BLOGOSFERA

„Onet”: W krainie Sikhów

Nowe Delhi! Już tutejsze lotnisko, jego atmosfera, tłok, gwar i zapach przenoszą mnie w inny świat. W rozległym holu lotniska mijałem tłumy Hindusów nawołujących do skorzystania z usług hotelarzy, rikszarzy i przewodników po mieście. Ich donośne głosy mieszały się z komunikatami, które przez głośniki podawała obsługa lotniska. Oszołomiony nieustającym hałasem dotarłem wreszcie do wyjścia. Obrałem kierunek na Pendżab.

Najdalej wysunięPendżab, fot. Paweł Charaty na północny zachód stan Indii był pierwszym celem mojej wyprawy. Nazwa krainy w przekładzie na polski oznacza „Pięciorzecze”. Szeroką równinę przecina pięć dopływów Indusu, co wyjaśnia pochodzenie tej nazwy. Woda w Indiach jest skarbem, który trudno przecenić.

Tutejsi rolnicy w suchym zwrotnikowym klimacie uprawiają zboża, trzcinę cukrową, ryż i bawełnę. Na rozległych łąkach wypasają bydło i owce. Podobnie jak pola nawadnia je woda z licznych rzek i strumieni. Dzięki temu rolnictwo daje pracę niemal połowie z przeszło dwudziestu pięciu milionów obywateli Pendżabu.

Dwa tysiące z nich mieszka w Chabbewal. Do wioski, położonej zaledwie sto kilometrów od granicy z Pakistanem, dotarłem po dwunastogodzinnej podróży tutejszymi autobusami. Tłok na trakcie prowadzącym na zachód sprawiał wrażenie, jakby ktoś odwołał obowiązujące przepisy. Piesi, rowerzyści oraz woźnice, siedzący na lichych wozach ciągniętych przez woły – wszyscy ustępowali drogi traktorom i ciężarówkom. Ich kierowcy, pomagając sobie klaksonem, nieustannym buczeniem wymuszali pierwszeństwo przejazdu. Wreszcie, po dwunastogodzinnej jeździe w trzydziestostopniowym upale, dotarłem do Chabbewal.

Pamiętają o Nanaku
Wieś była podobna do tych, które mijałem po drodze. Kolorowe reklamy różnych usług i artykułów kontrastowały z szarą elewacją budynków. Asfaltowa jezdnia przechodziła miejscami w zwyczajny ubity trakt. Na poboczach zalegały kałuże i błoto po niedawnych opadach. Nim autobus oddalił się od przystanku, dobiegł mnie miarowy głos bębnów. Po chwili zza pobliskiego zakrętu wyłoniła się… kolorowa procesja Sikhów!

Pięćset lat temu ich pierwszy guru Nanak zmagał się z teologicznymi wątpliwościami. Ostatecznie połączył ze sobą humanistyczne pierwiastki islamu i hinduizmu. Tym sposobem Pendżab stał się miejscem narodzin nowej wspólnoty społeczno-religijnej, której członkowie stanowią obecnie ponad połowę mieszkańców stanu.

Od wieków żyją według zasad zawartych w naukach Nanaka i jego następców. Dzień rozpoczynają od medytacji i wyznania wiary. Nie piją alkoholu, nie palą tytoniu i sumiennie wykonują swoją pracę. Celują w elitarne profesje. Mimo to obok dziennikarzy, lekarzy i inżynierów nie brak wśród nich zwyczajnych rzemieślników. Zobowiązani prastarym kanonem noszą długie i zadbane włosy, przykryte turbanem. Nie golą brody, nie jedzą mięsa ze zwierząt, które nie padły od pierwszego ciosu i nie parają się hazardem. Dają za to jałmużnę ubogim i kilka razy w roku świętują.

W Chabbewal parfot.Paweł Charaadowali na cześć Nanaka. W barwnym pochodzie szło kilkuset Sikhów i mieszkańców wsi. Otwierała go orkiestra. Za nią szli żołnierze i mieszkańcy wsi. Procesję zamykała kawalkada rowerów, traktorów, skuterów i samochodów. Bębny, śpiewy i tańce… Co kilkanaście minut tłum zatrzymywał się, aby obejrzeć upozorowane pojedynki.

