BLOGOSFERA

„Papierowy Tygrys”: Marsjański, czyli koalang po chińsku

tian3Ćwierć wieku temu polski pisarz Janusz Zajdel przewidział to, co dzieje się obecnie w chińskim internecie.

Bloger Ru Lan stacił cierpliwość. Próbował dodać nowy wpis na forum, ale system był nieubłagany: Użyto niewłaściwych słów kluczowych. Publikacja niemożliwa. O jakie słowa chodziło? Tego nie podano.

Ru Lan zrobił tak, jak doradzili mu internauci. Pomiędzy poszczególne sylaby powstawiał znak „/“. Metoda przyniosła efekt, bo wpis wreszcie się ukazał, ale radość blogera okazała się przedwczesna. O perfidii systemu przekonał się niebawem, próbując poprzez forum umówić się z przyjacielem. W notce zawarł frazę Spotkamy się za dwa dni od daty publikacji tej informacji.

Minutę później ukazał się wpis datowany na… 1 stycznia 1970 roku.

System jest superinteligentny – skomentował Ru na blogu. I znów poprosił o pomoc internautów. Tym razem rada brzmiała nad wyraz tajemniczo: Naucz się, człowieku, marsjańskiego!

Z piekła do raju i z powrotem

W 1979 roku pewien polski pisarz wyjechał do Ameryki. Nazywał się Janusz Zajdel i nigdy nie gościł za Żelazną Kurtyną. Jako ekspert Centralnego Laboratorium Radiologicznego został wysłany do Stanów na kilkumiesięczne zawodowe szkolenie. Podróż zrobiła na nim duże wrażenie. Wystarczy gdzieś się ruszyć i człowiek od razu inaczej patrzy na świat. To jak fantastyka naukowa! – powiedział swej żonie, Jadwidze, wróciwszy zza oceanu.

Zajdel, który do tej pory publikował nawiązujące do klasyki gatunku opowiadania SF, utwierdził się w przekonaniu, że jest gotów podjąć poważne wyzwanie. Dzięki nowej perspektywie pragnął opisać w konwencji fantastyki naukowej tragikomiczne realia PRL. Tylko w takiej formie mógł przemycić refleksję nad otaczającym go światem. Komunistyczna cenzura pozwalała na publikację takiego pisarstwa, bo uważała SF za wentyl bezpieczeństwa.

W Ameryce Zajdel mógł podładować akumulatory przed kolejną rundą gry z cenzorami. W szufladzie miał ukończone „Wyjście z cienia“, w którym opisywał Ziemię pod totalitarną władzą kosmitów. Kończył „Cylinder van Troffa“, a wkrótce miał napisać „Całą prawdę o planecie Ksi“, „Limes inferior“ oraz „Paradyzję“.

Wszystkie te utwory to dystopie, które można by uznać za nawiązania do „Roku 1984“, gdyby nie fakt, że w trakcie ich pisania Zajdel znał książkę Orwella jedynie ze słyszenia! W PRL-u była to powieść zakazana, a zdobycie egzemplarza w drugim obiegu graniczyło z cudem. Może właśnie dlatego polski pisarz uniknął fatalizmu Anglika, choć obrał podobny punkt wyjścia: władza totalitarna wypacza życie społeczne nakładając nań gorset zasad, które mają ułatwiać panującym kontrolowanie poddanych.

Zajdel przekonywał, że nadzór totalny nigdy nie będzie możliwy: społeczeństwo, niczym woda, zawsze odkryje luki w systemie kontroli i nawet jeśli nie odzyska pełni wolności, utoruje sobie drogę dla emancypacji ducha. Bohaterowie Zajdla zmierzają ku prawdzie doznając tych samych wrażeń, co uwolnieni z okowów mieszkańcy słynnej pieczary Platona. Są oślepieni, pełni niedowierzania i lęku, ale doznają radości płynącej ze zrozumienia swej kondycji.

Takie przesłanie niewątpliwie było dla Zajdla formą terapii, remedium na podłą rzeczywistość. Szczególnie po ogłoszeniu stanu wojennego, który w Polsce odebrano powszechnie jako recydywę totalitaryzmu. Tego dnia, 13 grudnia 1981 roku, pisarz był tak poruszony, że sparafrazował modlitwę „Ojcze Nasz“:

Chleba naszego powszedniego

i cierpliwości daj nam dzisiaj

abyśmy dożyć mogli tego

dnia, kiedy będzie zdrajca wisiał.

I odpuść nam dziś nasze winy,

niech żądza zemsty nas nie plami

i błędy odpuść, jako i my

już lat czterdzieści odpuszczamy.

Być może tego właśnie dnia narodził się w głowie Zajdla osobliwy pomysł: poezja – język metafor i alegorii – to doskonała broń przeciw permanentnej kontroli, jakiej są poddawani obywatele państw totalitarnych. W ten sposób pisarz redukował własne obawy, których nabrał dwa lata wcześniej w USA. Zapoznawszy się tam z najnowszymi osiągnięciami raczkującej jeszcze informatyki, Zajdel przewidział bowiem, że komputery – bezbłędne, szybkie i niestrudzone – nadają się do inwigilacji znacznie lepiej niż ludzie.

Oba pomysły – teza o komputerach i antyteza o poezji – miały się połączyć w syntezę w ostatniej dystopii Janusza Zajdla. Nosiła ona tytuł „Paradyzja“ i ukazała się we wrześniu 1984 roku.

Internet o chińskich właściwościach

Kiedy Zajdel podpisywał pachnące farbą egzemplarze „Paradyzji“, Chiny otwierały nowy rozdział w swej długiej historii. Tego roku wzdłuż wybrzeża, od Dalian (dawniej Dalnyj) w Mandżurii po tropikalną wyspę Hajnan, otwarto 14 specjalnych stref ekonomicznych. Ich liczba wzrosła tym samym do 18, bo cztery pierwsze strefy powstały już w 1980 roku.

Przedsięwzięcie nadało Państwu Środka zupełnie nowy kierunek rozwoju. Strefy stały się inkubatorami „socjalizmu o chińskich właściowościach“. Tania siła robocza napotykała tam kapitał, płynący szeroką strugą najpierw od tzw. zamorskich Chińczyków, a potem od zachodnich inwestorów. W zamian za perspektywę podboju najludniejszego rynku świata, Chiny otrzymywały zagraniczne know-how.

Za granicą mało kto wówczas uświadamiał sobie, że to długofalowa strategia, która w błyskawicznym tempie ma wydźwignąć upadłego kolosa, ponownie czyniąc zeń światowe mocarstwo. Chińscy włodarze postanowili, że ich kraj będzie potęgą naukowo-techniczną, którą nie powtórzy błędów ZSRR i doścignie USA.

Swoje pierwsze połączenie z Internetem komunistyczne Chiny nawiązały już w 1987 roku. Polska – dopiero cztery lata później, po zdobyciu demokracji.

W szybkiej budowie internetowej infrastruktury w Chinach pomagali ludzie, którzy wyemigrowali wcześniej do USA. Tacy, jak choćby Edward Tian, stypendysta w Teksasie. W czerwcu 1989 roku oglądał w telewizji masakrę swoich rówieśników w Pekinie i zastanawiał się, co może zrobić dla ojczyzny. Cztery lata później był już z powrotem w Chinach, prowadząc własną firmę i rozpoczynając wizjonerski projekt połączenia światłowodami 17 największych miast kraju.

Mało kto wówczas domyślał się o co chodzi Tianowi, dlatego tłumaczył on krewnym: W przeszłości nieliczna grupa ludzi sprawowała kontrolę nad informacją w Chinach. Zanim pojawiły się wydania drukowane, książki mogły być czytane tylko przez elitę. Druk (wynaleziony w Chinach w VII wieku – przyp. KG) oznaczał możliwość powszechnej dystrybucji informacji, ale dawał się kontrolować. Elita mogła zablokować informację przekazywaną w formie materialnej. Nie da się tego zrobić z informacją w formie cyfrowej. Dzięki tej technologii także i Chiny będą światem otwartym.

