Komentarz eksperta,Top news

P. Behrendt: Duterte w Chinach

Chiny otrzymały nieco niespodziewaną szansę wzmocnienia swoje pozycji na Morzu Południowochińskim. W przeddzień wizyty w Pekinie prezydent Filipin Rodrigo Duterte stwierdził, że pora „powiedzieć żegnaj” Stanom Zjednoczonym. Otoczenie głowy państwa po raz kolejny musiało tłumaczyć, co prezydent „tak naprawdę chciał powiedzieć”, a Waszyngton po raz pierwszy okazał irytację i zażądał wyjaśnień. Działania Duterte zaczynają komplikować plany USA, chociaż z punktu widzenia Filipin w tym szaleństwie jest metoda. Jednocześnie w sporze na Morzu Południowochińskim Chiny wzmogły presję na Wietnam.

Filipiny są pod każdym względem najsłabszym z uczestników konfliktu. Już wiosną bieżącego roku, podczas kampanii prezydenckiej Chiny wyraźnie kokietowały ówczesnego burmistrza Davao, a ten ze swojej strony stwierdzał, że widzi możliwość rozwiązania konfliktu na drodze bilateralnych rozmów, czyli tak jak tego oczekuje Pekin. Duterte wpadł jednak we własne sidła. W kampanii wyborczej często wykorzystywał hasła nacjonalistyczne, a ten elektorat bardzo źle przyjmuje jakiekolwiek sugestie rezygnacji z roszczeń. Jako ciekawostkę można tutaj podać, że od czasu zaognienia sporu Morze Południowochińskie jest na Filipinach znane, jako Morze Zachodnie/Zachodniofilipińskie. Paradoksalnie sytuację skomplikował korzystne dla Filipin orzeczenie Międzynarodowego Trybunału Arbitrażowego w Hadze, uznający wszelkie roszczenia Chin za bezpodstawne. Dyplomatyczny sukces ograniczył prezydentowi pole manewru. Do ostatniej chwili przed ogłoszeniem wyroku Pekin deklarował chęć hojnego zadośćuczynienia za wycofanie sprawy. Wkrótce po ogłoszeniu werdyktu Duterte stwierdził jednak, że jest gotów przynajmniej częściowo zrezygnować z roszczeń, w zamian za stosowną rekompensatę, ale nie oznacza to odrzucenia wyroku Trybunału.

Chiny zdecydowały się wykorzystać szansę. Ze swojej strony filipiński prezydent wykazywał zdecydowany umiar w wypowiedziach pod adresem Pekinu, w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej i ONZ. Miesiąc temu, 23 września, poinformowano o rozmowach na temat wizyty Duterte w Pekinie, nie podano jednak wtedy dokładnego terminu. Sama wizyta od początku miała mieć charakter nie tylko dyplomatyczny, ale też ekonomiczny. Prezydentowi towarzyszyła liczna delegacja przedsiębiorców, a ostatecznie podpisano trzynaście porozumień gospodarczych. Tym samym już nie tylko słowem, ale też czynem, Duterte zaakcentował „rozchodzenie” się ze Stanami Zjednoczonymi, przy okazji stwierdzając: „Jest na troje przeciwko światu: Chiny, Filipiny i Rosja”. „Rozwód” z Waszyngtonem ma mieć charakter nie tylko gospodarczy, ale tez militarny. Prezydent zapowiedział wycofanie ze wspólnych patroli na Morzu Południowochińskim, rezygnację ze wspólnych ćwiczeń oraz zażądał wycofania amerykańskich sił specjalnych, które wspierają filipińskie wojska w walkach z islamistami i separatystami na południu kraju. Niemniej po powrocie z Pekinu tłumaczył, że rozejście się z USA nie oznacza zerwania więzi. Smaczku całej sprawie dodaje wystąpienie sekretarza obrony Delfina Lorenzana przed filipińskim senatem, w którym stwierdził, że prezydent nie konsultował swoich wypowiedzi z rządem, a dwustronna współpraca wojskowa przebiega bez zakłóceń i nie ma żadnej decyzji o zawieszeniu przyszłorocznych manewrów.

