Artykuły

Piotr Śmieszek: Cmentarz Santa Cruz – timorska droga do niepodległości

Są święta, które należy świętować, święta, które należy przeżywać, lecz są też i takie, które skłaniają do zadumy i refleksji.

Nie ma wątpliwości, że do takich właśnie zaliczyć należy nadchodzące Dzień Zaduszny i Wszystkich Świętych.

Obchodzimy je szczególnie uroczyście i wymownie nad Wisłą i może stąd patriotyczna nuta, choć nie polska do końca refleksja o zmarłych.

27 października 1991 roku w Dili we wschodniej części  Timoru, żołnierze ABRI (Armii Republiki Indonezji) zastrzelili modlącego się w kościele świętego Antoniego 18-latka Sebastio Gomes Rangela.

Tego samego dnia po południu zastrzelono na ulicy również innego młodego Timorczyka.

Timor, a ściślej wschodnia jego część, od 16 lat znajdował się pod kontrolą Republiki Indonezji, a od 15 lat stanowił formalnie jej 27-mą prowincję.

Nikt wówczas nie przypuszczał, iż te wydarzenia, a w ich następstwie tak zwana „Masakra na cmentarzu katolickim Santa Cruz”, staną się początkiem końca indonezyjskiej hegemonii w Timorze Wschodnim.

Ceremonie pogrzebowe obu październikowych ofiar miały się odbyć dopiero na początku listopada. Ostatecznie  przyjęto, iż obaj młodzi Timorczycy zostaną pochowani 12-tego, na miejskiej nekropolii Santa Cruz (Cmentarz Świętego Krzyża).

santa-cruz

Od dziesięciu lat dążenia wolnościowe wyspy zostały niemal zamrożone, by nie powiedzieć zapomniane.

Były co prawda niedobitki partyzantów Fretilin (Rewolucyjny Front Niepodległościowy Timoru), gdzieś w górach, dokąd skryły się po śmierci swojego przywódcy Nicolau Dos Reis Loboto  w grudniu 1978 roku.

Zajęte jednak były bardziej „walką o przetrwanie” niż o niepodległość.

Był również orędownik i ambasador „tułacz” sprawy timorskiej, dobijający się u wielkich tego  świata o pochylenie się nad losem swego małego kraju, obecny prezydent DRTL Jose Ramos Horta.

Była też jednak smutna rzeczywistość, która świadczyła o tym, iż Indonezja osiągnęła ostatecznie cel inwazji z 1975 roku i całkowicie podporządkowała sobie kraj.

Dowodem tego dobrego samopoczucia okupanta był chociażby fakt, iż w latach 80-tych otworzono prowincję dla turystów zagranicznych uznając ją za całkowicie bezpieczną.

Tym większe więc było zaskoczenie, gdy 12 listopada ulicami miasta Dili w stronę cmentarza ruszył wielotysięczny tłum patriotycznie nastawionych mieszkańców.

Niesione transparenty i flagi niepodległego Timoru Wschodniego zaskoczyły i rozwścieczyły stacjonujących w Dili indonezyjskich żołnierzy.

Na drodze wiodącej do miejsca pochówku, na cmentarzu komunalnym Santa Cruz, obok wojskowej nekropoli Seroja z roku 1975, otworzono ogień z broni ostrej do konduktu żałobników.

Straty wśród ludności cywilnej były ogromne. Potwierdzono z nazwiska śmierć 271 osób, a szpital miejski odnotował 382 rannych od kul. Do dnia dzisiejszego 250 osób uznaje się za zaginione. Dili zapłaciło wysoką cenę za swoją manifestację niezadowolenia.

santa-cruz2

W oczekianiu na kondukt żałobny

Chociaż wówczas, 12 listopada 1991, kosztem śmierci Timorczyków i 19 żołnierzy indonezyjskich, udało się indonezyjskim żołnierzom stłamsić gniew ludu timorskiego, to  jednak „masakra Santa Cruz” rozpoczęła ostateczny marsz ku niepodległości tego małego wyspiarskiego państewka.

Po względnym spokoju w roku 1993, rocznice 12 listopada z lat ‘94 i ‘95 stały się dniami kolejnych protestów obywatelskich w imieniu niepodległości i wolności, w obu przypadkach brutalnie stłumionych przez wojsko i policję.

Wydarzenia z Santa Cruz zostały też, jako pierwsze protesty na Timorze, nagłośnione medialnie. Kilku reporterów zagranicznych przebywających z oficjalną akredytacją dziennikarską w Dili, depeszowało w świat o krwawym przebiegu pogrzebów patriotycznych w mieście.

Masakra spod cmentarza Santa Cruz i jej konsekwencje dla mieszkańców stolicy, zapoczątkowały również falę solidarność i wzajemnej pomocy wśród Timorczyków.

Swoim bezgranicznym zaangażowaniem w niesienie poszkodowanym pomocy, wsławił się biskup z miejscowości Baucau, Carlosa Belo.

Za taką postawę oraz za bezkrwawe dążenie do odzyskania niepodległości, w roku 1996 Szwedzka Akademia Nauk przyznała „duetowi” z Timoru – Biskupowi Belo i obecnemu prezydentowi Ramosowi Horta – Pokojową Nagrodę Nobla.

Również, nie kto inny jak Biskup Belo właśnie, stał się pomysłodawcą narodowego referendum niepodległościowego, na które po upadku Suharto zgodził się ceniony za mądrość i poszanowanie praw człowieka prezydent Indonezji Habibie.

Patronat ONZ nad wschodnią częścią wyspy, referendum i wreszcie odzyskana w 2002 całkowita niepodległość uczyniły Demokratyczną Republikę Timoru Leste, pierwszym państwem XXI wieku.

Wracając raz jeszcze do cmentarza Santa Cruz pokuszę się o nasuwające mi się porównanie, iż tak jak dla nas Polaków w Stoczni Gdańskiej, tak dla Timorczyków tam właśnie zakiełkowała w przelanej krwi niepodległość.

Pochylając się jutro nad grobami bliskich oddajmy również pokłon wszystkim tym, w których śmierci wykuła się nasza polska Wolność.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Piotr Śmieszek: Cmentarz Santa Cruz – timorska droga do niepodległości Reviewed by on 31 października 2010 .

Są święta, które należy świętować, święta, które należy przeżywać, lecz są też i takie, które skłaniają do zadumy i refleksji. Nie ma wątpliwości, że do takich właśnie zaliczyć należy nadchodzące Dzień Zaduszny i Wszystkich Świętych. Obchodzimy je szczególnie uroczyście i wymownie nad Wisłą i może stąd patriotyczna nuta, choć nie polska do końca refleksja o

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 5

  • O Timorze rzeczywiście niewiele u nas napisano, ale nie jest to już biała plama.
    Jakiś czas temu ukazała się zwięźle i przystępnie napisana książka młodego historyka zatytułowana: „Timor Wschodni – od reliktu kolonializmu do problemu międzynarodowego”, wydana przez Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego. Jej autor plastycznie opisuje popełniane przez Indonezyjczyków zbrodnie, ale unika też romntycznej konwencji „walki dobra ze złem”, w której często ukazywana jest walka Timorczyków. Pisze np. o podziałach wewnątrz timorskiego ruchu oporu i o tym, że walczący o władzę Timorczycy początkowo sami stosowali egzekucje i tortury. Ta książka pokazuje, że rzeczywistość była o wiele bardziej skomplikowana, niż odmalowuje to większość prasowych i internetowych relacji o Timorze.

    Co do samej manifestacji na cmentarzu Santa Cruz, wydarzenie to wcale nie było dla Indonezyjczyków zaskoczeniem jak pisze autor artykułu. Indonezyjski wywiad wiedział, że Timorczycy z ruchu oporu już od pewnego czasu przgotowywali się do demonstracji, ponieważ na wyspę miał przyjchać ONZ-owski wysłannik w asyście zagranicznych dziennikarzy. Przed tym wydarzeniem wojsko w prowincji prowadziło kampanię zastrasznia. Kiedy wizyta zagranicznej delegacji została odwałana, wiadomym było, że rozgoryczeni i rozczarowani Timorczycy i tak coś zrobią, Żołnerze byli przygotowani do rozprawy, a nie „zaskoczeni i rozwścieczeni” na widok transparentów.
    Podobnie, autor artykułu dość nieściśle pisze, że prowincję w latach 80 otworzono dla turystów, podczas gdy w rzeczywistości nastąpiło to dopiero pod sam koniec dekady (w pierwszej połowie lat 80 indonezyjska armia prowadziła jeszcze ofensywy pacyfikacyjne).

    • Szanowna Pani,
      zgadzam się z Panią, iż nie ma co idealizować drogi Timoru do niepodległości.Zarówno w czasie II wojny światowej jak i po rewolucji portugalskiej, Timorczycy upuścili sobie dużo krwi będąc rozdartymi najpierw pomiędzy Australię i Japonię a potem proindonezyjsko tudzież niepodległościowo.
      Chodziło mi jednak o to by w krótkiej formie artykułu pokazać rolę Santa Cruz jako symbolu, bo tak jest on bezsprzecznie przez mieszkańców Dili postrzegany.
      Ostatnie z największych (najbardziej krwawe i spektakularne) pogromy miały miejsce w latach 1981-1983, a turyści zaczęli napływać od roku 1986 więc jak by nie było to wciąż połowa lat 80tych.
      Bardzo ciekawy dla mnie osobiście jest wątek delegacji ONZ na którym nie udało mi się w źródłach tutejszych natrafić.
      Prawdę mówiąc było to wręcz nurtujące mnie pytanie koronne, skąd kilku zagranicznych dziennikarzy w 50 tysięcznym mieście na końcu świata.Teraz już wiem – za co bardzo dziękuję.
      Pozdrawiam

  • Dziękuję za miłe słowa jakkolwiek to samo mogę powiedziec o Pańskiej wiedzy w sprawach Indonezji. Tak się składa, że Azja Wschodnia, a zwłaszcza świat austronezyjski (Indonezja, Malezja, Filipiny, Brunei) budzi moje szczególne zainteresowanie i pewnie jeszcze niejeden elaborat poczynię na temat tego regionu.
    Jeśli chodzi o Suharto, te 25 tys. Jawajczyków stanowi odpowiedź na zagadkę popularności dyktatora. Otóż wydaje mi się (tak zresztą wynika z wypowiedzi znajomych Indonezyjczyków z Dżakarty), że jego kult to domena jawajska, raczej niespotykana w innych częściach Archipelagu. Suharto był rodowitym Jawajczykiem i przyczynił się do zacieśnienia więzi reszty wysp Indonezji z Jawą poprzez ich kolonizację przez Jawajczyków. Był to sprytny chwyt, jednocześnie bowiem Suharto częściowo łagodził problem przeludnienia Jawy, a z drugiej dokonywał swoistej „jawaizacji” reszty kraju.
    Moim zdaniem wiele wskazuje na to, że w głębi ducha Suharto był jawajskim nacjonalistą (inaczej niż Austriak Hitler czy Gruzin Stalin). Swoimi działaniami dawał do zrozumienia, że dąży do scalenia Indonezji poprzez supremację Jawy (podobnie jak Miloszevic poprzez supremację Serbii w Jugosławii). I możliwe, że wielu oddających mu pośmiertny hołd ma podobne zdanie, Tym sobie tłumaczę ich bezkrytyczne uwielbienie dla tej mrocznej postaci.

  • Zgadza się, że historia zacieśniania „kontaktów” miedzy Timorem i Indonezją datuje się od roku ’75 a nawet wcześniej.Swoją drogą ten mały Kraj zawsze miał „pod górkę” historii.A żeby daleko wstecz nie sięgać wystarczy ostatnie 9 lat – niepodległości.Trudna to wolność.Ale będę chciał o Timorze jeszcze poopowiadać.
    Co do Suharto, to wręcz nie do wiary jak tego kalibru dręczyciel własnych obywateli, może się wciąż chlubić sympatią.A kilka dni temu na ceremonii z okazji 1000 dni od jego śmierci modliło się 25 tysięcy jawajczyków.
    Z drugiej strony Niemcy i Rosjanie też kochali masowo swoich „dobroczyńców”.
    Taka przypadłość ludzka niestety.
    Wracając do Timoru podobnie jak Filipiny o których rozmawialiśmy, jest to biała plama(ka), którą warto po malutku zamalowywać.
    A że warto nie mam tak jak Pan wątpliwości, bo niewiele jest w Polsce osób z Pana wiedzą, nawet wśród historyków.

  • Na marginesie tematu walki Timorczyków z indonezyjskimi najeźdźcami. Przypomnijmy, że rozpoczęła się ona po 1975, gdy z Timoru Wschodniego wycofali się kolonizatorzy portugalscy. Wówczas to Indonezja, rządzona przez gen. Suharto, dokonała bezprawnej aneksji tej byłej kolonii Portugalii. Towarzyszyły temu masowe mordy dokonywane na prawdziwych i domniemanych zwolennikach niepodległości. Jako że Indonezyjczycy stosowali taktykę spalonej ziemi, zginęło około 1/3 spośród ówczesnej ludności Timoru Wschodniego.
    Tymczasem Zachód, który tak kocha się wymądrzac w kwestii praw człowieka, tym razem był głuchy i ślepy na wołania katowanych, palonych żywcem, topionych ofiar… Przeciwnie, ani razu nie wyraził oburzenia czy potępienia. Gorliwie popierał i zbroił reżim Suharto – jednego z największych ludobójców II połowy XX wieku. Wspierał go aż do ostatniej minuty jego krwawej, skorumpowanej dyktatury rozpoczętej wymordowaniem blisko 500 tys. prawdziwych lub domniemanych komunistów i ich rodzin (łącznie z kobietami, starcami i niemowlętami) a zakończonej ekonomiczną klapą, pogromami Chińczyków, masakrami na Timorze i w Papui…

Pozostaw odpowiedź