Partia komunistyczna z początku przychyliła Tianowi i innym nieba. Prezydent Jiang Zemin stwierdził nawet, że handel internetowy, to „przyszłość biznesu w Chinach“. Ale już w 1997 roku, kiedy liczba internautów sięgała ledwo 500 tys. osób, zapobiegawczo wydano rozporządzenie mówiące, że sieci nie wolno wykorzystywać do osłabiania rządu i systemu socjalistycznego.

Nowe prawo nie było egzekwowane, bo aparat państwowy nie nadążał za błyskawicznymi przemianami. Urzędowy wymóg rejestrowania każdego internauty dostawcy omijali w prosty sposób – wpisywali do formularzy fikcyjne dane wiedząc, że i tak nikt ich nie skontroluje.

Ostrzeżenie dla komunistycznych władz przyszło w 1998 roku, gdy grupa dysydentów, którzy dziewięć lat wcześniej brali udział w studenckim proteście na placu Tiananmen, podjęła próbę zarejestrowania Chińskiej Partii Demokratycznej. Liderów aresztowano, a władze przestraszyły się, że kolejna „wywrotowa klika“ może użyć Internetu, by zawiązać niezależną organizację.

Jeszcze tego samego roku wystartował projekt Złota Tarcza, zakładający kontrolowanie obiegu informacji w sieci, a także danych przepływających między Chinami a światem. Państwo Środka stopniowo odgrodziło się od świata wirtualnym Wielkim Murem (Great Firewall), który uzyskał pełną sprawność w 2003 roku.

Obecnie Chiny w każdej chwili mogą zablokować dowolną zagraniczną stronę internetową, a także monitorować dokładnie sieciowy ruch na swej wirtualnej granicy. Służą temu potężne filtry, kontrolujące treść płynących informacji pod kątem słów kluczowych, tj. demokracja, prawa człowieka, dyktatura czy niepodległość Tybetu albo Xinjiangu. E-maile wysyłane za granicę często „giną “ po drodze. Uważa się, że przyczyną jest właśnie Złota Tarcza.

Władze monitorują także ruch krajowy, a chińskie witryny są cenzurowane. W ciągu ostatnich lat system kontroli Internetu niepomiernie się skomplikował. Zasady rejestracji sprawiają, że zazwyczaj dokładnie wiadomo, kto siedzi przed danym komputerem i czyim dziełem jest każda nowa strona.

Chińskie władze co i raz wpadają na nowe pomysły kontrolowania sieci, przejawiając obsesję na punkcie anonimowości. W 2008 roku niewiele zabrakło, by wszyscy blogerzy zostali zmuszeni do podawania nazwisk. Rok wcześniej pewna 50-letnia kobieta w prowincji Shandong została skazana na obóz reedukacji przez pracę, bo na forum internetowym podała się za nastolatkę zgwałconą przez ojczyma. Wybryk, obliczony na wywołanie sensacji, uznano za groźne dezinformowanie opinii publicznej.

System automatycznych filtrów przesiewających sieć coraz częściej uzupełnia czynnik ludzki. Tysiące cyberpolicjantów przeglądają Internet tropiąc pornografię, oszustów i wywrotowe treści. Większość roboty wykonują jednak cywile. Firmy internetowe dostają od władz listy słów kluczowych, które powinny usuwać ze swoich serwerów, najczęściej razem ze stronami, na których się pojawiły. Kto nie stosuje autocenzury, nękany jest administracyjnie albo musi zwinąć interes. Sinolodzy mówią już o outsourcingu zadań cenzorskich. W wielu instytucjach w dziele kontroli pomagają ochotnicy. Uniwersyteckie fora internetowe monitorują nierzadko sami studenci, szpiegujący i pouczający kolegów.

Od czterech lat triumfy święci nowa kasta chińskiego kognitariatu – wumaodang, czyli „partia pięciu mao“. To propagandziści-amatorzy, którzy zabierają głos na forach internetowych i blogach, uprawiając marketing szeptany. Zamiast jednak reklamować produkty – jak to robią ich koledzy po fachu np. w Polsce – propagują linię partii. Od jednego wpisu inkasują zwykle pięć mao (czyli połowę juana) i stąd ich nazwa. Szacuje się, że wumaodang liczy nawet 300 tys. osób!

Współczesny chiński internet upodobnił się zatem ekranu z ukrytą kamerą – podstawowego narzędzia Wielkiego Brata, opisywanego przez Orwella w „Roku 1984“. Jeszcze bardziej przypomina misterną pajęczynę ukrytych kamer i mikrofonów, jaka oplatała zajdlowską Paradyzję, księżyc planety Tartar.

To, co przy dzbanku też się uczy

Paradyzja to kraina „permanentnej inwigilacji“, rzekomo sztuczny glob, zbudowany ze skorup zużytych rakiet międzygwiezdnych. Przywiozły one kolonistów z Ziemi na planetę Tartar. Po przylocie, przybysze odkryli jednak, że cel lotu nie nadaje się do zamieszkania. Ponieważ powrót nie wchodził w grę, zbudowali na orbicie planety sztuczne siedlisko.

Żyją w nim w niewyobażalnej ciasnocie. W Paradyzji nie ma miejsca na apartamenty, są tylko przelotowe pokoje, w których mieszka się jak w chińskim akademiku – bez prywatności. Każdy ruch obywateli śledzą ukryte kamery i mikrofony. Obowiązuje system punktowy, który nakazuje przestrzeganie zaleceń i za ich łamanie przydziela punkty karne. Podpaść można za zlekceważenie pobudki czy ćwiczeń bezpieczeństwa, ale także za to, co się mówi – wszystko w imię bezpieczeństwa kolonii. Kto znajdzie się na minusie, ten musi udać się na Tartar, do wycieńczającej pracy w kopalni.

Paradyzyjczycy potrafią oszukiwać system. Nieludzki nadzór doprowadził do powstania nowego sposobu komunikacji – koalangu, czyli języka kojarzeniowo-aluzyjnego. Jest on „przezroczysty“ dla komputera, podłączonego do kamer i mikrofonów.

Elektroniczny system sprawdza mowę w Paradyzji pod kątem słów kluczowych, próbując wyłapać podejrzane treści. Ludzie posługujący się koalangiem używają metaforycznych zamienników, których maszyna nie jest w stanie rozszyfrować. Przybysz z Ziemi imieniem Rinah Devi, bohater powieści, dostaje pierwszą lekcję kolangu słysząc: To, co przy dzbanku też się uczy. Oznacza to, że ściany mają uszy, w dodatku inteligentne.

Kamuflaż – odkrywa bohater – służył jedynie ogłupieniu elektronicznych uszu systemu komputerowego, dla którego zdania koalangu były niewartym uwagi bełkotem, albowiem komputery, choćby najbardziej wyspecjalizowane, nie posiadają ani za grosz wyobraźni skojarzeniowej.

I jeszcze: Komputer może także analizować całe zestawy słów, znaczenie zdań, ale nie jest w stanie rozszyfrować aluzji, którą słyszy po raz pierwszy. Dlatego – nie chcąc być zrozumianym – trzeba każdorazowo używać innej aluzji, innego hasła wywołującego to samo skojarzenie.

Podsłuchany przez Ziemianina dialog w koalangu brzmi tak:

– Szary anioł przyśnił mi się nieostrożnie (tłumaczenie: Funkcjonariusz służby porządkowej wlazł mi w nocy do pokoju, myśląc, że udało mu się mnie obudzić.)

– Przestrzeni skrawek pustką wypełnił? (Zabrał coś?)

Zyskawszy zdolność komunikowania się w nowym języku, bohater stopniowo odkrywa przerażającą prawdę o Paradyzji. Nie jest ona żadnym sztucznym księżycem. To więzienie wzniesione na powierzchni Tartaru przez dowódcę lotu i jego popleczników. Umieścili oni w Paradyzji wybudzonych z hiberncji kolonistów, których utrzymują w niewoli za pomocą kłamstwa oraz systemu inwigilacji tłumiącego w zarodku wszelkie próby dążenia do prawdy. Owoce pracy skazańców z Paradyzji są sprzedawane Ziemianom, a za zyski właściciele więzienia kupują coraz lepszy sprzęt do szpiegowania i luksusy, którymi otaczają się w rezydencjach na Tartarze. Planeta nie jest bowiem żadnym piekłem.

W finale powieści Zajdel przepowiada, że ludzie uwolnią się z okowów Paradyzji, gdy skorupy zużytych rakiet skorodują, a w ścianie więzienia powstanie wyłom. Totalitarny system nie może istnieć w nieskończoność, jego erozja jest nieuchronna.

W Polsce przepowiednia Zajdla spełniła się szybko – już 4 czerwca 1989 roku. Tego dnia odbyły się pierwsze pół-demokratyczne wybory, w których PZPR przegrała z kretesem z reprezentantami „Solidarności“.

Tego samego dnia, nad ranem, na oczach całego świata, w Pekinie dokonała się masakra. Trwający od tygodni protest na placu Tiananmen został rozgromiony przez wojsko. Chiński reżim przestraszył się, że wkrótce może podzielić los zmuszonej do ustępstw PZPR.

Marsjanie mówią: VIIIIXVIIV

W Chinach „4 czerwca“ – w skrócie „64” – to słowo kluczowe. Wszystkie automatyczne filtry cybercenzorów przeszukują sieć na jego obecność. „64“ to bardzo niebezpieczne cyfry. Za ich wypisanie na murze można trafić na przymusową reedukację. Władze robią wszystko, by ludzie zapomnieli o znaczeniu tej daty.

Dwa lata temu pewna gazeta w prowincji Syczuan opublikowała 4 czerwca drobne ogłoszenie o treści „Pozdrowienia dla niezłomnych matek ofiar 64!“. Młoda sekretarka redakcji po prostu nie miała pojęcia, o co chodzi i przyjęła anons. W efekcie redaktor naczelny i jego zastępcy musieli podać się do dymisji.

W tym roku – przed 20. rocznicą masakry – chińskie blogi zaroiły się od tajemniczych, rzymskich cyfr. Wszystko za sprawą internauty, który sfotografował się w koszulce z napisem „VIIIIXVIIV“. Zdjęcie zamieścił na blogu, a w podpisie dodał wskazówkę: to są cztery cyfry. Czytelnicy od razu domyślili się znaczenia ciągu, wysoko oceniając w komentarzach odwagę autora. Napis to oczywiście zakodowana data 4 czerwca 1989 roku.

Rzymską zbitkę szybko dołączono do całego katalogu słów-wytrychów, pozwalających zadrwić z cenzorskich filtrów. Chińscy blogerzy posługują się bowiem czymś na kształt koalangu – przewidzianego przez Zajdla na początku lat 80. Nie jest to oczywiście w pełni metaforyczny język, jaki w przerysowanej, literackiej formie ukazywał polski pisarz. Granica między nim, a zwykłym internetowym slangiem jest płynna.

U Zajdla ludzie posługują się bowiem najstarszym, ludzkim medium – mową. Sieć tymczasem tworzy swą własną gwarę, o tyle specyficzną, że występującą głównie w formie pisanej. W języku polskim jest ona jeszcze stosunkowo mało rozwinięta. W angielskim mamy jednak już do czynienia z tzw.lolspeak – narzeczem, które bywa całkiem niezrozumiałe dla laików, bo jego zasadą jest pogarda dla ortografii oraz zachwyt nad wymyślną terminologią, zrozumiałą jedynie dla „grypsujących“.

Podobnie jest w języku chińskim, w którym odpowiednikiem lolspeaku stał się marsjański. Jego nazwa odnosi się do kwestii z hongkońskiej komedii „Shaolin Soccer“ (2001), w której jeden bohater łajał drugiego: Wracaj na Marsa, Ziemia jest zbyt niebezpieczna! (地球很危险,回火星去吧!). Cytat osiągnął status kultowego, bo młodzi ludzie powtarzali go sobie tak, jak my lubimy czasem rzucić, że „Kopernik była kobietą!“. Dlatego ich żargon nazwano „marsjańskim“.