Wkrótce podeszliśmy pod śnieżnobiałe mury świątyni. Już z daleka wyróżniała ją charakterystyczna kopuła. Przed wejściem do środka, zgodnie z obowiązującym zwyczajem, ściągnąłem buty i nakryłem głowę. Gdy tłum wiernych wypełnił wnętrze świątyni, zaczęła się modlitwa, której przewodniczył guru.

Po nabożeństwie na wszystkich czekał wegetariański posiłek. W malutkich miseczkach z liści drzewa mango zajadaliśmy młode pędy rzepaku gotowane z koniczyną w miejscowych przyprawach. Potem podano specjalność regionu, czyli rothi. Okrągłe placki z mąki kukurydzianej upieczono na blasze wiszącej nad paleniskiem. Gotowe, rwane na kawałki i maczane w przyprawach, smakowały wyśmienicie.

Klęcząc w Jawala Mukhi
Po krótkim postoju w Chabbewal pożegnałem Pendżab. Wypożyczonym skuterem, pojechałem do Jawala Mukhi w stanie Himachal Pradesh. Chwilami silnik krztusił się niepokojąco. Szczęśliwie jednak zajechałem sędziwą maszyną do wsi, trasą wiodącą przez doliny i kaniony spalonych słońcem podnóży Himalajów.

Według archeologów i uczonych kapłanów tutejsza świątynia liczy sobie sześć tysięcy lat. Odprawia się w niej nabożeństwa na cześć Kali i Sziwy. Ich oblicza wykute w skałach otaczających dolinę śledziły każdy mój krok profana. Obok nich, w niewielkich grotach, palił się święty ogień. W jednej rozpoczynało się nabożeństwo. Jej wnętrze było jednak tak małe, że pomieściło tylko kapłana. Przed wejściem ustawiła się ośmioosobowa grupa wiernych. W pewnym momencie celebrans nabrał wody w dłonie i ochlapał nią współwyznawców. Potem zaintonował modlitwę, którą wraz z nim odmówili wszyscy uczestnicy nabożeństwa. Po niej pochylił się przy otworze w ścianie i przyłożył do niego płonący kawałek drzewa. Odsunął się na bok a otwór… parsknął płomieniem na zewnątrz. Wewnątrz skał płynie gaz, wykorzystywany przy religijnych obrzędach.

Gdy kapłan zgasił wodą płomień wydobywający się z otworu, rozpoczęła się druga część nabożeństwa. Na znak celebransa uklęknęliśmy z głową schyloną do ziemi. Podczas odmawiania modlitwy nabrał wody do małego dzbanka. Następnie zmieszał ją z łatwopalną substancją i podpalił. Najpierw każdemu z nas zrobił kciukiem czerwoną kropkę między oczami, a potem wlał wodę w dłonie. Wszyscy wokół natychmiast ją wypili. Ja, woląc nie ryzykować – a z drugiej strony nie chcąc obrazić bogów oraz moich współtowarzyszy – polałem sobie nią głowę.

Wieczorem w prastarej świątyni rozpoczęła się ceremonia na pamiątkę zaślubin Sziwy z Parwati. Do piątej nad ranem w jej wnętrzu rozbrzmiewał śpiew mężczyzn z kasty Jagam. Po pięciogodzinnej przerwie pieśni ku czci bóstwa śpiewały kobiety. Około południa wszyscy zasiedli do posiłku złożonego z placków rothi i sabzi, czyli mieszanki warzyw z olejem i papryką. W tym czasie na tyłach świątyni, we wmurowanej w posadzkę makutrze grupa młodych mężczyzn ogromnym, prawie dwumetrowym tłuczkiem ucierała korzeń imbiru z papryką, kawałkami trzciny cukrowej i konopi. Co jakiś czas na przemian dolewano do środka odrobinę wody i mleka. Kręcenie ogromnym tłuczkiem trwało prawie półtorej godziny.

Gdy utarta masa nabrała ciekłej konsystencji, kubki z napojem trafiły do starszyzny, a potem reszty uczestników ceremonii. Wielka gościnność gospodarzy obligowała ich do poczęstowania nim przybysza. Przezorność kazała mi wypić tylko kilka drobnych łyków. Wkrótce poczułem w głowie tę odrobinę tajemniczego napoju. Przez trzy godziny trwałem w dziwnym odurzeniu, uśmiechając się ciągle do moich współtowarzyszy. Noc po zakończeniu nabożeństwa cieszącego się ponadtrzywiekową tradycją spędziłem w gościnie u mieszkańców wsi. Rano pożegnałem moich dobrodziejów i ruszyłem na zachód.

Latawce nafot. Paweł Charad Amritsarem
Ponownie w Pendżabie! Po kilkugodzinnej podróży zatrzymałem się Amritsarze. Miasto leży zaledwie trzydzieści kilometrów od granicy z Pakistanem. W 1577 roku założył je Ramdas, czwarty guru Sikhów. Przez wieki stało się głównym ośrodkiem sikhizmu i najbogatszym miastem w regionie. Do historii przeszło jako miejsce krwawych starć i demonstracji. Najpierw, w 1919 roku, rzezi na jego mieszkańcach dopuścili się Brytyjczycy. W ten sposób koloniści stłumili protest amritsarczyków przeciwko ograniczaniu swobód obywatelskich.

Nie ominęły miasta zamieszki towarzyszące podziałowi Indii w 1947 roku. Poważny kryzys dotknął je na początku lat osiemdziesiątych, gdy sikhijscy ekstremiści chcieli oczyścić Pendżab z ludności innego pochodzenia. Przez miasto przetoczyła się wtedy fala zamachów wymierzonych przeciwko Hindusom. Towarzyszyły im pacyfikacje mieszkań, napady na pociągi i wybuchy bomb podkładanych w publicznych miejscach. Podczas jednej z akcji ekstremiści zajęli słynną Złotą Świątynię. Chronili się w niej po krwawych wypadach w miasto. Przekonanie, że wojsko i policja nie odważą się przekroczyć progu świątyni, dawało im względne poczucie bezpieczeństwa. Tak było do czasu, gdy trzeciego czerwca 1984 roku oddział komandosów odbił ją z rąk ekstremistów.

Od lat świątynia cieszy się wielkim zainteresowaniem turystów. Wokół otaczają ją wody jeziora Amrit Sarovar. Z dachów okolicznych budynków dorośli i dzieci puszczają dziesiątki kolorowych latawców.

Na wyspę, na której wybudowano świątynię, dostałem się przez groblę. Po drodze zauważyłem mężczyzn i chłopców zanurzających się w rozległym akwenie. Niektórzy pili wodę albo nabierali ją do naczyń, aby zanieść swoim bliskim. Byli i tacy, którzy modlili się w skupieniu, klęcząc na marmurowej posadzce. Wewnątrz zastałem przepych marmurów i złoceń oraz specjalnie wyznaczone miejsca do lektury świętej księgi. Takich miejsc w Złotej Świątyni jest siedem. Każde z nich odpowiada liczbie dni tygodnia. Cichej lekturze i modlitwie nieustannie towarzyszy mistyczna pieśń kantorów.

Nie ośmieliłem się fotografować. Pogrążeni w medytacji Sikhowie raz po raz przyglądali mi się z lekką nieufnością. Rozumiałem ich, ponieważ biel mojej twarzy przywodziła im na myśl kolor śmierci.

Nim przyszedł wieczór, zatroszczyłem się o pożywienie i kąt do spania. Zjadłem darmowy posiłek w miejscowym domu dla pielgrzymów. W jednej z licznych w Armitsarze noclegowni dla przybyszów wynająłem pokój za dwieście rupii. Musiałem wypocząć, aby zebrać siły do drogi na pustynię.

Artykuł ukazał na portalu przewodnik.onet.pl,  jego autorem jest Paweł Chara.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Onet”: W krainie Sikhów Reviewed by on 25 kwietnia 2010 .

Nowe Delhi! Już tutejsze lotnisko, jego atmosfera, tłok, gwar i zapach przenoszą mnie w inny świat. W rozległym holu lotniska mijałem tłumy Hindusów nawołujących do skorzystania z usług hotelarzy, rikszarzy i przewodników po mieście. Ich donośne głosy mieszały się z komunikatami, które przez głośniki podawała obsługa lotniska. Oszołomiony nieustającym hałasem dotarłem wreszcie do wyjścia. Obrałem

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź