Komentarz eksperta,Top news

P. Behrendt: Azja i Morze Południowochińskie szykują się na Trumpa

Wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych może wytworzyć zupełnie nową sytuację i niekoniecznie będzie to odwrót USA z Azji, chociaż na pewno czeka nas koniec polityki pivotu. W obliczu niepewności państwa regionu szykują się na wszelkie możliwości.

Prezydent elekt zapowiedział, że jedną z jego pierwszych decyzji będzie odstąpienie od kontrowersyjnego porozumienia TPP, jednego z filarów polityki pivotu zainicjowanej przez Baracka Obamę. Pierwszym poważnym sygnałem, że umowa znalazła się w niebezpieczeństwie, była niechęć ze strony amerykańskiego kongresu i opinii publicznej. Porozumienie stało się jedną z kwestii poruszanych w kampanii wyborczej, przy czym jego przeciwnikiem był nie tylko Donald Trump, ale także Hillary Clinton, za której kadencji, jako sekretarz stanu, rozpoczęto negocjacje. Warto tutaj zauważyć, że jeszcze w 2012 r. zachwalała ona TPP jako wzorzec i „złoty standard” umów o wolnym handlu. W związku z taką sytuacją wiele państw, w tym sojusznicy Waszyngtonu jak Wietnam i Singapur, przyjęło postawę wyczekującą, a chęć ratyfikacji umowy w obecnym kształcie deklaruje stale jedynie Japonia.

Chiny niemal od początku starał się przedstawić alternatywę dla TPP, występując w listopadzie 2011 z ideą RCEP. Porozumienie miałoby objąć oprócz Chin jeszcze piętnaście państw w tym: Indie, Japonię, Koreę Południową, Australię, Nową Zelandię oraz państwa ASEAN. Według doniesień medialnych zainteresowanie chińską propozycją wyraziły także Peru i Chile. Czy jednak Chiny będą w stanie wypełnić próżnię powstałą po ewentualnym odejściu Stanów Zjednoczonych? Wielu ekonomistów kwestionuje zdolność ChRL do przejęcia roli USA. Pierwszym wskazywanym punktem jest słaby jeszcze rozwój chińskiego sektora finansowego, zwyczajnie niezdolnego do objęcia roli centrum porozumienia zrzeszającego państwa odpowiadające za około jedną czwartą globalnego PKB i 40% światowego handlu. Kolejną słabością Chin jest niska transparentność prowadzenia interesów, co utrudni głębszą integrację z bardziej uregulowanymi gospodarkami Australii, czy Japonii. Pozostaje jeszcze kwestia polityczno-gospodarcza – azjatyckie państwa zaangażowane w TPP widziały w nim szanse na zrównoważenie wpływów Chin, a w przyszłości zapewne ujęcie ich w pewne ramy. Trudno się też spodziewać, aby Pekin dobrowolnie dał sobie nałożyć jakąkolwiek uprząż.

RCEP jest w swojej idei dużo skromniejsze niż TPP. Porozumienie ogranicza się do zniesienia barier celnych i to nie wszystkich. Za pełną liberalizacją handlu opowiadają się Japonia, Australia i kraje ASEAN, z kolei Indie i Korea Południowa za bardziej protekcjonistyczną polityką. Sam Pekin proponuje trzystopniowe podejście i selektywne znoszenie barier, opierające się na już istniejących porozumieniach o wolnym handlu, co stoi to w sprzeczności z deklaracjami Xi Jinpinga z Limy. Przywódca ChRL mówił tam o jeszcze szerszym otwarciu Chin na świat oraz zaawansowanej integracji gospodarczej regionu Azji i Pacyfiku oraz budowie otwartych gospodarek. Zaznaczył przy tym, że jakiekolwiek plany handlowe o skali regionalnej powinny posiadać szerokie poparcie i podobnie jak na wrześniowym szczycie G20 w Hangzhou podkreślił wolę Chin do dzielenia się „owocami rozwoju”. Mimo takich deklaracji RCEP pozostaje w dużym kontraście do TPP, które oprócz ingerencji w krajowe prawodawstwo, miało ambicje stworzyć ramy dla przyszłych umów handlowych zawieranych przez Waszyngton na całym świecie. Niezależnie od tych rozważań Australia, Brunei, Japonia, Malezja, Nowa Zelandia, Singapur i Wietnam, ale także Peru przystąpiły także do negocjacji nad RCEP.