Kilka lat temu marsjański stał się niezwykle modnym tematem na Tajwanie. Tamtejsi rodzice odkryli, że najzwyczajniej nie rozumieją, co wypisują ich dzieci. Młodzi internauci zaczęli bowiem zastępować chińskiego znaki i ich złożenia homofonami (odpowiednik błędu ortograficznego w piśmie alfabetycznym) albo nawet łacińskimi literami. Pojawiły się zbitki specyficzne tylko dla tego dialektu, jak np. „orz“ – przypominające sylwetkę osoby padającej na twarz i będące odpowiednikiem angielskiego “wow!“.

Ponieważ w Internecie nie istnieją żadne bariery, dwa lata temu moda na marsjański dotarła do Chińskiej Republiki Ludowej. A tam szybko okazało się, że jego niezrozumiałość jest zaletą – pozwala bowiem ominąć system cenzorski. To dlatego bloger Ru Lan – którego historię opisałem na wstępie – otrzymał radę, by się tego dialektu nauczyć.

Marsjański stał się chińskim koalangiem, zachowując przy tym ludyczny, kpiarski charakter. Najmodniejsze zwroty to po prostu drwina z cenzury, czego przykładem jest caonima, czyli koń trawiasto-błotny. Chińcy internauci układają o nim piosenki, umieszczają na blogach jego zdjęcia (zwykle przypomina alpakę). Internetowy ruch sympatyków caonima przypomina trochę polską Pomarańczową Alternatywę, która organizowała protesty m.in. pod hasłem „Precz z U-pałami“. Tyle, że w chińskim przypadku przekaz jest bardziej dosadny: Cao-ni-ma zapisane innymi znakami to ordynarne przekleństwo.

Koń występuje często na Pustyni Male (homofon nieprzystojnego określenia żeńskich organów płciowych) i w towarzystwie Rzecznego Kraba (homofon modnego ostatnio słówka „harmonizacja“, powtarzanego przez chińskich dygnitarzy) czy Noszenia Trzech Zegarków (anagram „Zasady Trzech Reprezentacji“, którą dopisał do chińskiego marksizmu Jiang Zemin).

Z takich koalangowych nawiązań można układać absurdalne wierszyki (patrz ramka nieco poniżej), przypominające ten, który usłyszał w Paradyzji Rinah Devi od skazańca z kopalni na Tartarze. O ile jednak wierszyk paradyzyjski kodował informację o prawdziwym położeniu Paradyzji, o tyle wierszyki o caonima są zakamuflowaną obelgą wobec cybercenzorów.

Google wspak

Prócz anagramów i homofonów, internauci stosują też inne triki, np. rozbijają jeden znak złożony na dwa prostsze. Bardzo przydaje się także alfabet łaciński, którego obowiązkowo naucza się w szkołach. Opiera się na nim bowiem forsowana przez władze transkrypcja hanyu pinyin, w której zapisywane jest brzmienie chińskich znaków w słownikach i obcojęzycznych mediach (to dzięki niej w języku angielskim Pekin stał się Beijingiem).

W internecie pinyin pomaga zakodować słowa kluczowe. ZF to rząd (słowo zapisywane znakami zheng-fu), GCD (partia komunistyczna), ZYXZ (Wolny Tybet), MZZY (demokracja). A za CNM kryje się oczwiście koń trawiasto-błotny.

Wszystkie te akronimy mają wielką zaletę – mogą znaczyć niemal wszystko, bo języki chińskie są homofoniczne w stopniu niewyobrażalnym dla Europejczyka. Słów, których sylaby w pinyinie zaczynają się od liter „ZF“ jest kilkadziesiąt, a wieloznaczność ma chronić blogerów przez interwencją cyberpolicji.

Podobnie jak u Zajdla, chiński żargon sieciowy zmienia się i rozwija w zderzeniu z cenzurą, choć oczywiście poszczególne zwroty bywają używane – w przeciwieństwie do koalangu – częściej niż jeden raz. Jeżeli wpiszemy powyższe skrótowce do chińskiej wyszukiwarki Baidu, to przekonamy się, że część stron, do których ona odsyła, już znikła, bo cenzorzy pojęli intencje autora.

Zabawne, że w chińskiej sieci – na swój sposób – spełniło się nawet przepowiadane przez Zajdla chodzenie tyłem. Paradyzyjczycy oszukują w ten sposób komputer, którego algorytm zakłada, że ludzie poruszają się zwykle do przodu. Obserwując w jednej kamerze spacerującą parę, komputer zakłada, że za chwilę pojawi się ona w kamerze drugiej, obejmującej obszar przed ich twarzami. Dlatego chodzenie rakiem dezorientuje system, stanowiąc niewerbalny komponent koalangu.

Słowa kluczowe prześlizgują się przez chińskie filtry internetowe jeśli zapisać je od tyłu. Programy cenzorów zakładają bowiem, że teksty należy czytać od lewej do prawej. Ten system, używany w językach zapisywanych alfabetem łacińskim, podbił Chiny w XX wieku. Niemniej miejscowa tradycja zna także porządek pisowni odwrotnej, od prawej do lewej, albo pionowej – w kolumnach.

W 2002 roku wielki, niespodziewany sukces wśród chińskich użytkowników odnotowała strona Elgoog.com – lustrzana parodia wyszukiwarki Google. Założył ją amerykański student chińskiego pochodzenia, Antoni Wang. Lustrzane odbicie Google napisał dla żartu, ale szybko zaczął dostawać maile z podziękowaniami od użytkowników w Chinach. Główna strona wyszukiwarki Google była tam wówczas zablokowana, jednak cenzorzy uznali, że Elgoog – drwina z amerykańskiego potentata – jest całkiem nieszkodliwy. Tymczasem Elgoog pozwalał i nadal pozwala dotrzeć do tych samych zasobów sieci, co oryginał. Dzięki temu użytkownicy za Wielkim Murem mogli ominąć cenzurę. Ostatecznie jednak Google Inc. dogadała się chińskim rządem i w 2006 roku ruszyła chińska wersja wyszukiwarki, Google.cn, okrojona z „wywrotowych” treści zgodnie z wytycznymi projektu Złota Tarcza.

Pomysł, by wykorzystać alternatywne układy tekstu do oszukiwania cenzury nadal jednak jest stosowany. Wykorzystywano go m.in. latem 2008 roku, gdy doszło do zamieszek w mieście Weng’an w prowincji Guizhou. Ponieważ stało się to w drażliwym okresie przed tuż olimpiadą w Pekinie, w dodatku po krwawych zamieszkach w stolicy Tybetu Lhasie, prasa dostała zakaz informowania o przebiegu wydarzeń, a cenzorzy usuwali z Internetu wszelkie informacje na ich temat. Jak donosi „Wall Street Journal” niektórzy ze świadków posłużyli się jednak internetowymi stronami do zmiany układu tekstu ze współczesnego na klasyczny (czyli w kolumnach ułożonych od prawa do lewa). W ten sposób informacja ominęła rządową blokadę, a o brutalnej pacyfikacji Weng’anu napisała zagraniczna prasa.

Czy koalang zmieni Chiny?

Jeżeli rozwój informatyki będzie postępował w obecnym tempie, niebawem chiński koalang będzie musiał wkroczyć w domenę języka mówionego. A to dlatego, że autorzy programów już pracują nad szybkim i skutecznym identyfikowaniem słów kluczowych za pomocą mikrofonu. Współczesne komputery i telefony komórkowe już to potrafią, ale ich możliwości niebawem znacznie wzrosną. Wynalazek, będący marzeniem niepełnosprawnych i marketingowców, stanie się gratką dla chińskich cenzorów, którzy nie zasypiają gruszek w popiele. O ile włoska policja ubolewa, że tamtejsza mafia może bezkarnie komunikować się za pomocą programu Skype, bo producent nie chce udostępnić jego kodu europejskiej policji, to na chińskich serwerach Skype (program jest tam dostępny na licencji jako TOM Skype) już działają programy szpiegujące. Zapisują one wymianę informacji, jeśli pojawią się w niej słowa kluczowe.

