Artykuły,Komentarz eksperta,Komentarze,Publicystyka,Top news

P. Behrendt: Amerykański lotniskowiec w Wietnamie

W ciągu zaledwie pięciu lat Chiny zmieniły sytuację na Morzu Południowochińskim na swoją korzyść. USA przez cały ten czas okazały się niezdolne do wypracowania skutecznej taktyki przeciwdziałania. W ostatnich tygodniach mocnym sygnałem ze strony Waszyngtonu była wizyta w Wietnamie lotniskowca USS Carl Vinson. Pytanie jak dalece skutecznym.

Od roku 2013 Chinom udało się wybudować sztuczne wyspy oraz położone na nich instalacje wojskowe. Tym samym Pekin uzyskał de facto zdolność do roztoczenia kontroli morskiej i powietrznej nad całym spornym obszarem. Z kolei dzięki naciskom politycznym i gospodarczym w mniejszym lub większym stopniu zneutralizowano Brunei, Filipiny, Malezję, ASEAN oraz podkopano pozycję Waszyngtonu w regionie. Znany z kontrowersyjnych wypowiedzi i prochińskiego stanowiska prezydent Rodrigo Duterte stwierdził nawet z charakterystyczną dla siebie przesadą, że Chiny mogą zrobić z Filipin „kolejną prowincję”. Działania filipińskiego przywódcy spotykają się z nieprzychylnymi reakcjami ze strony opozycji, a nawet we własnym obozie, jednak na dobrą sprawę jedynym państwem przeciwstawiającym się Chinom na Morzu Południowochińskim pozostał Wietnam.

Tym samym Hanoi utwierdziło swoją pozycję głównego partnera w regionie dla wszystkich zewnętrznych mocarstw chcących ograniczyć ekspansję ChRL. W opublikowanej w grudniu ubiegłego roku Narodowej Strategii Bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych Chiny wskazano jako główne wyzwanie, natomiast Wietnam uznano za partnera o rosnącym znaczeniu. Tym samym dawny wróg został postawiony w jednym szeregu z tradycyjnymi, chociaż obecnie mniej pewnymi, sojusznikami USA jak Tajlandia i Filipiny. Mimo ciągłego braku spójnej strategii wymierzonej w Chiny w Waszyngtonie zdecydowano o konieczności wysłania mocnego sygnału pod adresem i Pekinu i lokalnych sojuszników. W sierpniu 2017 podczas wizyty wietnamskiego ministra obrony Ngo Xuan Licha w USA wypłynął pomysł zawinięcia amerykańskiego lotniskowca do któregoś z wietnamskich portów. Ostateczna decyzja zapadła w styczniu 2018 w trakcie pobytu sekretarza obrony Jamesa Mattisa w Hanoi. Wkrótce potem ogłoszono, że USS Carl Vinson będzie pierwszym od czasów wojny wietnamskiej lotniskowcem US Navy, który zawinie do Wietnamu.

Początkowo obstawiano, że okręt zawita do Cam Ranh. Potężna baza morska w południowej części Wietnamu jest jednym z najlepszych naturalnych portów w Azji Płd.-Wsch., a zarazem jednym z nielicznych zdolnych przyjąć lotniskowiec. Jednak wbrew tym spekulacjom Vinson i towarzyszący mu krążownik USS Mitscher rzucił kotwicę dwie mile morskie od położonego w środkowym Wietnamie portu Da Nang. Wybór ten miał duże znaczenie symboliczne ze względu na rolę miasta podczas wojny wietnamskiej. W trakcie pobytu obu okrętów odbyły się liczne imprezy kulturalne, wymiana wizyt z załogami wietnamskich jednostek i spotkania wojskowe na wysokim szczeblu. Grupa amerykańskich marynarzy odwiedziła również muzeum poświęcone ofiarom Agent Orange.

Ciekawa była reakcja Chin. Ministerstwo spraw zagranicznych w oficjalnym komunikacie stwierdziło, że ChRL nie ma nic przeciwko wizycie okrętu. Zupełnie inne były natomiast komentarze partyjnych mediów, kanału, przy pomocy którego Pekin często sygnalizuje, co naprawdę myśli o danej sprawie. Tabloid Global Times nazwał pobyt amerykańskich okrętów w Da Nang „czerwoną linią”, której ani Wietnam, ani Stany Zjednoczone nie powinny przekraczać. Już wcześniej padały sugestie, że wizyta lotniskowca powinna być jak najkrótsza. W Waszyngtonie wykorzystano to do jeszcze bardziej wyrazistej demonstracji siły. Vinsonowi towarzyszył krążownik, a oba okręty przebywały w Da Nang od 5 do 9 marca.

Poczynania Chin budzą coraz większy niepokój nie tylko w bezpośrednim sąsiedztwie ChRL, ale również w Londynie i Paryżu, posiadających w Azji i na Pacyfiku tradycyjne interesy. Od 2015 Francja co roku wysyła na wody Azji Wschodniej i swoich posiadłości na Pacyfiku śmigłowcowiec desantowy typu Mistral wraz z eskortą. Tegoroczna ekspedycja jest jednak inna. Zespół operacyjny „Jeanne d’Arc”, w składzie śmigłowcowiec desantowy Dixmude i fregata Surcouf, wyruszył z Tulonu 28 lutego. Na pokładzie francuskiego desantowca znalazły się oddział brytyjskiej piechoty morskiej, dwa śmigłowce Royal Navy, oddział amerykańskich marines oraz kilku żołnierzy hiszpańskich. Głównym zadaniem zespołu ma być wymierzona w Chiny demonstracja siły na Morzu Południowochińskim. Wielka Brytania już wcześniej zapowiadała wolę wysłania w przyszłej dekadzie na wody Azji Wschodniej jednego z nowych lotniskowców typu Queen Elizabeth. Niezależnie od wspólnych akcji Londyn zapowiedział także wspólne ćwiczenia wojskowe z Japonią i zacieśnienie dwustronnej współpracy militarnej. Z kolei Francja zapowiedział intensyfikację współpracy wojskowej z Filipinami.

Na intensyfikację działań zdecydowała się również Australia. Canberra już od pewnego czasu uczestniczyła w operacjach FONOP na Morzu Południowochińskim, jednak bodźcem do ostrzejszych kroków stały się próby mieszania się ChRL w sprawy wewnętrzne kraju. Okazało się, że Pekin wspiera i finansuje sprzyjających mu australijskich polityków, a także infiltruje chińską mniejszość i usiłuje wykorzystywać ją do wywierania nacisków na rząd Australii. W jakimś stopniu przyspieszyło to zawarcie umowy o strategicznym partnerstwie z Wietnamem, stosowny dokument podpisano 15 marca w Canberrze. Jeszcze dalej poszedł prezydent Indonezji Joko Widodo, który stwierdził, że Australia powinna wstąpić do ASEAN. Taki krok poważnie zmieniłby sytuację wewnątrz organizacji, ale także w całej Azji Płd.-Wsch.

Niezależnie od tego, jak mocnym sygnałem jest wizyta amerykańskiego lotniskowca, w żaden sposób nie zmienia ona sytuacji na Morzu Południowochińskim. Podobnie zapowiadane przez prezydenta Trumpa wymierzone w Chiny cła na import stali i aluminium. Mimo wielkich gestów nie widać nadal dawno już anonsowanej sprzedaży amerykańskiego uzbrojenia Hanoi i włączenia Wietnamu do programu FMS. Poza bezpośrednią akcją zbrojną nie ma możliwości zmuszenia Pekinu do opuszczenia sztucznych wysp, zwłaszcza wobec ich znaczenia dla strategicznych planów ChRL. W środowisku think tanków pojawiają się już głosy o konieczności pogodzenia się z istnieniem chińskiej strefy wpływów. Inne głosy ostrzegają natomiast, że zbrojna konfrontacja na Morzu Południowochińskim jest tylko kwestią czasu. Rodzi to pytanie, na ile Waszyngton jest gotów ustąpić lub ile poświęcić. Chiny testują granice zaangażowania USA w regionie i bezwzględnie wykorzystują każde zawahanie się i potknięcie. Efektem jakiekolwiek ustępstwa będzie zaś dalsze ośmielenie Pekinu i wzrost ich ambicji.

 

Paweł Behrendt

Udostępnij:
  • 32
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    32
    Udostępnienia
P. Behrendt: Amerykański lotniskowiec w Wietnamie Reviewed by on 17 marca 2018 .

W ciągu zaledwie pięciu lat Chiny zmieniły sytuację na Morzu Południowochińskim na swoją korzyść. USA przez cały ten czas okazały się niezdolne do wypracowania skutecznej taktyki przeciwdziałania. W ostatnich tygodniach mocnym sygnałem ze strony Waszyngtonu była wizyta w Wietnamie lotniskowca USS Carl Vinson. Pytanie jak dalece skutecznym. Od roku 2013 Chinom udało się wybudować sztuczne

Udostępnij:
  • 32
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    32
    Udostępnienia

O AUTORZE /

Avatar

KOMENTARZE: 1

  • Nie zauważono jutrzejszej wizyty Siergieja Ławrowa w Wietnamie (19-20.03), dokąd przybywa on na zaproszenie FM Pham Binh Minh. Wydaje się,że wizyta ta jest znacznie ważniejsza aniżeli lotniskowców i krążowników USA. i Wielkiej Brytanii.Czasem warto zdjąć amerykańskie okulary i zobaczyć azjatycką rzeczywistość.

Pozostaw odpowiedź