Z drugiej strony sami Chińczycy nie składają jeszcze TPP do grobu. Według Wanga Huiyao z think tanku Centre for China and Globalisation istnieją przesłanki, że Trump niekoniecznie odrzuci porozumienie, a raczej będzie optował za jego zmodyfikowaną wersją, która i tak postawi Chiny w niekorzystnej pozycji. Podobną opinię podziela premier Nowej Zelandii John Key. Na szczycie w Limie stwierdził, że po „kosmetycznych zmianach” porozumienie może być bardziej do przyjęcia dla przyszłego prezydenta USA i żartobliwie zaproponował zmianę nazwy na „Trump Pacific Partnerschip”. Jednak chwilę później już całkiem poważnie nakreślił obraz sytuacji z wykorzystaniem „planów B”, których tragizm polega na nieuwzględnianiu Stanów Zjednoczonych. Wdrożenie takich alternatywnych rozwiązań oznaczałoby olbrzymi krok wstecz dla amerykańskiego przywództwa w regionie.

Zainteresowanie amerykańskich sojuszników poprawą relacji z Chinami nie dziwi w obliczu niepewności, co do kierunku, jaki po 20 stycznia 2017 obierze amerykańska polityka zagraniczna. Gareth Evans z think tanku Australian Strategic Policy Institute wyznacza dwa istotne punkty odniesienia dla azjatyckich przywódców. Po pierwsze trzeba pogodzić się z faktami i uznać dążenia Chin do objęcia roli współtwórcy regionalnego porządku. Jednak w wypadku, gdy Pekin przeholuje, jak na Morzu Południowochińskim, należy się jasno przeciwstawić. Prowadzi to do drugiego punktu: spójne i rozsądne przywództwo Stanów Zjednoczonych nie było i nie jest dane na zawsze. Trzeba, więc starać się budować regionalną strukturę bezpieczeństwa bardziej samodzielną w stosunku do Waszyngtonu, która będzie zdolna ograniczać zbyt wybujałe ambicje Pekinu, jednocześnie uznając jego coraz bardziej istotną rolę. Krótko mówiąc „więcej Azji, mniej USA”.

Z drugiej strony odwrót Waszyngtonu z Azji i koncentracja na sprawach wewnętrznych nie są takie pewne. Trump zapowiedział, że będzie dążyć do „odbudowy” sił zbrojnych. Zwiększeniu ma ulec stan US Army o niemal sto tysięcy ludzi, z obecny 475 do ok. 560 tysięcy. Jeszcze ambitniejsze są jego plany odnośnie marynarki wojennej, niezbędnej do odgrywania roli globalnego mocarstwa. Już w trakcie kampanii wyborczej mówił o konieczności zwiększenia liczebności US Navy z obecnych 272 do 350 okrętów, tak aby mogła „toczyć wojnę na dwóch oceanach równocześnie”. Na obecną chwilę w planach znajduje się zwiększenie liczby lotniskowców z 10 do 12, budowa dodatkowych niszczycieli, być może typu Zumwalt, oraz atomowych okrętów podwodnych typu Virginia. Co jest zapewne niemiłym zaskoczeniem (?) dla Moskwy i Pekinu przyszła administracja przewiduje także modernizację krążowników typu Ticonderoga i włączenie ich w skład rozszerzonego systemu tarczy antyrakietowej. Jako jeden z jastrzębi w ekipie Trumpa i potencjalny sekretarz ds. marynarki wojennej jawi się Randy Forbes. Jeszcze we wrześniu w swoim wystąpieniu przed Kongresem mówił o konieczności zrównoważenia rosnącej potęgi militarnej i asertywności Chin. Forbes zdecydowanie potępia działania Pekinu na Morzu Południowochińskim i jest adwokatem wzmocnionej amerykańskiej obecności wojskowej w Azji Płd-Wsch. Krytykuje działania administracji Obamy w regionie, a odnośnie planu rozbudowy floty postuluje przeznaczać na budowę nowych okrętów po 20 miliardów dolarów rocznie.