Na razie oprogramowanie obejmuje jedynie funkcję komunikatora tekstowego, ale jeśli pojawią się skuteczne programy do inwigilacji mowy, to chińskie władze z pewnością ich użyją. W tym kontekście pytanie o rolę chińskiego koalangu staje się palące nie tylko dla Chińczyków, ale i dla internautów na całym świecie. Chiny eksportują bowiem swoje techniki inwigilacji między innymi na Białoruś.

Koalang – chociaż podnosi poziom wolności słowa w Państwie Środka – sam niestety nie jest w stanie doprowadzić do zmiany systemu politycznego. W zajdlowskiej Paradyzji anty-językiem posługują się najchętniej ludzie młodzi – idealistyczni i żądni niezależności. Ich pragnienia to jednak za mało, by wywołać rewolucję. Do skutecznej polityki potrzeba instytucji i struktur organizacyjnych, a permanentna inwigilacja – czy to na orbicie Tartaru czy to w komunistycznych Chinach – prowadzona jest właśnie aby zapobiec obywatelskiej samoorganizacji.

Mimo to, samo pojawienie się koalangu może być znakiem erozji systemu totalitarnego. Polska Ludowa, w której zaistniały prowokacje Pomarańczowej Alternatywy nie była już stalinowskim barakiem więziennym z czasów Bieruta. Po zakończeniu stanu wojennego, aparat przemocy stał się bezradny wobec drwiny w duchu Monty Pythona.

Podobnie można spojrzeć na współczesne Chiny, które niewątpliwie nie są już totalitarną autarkią pod rządami Mao Zedonga. Przeciętny Chińczyk, wyjechawszy za granicę, raczej nie dojdzie do tych samych wniosków, co Paradyzyjczyk wywieziony na Ziemię. W Chinach żyje się ciasno, a na prowincji często także bardzo ubogo, ale nie są one wielkim więzieniem. Każdego roku tysiące studentów wyjeżdżają na zagraniczne stypendia na Zachód, a chińscy gastarbeiterzy – pracowici i posłuszni – pracują na wszystkich kontynentach. Większość tych ludzi zapewne wróci do swego kraju, ale tylko nieliczni przywiozą ze sobą pozytywistyczny entuzjazm Edwarda Tiana.

Gra, która toczy się w chińskim Internecie, może zatem doprowadzić nie tyle do demokratycznej rewolucji, co do wyłomu w mentalności. Duża część chińskiego społeczeństwa – jeśli nie większość – popiera rządy partii komunistycznej, doceniając sukcesy kraju w dziedzinie gospodarki i na arenie międzynarodowej. Póki Chiny rosną w siłę, póty ich władcy mogą spać spokojnie. Kiedy jednak ich polityka zacznie na dobre szwankować, mogą liczyć na to, że opozycja błyskawicznie urośnie w siłę.

Tak jak liczba użytkowników modnego serwisu społecznościowego.

Autor dziękuje pani Jadwidze Zajdel za ujawnienie kulis powstania „Paradyzji“ i ogromną pomoc przy pisaniu tego tekstu. Podziękowania za inspirację należą się także red. Maciejowi Parowskiemu, Wojtkowi Orlińskiemu oraz prof. Xiao Qiangowi z Uniwersytetu Berkeley, którego portal China Digital Times niestrudzenie i obiektywnie relacjonuje codzienną walkę Chińczyków z cenzurą. Fragmenty artykułu opierają się na książce Davida Sheffa „Chiński świt“ w tłum dr. Ireny Kałużyńskiej, której autor zawdzięcza swoje pierwsze kroki w odczytywaniu chińskiego pisma.

Artykuł został opublikowany na blogu Konrada Godlewskiego.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Papierowy Tygrys”: Marsjański, czyli koalang po chińsku Reviewed by on 19 czerwca 2010 .

Ćwierć wieku temu polski pisarz Janusz Zajdel przewidział to, co dzieje się obecnie w chińskim internecie. Bloger Ru Lan stacił cierpliwość. Próbował dodać nowy wpis na forum, ale system był nieubłagany: Użyto niewłaściwych słów kluczowych. Publikacja niemożliwa. O jakie słowa chodziło? Tego nie podano. Ru Lan zrobił tak, jak doradzili mu internauci. Pomiędzy poszczególne sylaby powstawiał

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź