BLOGOSFERA

„Onet.pl”: Japonia w polskich górach

akiko1Kudłate psy odprowadzają nas wzrokiem do drzwi. Po chwili staje przed nami niewysoka, uśmiechnięta pani ubrana w kimono. Japonka.



Paweł Zając: To oaza spokoju. Widok na Tatry, las, śnieg, nastrojowa muzyka klasyczna, można nic nie robić, a nawet nic nie chcieć…

Miwa Akiko: Goście często przychodzą do salonu i po prostu zasypiają. O, tak, na kanapce przy kominku… Zwłaszcza w zimie.

A wtedy, gdy trafiła Pani tutaj pierwszy raz? Też była zima…

To był chyba luty. Najgorsza zima, jaką pamiętam, ale taka piękna. Uwielbiam tę porę roku. Zaspy są tu na 1,5 metra!

Większość Polaków woli lato, a nie mróz, śnieg…

Ja lubię wszystkie pory roku (śmiech).

W Nagano były takie zimy?

O, tak, bywały.

Chyba nie zima skłoniła jednak Panią do zostania w Polsce?

Różne rzeczy się na to złożyły, ale jeszcze przed przyjazdem czytałam dużo o Polsce. Była mi bliska z wielu powodów.

I tak po prostu zapadła decyzja: wyjeżdżam do Polski?

O nie. Pierwszą podróż zagraniczną to w ogóle odbyłam do Jemenu! Później pojechałam na 3 miesiące do Stanów Zjednoczonych do Los Angeles. I sąsiad siostry był Polakiem. Na dodatek było Boże Narodzenie, śpiewali kolędy. Jak ja uwielbiam „Lulajże Jezuniu!”. To mi się strasznie podobało. Wróciłam jednak do Japonii. Miałam poczekać aż moja najmłodsza córka skończy liceum, ale nastał taki czas w życiu, że zaczęłam szukać swojego miejsca i wyjechałyśmy wcześniej.

Czemu tutaj, w Harklowej, a nie w Krakowie, Warszawie czy Wrocławiu?

Początkowo mieszkałam w Krakowie, ale poznałam tę okolicę. Przyjaciele zaczęli mnie zabierać: na spływ Dunajcem i wreszcie w Gorce…

Wiele osób dałoby bardzo dużo, aby odbyć drogę w przeciwną stronę – z Polski do Japonii. Jak to się stało, że odbyła Pani drogę z Nagano – japońskiego „Zakopanego” do małej wioski, gdzieś na polskim odludziu?

Potrzebuję spokoju, dziczy. Jeszcze w Japonii przeprowadziłam się do Nagano dla lepszego powietrza, gorących źródeł…

Co zastała Pani na tej polanie?

Nic, wielką pustkę. Najpierw wynajęłyśmy pokój, ale było tak ciężko, że postawiłyśmy szopkę bez toalet. Nie miałyśmy wody, więc gdy zaczynało padać, tylko krzyczałam do córki: szybko, szampon! (śmiech)

Od rana do wieczora pracowało na naszej budowie 18 osób. Gotowanie to był koszmar. Zrobiłam ognisko, wielki garnek z japońskim jedzeniem, ale nie smakowało. „Mięcho!” Polski robotnik chce mięcha (śmiech). Gotowanie mięsa dla 18 osób to jednak makabra. Kupiłam pół krowy i rąbałam je razem z kośćmi, krew chlapała na wszystkie strony. Coś strasznego, ale byli zadowoleni (śmiech).

Najgorzej było z chlebem. Gdy jeep nie mógł wjechać, bo było wielkie błoto, to wnosiliśmy w plecakach pod górę. Błoto jest najgorsze, gorsze niż śnieg. Podkładamy kamienie, żwir sypiemy, ale na wiosnę i tak jest ciężko.

I miał to być dom mieszkalny czy od razu pensjonat?

Oczywiście tylko dom. No, ale później trzeba było zarabiać pieniądze, a tutaj to tylko na turystach, więc powstał pensjonat.

I jak drobna Japonka, wygrała całą walkę ze wszystkimi urzędami, budowlańcami…

Bo nie wiedziałam, co mnie czeka (śmiech). Inaczej nigdy bym nie zaczęła (śmiech). Trafiałam na szczęście na dobrych ludzi. Pomogli mi dużo przy wszystkich dokumentach i pozwoleniach. W otulinie parku narodowego dom musi być w stylu góralskim, kryty gontami; są jeszcze kwestie ogrzewania, oczyszczania ścieków. A tutaj nie ma oczyszczalni. Znalazłam wreszcie norweski sprzęt, strasznie kosztowny. Teraz używam także japońskich technologii, a ściślej Efektywnych Organizmów (EM).

To wszystko bez znajomości języka?

Gdy przyjechałam, prawie nic nie umiałam po polsku, tylko po angielsku. Zaczęłam się uczyć na kursie dla obcokrajowców na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wszyscy byli tolerancyjni i mili. Akceptujecie odmienność i dajecie ciepło.

Polacy sami o sobie mają często gorsze zdanie…

Ale czemu! W Ameryce przecież jest większa dyskryminacja! W Anglii, w Niemczech… Raz do Harklowej przyjechali japońscy chórzyści. Dali piękny koncert i płakali, gdy miejscowe dzieci śpiewały razem z nimi. Tak im to zaimponowało, że przyjadą znowu.

Wróćmy jeszcze na chwilkę do domu. Znajdujemy się tu na jedynym osiedlu w Polsce o japońskiej nazwie. To był Pani pomysł?

W sumie gmina stwierdziła, że to nowe osiedle, więc można nadać mu japońską nazwą. Zaproponowałam więc Ariake. A później już były tylko same problemy (śmiech). Wszystkie dokumenty wystawiałam na adres Harklowa, Ariake, a okazało się, że urząd tego nie zarejestrował. To niemożliwe!

U nas możliwe.

10 lat wszystko było na Ariake – paszport, REGON. I co ja miałam zrobić! Na szczęście jeden z radnych pomógł mi doprowadzić to do końca.

Dlaczego Ariake (Wschód Księżyca – przyp. autor)?

Ariake ma dla mnie wiele znaczeń. Urodziłam się na wyspie Kiusiu nad morzem Ariake. Mój ojciec pracował w porcie. Później przeniosłam się do Nagano. Jest też święta góra Ariake i jeszcze moja ulubiona rzeźba zrobiona przez bliskiego przyjaciela nosi tą nazwę.

Pani też zajmuje się sztuką (Miwa Akiko maluje na szkle – przyp. autor)?

Eh, ja to nic (śmiech). Proszę spojrzeć, jakie on wykonuje niesamowite prace. To nazwałam „Dystans” – kobieta i mężczyzna, tak blisko, a zarazem tak daleko…

Prawie tak duży jak ze wsi do pensjonatu.

30 minut na piechotę pod górę (śmiech).

To teraz wszyscy już Panią znają i dzięki dobrym kontaktom w gminie i powiecie łatwiej załatwić pewne rzeczy..

Nie wszyscy znają (śmiech). Procedura to procedura, ale dzięki dobrym ludziom jakoś daję radę.

A najbliżsi sąsiedzi?

Nie było problemów. Lubimy się i wzajemnie sobie pomagamy, chociażby odśnieżyć drogę. To honorowi ludzie. Twardzi. Ale ja też jestem twarda (śmiech).

My sami mówimy o góralach, że to „trudni ludzie”. Nieustępliwi, hardzi, nieufni.

Różnie bywało z pracownikami. Jeśli nie chce pracować, droga wolna, ja nikogo na kolanach prosić nie będę, ale kiedy przychodzi pijany i zaczepia gości, to muszę zareagować.

Co więc najbardziej przeszkadza w Polakach?

(po długim namyśle) Ciężko powiedzieć…

Wszystkiego nie można przecież lubić.

Nie ma reguły, różnie u różnych ludzi… Może niesłowność. Niektórzy chcą dobrze i dużo obiecują, ale później nie mogą tego spełnić. Nie umieją zwyczajnie odmówić.

A zmieniliśmy się przez 20 lat, przez które jest Pani w Polsce?

O tak. Polacy są bardzo ambitni i kulturalni.

Nawet przy alkoholu?

Też. Nigdy nie miałam problemów. Wszyscy się kontrolują. I zdolni Polacy są. Wszystko potrafią zrobić.

To częściowo spuścizna postkomunistyczna. Potrzeba samowystarczalności.

Ale to dobrze! Każdy mężczyzna powinien umieć dużo zrobić w domu.

A Japończycy naprawdę tak dużo pracują, jak się powszechnie uważa?

Muszą. Nie zawsze chcą, ale muszą.

Pani rodacy też przyjeżdżają do Villi?

Całkiem sporo. Jest w końcu dużo firm japońskich lub współpracujących z Japonią.

Ludzie niełatwo rezygnują z wygody dojazdu wszędzie własnym samochodem, braku uciech współczesnego życia, zwykłej możliwości wyjścia do sklepu. Tu do wiejskiego spożywczego jest w lecie ponad 20 minut przez las… Czego tu szukają?

Spokoju. Tak jak ja. To często zabiegani ludzie, biznesmeni. Ale też dużo rodzin z dziećmi. Niektórzy od kilku lat przyjeżdżają, bo dzieci krzyczą „kiedy jedziemy do Akiko?!”. I wracają.

I znajdują tu małopolską Japonię. Sushi i żeberka. Sajgonki i pstrągi.

Goście lubią takie połączenia. Ulubione to chyba katsudon – kotlet schabowy w sosie sojowym z imbirem, cebulą i jajkiem parzonym i nabeyaki udon – japoński makaron w zupie sojowej z grzybami i algami.

Ta kombinacja wychodzi ze współpracy z Pani kucharką Marysią.

Uczyłam Marysię niektórych rzeczy, ona ma swoje przepisy i tak nam to wychodzi. Rzadko gotuję wg przepisów. Co mam w lodówce, to potrafię wykorzystać. Często eksperymentuję ze zwykłych nudów.

Ponoć przez 2 tygodnie goście mogą jeść w pensjonacie codziennie coś innego.

Tak. Staramy się żeby w kuchni nie było monotonii, a poza tym japońska kuchnia jest tak bogata w różnego rodzaju potrawy, że 2 tygodnie to nawet za mało, żeby wszystkiego spróbować :)

Sprowadza Pani niektóre składniki specjalnie z Japonii czy radzi sobie polskimi zamiennikami?

Używam tylko oryginalnych japońskich składników, a już drugi rok niektóre nasiona rosną w przydomowym ogrodzie.

Przeniosła Pani do Polski nie tylko kuchnię, ale też tradycje – podhalańskie niebo wypełniają latawce, jest Święto Kwitnącej Wiśni, zajęcia z kaligrafii, uczy Pani japońskich piosenek… Czy w przyszłym roku będą wciąż organizowane?

Będą. I będzie też konkurs „Wieże Japonii” złożony z kilku etapów, m.in. recytacji, w którym nagrodą będzie wyjazd do Japonii dla dwóch osób. Pomoc zaoferowało Nagano jako miasto partnerskie i starosta nowotarski.

Wkrótce Święta. Jak je Pani spędzi?

Rodzina do mnie przyjeżdża. 15 osób. Tylko jedna córka została w Japonii, a reszta mieszka w Polsce.

Prezenty pod choinką?

O tak! Wnuczki uwielbiają. Na Mikołaja też były. Boże Narodzenie w czysto polskim stylu. Tylko pstrąg z własnego stawu zamiast karpia.

rozmawiał: Paweł Zając
współpraca: Paweł Klimek

Artykuł ukazał się na portalu onet.pl.



Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Onet.pl”: Japonia w polskich górach Reviewed by on 27 grudnia 2009 .

Kudłate psy odprowadzają nas wzrokiem do drzwi. Po chwili staje przed nami niewysoka, uśmiechnięta pani ubrana w kimono. Japonka. Paweł Zając: To oaza spokoju. Widok na Tatry, las, śnieg, nastrojowa muzyka klasyczna, można nic nie robić, a nawet nic nie chcieć… Miwa Akiko: Goście często przychodzą do salonu i po prostu zasypiają. O, tak, na

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź