BLOGOSFERA

„Polityka”: Przyczajony smok, oskubany orzeł

788px-Bald_Eagle_-_Day_137_(391619837)Chiny-USA: nowy podział świata

To nie Ameryka, ale Ameryka razem z Chinami będą teraz rządzić światem? Wizyta prezydenta Obamy w ChRL zdaje się wizję tę przybliżać. Świat znów będzie dwubiegunowy?

Był sierpień 1784 r., gdy „Cesarzowa Chin” wpływała w deltę Rzeki Perłowej. Trójmasztowy żaglowiec miał za sobą długą podróż: sześć miesięcy wcześniej opuścił Nowy Jork, przeciął Atlantyk, opłynął Afrykę i Indie, by jako pierwszy amerykański okręt dotrzeć do Chin. Stany Zjednoczone miały niespełna rok, Cesarstwo Chińskie kończyło właśnie drugie tysiąclecie i niechętnie handlowało z Zachodem. Największa gospodarka ówczesnego świata wszystkiego miała pod dostatkiem, a 17-krotnie biedniejsza Ameryka nie zasługiwała nawet na miano partnera, nie mówiąc już o wymianie ambasadorów, czego cesarz Chin odmówił nawet brytyjskiemu królowi. W Kantonie, chińskim Guangzhou, jedynym porcie otwartym dla zamorskich kupców, Amerykanie wymienili 2,5 tys. skór i 30 ton żeń-szenia z terenów dzisiejszej Kanady na chińską porcelanę, herbatę i jedwab.

Dziś przez Guangzhou przechodzi co roku 11 mln kontenerów po 25 ton każdy, we wszystkich chińskich portach 12 razy tyle. Z Afryki i Ameryki Płd. przypływają surowce, do Europy i USA wypływają gotowe zabawki, ubrania, buty i elektronika. Przez wieki odwrócone plecami do świata, dziś Chiny są krajem uzależnionym od handlu zagranicznego i obcego kapitału. W ubiegłym roku wartość chińskiego eksportu sięgnęła 1,4 bln dol., a pod względem PKB Chiny wyprzedzą niebawem Japonię, stając się drugą potęgą gospodarczą świata po Stanach Zjednoczonych. Po dwóch wiekach anomalii, jaką była hegemonia Europy i Ameryki, świat wraca do dawnego porządku z Chinami jako największym graczem. A to oznacza tektoniczne zmiany w układzie sił, zarówno gospodarczych, jak i politycznych.

Prezydent USA nie zamierza powtórzyć błędu chińskiego cesarza – nie tylko nie lekceważy wschodzącego supermocarstwa, ale namawia je do zajęcia należnego mu miejsca w świecie. Taki był cel pierwszej wizyty Baracka Obamy w Pekinie: nakłonić Chiny, by w ślad za swoją gospodarczą potęgą wzięły polityczną odpowiedzialność za wyzwania globu, takie jak walka z ociepleniem klimatu, rozbrojenie atomowe Iranu i Korei Płn., zniesienie barier handlowych między Północą a Południem i strukturalnej nierównowagi między gospodarkami rozwijającymi się a rozwiniętymi. Ameryka zdaje sobie sprawę, że bez Chin nie załatwi dziś niczego, na czym jej zależy. A Chiny, że bez Ameryki nie będą w stanie dalej się rozwijać. – Relacja między Ameryką a Chinami określi XXI w. – mówił Obama w lipcu tego roku.

Orzeł budzi smoka

Oba kraje obchodzą w tym roku 30-lecie nawiązania stosunków dyplomatycznych. Gdy w 1949 r. Mao Zedong proklamował ChRL, Waszyngton nie tylko nie uznał komunistycznych władz w Pekinie, ale stanął po stronie Czang Kaj-szeka, przywódcy chińskich nacjonalistów, który schronił się na Tajwanie. Jeszcze w czasie wojny domowej Mao urządzał antyamerykańskie kampanie, a w 1950 r. posłał wojska na pomoc Korei Płn., gdy ta napadła na okupowane przez Amerykanów Południe. Przez kolejnych 20 lat Waszyngton i Pekin groziły sobie nawzajem wojną o Tajwan – w 1955 r. Dwight Eisenhower rozważał nawet zrzucenie bomby atomowej, by wyperswadować Mao przyłączenie wyspy siłą. Jednocześnie USA wspierały reżim Czang Kaj-szeka, czyniąc z niego narzędzie ograniczania wpływów Pekinu.

Sytuacja zmieniła się w 1970 r., gdy pod granicą chińską stanęło 45 radzieckich dywizji. Chińczycy zaprosili amerykańską drużynę tenisa stołowego do Pekinu, a po kilku rundach dyplomacji pingpongowej Amerykanie pojęli, że stoją przed niepowtarzalną szansą, by obrócić ChRL przeciw ZSRR. W 1971 r. USA zniosły embargo na handel z Chinami, a Zgromadzenie Ogólne ONZ uznało ChRL za jedyne prawowite państwo chińskie, wydalając jednocześnie Tajwan i przekazując Pekinowi miejsce Tajpej w Radzie Bezpieczeństwa. Rok później, po dwóch tajnych podróżach Henry’ego Kissingera, z oficjalną wizytą pojechał do Chin zajadły antykomunista Richard Nixon. Widząc jego uścisk dłoni z Mao, Leonid Breżniew zgodził się na pierwszy traktat o redukcji zbrojeń.

Nixon wygrał reelekcję, a Chiny bilet powrotny do światowej polityki. Amerykanie zaufali im tak dalece, że podzielili się danymi wywiadowczymi o ZSRR, a CIA założyła nawet stację nasłuchową w Chinach zachodnich. Mao nie dożył nawiązania stosunków dyplomatycznych w 1979 r. – w pierwszą podróż do USA pojechał już jego następca Deng Xiaoping. Rok później zrobił rzecz dla Chin o wiele ważniejszą: zauroczony wolnorynkową dyktaturą w Singapurze, kazał stworzyć w Shenzhen pierwszą specjalną strefę ekonomiczną, gdzie Chiny Ludowe rozpoczęły swój eksperyment z kapitalizmem. Tak zaczął się długi marsz do gospodarki rynkowej – proces znacznie mniej widowiskowy, ale dla globu bardziej brzemienny w skutki niż upadek komunizmu w Europie.

30 lat później rybacka osada Shenzhen jest 10-milionową metropolią, a Chiny kluczowym ogniwem systemu kapitalistycznego. Od 1980 r. chińska gospodarka urosła aż 14 razy, PKB w przeliczeniu na głowę mieszkańca – najpopularniejsza miara standardu życia – wzrósł 11-krotnie. Tajemnicą chińskiego cudu było otwarcie kraju na obcy kapitał i handel międzynarodowy. Roczny napływ inwestycji zagranicznych wzrósł z 636 mln dol. w 1983 r. do 93 mld dol. w roku ubiegłym, a łączna kwota zainwestowanego kapitału sięga 853 mld dol. W Chinach działa dziś 286 tys. firm z obcym kapitałem, które zatrudniają 40 mln pracowników, wytwarzają 31 proc. produkcji przemysłowej i ponad połowę eksportu. W latach 1980–2008 jego wartość wzrosła, uwaga, sto razy – z 14 mld do 1,4 bln dol.

To wszystko nie byłoby możliwe bez pomocy Ameryki – poparcia Białego Domu dla chińskich starań o członkostwo w instytucjach międzynarodowych oraz prywatnego kapitału, napływającego do kolejnych stref ekonomicznych i miast otwieranych dla inwestycji. A przede wszystkim bez otwarcia amerykańskiego rynku zbytu dla chińskich produktów. Ameryka wykarmiła chińskiego smoka, wychodząc z założenia, że kapitalizm nie przetrwa bez demokracji, a w ślad za wolnością gospodarczą przyjdzie również ta polityczna, która rozsadzi reżim od środka. Deng obstawił przeciwny zakład: że uda mu się otworzyć chińską gospodarkę, utrzymując jednopartyjne rządy. I wygrał. Nie zdejmując czerwonych krawatów, partyjna nomenklatura przedzierzgnęła się w kadrę zarządzającą największej fabryki świata.

Poparciem Ameryki dla chińskich reform nie zachwiała nawet masakra na placu Tiananmen. George Bush senior zawiesił oficjalne spotkania na najwyższym szczeblu, ale po cichu posłał do Pekinu wysokich rangą dyplomatów z zapewnieniem, że Waszyngton nie zerwie stosunków. W 1996 r. Chiny pozwoliły sobie na testy rakiet w Cieśninie Tajwańskiej, zmuszając Billa Clintona do przysłania dwóch lotniskowców dla ochrony wyspy, ale już rok później Jiang Zemin był fetowany w Białym Domu. Na niczym spełzły amerykańskie próby powiązania umów handlowych z ochroną praw człowieka – wspólnota interesów była już zbyt silna, by narażać ją w imię wartości. Tuż przed odejściem Clinton oddał ostatnie narzędzie nacisku na Pekin – po 12 latach negocjacji zgodził się na wejście Chin do WTO.

Smok podnosi łeb

Zimny prysznic przyszedł dwa miesiące po zaprzysiężeniu George’a Busha juniora. 1 kwietnia 2001 r. chińskie myśliwce zmuszają samolot szpiegowski USA do lądowania na wyspie Hajnan i zatrzymują załogę na 12 dni, żądając od Waszyngtonu przeprosin za naruszenie przestrzeni powietrznej ChRL. Biały Dom na piśmie wyraża żal z powodu incydentu, piloci wracają do domu, samolot dopiero kilka tygodni później – po gruntownym zbadaniu przez chiński kontrwywiad. Urządzając kryzys dyplomatyczny z Waszyngtonem, Pekin po raz pierwszy tak ofensywnie znaczy teren, a zarazem porzuca przykazanie Denga, by „ukrywać swoje możliwości i czekać na swój czas”. W odwecie Bush podpisuje zgodę na największy od początku lat 90. eksport broni do Tajwanu.

Nową asertywność i rosnące ambicje Chin widać już nie tylko w polityce. Pekin zdobywa prawo do organizacji igrzysk olimpijskich (2001 r.), wystrzeliwuje człowieka w kosmos (2003 r.), otwiera Zaporę Trzech Przełomów i linię kolejową do Tybetu (2006 r.), strąca też rakietą z ziemi własnego satelitę (2007 r.). Sami Chińczycy dają upust swojej dumie w nacjonalistycznych protestach – antyjapońskich, po tym jak władze w Tokio zatwierdzają podręcznik szkolny pomniejszający japońskie zbrodnie podczas inwazji na Chiny, i antyfrancuskich, gdy obrońcy praw człowieka przerywają w Paryżu sztafetę z ogniem olimpijskim. Co wymowne, władze nie tłumią wielotysięcznych demonstracji ani wezwań do gospodarczego bojkotu.

Ubiegłoroczna olimpiada w Pekinie wypadła w samą porę – tuż po ostatnim globalnym boomie, który wyniósł Chiny do rangi gospodarczej superpotęgi. W latach 2004–2007 podwoiły swoje obroty handlowe ze światem, eksport rósł 27 proc. rocznie, dzięki czemu Chiny wyprzedziły w tej dziedzinie USA (2004 r.) i Japonię (2007 r.), a w tym roku przypuszczalnie zdetronizują Niemcy. Tak jak lata 80. upłynęły pod znakiem otwierania się Chin na świat, a lata 90. na integracji, tak ostatnia dekada przejdzie do historii jako okres globalizacji chińskiej gospodarki – obrócenia neoliberalnego ładu na korzyść Chin i maksymalizacji korzyści, wynikających z ogromu taniej siły roboczej i zacofania względem krajów rozwiniętych. Głównie kosztem Ameryki.

Chińczycy zawsze sprzedawali Amerykanom więcej, niż od nich kupowali, ale w ostatnich latach przepaść przybrała monstrualne rozmiary. W 2008 r. ChRL wyeksportowała do USA towary za 337,8 mld dol., podczas gdy w drugą stronę popłynęło marne 69,7 mld dol. Na przestrzeni dekady deficyt Ameryki w handlu z Chinami wzrósł z 83 do 268 mld dol., o ponad 100 mld w samym tylko okresie boomu 2004–2007.

Tak duży wzrost eksportu nie byłby możliwy, gdyby nie chińskie interwencje na rynku walutowym. Aby powstrzymać wzrost wartości juana do dolara, który zaszkodziłby ich eksporterom, Chiny od lat skupują ogromne ilości napływających do kraju walut – to w ten sposób zgromadziły rezerwy o wartości 2,2 bln dol. Dwie trzecie tej sumy trzymają w dolarach, z tego ok. 800 mld w obligacjach skarbowych USA, co czyni dziś je największym wierzycielem rządu amerykańskiego. To nie koniec: skupując tak znaczącą część amerykańskiego długu, Chiny stworzyły warunki do utrzymania niskich stóp procentowych w Ameryce, a pośrednio do rozkręcenia ostatniego boomu.

W ten sposób powstała bodaj najważniejsza współzależność w dzisiejszej gospodarce – głęboka symbioza między największym na świecie wytwórcą towarów a ich największym nabywcą, przypieczętowana parytetem nadwyżek i deficytów na rachunkach obrotów bieżących. Współzależność, bo tak jak Ameryka potrzebuje Chin jako źródła taniego pieniądza i towarów, tak też Chiny potrzebują Ameryki jako rynku zbytu i bezpiecznej lokaty kapitału. Są jej największym wierzycielem, ale nie mogą wykorzystać tego faktu przeciw USA. Upłynniając choćby część swoich ogromnych rezerw, Chińczycy spowodowaliby krach dolara, redukując wartość swoich pozostałych aktywów. Mogą natomiast domagać się uwagi Amerykanów i ochrony swoich interesów.

Skubanie orła

Przekonał się o tym ubiegłej jesieni Henry Paulson. To pod presją Pekinu ówczesny sekretarz skarbu USA znacjonalizował gigantyczne agendy rządowe Freddie Mac i Fannie Mae. Powód? W papierach dłużnych obu tych instytucji chiński rząd ulokował równowartość ok. 10 proc. PKB kraju, refinansując w ten sposób tysiące amerykańskich kredytów hipotecznych. 10 dni później, gdy Biały Dom w pośpiechu szykował akcję ratowania banków po upadku Lehman Brothers, George Bush musiał dzwonić do Hu Jintao z pytaniem, czy Pekin kupi kolejną emisję obligacji na pokrycie kosztów planu Paulsona. To po tamtych zakupach Chiny stały się największym wierzycielem USA.

Następca Paulsona Timothy Geithner zaczął od gróźb, że poskarży się na Chiny do MFW za manipulowanie kursem juana, ale ekipa Obamy szybko spuściła z tonu. Już w lutym Hillary Clinton dziękowała w Pekinie za „nieprzerwane zaufanie ChRL do amerykańskich obligacji”, a zapytana w Seulu o prawa człowieka, stwierdziła, że „naciski w tej sprawie nie mogą przeszkadzać w zwalczaniu globalnego kryzysu gospodarczego”. W lipcu na konsultacje międzyrządowe zjechało do Waszyngtonu 23 chińskich ministrów, a w październiku Nowy Jork uczcił 60 urodziny komunistycznych Chin czerwono-żółtą iluminacją Empire State Building – ku oburzeniu Human Rights Watch, która ma biura w tym budynku.

Niemal równolegle do tych pojednawczych gestów Ameryka rozpętała wojnę celną z Chinami. We wrześniu nałożyła cła zaporowe na import chińskich opon, w listopadzie na niektóre produkty stalowe, Waszyngton uruchomił też kilka dochodzeń w sprawie dumpingu i razem z Unią złożył skargę na Chiny do WTO za sprzedawanie rodzimym producentom surowców po zaniżonych cenach. Wszystko po to, by odzyskać inicjatywę przed wizytą Baracka Obamy w Chinach – Waszyngton liczył, że Pekin wystraszy się ograniczeń w dostępie do amerykańskiego rynku i, w zamian za odstąpienie od protekcjonistycznych działań, będzie bardziej skory do współpracy.

Jeszcze przed zaprzysiężeniem Obamy Zbigniew Brzeziński wezwał Amerykę i Chiny do stworzenia G2 – „Grupy Dwóch, która może zmienić świat”, jak określił to później w artykule dla „Financial Times”. Pragmatycznych przesłanek za takim sojuszem jest wiele: oba kraje stoją na czele dwóch największych bloków gospodarczych świata (krajów rozwiniętych i rozwijających się), są też największymi konsumentami ropy naftowej i największymi emitentami gazów cieplarnianych. Brzezińskiemu przyklasnęli szef Banku Światowego Amerykanin Robert Zoellick i główny ekonomista tej instytucji Chińczyk Justin Yifu Lin, twierdząc, że bez silnego G2 nie ma szans na skuteczne G20.

Amerykańsko-chiński tandem miałby dopilnować rozwiązania największych problemów świata. Na początek doprowadzić do nowego porozumienia klimatycznego w Kopenhadze, w dalszej kolejności zrównoważyć światową gospodarkę i doprowadzić do końca siedmioletnie rozmowy o liberalizacji handlu w ramach WTO, tzw. rundę z Doha, storpedowaną w ubiegłym roku przy wydatnym udziale Chin. Waszyngton liczy wreszcie na pomoc w rozmowach z reżimami w Iranie, Korei Płn., Zimbabwe i Birmie, z którymi Pekin utrzymuje przyjacielskie kontakty. W zamian Ameryka uznałaby nie tylko gospodarczą, ale także polityczną potęgę Chin, traktując je jako partnera w rządzeniu światem.

Stanom taki układ przyniósłby oczywiste korzyści. Mogłyby dokooptować Chiny do istniejącego ładu światowego, skrojonego pod zachodnie przywództwo i zachodnie interesy. Pozwoliłoby to Ameryce nie tylko zagospodarować wschodzącą potęgę, ale także odblokować instytucje międzynarodowe, sparaliżowane w równej mierze przez otwarte weta Moskwy, co bierny opór Pekinu. Niektórzy mówią wręcz o pułapce zastawionej na Chiny, które nie mają potencjału politycznego, by dotrzymać Ameryce kroku w światowej dyplomacji. Partnerem byłyby więc tylko z nazwy, w praktyce na podobnych prawach co Rosja w G8. To nie jedyny powód, dla którego pomysł G2 powitano w Pekinie uprzejmym milczeniem.

Smok spuszcza wzrok

Chiny nie palą się do globalnego przywództwa. Przy całej integracji gospodarczej ze światem, pod względem politycznym pozostają krajem skupionym na własnym rozwoju i obronie własnego interesu. Gdy Zachód wzywał Chiny do aktywnego udziału w walce z kryzysem – np. przez wyłożenie części gigantycznych rezerw na rekapitalizację Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) – Chiny odparły, że wszystko, co mogą zrobić dla światowej gospodarki, to zatroszczyć się o własną. Cieszą się z rozpadu G8, do której to grupy nie należały, i doskonale czują się w G20, gdzie mogą występować jako lider krajów rozwijających się, a w razie potrzeby odrzucać amerykańskie propozycje bez ponoszenia winy za ich fiasko.

Mimo 30 lat zacieśniającego się dialogu Chiny są wciąż podejrzliwe wobec USA i nie zamierzają firmować amerykańskiej hegemonii. Nie mają też interesu, by reanimować instytucje międzynarodowe, dopóki rządzi w nich Zachód, ani przyspieszać procesy dyplomatyczne, na których zależy głównie Ameryce. Bo choć oba kraje są zrośnięte gospodarczo, ich polityczne interesy są sprzeczne, różnie pojmują też swoją rolę w świecie. Podczas gdy Ameryka hołduje oświeconej hegemonii i ma wciąż idealistyczne zapędy do naprawiania świata, Chiny są światem same dla siebie, resztę globu traktując jako zaplecze własnego rozwoju.

Inaczej niż Rosja, nie potrzebują uznania Ameryki, by poczuć się mocarstwem. W marcu premier Wen Jiabao po raz pierwszy nazwał swój kraj „wielką potęgą”, a prezydent Hu Jintao grzmiał w rocznicę proklamowania ChRL, że „naród chiński powstał i z dorobkiem 5 tys. lat cywilizacji wkroczył w nową, historyczną epokę rozwoju i postępu”, a „socjalistyczne Chiny, zwrócone ku nowoczesności, ku światu i ku przyszłości, górują dziś nad Wschodem”. W mundurze Mao, wychylony przez szyberdach staromodnej limuzyny, prezydent odebrał pierwszą od 10 lat chińską defiladę. Było co pokazywać: przez plac Tiananmen przejechały najnowsze czołgi, wozy pancerne i rakiety międzykontynentalne, nad Bramą Niebiańskiego Spokoju przeleciało 150 samolotów i  helikopterów.

Oficjalny budżet obronny ChRL nie przekracza jednej dziesiątej wydatków Pentagonu, ale rzeczywiste wydatki są dwukrotnie większe i rosną w takt chińskiego eksportu – tylko w tym roku zwiększyły się o ponad 14 proc. Oprócz modernizacji wojsk lądowych, Chińczycy inwestują w zdolność przerzucania sił poza granice kraju i regionu, o czym świadczą przymiarki do lotniskowca. Rozwijają też flotę podwodną, która ma odepchnąć Amerykanów na Pacyfik i bronić interesów ChRL na Morzu Południowochińskim, gdzie Pekin toczy z sąsiadami spór terytorialny o roponośne Wyspy Paracelskie i Spartly.

Co równie ważne, Pekin odkrył miękką siłę. Gdy Amerykanie byli zajęci wojnami na Bliskim Wschodzie, Chińczycy uruchomili dyplomację surowcową w Afryce i Ameryce Płd., poszukując tam nośników energii i metali dla swoich fabryk. Oferując inwestycje zamiast pomocy humanitarnej i umowy handlowe zamiast żądań demokracji i praw człowieka, szybko znaleźli wspólny język z reżimami Sudanu, Angoli i Zimbabwe, ale także z rządami Zambii, Kenii i Konga. W zamian za ropę, węgiel, miedź i kobalt Chińczycy budują drogi, linie kolejowe i porty, a w razie potrzeby bronią swoich partnerów przed sankcjami ONZ. Wprawa w negocjacjach ze skorumpowanymi rządami przydała się ostatnio w Afganistanie, gdzie wygrali właśnie przetarg na największe złoże miedzi, eliminując firmy z USA i Kanady.

Część specjalistów mówi już o tym, że Konsens Waszyngtoński przegrywa w Afryce i Ameryce Płd. z Konsensem Pekińskim – modelem rozwoju, opartym na silnej obecności państwa w gospodarce, stopniowych reformach i tolerancji dla autorytarnych rządów. Chiński model podoba się nie tylko dyktatorom, ale coraz częściej także demokratycznie wybranym rządom, które szukają alternatyw dla zachodnich recept i z podziwem patrzą na chińskie tempo wzrostu. W Pekinie znajdują też hojnego sponsora – na ubiegłotygodniowym szczycie Afryka-Chiny w Szarm El-Szejk premier Wen obiecał im tanie kredyty na kwotę 10 mld dol., dwukrotnie większą niż na poprzednim szczycie przed trzema laty.

Smok wywinie orła?

Ale Konsens Pekiński przechodzi właśnie ciężką próbę w samych Chinach. W lutym, na dnie zapaści handlu światowego, władze ogłosiły, że pracę straciło 20 mln robotników-migrantów, którzy zasilali chińskie fabryki, przenosząc się z biednych wsi na przemysłowe wybrzeże. Chińska gospodarka zakończy wprawdzie rok 8-proc. wzrostem PKB, ale jego lwią część zawdzięcza pakietowi antykryzysowemu – aby załatać dziurę po eksporcie i inwestycjach zagranicznych, państwo wyłożyło równowartość 600 mld dol. na budowę dróg i elektrowni. Inwestycje publiczne pozwoliły uniknąć zapaści, ale nie wystarczą, by Chiny wróciły do dwucyfrowego tempa wzrostu. Sami Chińczycy przyznają, że ich gospodarkę czekają strukturalne zmiany.

Mimo ożywienia świat nie jest w stanie wchłonąć tej samej ilości chińskich dóbr co przed kryzysem, a amerykański konsument, doświadczony najcięższą recesją od II wojny światowej, zaczął oszczędzać. Aby utrzymać swój przemysł, Chińczycy powinni sami więcej konsumować, ale najpierw państwo musiałoby zbudować skuteczny system zabezpieczeń społecznych, którego brak zmusza ich dziś do odkładania na opiekę zdrowotną i starość. Rosną też obawy, że chiński pakiet antykryzysowy, finansowany w dużej mierze z kredytów, dopompował bańkę spekulacyjną na tamtejszych giełdach i rynku nieruchomości, której pęknięcie może mieć dla Chin podobne skutki, co krach giełdowy 1929 r. dla Ameryki.

Dla partii, której poparcie opiera się na umiejętności zapewnienia wysokiego tempa wzrostu, zrównoważenie gospodarki to nie lada wyzwanie. Dopóki machina eksportowa chodziła pełną parą, wyciągając miliony Chińczyków z biedy, koszty morderczego rozwoju dawało się usprawiedliwić. Teraz zbyt gwałtowna adaptacja może zdestabilizować kraj. Bardziej niż żądań demokracji chińskie politbiuro obawia się protestów przeciwko zatruciu środowiska, korupcji w miastach i wywłaszczaniu chłopów z ziemi pod fabryki na wsi. To wyjaśnia po części introwersję Chin w polityce światowej – władza musi poświęcać więcej wysiłku na zapewnienie „społecznej harmonii” niż czterokrotnie mniej ludna Ameryka.

Kryzys sprawił, że Ameryka zaczęła patrzeć na Chiny jak na równego sobie, ale zamiast duopolu powstanie świat dwuośrodkowy – z Waszyngtonem i Pekinem jako centrami odrębnych systemów polityczno-gospodarczych, z własnymi modelami globalizacji, hierarchiami wartości i wzorcami cywilizacyjnymi. Inaczej niż przed wiekami te dwa światy będą się na siebie częściowo nakładać, do pewnego stopnia ze sobą konkurować, ale przede wszystkim rozmawiać, zmuszone do tego przez rosnące współzależności, na czele z amerykańsko-chińską symbiozą. Będą się też spierać o przywództwo globalnych instytucji, jak G20, ONZ, WTO i MFW. Jeśli Zachód nie dopuści Wschodu do kształtowania globalnej polityki, pogłębi tylko paraliż tych instytucji, a z czasem doprowadzi do powstania ich wschodnich odpowiedników.

Jakiekolwiek zbliżenie między Chinami a Ameryką odbędzie się kosztem Europy i Rosji. UE wyprzedziła wprawdzie USA jako główny rynek zbytu chińskich towarów, ale pod względem politycznym Europa pozostaje daleko w tyle za Ameryką. Pekin gardzi Brukselą ze względu na jej polityczną słabość i brak wspólnego stanowiska wobec Chin, karze też całą wspólnotę za „przewiny” poszczególnych państw – w grudniu ubiegłego roku odwołał szczyt Unia-Chiny po tym, jak Nicolas Sarkozy spotkał się z Dalajlamą. Państwa europejskie czeka też ograniczenie wpływów w instytucjach międzynarodowych, gdzie są obecnie nadreprezentowane (w MFW Chiny miały do niedawna mniejszą siłę głosu niż Belgia i Holandia razem wzięte). W gorszej sytuacji jest tylko Rosja, zagrożona terytorialną ekspansją potężnego sąsiada.

Ameryka długo jeszcze pozostanie hegemonem wojskowym, ale współzależność gospodarcza z Chinami ogranicza już jej polityczną swobodę działania. Według optymistycznych prognoz banku Goldman Sachs, chińska gospodarka osiągnie rozmiar amerykańskiej już w 2027 r. Znacznie więcej czasu zajmie statystycznemu Chińczykowi osiągnięcie stopy życiowej przeciętnego Amerykanina – pod względem PKB na głowę mieszkańca Chiny pozostają krajem biednym, nawet jeśli wyprzedzają w rankingu potęgi gospodarcze. Zagrożenie ze strony Chin nie polega dziś na tym, że wysforują się na jedyne supermocarstwo, ale że zablokują istniejący ład przez swoją polityczną bierność, a zarazem gospodarczy ciężar.

Artykuł ukazał się na portalu Polityka.pl. Jego autorem jest Wawrzyniec Smoczyński.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Polityka”: Przyczajony smok, oskubany orzeł Reviewed by on 30 listopada 2009 .

Chiny-USA: nowy podział świata To nie Ameryka, ale Ameryka razem z Chinami będą teraz rządzić światem? Wizyta prezydenta Obamy w ChRL zdaje się wizję tę przybliżać. Świat znów będzie dwubiegunowy? Był sierpień 1784 r., gdy „Cesarzowa Chin” wpływała w deltę Rzeki Perłowej. Trójmasztowy żaglowiec miał za sobą długą podróż: sześć miesięcy wcześniej opuścił Nowy Jork, przeciął Atlantyk,

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź