były raczej moralnie wątpliwe. Gdyby chociaż przyniosły polityczne korzyści i zagwarantowały nam poparcie USA… Jak wiemy tak się nie stało. 17 września 2009 roku, w 60 rocznicę wkroczenia wojsk sowieckich do Polski, Waszyngton zrezygnował z budowy tarczy antyrakietowej, rezygnując tym samym z większej aktywności w tym rejonie Europy. Słaba pozycja w Unii Europejskiej, której kraje wywierały presję, by nie psuć stosunków z Rosją, doprowadziła do szybkiego przewartościowania polskich priorytetów i błyskawicznego „polsko-rosyjskiego pojednania”. W gruzach legły marzenia postjagiellońskiej polityki śp. Lecha Kaczyńskiego, który w oparciu o USA, próbował wzorem Piłsudskiego budować bufor między Polską i Rosją, wchodząc w sojusze z innymi krajami Europy Wschodniej. Zmiana władzy na Ukrainie, nieprzychylne wobec mniejszości polskiej posunięcia na Litwie, były tylko zapowiedzią tragicznego finału w Smoleńsku, gdzie w tajemniczych okolicznościach polski prezydent zginął wraz z elitą stronnictwa antyrosyjskiego (prawdopodobnie nieprofesjonalnie prowadzane śledztwo, pozostające w dodatku całkowicie pod kontrolą Rosji przez kolejne kilkaset lat budzić będzie wątpliwości i domysły historyków).

Ostatnie dwie dekady, podczas których polską politykę zagraniczną budowano na założeniu o grożącym nam niebezpieczeństwie ze strony Rosji, całkowicie przekreślono. Wystarczyło zaledwie kilka miesięcy, by sympatia dla Rosji, stała się normą czołowych ośrodków opiniotwórczych. Wielu Polaków za namową Andrzeja Wajdy zapala już znicze na grobach poległych w Polsce radzieckich żołnierzy, a Wojsko Polskie defiluje dzień zwycięstwa na Placu Czerwonym w Moskwie.

Bolesne przebudzenie z pięknego snu musi skutkować poszukiwaniem nowych rozwiązań. Nowych prób zdefiniowania Polski w świecie, w którym Zachód, a zwłaszcza UE, odgrywa coraz mniej istotną rolę. Debatę tę zainicjował już w zeszłym roku Antoni Dudek głośnym artykułem na łamach „Rzeczpospolitej”, upatrując szans na wyjście z tworzącej się dopiero wówczas nowej konfiguracji, w strategicznym sojuszu polsko-chińskim.

Antoni Dudek zawiedziony postawą Ameryki jako jeden z niewielu w ciągu ostatnich 20 lat, przytomnie zauważył, iż świat nie kończy się na Zachodzie i Rosji. W dodatku, odważył się w swojej koncepcji pójść pod prąd obowiązującej w Polsce politycznej poprawności i zaproponował zbliżenie z  Chinami, wśród polskich elit uważane za państwo komunistyczne, czy nawet totalitarne – antytezę demokratycznych wartości III RP. Przekonanie to – do czego jeszcze wrócę w dalszej części artykułu – nie uwzględniało ani chińskiego kontekstu, ani przemian jakie toczą się w tym kraju od 1978 roku. Było więc w dużej mierze fałszywe i miało bardzo negatywny wpływ na relacje polsko-chińskie w ostatnich 20 latach. Niestety w przyszłości może wręcz uniemożliwić nawet poprawne stosunki między dwoma krajami, nie mówiąc już o strategicznym partnerstwie.

Osobiście bardzo bym chciał, żeby Polska dysponowała takim asem w rękawie, jak sama tylko możliwość strategicznego partnerstwa z drugim globalnym mocarstwem współczesnego świata, które jest w dodatku na fali wznoszącej.  Pomimo pewnych okoliczności sprzyjających takiemu sojuszowi, tych niesprzyjających jest jednak znacznie więcej…

Chciałbym przy tym podkreślić, iż w niniejszym artykule przyjmuję założenie, że Chiny utrzymają się na wysokiej ścieżce wzrostu, a chińskie PKB około 2040 roku zrówna się z amerykańskim, by później je przewyższyć i otworzyć drogę do samodzielnej światowej hegemonii. Zapewniam przy tym, iż jestem świadomy faktu, iż chińska transformacja to jak określił jej przywódca i reformator Deng Xiaoping „delikatne stąpanie po kamieniach przy przechodzeniu przez rzekę”. Chiny są w połowie drogi i widzą już drugi brzeg, a na nim nowoczesność, dobrobyt, silne państwo i przy rozmiarach Państwa Środka i ich potencjale oczywiście światową hegemonię. Ale czy nie stracą gruntu pod nogami przy następnej fali? Czy nie porwie ich w otchłań rwący nurt rzeki? Ogromne różnice cywilizacyjne między biednym Zachodem i bogatym Wschodem (a co za tym idzie groźba rozpadu tego olbrzymiego kraju), problem narastającego niezadowolenia społecznego wywołanego dużą rozpiętością dochodów, oraz nieefektywny system polityczny niedostosowany do nowego społeczeństwa i stopnia zaawansowania gospodarki – to tylko niektóre z wielu problemów społecznych Chin, które mogą sen o chińskiej potędze zakończyć i uczynić nasze rozważania bezprzedmiotowymi.

Dylemat sojuszu polsko-chińskiego doskonale ilustruje znana w polskiej myśli politycznej koncepcja sojuszu egzotycznego Stanisława Cata- Mackiewicza:

Sojusze są jak małżeństwa; najbardziej jest naturalne, gdy pobierają się ludzie tej samej sfery, podobnych zamiłowań i niezbyt różnego wieku. Najnaturalniejsze sojusze są sojuszami państw sąsiadujących z sobą i takie, gdy zniszczenie jednego państwa pociąga za sobą zniszczenie drugiego. Sojusze zawarte pomiędzy państwami zbyt daleko od siebie geograficznie położonemi i nierówni silnemi, są często sojuszami egzotycznemi.

Przeanalizujmy zatem z jednej strony podobieństwa w sferze wartości i symboli, na których można zbudować takie strategiczne partnerstwo, a także łączących Polskę z Chinami interesów.

Symbole i wartości

Symbole, będące zapisem zbiorowych emocji, odgrywają zwłaszcza w polityce polskiej ogromną rolę, chyba nawet istotniejszą niż interesy. Chiny choć odległe, istnieją jednak w polskiej tradycji politycznej chyba w dużo większym stopniu niż np. Indie. Istnieje zatem całkiem pokaźny zestaw symboli, który jeśliby go zręcznie używać mógłby łatwo uzasadniać, polsko-chiński sojusz.

Opierałby się on przede wszystkim na wspólnocie doświadczeń  historycznych i traumie XIX wieku. Traumie, którą oba kraje na swój sposób przeżywają  do dziś: Polska rozbiorów, Chiny zaś wojen opiumowych i epoki semikolonizacji, kiedy to „zamorskie diabły” (a później pogardzani i uważani za prowincjonalnych rybaków i piratów z peryferii cywilizowanego tj. chińskiego świata Japończycy) robiły w Chinach co chciały, ustanawiając eksterytorialne koncesje i własne prawa.

Dlatego w czasie antyzachodniego powstania bokserów (1899-1901) sympatia w Polsce była po stronie Chińczyków – „Co tam Panie w polityce? Chińczyki trzymają się mocno?” jak życzliwie pytano w „Weselu” Wyspiańskiego.

Polska, Chiny to także mit odrodzenia. Przez ponad 100 lat, do końca drugiej wojny światowej obydwa kraje znajdowały się w obozie przegranych i pobitych. Przez ten czas marzono o „wybiciu się na niepodległość” i „powrocie Chin na należne w świecie miejsce”. Marzono o modernizacji państwa, „szklanych domach” i dobrobycie. I te marzenia się spełniają – obydwa kraje się bogacą, podnosi się poziom życia, choć nie wszystkich Polaków stać na „wczasy w Egipcie”, a w 2012 roku zagranicę wyjedzie tylko 200 milionów chińskich turystów. Jak silny jest ten mit odrodzenia, upokarzanej dawniej ofiary, która zadziwia świat – pokazała chociażby ceremonia otwarcia Igrzysk Olimpijskich, będąca widowiskowym pokazem czterech tysięcy lat historii Chin i prezentacji ich wynalazków i osiągnięć. Niespodziewanie przeszła od końca XVIII wieku, od razu w XXI wiek i zakończyła się chińskim lotem w kosmos, demonstracyjnie pomijając ostatnie 200 lat.

Ale na tym podobieństwa się kończą. Chiny to nie państwo narodowe, lecz państwo-cywilizacja, odrębny świat sam w sobie. Dwa wieki klęski, trwające od 30 lat otwarcie Chin na świat i globalizacja sprawiają oczywiście, iż wizja Państwa Środka, będącego wcieleniem najdoskonalszej cywilizacji, lub – bardziej skromne przekonanie o wyjątkowości Chin słabnie. Traci też na znaczeniu przekonanie o specyficznie chińskich ideach, pojęciach, których kontekst i dynamika jest kulturowo uwarunkowana. Mimo to wciąż są to przekonania dosyć silne, a wraz z nimi oczekiwania, iż to Zachód będzie dostosowywał się do Chin, a nie na odwrót.