TRIAD CONNECTION. President Rodrigo R. Duterte shows a copy of a diagram showing the connection of high level drug syndicates operating in the country during a press conference at Malacañang on July 7, 2016. KING RODRIGUEZ/Presidential Photographers Division

TRIAD CONNECTION. President Rodrigo R. Duterte shows a copy of a diagram showing the connection of high level drug syndicates operating in the country during a press conference at Malacañang on July 7, 2016. KING RODRIGUEZ/Presidential Photographers Division

Działania Duterte są chaotyczne i kontrowersyjne, ale po bliższym przyjrzeniu widać w nich pewien sens. Dotychczasowa amerykańska polityka powstrzymywania zapędów Chin na Morzu Południowochińskim nie przynosi zakładanych rezultatów. Filipiny nie są też tak silne gospodarczo i militarnie jak Wietnam, czy Indonezja, o Japonii już nie wspominając, żeby samodzielnie zniechęcić Pekin do poważniejszej konfrontacji. W tej sytuacji wytargowanie korzystnej ceny za ustępstwa wydaje się rozsądnym rozwiązaniem. Pytaniem pozostaje jak dużo naprawdę uda się ugrać. W rezultacie wizyty w Pekinie zapowiedziano podjęcie rozmów na temat Morza Południowochińskiego, a Chiny wyraziły zgodę na dopuszczenie filipińskich rybaków na wody Scarborough Shoal. Doświadczenie uczy jednak, że takie rozmowy ciągną się latami, podczas których Pekin i tak realizuje swoje cele, a o umowach gospodarczych trudno jeszcze wyrokować. Sama Scarborough Shoal leży na wodach filipińskiej wyłącznej strefy ekonomicznej i chińska zgoda na wpuszczenie rybaków przypomina zezwolenie sąsiadowi na korzystanie z jego podwórka. Samo utrudnianie Filipinom eksploatacji wód wokół ławicy zostało wymienione w orzeczeniu Trybunału, jako jeden z chińskich „grzechów głównych”. Dużo skuteczniejsze w obronie Filipińczyków przed chińską strażą wybrzeża i rybakami okazały się patrole amerykańskiego lotnictwa. Warto tutaj zaznaczyć, ze w Manili pojawiły się pomysły sformowania wzorowanych na chińskich milicji morskich. Pomysł upadł z powodu niechęci rybaków, którzy obawiają się zaostrzenia i tak już napiętej sytuacji. Zauważyli, że rząd i straż wybrzeża nie będą w stanie zapewnić im takiego wsparcia, jakie otrzymują Chińczycy, a to nie wróży pomyślnie zaostrzaniu takiej konfrontacji.

Waszyngton zachowywał do tej pory dużą powściągliwość w stosunku do wybryków Duterte. Wygląda jednak na to, że wraz z wizytą w Pekinie miarka się przebrała. Filipiny są strategicznie położone i z tej racji odgrywają istotną rolę w planach USA, a ich wypadnięcie z obozy amerykańskich sojuszników wywróciłoby regionalną architekturę bezpieczeństwa do góry nogami. Jednym z najważniejszych pomysłów jest tutaj reaktywacja bazy w Zatoce Subic i rotacyjna obecność w niej amerykańskich sił. Do tego Waszyngton ma na archipelagu silne wpływy i duże możliwości wywierania politycznego oraz gospodarczego nacisku na Manile, których jeszcze nie wykorzystał. Wystarczy wspomnieć, że o ile największym partnerem handlowym Filipin są Chiny, to USA są największym inwestorem zagranicznym i drugim donatorem pomocy rozwojowej. Pomimo dawnej kolonialnej zależności większość Filipińczyków odbiera Amerykanów pozytywnie; po wydarzeniach w Pekinie były prezydent i mentor Duterte, Fidel Ramos, zapytał w liście, czy „odrzucamy dekady militarnego partnerstwa (…) i braterstwa broni tak po prostu?”