W tle powyższych wydarzeń spór na Morzu Południowochińskim przebiega po staremu. W połowie października portal China Topix poinformował, że Chiny przystąpiły do realizacji trzeciej fazy budowy na spornym akwenie podwodnego systemu obrony zwanego roboczo „Podwodnym Wielkim Murem”. Pierwszy etap rozpoczął się jeszcze na początku obecnego stulecia wraz z dołączeniem Chin do międzynarodowego programu badawczego Argo. Celem programu jest badanie stanu wód morskich na całym świecie. W ramach Argo Chińczycy rozmieścili na Morzu Południowochińskim sieć sensorów, które w dość powszechnej opinii są urządzeniami podwójnego zastosowania, oprócz badania zasolenia i temperatury wód, prądów morskich, migracji ryb mogą równie dobrze obserwować okręty podwodne. Aspekt cywilny badań jest jednak również niezwykle istotny dla wojskowych, bowiem akwen jest miejscami bardzo zdradliwy i niebezpieczny dla okrętów podwodnych, o czym chińska marynarka wojenna zdążyła się już przekonać.

Naukowcom udało się zlokalizować obszar występowania niezwykle silnych wirów wodnych. Niebezpieczny rejon jest położony w pobliżu głównej bazy chińskich okrętów podwodnych w Yulin na wyspie Hajnan. Tak zwane podwodne tornada zostały zaobserwowane przez zespół oceanografów Chińskiej Akademii Nauk. Tego rodzaju wiry występują niezwykle rzadko i na głębokościach od kilkuset do kilku tysięcy metrów, dlatego też bardzo trudno wypatrzyć je z powierzchni morza. Również satelity nie przydają się w tym wypadku na wiele. Naukowcy ciągle starają się poznać dokładne przyczyny i warunki powstawania „podwodnych tornad”, a odkrycie Chińczyków może bardzo w tym pomóc. Wiry stwarzają duże niebezpieczeństwo dla pływających coraz głębiej okrętów podwodnych. Z takiej przyczyny US Navy utraciła w roku 1963 atomowy okręt podwodny Thresher. Również Chińczykom niedawno o mało nie przytrafił się podobny wypadek. W trakcie manewrów we wspomnianym rejonie jedna z atomowych jednostek wpadła w wir wodny. Dowództwo marynarki wojennej pozwoliło dziennikarzom porozmawiać z dowódcą okrętu, komandorem Yi Hui. Według jego relacji załoga poczuła, jakby nagle spadła w przepaść. Część urządzeń przestała działać, rury wewnątrz kadłuba zaczęły tracić szczelność. Dzięki szybkiej reakcji załogi, zamknięciu grodzi wodoszczelnych i sprawnemu przeprowadzeniu awaryjnego wynurzenia udało się uratować okręt. Pekin nie ujawnił jednak, kiedy i gdzie dokładnie doszło do zdarzenia, ani czy były jakieś ofiary.

Za drugi etap prac nad „Podwodnym Wielkim Murem” uznawana jest budowa sztucznych wysp, rozbudowa tamtejszych instalacji wojskowych oraz groźba ogłoszenia Strefy Identyfikacji Obrony Powietrznej (ADIZ). Pozwalają one na stworzenie odpowiedniego zaplecza i warunków do działalności sił ZOP. Ten aspekt wojny morskiej od lat pozostaje słabą stroną MW ChALW i stał się w ostatnim czasie obiektem przyspieszonej modernizacji. Wreszcie trzeci etap to rozbudowa sieci sonarów oraz innych czujników i budowa centralnej stacji spinającej wszystkie elementy systemu. W lipcu pojawiły się informacje o planach zbudowania stałej, załogowej stacji badawczej na głębokości trzech tysięcy metrów. Byłby to jedyny tego typu obiekt na świecie, a wedle części doniesień miałby się on stać także bazą dla podwodnych bezzałogowych pojazdów, także o przeznaczeniu wojskowym. Warto przy tym dodać, że Pekin przystąpił do wymiany wszystkich importowanych sensorów na urządzenia rodzimej produkcji, a transmisja danych odbywa się przy pomocy systemu BeiDou, nawet w wypadku programu Argo, działającego w oparciu o amerykański GPS.

Chiny nie są jedynym państwem budującym podwodny mur. Do realizacji podobnego projektu przymierzają się Indie, planujące, według niepotwierdzonych doniesień, zainstalować na dnie morza sieć hydrofonów. Zadaniem tej instalacji, ochrzczonej już w mediach mianem „podwodnego muru”, byłoby śledzenie ruchów chińskich okrętów podwodnych zmierzających na lub powracających z Oceanu Indyjskiego. Hydrofony miałyby zostać rozmieszczone na odcinku długości nieco ponad 200 km pomiędzy przylądkiem Indira na wyspie Wielki Nikobar a północnym krańcem Sumatry. W pracach pomóc mieliby Japończycy, którzy mają już spore doświadczenie w budowie tego typu instalacji oraz monitorowaniu aktywności chińskich okrętów podwodnych. Lokalizacja „podwodnego muru” też nie została wybrana przypadkowo. Rozmieszczenie hydrofonów między Nikobarami a Sumatrą pozwala na dogodną obserwację ruchu między Cieśniną Malakka, a portami Birmy oraz Zatoką Bengalską i Oceanem Indyjskim. Osobną kwestią pozostaje wciągnięcie do współpracy Indonezji. Jednak coraz ostrzejsze zatargi na linii Dżakarta-Pekin mogą stworzyć odpowiednią szansę dla indyjskiej dyplomacji.

Z kolei do rozbudowy infrastruktury na spornych obszarach przystąpiły także Tajwan, Wietnam i Filipiny. Na kontrolowanej przez Tajwan wyspie Taiping (Itu Aba) zidentyfikowano budowę przypuszczalnie systemu obrony przeciwlotniczej. Amerykański think tank CSIS zaobserwował podjęcie prac nad sztuczną rozbudową wysp, infrastruktury wojskowej oraz powiększanie lotniska na ponad dwudziestu wyspach kontrolowanych przez Wietnam. Mimo dużej skali są to nieduże inwestycje w porównaniu z tym co robią Chiny. Bardzo ciekawie wyglądają w kontekście wizyty prezydenta Duterte w Chinach plany Filipin. Parlament zaaprobował wydanie 450 mln peso ( USD) na budowę portu na wyspie Paga-asa (Thitu) w archipelagu Spratly. Inwestycje mają także obejmować wprowadzenie odnawialnych źródeł energii, a wszystko po to, by zachęcić ludzi do osiedlania się na drugiej największej wyspie archipelagu i tym samym umocnić filipińskie roszczenia.

Oznacza to przyjęcia przez Manilę dwutorowego podejścia, albo też brak „dyscypliny wiadomości” o którym mówił ambasador Filipin w Chinach, gdy po raz kolejny wypowiedzi prezydenta Duterte i sekretarza spraw zagranicznych Perfecto Yasaya poważnie się rozminęły. Tydzień po wizycie głowy państwa w Pekinie, Chiny dopuściły po raz pierwszy od 2012 filipińskich rybaków na wody wokół Ławicy Scarborough. Jednostki chińskiej straży wybrzeża oraz rybacy pozostali, jednak nie utrudniali pracy Filipińczykom. Odtrąbiono to jako wielki sukces prezydenta Duterte, chociaż w rzeczywistości jest to bardziej wspaniałomyślny gest Pekinu, który na dodatek nic nie kosztuje. Sam prezydent Filipin zresztą szybko naraził się rybakom zakazując połowów wokół Scarborough Shoal. Duterte ogłosił tam jednostronnie naturalny obszar chroniony i wyraził nadzieję, że Chiny oraz inne państwa regionu dobrowolnie się przyłączą do tej inicjatywy. Decyzja prezydenta wywołała duże wzburzenie w kraju i została odebrana jako podkopanie własnej pozycji na spornym obszarze.

Wiele wskazuje na to, że w najbliższych latach na Morzu Południowochińskim może się zrobić jeszcze tłoczniej. W ostatnich miesiącach swoją obecność zaznaczyły już Rosja i Francja, teraz do powrotu szykuje się Wielka Brytania. Ambasador Zjednoczonego Królestwa w Stanach Zjednoczonych, Kim Darroch, zapowiedział, że przebywające w Japonii na pierwszych od czasów zimnej wojny wspólnych ćwiczeniach myśliwce Typhoon w drodze powrotnej przelecą nad Morzem Południowochińskim. Jest to zaledwie początek ambitnych brytyjskich planów. Jak informował ambasador Darmoch, Royal Navy zamierza po osiągnięciu gotowości operacyjnej prze oba lotniskowce typu Queen Elizabeth, czyli najwcześniej w 2020, „spróbować odegrać swoją rolę na Pacyfiku”. Reakcja chińskiego MSZ na te rewelacje była dość powściągliwa. Resort wyraził jedynie nadzieję, iż Londyn „uszanuje wysiłki państw regionu na rzecz bezpieczeństwa i stabilności na Morzu Południowochińskim”. Większy wyraz niezadowoleniu Pekinu dała agencja Xinhua, która ostrzegła przed ryzykiem dalszego pogorszenia relacji brytyjsko-chińskich i oskarżyła Londyn o dołączenie do grona „mąciwodów takich jak USA i Japonia”.

Samo grono „mąciwodów” może się wkrótce jeszcze powiększyć. Wietnam otwarcie wzywa państwa spoza regionu aby włączyły się w rozwiązanie sporu, zaś Indie i Japonia zapowiadają współpracę na rzecz rozstrzygnięcia sporu w myśl UNCLOS. Niejako na marginesie New Delhi i Tokio planują wspólne inwestycje w irańskim porcie Chabar, który ma stać się konkurencją dla rozbudowanego prze Chiny pakistańskiego Gwadaru. Z zupełnie niespodziewanej strony może też wzrosnąć zaangażowanie Stanów Zjednoczonych. Admirał Paul Zukunft, dowódca amerykańskiej straży wybrzeża, zaproponował wysłanie podległych mu jednostek na Morze Południowochińskie. Otwarcie przy tym przyznał, że inspiracją są dla niego działania podejmowane przez stronę chińską. Admirał zachwala akcje „białych kadłubów”, jako tańsze i z natury mniej ofensywne niż rejsy okrętów wojennych, podkreślił też, iż USCG ma bardzo dobre relacje z chińską strażą wybrzeża. Pomysł nie jest nowy, zastępca Zukunfta admirał Charles Michel proponował pomoc US Navy już w lutym bieżącego roku. Dowództwo USCG sądzi, że pomysł ma większe szanse na realizację pod nową administracją.

Niestandardowe i „biznesowe” podejście Trumpa do polityki stwarza szanse na podjęcie prze USA wielu niekonwencjonalnych działań. W Pekinie doskonale zdają sobie z tego sprawę, co budzi tam duże obawy. Chińczycy ewentualne negocjacje widzą jako złożenie ofert: czego dokładnie chcecie i ile gotowi jesteście za to zapłacić, przy czym spodziewana cena wywoławcza nie będzie przystępna. W ciągu najbliższego roku może wydarzyć się naprawdę wiele.

Udostępnij:
  • 16
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    16
    Udostępnienia
P. Behrendt: Azja i Morze Południowochińskie szykują się na Trumpa Reviewed by on 9 grudnia 2016 .

Wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych może wytworzyć zupełnie nową sytuację i niekoniecznie będzie to odwrót USA z Azji, chociaż na pewno czeka nas koniec polityki pivotu. W obliczu niepewności państwa regionu szykują się na wszelkie możliwości. Prezydent elekt zapowiedział, że jedną z jego pierwszych decyzji będzie odstąpienie od kontrowersyjnego porozumienia TPP, jednego z

Udostępnij:
  • 16
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    16
    Udostępnienia

O AUTORZE /

Avatar

KOMENTARZE: 1

  • Pekin wrzucając do stawki sztuczne wyspy i roszczenia terytorialne wobec sąsiadów naruszył równowagę i musi się liczyć z konsekwencjami.

Pozostaw odpowiedź