Sojusz z krajem innej cywilizacji? W chińskiej koncepcji stosunków międzynarodowych ( i międzyludzkich zresztą też) nie ma zasady równości i partnerstwa. Gwarantem harmonii, jest bowiem hierarchia. Jej wyrazem był istniejący w Azji system trybutarny. Każdy kto chciał utrzymywać relacje z cesarskim dworem, zobowiązany był uznać się za jego poddanego i uczestniczyć w rytuałach i ceremoniach wyrażających te poddaństwo (często miało to charakter wyłącznie iluzoryczny i symboliczny). Niewykluczone, że Chiny właśnie taki system uważają za „naturalny” i właśnie chęć jego restauracji może kryć się za oficjalnie lansowaną koncepcją„harmonijnego współistnienia” – systemu innego od ukształtowanego na bazie cywilizacji zachodniej międzynarodowego systemu równych państw. Warto wziąć te (i wiele innych!) subtelnych różnic pod uwagę, przed podjęciem decyzji o strategicznym partnerstwie z krajem (ba cywilizacją), dla której „oczywistą oczywistością” są rzeczy często zupełnie nie pokrywające się z naszymi intuicjami.

Bo Chiny to kraj jednocześnie starożytny i nowoczesny, którego nie da się zrozumieć bez odniesień do jego długiej historii i tym samym wciąż trudny, często niedostępny i kierujący się regułami zaskakującymi dla ludzi Zachodu. W dodatku kraj w Polsce mało znany. Paweł Jasienica na pierwszych stronach swojej książki „Kraj nad Jangcy”, będącej zapisem jego podróży po Państwie Środka w 1956 roku, pisze: „Trudno marzyć o psychicznym zbliżeniu między mieszkańcami odległych krajów, jeśli się ludziom tu i tam nie udostępni podniecającej wyobraźnię wiedzy właśnie o szczególe. To pięknie, że same nazwy Marsylii, Tulonu czy Saragossy od razu wywołują liczne skojarzenia. Źle natomiast że słowo Hangzhou jest dla nas jak dotąd pustym dźwiękiem”.

Wcale jednak nie musimy bić się w piersi. Ma Yun Twórca Alibbaba.com, największego portalu internetowego zajmującego się sprzedażą chińskich produktów, mówił, iż w Chinach czuję się bezpiecznie i może konkurować z największymi amerykańskimi potentatami, gdyż „krokodyle z Jangcy, poradzą sobie z rekinami wpływającymi do rzek z otwartych oceanów”. Problem jednak w tym, iż globalizacja zmusiła Chińczyków do wypłynięcia w oceany świata zewnętrznego, który w przeszłości z reguły mało ich interesował.  Dlatego wiedzą o nim równie mało, a być może nawet jeszcze mniej niż obcokrajowcy o Chinach. Świadczą o tym już pierwsze napięcia jakie wywołuje udział chińskich firm w przetargach na budowę infrastruktury w Polsce. Po odrzuceniu oferty China Overseas Enigneriing Group na drugą linię warszawskiego metra, chińska firma postanowiła aż do skutku oprotestowywać przetarg, co opóźniało rozpoczęcie ( i tak spóźnionej o kilka lat) budowy. Przy dużej niechęci mediów (odmawiano im komentarzy) wywołało to olbrzymie niezadowolenie mieszkańców. Wszystko dlatego, iż Chińczycy w ogóle nie wzięli pod uwagę (oczywistej na Zachodzie, a mało istotnej, choć wzrastającej na znaczeniu w Chinach) roli opinii publicznej i mediów.

Im dalej szukamy podobieństw, tym łatwiej zrozumieć popularne wśród zachodnich inwestorów w Chinach powiedzenie: śpimy w jednym łóżku, ale mamy różne sny. Podobieństwa bowiem okazują się pozorne, a tym samym słowom, ideom nadawane są inne znaczenia. Jeśli posługując się metaforą Cata Mackiewicza sojusz to małżeństwo, to może być to małżeństwo trudne, pełne nieporozumień,  gdzie dwoje partnerów, ukształtowanych przez odmienne wychowania (tradycje), nawet kiedy bardzo się stara, nie może wyeliminować swoich naturalnych odruchów, ukazujących iż używają podobnych w brzmieniu słów, ale wyobrażają sobie zupełnie inną przyszłość.

Dobry przykład, to okres najlepszych w historii stosunków polsko-chińskich, czyli lata 50-te XX wieku, a zwłaszcza polski październik, na którego przebieg niebagatelny wpływ mogła mieć wizyta Zhou Enlaia.  Zaraz potem Chiny przegrały rywalizację ze ZSRR w ramach obozu komunistycznego i zostały zepchnięte do izolacji. Stosunki z Polską nie były już tak intensywne. Pewien sentyment z tego okresu pozostał jednak do dziś. Po raz pierwszy bowiem ZSRR ukazał się jako wspólny przeciwnik i tym samym zarysowała się możliwość taktycznego, jeśli nie strategicznego sojuszu.

Jeśli jednak chłodno spojrzymy na fakty, wypływające z nich wnioski mogą być całkowicie odmienne. Zhou En Lai, przybył do Warszawy w szczególnym okresie, jakim był rozkwitający w Chinach od lata 1956 roku ruch stu kwiatów (baihua yundong – nazywany na wzór antycznych stu szkół myślenia – symbolu intelektualnego fermentu i pluralizmu). Intelektualistów zachęcano do tworzenia nowych programów i koncepcji, oraz krytykowania linii partii. Niewykluczone iż Mao, chciał doprowadzić w ten sposób do zwycięstwa linii partyjnej na drodze swobodnej dyskusji. Gdy jednak ten cel zaczął stawać się coraz bardziej nierealny, w 1957 roku rozpoczęła się kampania wyrywania chwastów, czyli brutalnego usuwania krytycznej wobec partii inteligencji, która uwierzyła w odwilż. ChRL – z którą w Europie Wschodniej wiązano nadzieje na liberalizacje –  okazała się być kimś zupełnie innym niż wszyscy przypuszczali…

Nie do końca jasne były też motywacje chińskiego kierownictwa. Czy chcieli większej demokracji, równoprawnych stosunków w ramach obozu komunistycznego czy raczej myśleli o zastąpieniu kierownictwa radzieckiego chińskim? Czy już wtedy dwie strony nie śniły przypadkiem własnych snów?

Trudno byłoby zresztą budować strategiczny sojusz na symbolach polskiego października i lat 50-tych. Dramatycznie rozchodzi się w tym wypadku polskie i chińskie spojrzenie na historię i ocena komunizmu. W Polsce uważanego za zewnętrzną agresje, w Chinach jako niezbyt fortunny co prawda, ale własny pomysł na modernizację kraju, kolejne powstanie chłopskie, które wyniosło do władzy nową dynastię.

Niestety w tradycje mitów polsko-chińskich wpisuje się 4 czerwca 1989, który wykreował równie nieprawdziwy obraz Chin, tyle że tym razem jako totalitarnego potwora. Przypadkowa zbieżność dat uczyniła go jednym z najbardziej popularnych mitów założycielskich III RP, wedle której Polska 4 czerwca odzyskuje wolność, staje się demokratycznym społeczeństwem dobrobytu, częścią UE, gdy tego samego dnia w Chinach, „totalitarny reżim” dławi wolność, a cały kraj pogrąża się w beznadziei, przypominającej PRL lat 80-tych.  Pekińską masakrę 89 roku, uznano w Polsce za obronę komunizmu i krok w tył, nie wnikając jak głębokie przeobrażenia przeszły Chiny już po niej. Rzetelną debatę o systemowych ewolucjach obu krajów zastąpiono widowiskowo medialną symboliką. Ofiary, krew na Tiananmen oraz człowiek blokujący drogę wjeżdżającym na plac czołgom, porównywany był do słonecznego czerwca, wyborczej euforii w samo południe i uśmiechniętej Joanny Szczepkowskiej ogłaszającej w Dzienniku Telewizyjnym koniec komunizmu.

Masakra faktycznie zniszczyła chińską glasnost. Ale nie była krokiem wstecz na drodze modernizacji kraju, zwłaszcza po słynnej podróży Deng Xiaopinga na Południe (nanxun), podczas której nawoływał on do reform, otwarcia na świat, w dodatku przestrzegając, iż „lewicowcy są groźniejsi od prawicowców”. Przyśpieszono zmiany gospodarcze i transformację Chin, inspirowaną modelem azjatyckiego autorytaryzmu w stylu dawnej Korei Południowej, Tajwanu Czang Kaj Szeka, a zwłaszcza Singapuru, gdzie priorytetem jest rozwój ekonomiczny, przy zachowaniu dyktatury. Postulat demokratyzacji odłożono na niekreśloną przyszłość, być może zresztą nigdy nie zostanie on zrealizowany. Model ten nie ma wiele wspólnego ani z maoizmem (1949-1976) ani polską wersją komunizmu, jak chcieliśmy go widzieć.

Przemijający już i mocno tracący na atrakcyjności w samej Polsce, mit 4 czerwca pokazał jednak, iż nasze elity po prostu nie byłyby zdolne realizować strategicznego partnerstwa z Chinami, gdyż tego kraju nie znają, nie interesują się nim, spoglądają na niego w sposób ideologiczny, a najczęściej w swoich geopolitycznych rozważaniach po prostu nie biorą w ogóle pod uwagę.

Niestety mit 4 czerwca, choć odchodzi w przeszłość, okazał się być niezwykle szkodliwy i jego konsekwencje mogą w przyszłości uniemożliwić nie tylko strategiczne partnerstwo, ale nawet zaledwie poprawne i intensywne stosunki dużego europejskiego kraju jakim jest Polska, z czołowym światowym mocarstwem, z którym nie mieliśmy przecież w ostatnim dwudziestoleciu żadnych sprzecznych interesów!

Po pierwsze Polska zupełnie przeoczyła zmieniający się na świecie układ sił, w którym Chiny wyrosły jako światowa potęga numer dwa. Do dziś nie prowadzimy żadnej spójnej polityki wobec tego kraju i to w sytuacji, gdy od lat 90-tych, większość państw zachodnich aktywnie ją rozwijała.

Po drugie efektem mitu 4 czerwca była polityka prometejska. Miała ona uzasadnienie w przypadku bliskiej zagranicy, lecz inspirowanie przemian demokratycznych w Chinach, było przedawkowaniem politycznego romantyzmu. Łatwo było ją zresztą prowadzić, przy cichym poparciu USA, w czasie dobrej dla Polski międzynarodowej koniunktury, która kiedyś jednak musiała się skończyć. Teraz gdy potrzebujemy jakiejś nowej opcji, alternatywy, nowego ruchu na szachownicy, okazuję się, że krytykując w latach 90-tych Chiny, głosując za potępieńczymi rezolucjami na forum ONZ, sami się tego ruchu pozbawiliśmy.

Polskie tradycje polityczne, które sprawiają iż polityka prometejska, wyjątkowo nam odpowiada (nawet jeśli nie realizuje naszych interesów) sprawiają, iż sojusz z Chinami jest po prostu niemożliwy. Dobierają sobie one bowiem przyjaciół oceniając ich postępowanie w kwestii Tybetu i Dalajlamy. A ten jest przecież w Polsce uwielbiany. W sondażu na autorytet polskiej młodzieży zajął piąte miejsce nieznacznie przegrywając z Kubą Wojewódzkim, Szymonem Majewskim i Jerzym Owsiakiem. W dodatku przyjmowany jest w Polsce z wielkimi honorami: otrzymał doktor honoris causa najstarszego polskiego uniwersytetu, honorowe obywatelstwo Warszawy na Zamku Królewskim. Abstrahując już od tego, iż te działania, w tak wrażliwej dla Pekinu sprawie (świadomie, czy nieświadomie?), wykluczają poprawne stosunki z Chinami, jest to absolutna zniewaga i utrata twarzy dla Pekinu. A Chińczycy są niezwykle pamiętliwi i w przyszłości z pewnością wystawią nam za te porywy serca słony rachunek…

Interesy

Odłóżmy jednak na bok wartości i przekonania, w których, choć znacznie bliżej nam było do Amerykanów, to w ostatecznym rozrachunku i tak okazały się bez znaczenia. Załóżmy, że Chin możemy się nauczyć, a one w imię przyszłych obopólnych korzyści zapomną urazy i nieporozumienia ostatniego dwudziestolecia. Ale jakie miałyby być to interesy?  Czy byłyby aż tak angażujące obie strony, że Chiny miałyby nas bronić przed Rosją? I dlaczego miałyby nas bronić przed Rosją, z którą jesteśmy teraz w dobrych stosunkach?

To mało prawdopodobny scenariusz, gdyż w perspektywie krótko a nawet średnioterminowej relacje rosyjsko- chińskie nie powinny ulec zakłóceniom. Traktat o dobrym sąsiedztwie i odstąpieniu od sporów terytorialnych podpisano już w 2001 roku. W październiku 2008 roku, odbyła się ceremonia, w której Rosjanie uroczyście przekazali Chinom, sporne terytoria przy Rzece Ussuri, które poróżniły oba kraje w latach 6o-tych. W ramach utworzonej w latach 90-tych Szanghajskiej Organizacji Współpracy (oprócz Rosji i Chin, należą do niej kraje Azji Centralnej)  oba kraje od 2005 roku odbywają co dwa lata, bardzo niepokojące Amerykanów, regularne wspólne ćwiczenia wojskowe. I wzajemnie się potrzebują. Rosja znajduję w Chinach ogromny rynek zbytu na swoje towary, przede wszystkim surowce, których Chiny potrzebują dla swojej rozwijającej się gospodarki, a także technologie wojskowe i broń, na które UE nałożyła w Chinach embargo.

W nadchodzącej dekadzie poprawne stosunki rosyjsko-chińskie zostaną jednak poddane wielkiej próbie. Przede wszystkim z powodu wyludniającego się rosyjskiego Dalekiego Wschodu. Mieszka tam zaledwie 6,7 milionów Rosjan, a więc o 14 procent mniej niż w latach 80-tych. Według prognoz do 2015 roku znikną kolejne 2 miliony. Tymczasem po drugiej stronie granicy, trzy chińskie prowincje na północ od Wielkiego Muru (tak zwana Mandżuria Wewnętrzna) zamieszkuje 100 milionów Chińczyków (ponad 60-krotnie większa gęstość zaludnienia), marzących o rozległych przestrzeniach Mandżurii Zewnętrznej, gdzie chińscy imigranci bogacą się w błyskawicznym tempie. Niektórzy analitycy, powołując się na informacje z kręgów bliskich chińskim elitom władzy, twierdzą, iż chińscy przywódcy, w tym sam Hu Jintao, nie pogodzili się z utratą tych terytoriów i nie wyobrażają sobie przyszłych Wielkich Chin nie tylko bez Tybetu, Ujgurstanu (jest od lat 50-tych), Hongkongu (wchodzi w 2047), ale także bez Mandżurii Zewnętrznej i Tajwanu. Na niekorzyść wyludniających się w tempie miliona rocznie Rosjan, przemawiają wskaźniki demograficzne. Wskaźnik dzietności jest zbliżony do Polski (1.25) i wynosi 1.17 (około 2,1 zapewnia zastępowalność pokoleń). W 2050 roku populacja Rosji ma się skurczyć do 100 milionów. W  Chabarowsku, Usyryjsku i Władywostoku Chińczycy sięgają po dominację ekonomiczną. Zaczynają od drobnego handlu, po czym stopniowo przejmują firmy i nieruchomości. Jak przestrzega sam Putin: „Jeśli nie poczynimy praktycznych kroków, by rozwijać Daleki Wschód, w ciągu kilku dekad zamieszkujący te terytoria Rosjanie będą mówić po chińsku”.

Zaskakująca może być przyszłość SOW, w której Chiny będą osiągać nad Rosją coraz większą przewagę i dominować w strategicznym (bo bogatym w surowce) rejonie Azji Centralnej.

W dłuższej perspektywie (20 lat?) rywalizacja rosyjsko-chińska zdaję się być nieunikniona. Być może ten całkowicie pomijany w Polsce element, przyczynił się do reorientacji Rosji na Zachód, ocieplenia stosunków z UE i w konsekwencji pojednania polsko-rosyjskiego.

I choćby ta nowa sytuacja w jakiej się nagle znaleźliśmy, nie daje nam wielkiego pola manewru. Jeśli bowiem jesteśmy obecnie w przyjacielskich stosunkach z Rosją, to łatwo sobie wyobrazić jak zareagowałaby ona ( i UE) na śmiałe próby budowy strategicznego partnerstwa z Chinami. Wątpliwe także, by taką odważną koncepcję poparł Pekin, gdyż rachunek ewentualnych korzyści za cenę zdestabilizowania stosunków z Rosją,  wyraźnie przemawia, by obecnej polityki nie zmieniać. A już zwłaszcza z powodu Polski, która w ciągu ostatnich 20 lat, wykonała wiele nieprzyjacielskich i potępieńczych gestów pod adresem Chin.

Krokiem w kierunku partnerstwa mogłyby być chińskie inwestycje w Polsce. Chińczycy dysponują ogromnymi rezerwami walutowymi, które dotychczas inwestowali głównie w amerykańskie obligacje i fundusze. Jednak w 2007 roku utworzyli specjalny rządową agendę inwestycji zagranicznych (China Investment Corporation) i przeznaczyli na nie 200 mld dolarów. Według Czech Invest, do Europy Wschodniej mają trafić 2 miliardy dolarów. To zaledwie 1 procent chińskich inwestycji, o które w dodatku będziemy musieli stoczyć bój z innymi państwami regionu…

Ale Polska jako chiński przyczółek i brama do Europy wydaje się być bardzo atrakcyjna. Jesteśmy największym krajem Wschodniej Europy, w dodatku chińskie firmy liczą na kontrakty na budowę infrastruktury (na razie wygrały dwa spośród pięciu odcinków autostrady Warszawa – Łódź, sukces lub porażka tych inwestycji zdecyduje o przyszłym ich zaangażowaniu w Polsce).

Niezależnie od tego Polska, która w najmniejszym stopniu odczuła skutki kryzysu, staje się centrum azjatyckiego handlu hurtowego w Europie Wschodniej. Do podwarszawskich miejscowości masowo przeprowadzają się Chińczycy (i Wietnamczycy) ze Słowacji, Węgier i Czech, a Wólka Kosowska wygląda jak bogate miasto z prowincji Guangdong przeniesione w swojską scenerię Mazowsza.

Nawet gdyby większość z zapowiadanych chińskich inwestycji w regionie, wypaliła akurat w Polsce, to wciąż za mało, by Chiny broniły Polski, jak swojego dominium.  Nawet gdyby tak było, to wcale nie byłby powód do zadowolenia. Strategiczne interesy z Chinami, oznaczają bowiem prawie zawsze napływ ludności chińskiej. Słabo się integrującej, żyjącej w gettach i całkowicie poza kontrolą państwa polskiego (wiem z doświadczenia, że polskie urzędy są bezradne w sytuacji, gdy muszą rozwiązać problem z Azjatami, z którymi nie potrafią się porozumieć, a policjanci nie są w stanie ich nawet od siebie odróżnić). W dodatku Chińczycy są grupą bardzo pracowitą i przedsiębiorczą. Opanowanie przez nich istotnych gałęzi polskiej gospodarki byłoby kwestią czasu. Wystarczy spojrzeć na doświadczenia krajów Azji Południowo-Wschodniej (gdzie kontrolują kilkadziesiąt procent gospodarki i są nazywani Żydami Azji), czy też monitorować sytuację na Syberii. W dodatku stałoby za nimi globalne mocarstwo. Byłby to zatem eksperyment bardzo ryzykowny.

Co z tymi Chinami?

Na różnice wartości i niewystarczająco silne wspólne interesy, nakłada się niestety słabość państwa polskiego. Jeśli jakość naszych instytucji będzie niska, wizja niespójna, działania przypadkowe i nieskoordynowane to ta niesterowność państwa będzie znacznie większym problemem, bowiem niezależnie czy na strategicznego partnera wytypujemy USA, czy może UE, Rosję lub Chiny to i tak nie będziemy w stanie dopilnować realizacji naszego interesu.

A tym właśnie skończyła się pierwsza próba zbliżenia z Chinami. W czasie szczytu ASEM w 2008 roku w Pekinie, Polska została wytypowana jako jeden z sześciu krajów do rozmów z chińskimi przywódcami. Obie strony wiele sobie po tym spotkaniu obiecywały. Donald Tusk, (który dwa miesiące wcześniej zbojkotował ceremonię otwarcia Igrzysk Olimpijskich), chwalił chiński model i podkreślał jego specyfikę. Obiecywał partnerstwo i zachęcał do inwestycji. W tym samym czasie europarlamentarzyści Platformy Obywatelskiej głosowali za przyznaniem nagrody im. Sacharowa chińskiemu dysydentowi Hu Jia, a radni tego ugrupowania w Warszawie głosowali za Rondem Wolnego Tybetu. Zaraz po powrocie z Chin, uroczyście w towarzystwie Dalajlamy świętowano 25-lecie Nobla dla Lecha Wałęsy, a media, polska opinia publiczna i sam Nicolas Sarkozy, domagali się od Tuska jakiegoś gestu pod adresem gościa. Nic dziwnego że z udanego partnerstwa niewiele wyszło.

Nie łudźmy się, że to Polska będzie wybierać i decydować o przyszłym kształcie stosunków polsko-chińskich.  Nawet jeśli zmienimy nasze spojrzenie na Chiny ( jest ono fatalnie jednostronne), zaczniemy bacznie się im przyglądać, pozyskamy kilka spektakularnych chińskich inwestycji, to najbliższa dekada będzie czasem zbyt krótkim, by stać się strategicznym partnerem Chin, a już na pewno nie kosztem stosunków z Rosją.

Jeśli marsz Państwa Środka w stronę światowej potęgi będzie trwał dalej, ich wpływy prędzej czy później dotrą i w ten zakątek globu. Z tego względu pytanie, co zrobić z Chinami, należałoby zamienić, na: co (wtedy) Chiny zrobią z nami? Spróbujmy naprawić to, co zepsuto w poprzednich dwóch dekadach. To i tak będzie duży sukces dający nadzieję, iż przyszła odpowiedź na tak postawione pytanie może być pozytywna. Zainicjowane przez Polskę strategiczne partnerstwo polsko-chińskie? Żadnych marzeń Panowie!

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Polska strategicznym partnerem Chin? Żadnych marzeń Panowie! Reviewed by on 28 września 2010 .

Jednym z wielkich wyzwań polskiej polityki zagranicznej jest właściwe ułożenie sobie relacji z globalnymi potęgami. Niewątpliwie na status światowego mocarstwa wybijają się Chiny. Jak wobec tego powinny wyglądać stosunki polsko-chińskie? Czy powinniśmy dążyć do bliskiego partnerstwa z Państwem Środka, poprzestać na poprawnych relacjach, czy może być wobec nich nieufni? Jakie powinny być wobec tego nasze

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

KOMENTARZE: 1

  • Artykuł, który porusza ważne kwestie geopolityczne, uchodzące uwagi sporej części naszych decydentów.
    Cyt. „Sojusze są jak małżeństwa; najbardziej jest naturalne, gdy pobierają się ludzie tej samej sfery, podobnych zamiłowań i niezbyt różnego wieku. Najnaturalniejsze sojusze są sojuszami państw sąsiadujących z sobą i takie, gdy zniszczenie jednego państwa pociąga za sobą zniszczenie drugiego. Sojusze zawarte pomiędzy państwami zbyt daleko od siebie geograficznie położonemi i nierówni silnemi, są często sojuszami egzotycznemi.”
    Gdyby zawsze tak było, naszym naturalnym partnerem powinna być… Rosja. Szkoda, że St. Cat-Mackiewicz pominął kwestię pożytków z takiego czy innego sojuszu. Bowiem jedyne, co mogłaby dać Rosja, to nieco tańszy gaz itp. surowce, niezłej jakości uzbrojenie i tanią wódkę dla ludu pracującego miast i wsi (choć to ostatnie oznaczałoby dla większości pracowników Polmosów bezrobocie). Jednak może to i tak lepiej niż wizy do USA i mizerne korzyści z amerykańskiego offsetu, ilustrujące zresztą klasyczny przykład sojuszu egzotycznego jakim jest przyjaźń z USA, które konsekwentnie „olewają” nasze przymilające się im „elyty”.
    Inna sprawa. Co do Sarkozy’ego, to tym bawidamkiem na miejscu premiera Tuska bym się nie przejmował, tak samo jak rząd SLD gdy wysyłał polskich żołnierzy do Iraku nie przejmował się zjadliwymi uwagami Chiraca. Sarkozy nie ma takiej władzy jak Putin czy Hu Jintao, więc co najwyżej podobnie jak Chirac pomruczy albo pogrozi nam palcem.
    Chiny wybrały niemieckiego Siemensa a nie francuski Alstom jako dostawcę technologii dla superszybkiej kolei CRH, mimo że cena jest wyrównana, a TGV rozwija nawet wyższe prędkości niż Siemens Velaro. Nie mówiąc o tym, że japoński Shinkansen (który bezapelacyjnie wygrał na Tajwanie, a jest wysoce prawdopodobne, że wygra w Brazylii) został też odrzucony przez Chińczyków najwyraźniej z powodów politycznych. Jest wysoce prawdopodobne, że na decyzje Chińczyków wpłynęła sympatia Sarkozy’ego do Dalajlamy oraz tarcia w relacjach z Japonią, w tym wizyty japońskiego premiera Koizumi’ego (dziś już ex-premiera, ale dyplomatyczny smrodek pozostał) w świątyni Yasukuni, gdzie spoczywają prochy japońskich militarystów. To wskazywałoby, że Chiny nie wahają się używać argumentów ekonomicznych do wywierania nacisków. Chiny nie muszą się obawiać retorsji, bo co Francja może zrobić Chinom jeśli nie ma w UE poparcia Niemiec zarabiających miliardy euro dzięki kontraktom z Krajem Środka? Czasy wojenek opiumowych definitywnie się skończyły, toteż Sarkozy wobec Chin może tylko stroić te swoje głupie miny i grozić palcem w bucie jako lider uwiędłego i zislamizowanego ex-mocarstwa.
    Jednakże stosowanie instrumentów ekonomicznych w polityce to nie domena Chin. Inne mocarstwa czynią podobnie. Rosja niektórym sprzedaje ropę i gaz taniej niż innym. Nawet USA, gdzie gospodarka zasadniczo nie podlega władzy jak w Rosji i ChRL, nakładają na niektóre kraje sankcje, niekiedy trwające dziesiątki lat (vide: Kuba, Iran). Sankcje te są jak najbardziej wiążące dla wszystkich amerykańskich podmiotów ekonomicznych. Myślę, że Chiny dokonując motywowanego politycznie wyboru ICE zamiast Shinkansena czy TGV nie ponosiłyby aż takich kosztów jak Rosja sprzedająca swoim pupilom tańszy gaz ani też USA, które pod naciskiem różnych lobby same wykluczyły się z gry o irańską ropę i kubański rynek turystyczny. Dlaczego więc nie miałyby korzystać tu z polityki „kija i marchewki”? Warto o tym pamiętać w relacjach z Krajem Środka, zwłaszcza że dla odmiany nasze możliwości nacisku na chińskiego kolosa są praktycznie żadne, więc jakiekolwiek protybetańskie wywijanie szabelką a la Kaczyński w Tbilisi nie przyniosłoby nic poza rozśmieszeniem pewnej części publiki i możliwymi stratami finansowymi. Jednak, jako że nic choćby zbliżonego atrakcyjnością do TGV nie mamy, więc i nasze straty będą mniejsze od francuskich. I tym optymistycznym akcentem kończę.

Pozostaw odpowiedź