Odpowiedź nie jest prosta. Wprawdzie prezydent zapowiedział gotowość zakupu chińskiej i rosyjskiej broni; a Moskwa zareagowała bardzo szybko, deklarując gotowość stworzenia „oferty skrojonej na miarę”. Jest to jednak tylko jedna strona medalu. Filipiński resort obrony jest gotów zacieśniać współpracę z Japonią, zostać największym odbiorcą pomocy wojskowej od tego kraju, a nawet przedstawił całą listę używanego sprzętu Sił Samoobrony, którego pozyskaniem jest zainteresowany. Lista opublikowana jeszcze w ubiegłym roku pozostaje nadal aktualna, a znajdują się na niej m.in. samoloty patrolowe P-3C Orion, niszczyciele śmigłowcowe typu Shirane, patrolowce typu Hayabusa i okręty podwodne typu Oyashio. Z braku środków oraz odpowiedniej infrastruktury japońska pomoc wojskowa ogranicza się póki, co do dzierżawy pięciu samolotów TC-90. Obie strony są jednak zainteresowane rozwojem współpracy. Tokio było celem drugiej zagranicznej wizyty Duterte, rozpoczętej ledwie kilka dni po powrocie z Pekinu. Nie trzeba dodawać, że Japonia jest najważniejszym i najsilniejszym sojusznikiem USA w Azji Wschodniej. Z całej sytuacji chętnie skorzystałby najmniej spodziewany gracz, czyli Szwecja. Przy okazji zaplanowanego na początek listopada otwarcia nowego budynku ambasady, Sztokholm planuje wysłać do Manili sporą delegację handlową z ministrem przedsiębiorczości i rozwoju Mikaelem Dambergiem na czele. Wśród firm, które zapowiedziały swój udział znaleźli się tacy potentaci jak Atlas Copco, Ericsson, Scania, czy Volvo Bus. Szwedzi nie ukrywają jednak, że jednym z głównych celów delegacji będzie promocja myśliwca JAS 39 Gripen. Samolot znajduje się już na uzbrojeniu lotnictwa Tajlandii, a wśród potencjalnych użytkowników z Azji Płd.-Wsch wymienia się jeszcze Indonezję, Malezję i Wietnam.

Osobną kwestią pozostaje stosunek Pekinu do filipińskiego prezydenta. Nie ulega wątpliwości, że deklaracje Duterte są Chinom na rękę. Z drugiej strony jego wiarygodność ma budzić poważne zastrzeżenia. Wedle nieoficjalnych źródeł Chińczycy myślą tutaj zgodnie z zasadą: jeżeli ktoś jest gotów odwrócić się od starego przyjaciela, to jak szybko porzuci nowego? W październiku w Pekinie podpisano trzynaście porozumień obejmujących szerokie spektrum zagadnień od edukacji przez turystykę, po zwalczanie handlu narkotykami; jednak aż osiem to niewiążące listy intencyjne. Jak widać decydenci w Pekinie podchodzą do sprawy ostrożnie.

Zarówno Pekin, jak i Waszyngton w obliczu chwiejnej sytuacji na Filipinach swoją uwagę koncentrują na Wietnamie. W ciągu ostatnich miesięcy Chiny przeprowadziły z Laosem, Kambodżą i Tajlandią wspólne ćwiczenia służb granicznych na Mekongu. Następne było dalsze zacieśnienie współpracy wojskowej z Kambodżą. Ruchy te są odbierane, jako okrążanie Wietnamu i demonstracja „kija” wobec Hanoi. Z drugiej strony idzie też „marchewka”. W połowie września oba państwa podpisały dość ogólnikowe porozumienie o rozwiązaniu sporu na Morzu Południowochińskim w celu zabezpieczenia stabilności w regionie. Zdaniem Ralpha Jenningsa z Forbes’a może to być wstęp do większych chińskich inwestycji, głównie infrastrukturalnych, na terenie Wietnamu. Doszło także do przyjacielskiej demonstracji siły. Wracające z misji antypirackiej w Zatoce Adeńskiej chińskie okręty (dwie fregaty i jednostka zaopatrzeniowa) po wizytach w Birmie, Malezji i Kambodży zawinęły także do wietnamskiej bazy Cam Ranh.

Nie próżnuje również Waszyngton, chociaż w obliczu problemów z ratyfikacją TPP, amerykańskie działania są mniej widoczne. Od końca września mówi się, że już niedługo odbędą się pierwsze manewry amerykańsko-wietnamskie, współorganizowane przez Korpus Piechoty Morskiej. Na początku października do Cam Ranh zawinęły także okręty US Navy: niszczyciel USS John S. McCain i okręt baza okrętów podwodnych USS Frank Cable. Z kolei 25 października wizytę w USA rozpoczął sekretarz wykonawczy KPW Dinh The Huynh.

Czyżby, więc punkt ciężkości w sporze na Morzu Południowochińskim zdecydowanie przesuwał się z Filipin na Wietnam? Rodrigo Duterte nie wypracował jeszcze spójnej koncepcji swojej polityki zagranicznej i nieco na oślep próbuje różnych opcji. Główny problem filipińskiego prezydenta polega na tym, że za większością jego wypowiedzi i działań jest motywowana zwyczajnym antyamerykanizmem. Prowadzi to do licznych niezręczności, które jedynie komplikują sytuację. Próby znalezienia równowagi między Waszyngtonem a Pekinem nie są w filipińskiej polityce zagranicznej niczym nowym. Jako pierwszy podjął je w drugiej połowie lat 80. prezydent Fidel Ramos, zmagający się z pierwszym etapem wzmożonej chińskiej aktywności na spornych wodach. Jego następczyni Gloria Macapagal Arroyo poszła jeszcze dalej, w ciągu swojej prezydentury podpisała z Chinami ponad 60 dwustronnych porozumień. Stosunki chińsko-filipińskie znalazły się w kryzysie dopiero za poprzednika Duterte, Benigno Aquino III, jednak także on podejmował próby odprężenia w stale zaostrzającej się sytuacji. Same więzy filipińsko-amerykańskie są na tyle głębokie, że ich zerwanie nie będzie tak proste, jakby życzył sobie prezydent Duterte. Wiele będzie też zależeć od wyniku wyborów prezydenckich w USA. Jeżeli wyścig do Białego Domu wygra Hillary Clinton, będzie mieć ciężki orzech do zgryzienia. Natomiast Donald Trump z pewnością znajdzie z filipińskim prezydentem wspólny język, chociaż nie oznacza to sielankowej współpracy. Zwłaszcza, że zapowiedzi kandydata republikanów odnośnie polityki zagranicznej nie są pozytywne dla amerykańskich sojuszników nie tylko w Azji. Z całej tej niepewności najbardziej korzystają Chiny, które jak zawsze będą dążyć do maksymalnego wykorzystania sprzyjających okoliczności.

Udostępnij:
  • 27
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    27
    Udostępnienia
P. Behrendt: Duterte w Chinach Reviewed by on 30 października 2016 .

Chiny otrzymały nieco niespodziewaną szansę wzmocnienia swoje pozycji na Morzu Południowochińskim. W przeddzień wizyty w Pekinie prezydent Filipin Rodrigo Duterte stwierdził, że pora „powiedzieć żegnaj” Stanom Zjednoczonym. Otoczenie głowy państwa po raz kolejny musiało tłumaczyć, co prezydent „tak naprawdę chciał powiedzieć”, a Waszyngton po raz pierwszy okazał irytację i zażądał wyjaśnień. Działania Duterte zaczynają komplikować

Udostępnij:
  • 27
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    27
    Udostępnienia

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź