Chiny,Polecane

Okrakiem na barykadzie, czyli o stosunkach polsko-chińskich raz jeszcze

chinaoympicsZaskoczył mnie Konrad Godlewski – i to zaskoczył, co tu kryć, negatywnie. Zna się na Chinach, wiele o nich wie, studiował język. Po kimś takim można byłoby się spodziewać dojrzałej analizy i ciekawych postulatów. Tymczasem Autor prezentuje nam sążnisty elaborat, w którym nie lada „materii pomieszanie”. Niełatwo będzie wyłuskać z tego obszernego materiału to, co najistotniejsze, bo wiele tam cennych spostrzeżeń i uwag, ale niemało też egzotycznych, że tak je nazwę, pomysłów i postulatów.

Chociaż zabierałem już na tych łamach głos na ten temat, zabieram raz jeszcze, za co z góry przepraszam. Co najmniej trzy powody sprawiają, że nie mogę milczeć. Po pierwsze, ten portal wyrósł na bodaj najaktywniejszy w sprawach azjatyckich w naszym kraju i zakładam, że jest czytany przez osoby zainteresowane. Po drugie, jeśli nawet u kogoś takiego jak K. Godlewski panuje myślowy mętlik w sprawie współpracy z Chinami (co postaram się wykazać), to co dopiero u innych? I wreszcie po trzecie i najważniejsze: tak, Autor ma rację – i nawet dobrze to udowadnia faktami, choć liczby mu się plączą (wartość chińskich inwestycji w Polsce w wysokości … 200 mld dolarów? Chyba raczej milionów – i to polskich złotych), że ostatnio jesteśmy świadkami chińskiej ekspansji na polski rynek, co jest nową jakością. I warto być na to w większym stopniu przygotowanym.

Chiny trzymają się mocno, my słabiej

Cieszy, że Autor dostrzega rosnącą, jakże szybko, rolę Chin na arenie międzynarodowej, a nawet pisze o świecie „w którym Zachód słabnie a Wschód rośnie w siłę” i nie waha się nazwać Państwa Środka „nowym supermocarstwem”. Nie są to, przyznajmy, tezy często dotąd stawiane w polskiej publicystyce. Przy okazji uważa, moim zdaniem na wyrost, że „negatywny wizerunek tego kraju, jaki zapanował po 1989 roku, stopniowo traci zwolenników”. Tak niestety nie jest. Może podam jeden, za to znamienny przykład. Otóż osoba pretendująca do miana specjalisty od Chin w najpoczytniejszym naszym dzienniku sporządziła niedawno zestaw lektur, „dzięki którym poznasz Chiny”. Pozwoliła sobie tam na uwagę: „Największa luka na polskim rynku dotyczy jednak literatury o otwarciu Chin po śmierci Mao i tajemnicy sukcesu ich gospodarki”. Chociażby jako redaktor naczelny rocznika Azja-Pacyfik mogę stwierdzić jednoznacznie: taka teza, to albo ignorancja, albo celowy zabieg, manipulacja polegająca na przemilczaniu książek niezgodnych z własnym światopoglądem, zgodnie z którym mówienie o wzroście Chin czy ich potędze nie jest cool. Bez względu na motywacje, efekt jest ten sam: ktoś tu się ze względu na swoją ideologiczną zaciekłość ośmiesza.

Nie chciałbym, ażeby ośmieszył się także K. Godlewski, a zdaje się być na dobrej drodze. Co bowiem nam postuluje? – „Katalog problemów”, który przynajmniej w moich oczach dowodzi, iż dojście do prawdziwych celów w polskiej polityce wobec Chin wcale nie będzie takie łatwe. Mamy w tej dziedzinie długoletnie spustoszenie i zamieszanie, wywołane negatywnym wizerunkiem tego państwa w głównym nurcie naszych mediów po „akcie założycielskim” z 4 czerwca1989 roku, który – wbrew optymistycznym ocenom Autora – wcale nie jest jeszcze przełamany. Nadal tkwi on głęboko w polskich elitach, a i sam Autor zdaje się być po uszy zakopany w jego okopach. Jeśli ktoś bowiem proponuje nam, by układać stosunki z Chinami, począwszy od sojuszu obronnego przeciw Rosji, a na drugim miejscu w naszych stosunkach stawia nic innego, jak sprawy wywiadowcze, to cóż na to powiedzieć? Wzruszyć ramionami? Takie stawianie sprawy, to po prostu kolejny przykład naszego chciejstwa, a nawet, powiązanej z rusofobią, „młodszości cywilizacyjnej”, jak to nazwał – w ślad za Józefem Szujskim – nasz realistyczny aż do bólu krakowski filozof Bronisław Łagowski (którego radziłbym naszym „strategom” częściej czytać). Nie tędy droga, mocium Panie!

Podobnie jak na powoływanie się przez K. Godlewskiego na dekalog sporządzony przed dziesięciu laty przez Zbigniewa Brzezińskiego. Po pierwsze, Stany Zjednoczone sprzed dekady nie są w tym samym miejscu, gdzie były, bo mocno się – same – zastanawiają, czy są jeszcze „jedynym supermocarstwem”, szczególnie w wymiarze gospodarczym. Po drugie, Chiny nie stały w tym czasie w miejscu, tylko mają właśnie za sobą dekadę największych sukcesów w swych najnowszych dziejach: druga gospodarka świata, pierwszy eksporter na świecie, największe na globie rezerwy walutowe, początek ekspansji chińskiego kapitału na zewnątrz, wchodzenie na rynek światowy chińskich marek (Lenovo, Huawei, Heier, ZTE, TCL). Przed dziesięciu laty wszystko to były jeszcze plany i mrzonki, teraz są to już fakty. Dlatego wizerunek Chin w świecie tak szybko się zmienia, choć znacznie wolniej u nas. A powoływanie się nawet na tezy, zawsze trzeźwego, Z. Brzezińskiego akurat w tym przypadku, gdy tak wiele się zmieniło, jest niczym innym, jak kulą trafioną w płot. Naprawdę trzeba w stosunku do Chin szukać nowych narzędzi, a nie korzystać z wyświechtanych, bowiem wyzwania z nimi związane (nie tylko dla nas, dla całego Zachodu!) mają zupełnie nowy, bezprecedensowy wymiar.

Owszem nastąpiła u nas jedna ważna zmiana, ale nie tyle związana z Chinami, co z USA, co do których tak mocno się ostatnio rozczarowaliśmy. Wydaje się, że straciła na ważności teza postawiona niegdyś przez B. Łagowskiego (jak go promować, to z cytatami), która mówiła: „Kiedyś <tylko Polska socjalistyczna mogła być niepodległa>, teraz tylko Polska pod protekcją amerykańską może być niepodległa”. To właśnie rozczarowanie Amerykanami, a nie „odkrycie Chin” spowodowało pomysł Antoniego Dudka, tak mocno eksponowany teraz przez K. Godlewskiego, by poszukać sobie innego sojusznika. Tak padło na Chiny.

Jak równy z równym?

Śmiem jednak wątpić w jedną z wyjściowych tez Autora, gdy pisze: „(Chiny) to supermocarstwo, którego nie wolno nie doceniać i z którym można ubijać interesy, bo tak właśnie postępują Niemcy, Francuzi czy Amerykanie”. Otóż – po pierwsze – stawianie się w takim szeregu jest niczym innym, jak kolejnym przejawem naszego chciejstwa. Nasze potencjały z najsilniejszymi państwami w Europie Zachodniej są po prostu nieporównywalne. Po drugie, przyczyny, dla których nie jesteśmy i nie będziemy równorzędnym partnerem dla Chin wyłuskałem w poprzednim tekście pt. „Egzotyczny sojusz z Chinami” i nie chciałbym się tutaj powtarzać.

Mam też, przyznaję, spore wątpliwości, czy w stosunku do Chin na forum UE powinniśmy występować wspólnie z Niemcami, jak postuluje K. Godlewski, a to z tego podstawowego powodu, że Niemcy jako bodaj jedyne państwo europejskie zdają się mieć wypracowaną strategię postępowania z Chinami (w mniejszym stopniu mają ją jeszcze Francja i Wlk. Brytania, inni nie za bardzo), podczas gdy u nas – jak wiadomo – takiej strategii brak, a nasze pomysły są zawieszone między utopią a puszeniem się i kolejnym łamaniem sił przez zamiary. Jakże inaczej bowiem traktować słowa Autora? „Nie jesteśmy jednak skazani na relację podległości. Jako członek Unii Europejskiej i NATO mammy mnóstwo instrumentów, które pozwolą nam rozmawiać z Pekinem jak równy z równym”. Przykro mi, ale wszystko wskazuje na to, że jest jak u Orwella, nadal występują równi i równiejsi, a my nie powinniśmy się pchać do pierwszego szeregu, nie mając wystarczającej liczby armat, jak powiadał Stalin, myśląc o Watykanie.

Tym bardziej nie pchałbym się do tego szeregu z tego powodu, że nie do końca wiadomo, co mielibyśmy UE i NATO w stosunku do Chin zaproponować. K. Godlewski proponuje nic innego, jak to, byśmy byli „wolnościowym adwokatem”, który „może uczynić ze wspierania narodów bezpaństwowych swój znak rozpoznawczy”. To w końcu kto ma być tym naszym sojusznikiem, chciałoby się brutalnie zapytać, Chiny czy Tybet, a może Xinjiang?!

Czy, inaczej mówiąc, tak jak do tej pory stale mamy przypominać Chinom ich miejsce w szeregu i wypominać im, że nagminnie łamią prawa człowieka? Ależ przecież dokładnie to samo robiliśmy przez minione 20 lat?! I gdzie jesteśmy? Co osiągnęliśmy? Sam K. Godlewski przytacza dane o naszym wzajemnym handlu, który wynosi 11 lub 12 do jednego na rzecz Chin! Narzędzi ekonomicznych nie mamy niemal żadnych, za to usta pełne frazesów i – nadal – nieprzymuszoną chęć pouczania Chin. Przypomina mi to obrazek, gdy chłopiec w krótkich spodenkach, zdenerwowany hukiem przelatującego odrzutowca, rzuca w samolot kamieniem, a potem z radością otrzepując dłonie, powiada w dobrym samopoczuciu: „Ale mu dołożyłem..”. Tylko jak to się ma do załogi tego samolotu i niego samego? No i nie łudźmy się, że zaprosimy do takiej gry (strzelania z łuku lub rzucania kamieniem w odrzutowce) Niemców, Amerykanów, UE czy NATO. Oni w tej grze z całą pewnością nie zechcą uczestniczyć, z naszą namową czy bez niej. A spieranie się z Chinami o „polityczny idealizm” też ich raczej nie zainteresuje (choć Adam Michnik otrzyma za to w wąskim kręgu chińskich dysydentów gromkie brawa).

Wilk z bajki czy zbawca?

Problem z tekstem K. Godlewskiego jest taki, że do końca nie wiem, za czym się on opowiada: czy za wzmocnieniem stosunków z Chinami, teraz już – również i w jego ocenie – „supermocarstwem”, czy też za dalszym patrzeniem na nie z zadufaniem i wyższością z racji naszych (ideologicznych, kulturowych) wartości lub norm? Niektóre pomysły Autora, jak ten z powołaniem Ośrodka Studiów Dalekowschodnich, są dobre, a nawet znakomite. Kto jednak miałby je przekładać na czyny? Gdzie jest u nas taka moc sprawcza i taka polityczna wola? Z kolei inne, jak chociażby rozciąganie Partnerstwa Wschodniego UE na Chiny (sic!), to czysta utopia i dowód braku należytego rozeznania w aktualnych realiach. Dlatego tekst, o którym tu mówię, przypomina mi wołanie siedzącego na barykadzie rewolucjonisty, któremu amunicja już się wyczerpała, swoich przekonuje już do umiaru, ale widzi też nadchodzący walec i nadal krzyczy: „nie macie prawa, zatrzymajcie się, złamiecie podstawowe zasady”. A druga strona, jak na złość, nie chce się zatrzymać – i nadal robi swoje.

Chiny, w przeciwieństwie do nas, mają strategię, także wobec Europy. Jednym z jej azymutów, nie najważniejszym, ale dla nas istotnym, jest wybranie kilku państw, w tym Polski, na jeśli nie strategicznych, to ważnych partnerów. Jeśli chodzi o nas, po prostu spojrzano na mapę: to kraj między Rosją a Niemcami, między UE a WNP – powiedziano w Pekinie – i to wystarczyło. Tak, kalkulacje chińskie są już inne niż w 1956 r., gdy Chińczycy opowiedzieli się przeciwko radzieckiej inwazji na nas. Ale czy zupełnie inne? To nie było tak, jak pisze K. Godlewski, argumentując, iż Polska „zyskała (wtedy) egzotyczne poparcie”, a wkroczenie Chin w jej obronie „było czystym przypadkiem”. Niestety, tak może pisać o Chinach ktoś, kto ich nie zna. Zarówno wtedy, jak i teraz, choć realia się mocno zmieniły, kierowały się one przede wszystkim nadrzędnym własnym interesem, a nie interesem Polski. Wystarczy zresztą zajrzeć do studium Jana Rowińskiego w redagowanym przeze mnie tomie Polska-Chiny. Wczoraj, dziś, jutro, wydanym w 60-lecie nawiązania naszych stosunków, gdzie czarno na białym, na podstawie chińskich dokumentów, dotychczas utajnionych, widać, że to nie Liu Shaoqi, jak chce K. Godlewski, lecz sam Mao Zedong był demiurgiem takiego, a nie innego postępowania Chin wobec ZSRR i ówczesnej Polski, no i że tak mu dyktował interes Chin, a nie nasz.

Dopóki Chin nie zrozumiemy (a to, jak wiadomo, nie jest łatwe), dopóki będziemy się kierować w stosunku do nich stereotypami (komuniści, autokraci, łamiący podstawowe prawa obywateli itd.), dopóty liczenie na Chiny jako na naszego strategicznego partnera można będzie z powodzeniem między bajki włożyć. Chiny nas nie zbawią, jeśli nie poradzimy sobie sami. Radziłbym zresztą częściej oglądać się na Europejczyków, tych z Zachodu czy z Północy, aniżeli na Chińczyków o innej kulturze i innym modelu rozwojowym. Warto im się przyglądać, warto również robić z nimi interesy, bo to coraz bardziej interesujący partner z ogromnym potencjałem i możliwościami, ale cały czas przy tym pamiętać, że Chiny obecne, to nic innego jak chłodna kalkulacja i stały, pragmatyczny, wyzuty z ideologii i uprzedzeń rachunek zysków i strat. Gdzie on jest po naszej stronie?

Bogdan Góralczyk – profesor w Centrum Europejskim UW, b. ambasador w państwach azjatyckich, red. naczelny rocznika naukowego „Azja-Pacyfik. Ostatnio wydał tomy: Zmierzch i brzask. Notes z Bangkoku, Toruń 2009 i 2010, Chiński Feniks. Paradoksy wschodzącego mocarstwa, Warszawa 2010 oraz Złota Ziemia roni łzy. Esej birmański, Warszawa 2010. Także redaktor pracy zbiorowej Polska-Chiny. Wczoraj, dziś, jutro, Toruń 2009.

Tekst jest polemiką z artykułem Konrada Godlewskiego opublikowanym niedawno na portalu polska-azja.pl w ramach debaty o roli i znaczeniu Chin w polskiej polityce międzynarodowej. Oprócz tego opublikowaliśmy poświęcone tej tematyce artykuły: “Polska strategicznym partnerem Chin? Żadnych marzeń Panowie!” i “Egzotyczny sojusz z Chinami: Żadnych marzeń Panie i Panowie, czyli tai ji quan nad Wisłą” Radosława Pyffela oraz Egzotyczny sojusz z Chinami” prof. Bogdana Góralczyka.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Okrakiem na barykadzie, czyli o stosunkach polsko-chińskich raz jeszcze Reviewed by on 31 marca 2011 .

Zaskoczył mnie Konrad Godlewski – i to zaskoczył, co tu kryć, negatywnie. Zna się na Chinach, wiele o nich wie, studiował język. Po kimś takim można byłoby się spodziewać dojrzałej analizy i ciekawych postulatów. Tymczasem Autor prezentuje nam sążnisty elaborat, w którym nie lada „materii pomieszanie”. Niełatwo będzie wyłuskać z tego obszernego materiału to, co

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

komentarzy 18

  • @Marta Tomczak
    ” Tematy poboczne sa o wiele bezpieczniejsze (choc niesamowicie grozne dla gospodarki) i bardziej medialne, stad na temat Chin tez wiemy tyle, ile specjalisci od tematow zastepczych nam powiedza.
    Tybet, Xinjiang, zanieczyszczenie terenu delty perlowej… ach…zwlaszcza ten ostatni jest moim ulubionym, bo za nic nie jestem w stanie odgadnac powodu jego medialnosci. Jak to mozliwe, ze furory nie zrobily zmiany godpodarcze na tamtym terenie, wzrost PKB, rozwoj infrastruktury? Dla mnie to szczyt absurdu.”

    O wzroście gospodarczym i dobrym radzeniu sobie Chin z Kryzysem akurat się mówi, ale generalnie wiadomo, że to co jest negatywne jest bardziej medialne. Kwestie etniczne również – każdy może mieć zdanie i wysnuwać analogie historyczne. Mam wrażenie, że wielu się wydaje, że możemy zamknąć się na niezrozumiałą Azję – również poprzez zabronienie przyjazdu migrantom.

    Polityka migracyjna to jest kolejna sprawa – na Uniwersytecie Poznańskim był swego czasu półroczny wakat na stanowisku nauczyciela języka tajskiego, bo nie udało się załatwić wizy dla tajskiej wykładowczyni. Znajoma Chinka chciałaby w Polsce uczyć chińskiego – ma ku temu kwalifikacja a też otrzymanie przez nią wizy będzie pewnie problemem. Zamiast budować silne więzi z tamtą częścią świata poprzez pozwolenia na przyjazd Azjatów, którzy będą mogli pośredniczyć w kontaktach – wolimy się zamykać. Ale polska polityka migracyjna to temat na osobny, duży artykuł.

  • Przy tej okazji chciałbym wyrazic słowa uznania pod adresem toruńskiego wydawnictwa Adam Marszałek, którego seria Biblioteka Azji i Pacyfiku to istna kopalnia wiedzy o Chinach i innych krajach Dalekiego Wschodu. Wydaje książki autorów polskich, ale też chińskich. Co więcej, wydawnictwo to jest obecne także w Chinach: Adam Marszalek Beijing Publishing Consulting Co. Ltd.

  • Polemika na temat polsko-chinski jest zdecydowanie powodem do radosci! Oznacza to, ze sa przynajmniej dwie osoby majace poglad na sprawe, medium, za pomoca ktorego moga dyskutowac – istnieje CSPA – i grono tych, ktorzy odwiedzaja medium, a nawet zabieraja glos, dajac dowod temu, ze jest nas wiecej niz palcow u jednej reki:).
    Ja chcialabym raczej w stylu moich bylych chinskich szefow po-meta-medytowac na temat.

    Faktem jest, ze w swiadomosci ogolu, ktora tworza media, w nich wypowiadajacy sie komentatorzy oraz politycy, jaki i brak wypowiedzi pewnego rodzaju, obraz Chin jest dalece wybrakowany. Niemniej jednak osmielam sie powiedziec, ze swiadomosc indywidualna Polakow na temat Chin zmienia sie. Wolno, ale zmienia sie.
    Wolno idzie nam wiele tematow. Na ile jest to cecha narodowa, a na ile normalnosc po opoznionym rozwoju w xx wieku, niechaj badaja historycy i socjologowie. Wszystkie tematy poruszane od roku w mediach (i wiekszosc tych z poprzednich lat) swiadcza o tym, ze ciagle uwaga tkwi na najmniej istotnych kwestiach. Tematy poboczne sa o wiele bezpieczniejsze (choc niesamowicie grozne dla gospodarki) i bardziej medialne, stad na temat Chin tez wiemy tyle, ile specjalisci od tematow zastepczych nam powiedza.
    Tybet, Xinjiang, zanieczyszczenie terenu delty perlowej… ach…zwlaszcza ten ostatni jest moim ulubionym, bo za nic nie jestem w stanie odgadnac powodu jego medialnosci. Jak to mozliwe, ze furory nie zrobily zmiany godpodarcze na tamtym terenie, wzrost PKB, rozwoj infrastruktury? Dla mnie to szczyt absurdu.

    A one powinny byc tematami dla organizacji pozarzadowych, ktore trzeba podejmowac, ale na zupelnie innym gruncie, niz media krajowe, nie wspominajac juz o absurdzie nr 2, czyli czlonkach parlamentu polskiego walczacych o ‚wolny Tybet’, cokolwiek by to dla nich nie znaczylo.
    Tybetowi, jak i Polsce, potrzeba inwestycji i edukacji w dziedzinie ekonomii, a nie pseudodebat w kraju nadbaltyckim (przepraszam za indywidualna opinie w tym miejscu, ale ciezko sie powstrzymac).

    Powracajac jednak do swiadomosci indywidualnej: na nasza malutka skale jezdzimy do Chin, nauczamy o Chinach, uczymy sie Chin, handlujemy z Chinczykami, czytamy chinskie powiesci, ogladamy chinskie filmy, uczymy sie o wspolczesnym spoleczenstwie chinskim mieszkajac tam i powoli przemycamy te odkrycia innym. Jest nas tylko 38mln, nie mamy pokolen imigrantow chinskich, jak amerykanie czy nawet wlosi, wiec proces jest wolny, ale ma miejsce.
    Wydaje mi sie, ze mamy powody, by patrzec optymistycznie na te zmiany. Powinnismy komentowac i upominac tych, ktorzy skupiaja sie na kwestiach nie tak istotnych i w ten sposob wplywac na kierunek, ale nie zapominac, ze jest lepiej:)
    Mnie tam ciagle marzy sie Asia House w Warszawie, by do tego, co robi CSPA, dodac sztuke i kulture juz nie tylko Chin, ale calej Azji. Ciagle jestem jednak na poziomie dumania na ten temat i czekania az moze ktos o wiele bardziej wplywowy zabierze sie za to o wiele szybciej:).
    Poki co, tlumacze powiesc chinska na polski, zeby wreszcie na liscie ksiazek przytaczanych na przyklad we wspomnianym przez prof. Goralczyka artykule, pojawily sie tytuly wspolczesne, np z 2005, 2010, (bo literatura chinska to nie tylko klasyka!) i przetlumaczone z oryginalu, a nie jak wszystkie (zdaje sie jednak, na szczescie, ze tlumaczenie dr Religi jest z chinskiego) publikowane do tej pory w Polsce – z tlumaczenia angielskiego.

    Pozostawie bez komentarza poczatki wspolpracy gospodarczej polsko-chinskiej, kwestie autostrady, szybkiej kolei etc. Przy szczegolowej obserwacji wychodzi na swiatlo dzienne bardzo duzo przywar narodowych po obu stronach. Zarowno my jaki i Chinczycy musimy dorosnac do standardow miedzynarodowych. Wtedy pojdzie nam znacznie lepiej.

    Podkreslam jednak, Polski lekcje na temat Chin maja miejsce codziennie i daja rezultaty:)

    Trzymamy kciuki, by Pani Lektor z kanalu Discovery wygooglowala hasla, o ktorych czytala, bo w przyszlosci beda sie pojawialy znacznie czesciej. Nauczy sie:)

  • A propos stanu polskiej wiedzy o Chinach… Sprzed raptem 15-20 minut na kanale Discovery HD Showcase, w programie o Hong Kongu, polska pani lektor czytała o wojnie domowej w Chinach jako o „konflikcie między Szanghajem a Makao”. Nie udało jej się tylko zagłuszyc Chińczyka, który po angielsku mówił wyraźnie: „Chang and Mao”. Śmieszno i straszno…

  • Od dłuższego czasu przyglądam się dyskursowi jaki przewija się przez zacne forum CSPA. Jako jeszcze laik w sprawach chińskich i ogólnie rzecz ujmując azjatyckich, muszę przyznać, że taka polemika jest nadzwyczaj potrzebna. Mam już serdecznie dość tego co dzieje się na krajowym podwórku. Polscy prominentni politycy (może z wyjątkiem ministra Pawlaka i posła Halickiego), chyba nie bardzo zdają sobie sprawę z nadchodzącego wyzwania chińskiego, które kroczy na wielopłaszczyznowym poziomie. Zarzuty pod adresem chińskich władz odnośnie łamania praw człowieka stają się co najmniej nudne i oklepane. Tak, to wciąż „obszerna”, polska wiedza nt. Państwa Środka. Owszem, nie neguję występowania takich zjawisk i zapewne chińskie władze znają dobrze tę kwestię oraz stanowisko Zachodu, ale ile można?! Chiny to nie tylko prawa człowieka i jedzenie psiny.
    Zauważyłem także telewizyjne materiały w krajowych mediach, poruszające tematykę chińską. Są to tzw. ciekawostki na sam koniec programu i odnosiły się do tego jak Chińczycy szybko budują, z jakim rozmachem, jak dużo konsumują i jak się bogacą. Jakie wnioski z tego wyciągamy? Żadne.
    I jak to ujął prof. Góralczyk: „Czy, inaczej mówiąc, tak jak do tej pory stale mamy przypominać Chinom ich miejsce w szeregu i wypominać im, że nagminnie łamią prawa człowieka? Ależ przecież dokładnie to samo robiliśmy przez minione 20 lat?! I gdzie jesteśmy? Co osiągnęliśmy?”.
    Nasze obecne postępowanie stawia zatem ważne pytanie – co dalej? Skoro do tej pory nic nie wyszło z takiego stanu rzeczy, może by tak zredefiniować obecne stanowisko wobec wyzwania chińskiego i zastosować modus vivendi? Nie bądźmy naiwni, twierdząc, że zbudujemy sojusz polsko-chiński. Dlatego zgadzam się z prof. Góralczykiem – lepiej patrzmy na to co możemy zrobić wspólnie w ramach UE. „Polskie chciejstwo” jest może górnolotne, ale zazwyczaj kończy się na samych słowach lub kompromitacji.

  • Moge tylko powiedziec „serce roscie” czytajac polemike profesora Goralczyka takze dlatego, ze w podobnym tonie byl moj komentarz pod artykulem pana Godlewskiego. :) Pragmatyzm, twarda kalkulacja ekonomiczna i liczenie na wlasne sily jest lepsze w budowniu relacji z Chinami, a nie ideologia.

    @Jaroslaw Grzegorek
    O ile w „Gazecie Wybiorczej” na obiektywne traktowanie Chin juz przestalem liczyc, o tyle w „Rzepie” ostatnie kilka dni mnie pozytywnie zaskakuje, wlaczajac w to dzien dzisiejszy, gdzie traktuja o mozliwosciach inwestycji i dopuszczono poglad ze nie mozemy tych pieniedzy przepuscic. Moze wiec idzie ku lepszemu. :)

    • Żyjemy w świecie, w którym podejście idealistyczne jawi się nie bez podstaw jako wybitnie naiwne (pomijając to czy jest ono szczere czy raczej pełne hipokryzji). A naiwniaków nikt – zwłaszcza w polityce – nie traktuje poważnie. Dowodem jest traktowanie, jakiego raz po raz zaznają polscy liderzy, to ze strony Obamy, to ze strony Juszczenki na Ukrainie, to znów ze strony Berlina czy Kremla…
      Zgadzam się z tezą, Prof. Góralczyka, że „Niemcy jako bodaj jedyne państwo europejskie zdają się mieć wypracowaną strategię postępowania z Chinami (w mniejszym stopniu mają ją jeszcze Francja i Wlk. Brytania, inni nie za bardzo)”. Efektem tej strategii i jej konsekwentnej realizacji są rekordowe wyniki niemieckiego eksportu do Chin; w ub.r. przekroczył on 50 mld euro, a to ma przełożenie na miejsca pracy i zarobki w Niemczech! Czy trzeba być polskim politykiem, by nie zauważać, że to ekonomia ma znaczenie a nie usta pełne pustych frazesów? Przykład z chłopcem rzucającym kamieniem w stronę odrzutowca jest tu niestety bardzo trafny w odniesieniu do zachowań gremiów eufemistycznie zwanych polskimi elitami politycznymi.

  • Jaroslaw Grzegorzek

    “Dopóki Chin nie zrozumiemy (a to, jak wiadomo, nie jest łatwe), dopóki będziemy się kierować w stosunku do nich stereotypami (komuniści, autokraci, łamiący podstawowe prawa obywateli itd.)”

    W pełni zgoda z Prof. Góralczykiem odnośnie postrzegania Chińczyków jako komunistów, autokratów i łamiących prawa człowieka. Nie są to już tylko stereotypy ale groźne dla rozwoju wzajemnych stosunków uprzedzenia. Nie za bardzo widzę w Polsce osoby czy organizacje, które byłyby w stanie i chciały taki wizerunek Chin zmieniać. Można wyliczyć na palcach jednej ręki.

    Główne ogólnokrajowe media (Gazeta Wyborcza, Rzeczpospolita) w Polsce przedstawiają obraz Chin skrajnie negatywny. Tematy jakie są w nieskończoność poruszanie to przede wszystkim: łamanie praw człowieka, komunizm na zmianę z totalitaryzmem, wypadki w kopalniach, zanieczyszczenia środowiska, rzekoma inwazja Chin na państwa zachodnie.

    Do tego dochodzi publiczna dyskryminacja Chin w momencie, gdy Anne Applebaum, żona Radosława Sikorskiego Ministra Spraw Zagranicznych, wygłasza anty-chiński referat na GPW w Warszawie w obecności np. Adama Michnika czy Janusza Lewandowskiego na temat chińskich mediów. Odwołuję się do tego wydarzenia dlatego, że dyskryminacja Chin w polskich mediach rozwinęła się do tego stopnia, że podczas inauguracji Akademii Mediów, projektu, który ma szkolić dziennikarzy EKONOMISTÓW, następuje odwołanie do cenzury w Chinach. W informacji biznesowej nie ma prawa pojawić się przymiotnik, opinia czy uprzedzenie. Tylko suche fakty. W Polsce niestety mało kto prowadzi dziennikarstwo biznesowe na międzynarodowym poziomie. Nawet New York Times sprzedaje pro-amerykańską ideologię w swoich tekstach. W Polsce nie ma nawet porządnych gazet o biznesie i portali z newsami biznesowymi.

    Powyższe potwierdza, że polskim dziennikarzom już na początku ich kariery wpaja się anty-chińskość, i pro-amerykańskość. Applebaum współpracuje z amerykańskim Washington Post, a o pro-amerykańskości Sikorskiego i jego anty-komunizmie nie mam ochoty pisać. Zaraz ktoś powie, że przecież każdy ma prawo dy wypowiadanie się. Tylko co z tego, jak nie każdego do mediów się zaprasza. Radek Pyffel miał okazje się o tym przekonać na własnej skórze jak działa w polskich mediach tzw. wewnętrzna cenzura dotycząca Chin.

    Większość z obecnych na tym spotkaniu zapewne uwierzyła Applebaum na ślepo bo w Polsce nie ma dostępu do nie anty-chińskiej informacji. Jeżeli obiektywny tekst na temat Chin pojawia się w zachodnich mediach (bardzo rzadko, poza Bloombergiem i Reutersem ciężko znaleźć przykłady) to nic to nie zmienia bo większość społeczeństwa nie zna angielskiego.

    Nie chce mi się poruszać po raz kolejny systemu zarządzania mediów w USA, gdzie kilka głównych koncernów medialnych rządzi całym rynkiem medialnym, a członkowie zarządów i kongresmeni wymieniają się w nich pozycjami.

    http://infoengine.pl/ondemand/892,20101119_paga.wmv
    Wypowiedz Applebaum od 11 minuty. Jej elaborat o Chinach kilka minut później.

  • „Po drugie, jeśli nawet u kogoś takiego jak K. Godlewski panuje myślowy mętlik w sprawie współpracy z Chinami (co postaram się wykazać), to co dopiero u innych?”
    Panie Profesorze: Myślowy mętlik, jest nieunikniony a to dlatego, że sprawa jest niejednoznaczna. Pańska konkluzja: „Dopóki Chin nie zrozumiemy (a to, jak wiadomo, nie jest łatwe), dopóki będziemy się kierować w stosunku do nich stereotypami (komuniści, autokraci, łamiący podstawowe prawa obywateli itd.), dopóty liczenie na Chiny jako na naszego strategicznego partnera można będzie z powodzeniem między bajki włożyć.” . „Komuniści, autokraci, łamiacy podstawowe prawa obywateli itd.” to nie jest „stereotyp”, to też jest prawda! Mimo, chińskich sukcesów gospodarczych, miłych Chińczyków jakich miałem okazje poznać. Coś takiego pisywano także w Polsce i innych krajach o sukcesach Hitlera po 1933 r., uznając inne sprawy za drugorzędne i nieistotne. To, że p.Godlewski sprawy nie uprościł i nie „uporządkował” a jedynie skatalogował, poczytuje mu za zasługę. Nie postawił tezy, że Chiny maja być naszym strategicznym partnerem we wszystkich dziedzinach (jak dawniej ZSRR) z prawami człowieka włącznie.

    • Cyt. „Coś takiego pisywano także w Polsce i innych krajach o sukcesach Hitlera po 1933 r., uznając inne sprawy za drugorzędne i nieistotne.”
      Skąd u Pana to skojarzenie z Hitlerem? Mógłby Pan to jakoś wyjaśnić?

      • Jasne, że mogę. Mimo wszelkiej odwilzy w Chinach jest to ustrój totalitarny nadal, z portretami i kultem Mao. O ludobójstwach Rewolucji Kulturalnej i wczesniejszych zapewne Pan słyszał? Za Hitlera nie było bezrobocia i budowano autostrady i tym się zachwycano, do 1938 roku mało uwagi zwracając na Dachau. Polityka wobec Hitlera była „pragmatyczna” – robienie z nim interesów. Aż do wiadomego skutku. To jest jeden z aspektów sprawy o którym warto pamiętac w temacie tytułowym.

      • Zyggi

        O Rewolucji Kulturalnej każdy słyszał, natomiast co do określania ją w kategoriach ludobójstwa opinie są podzielone. W każdym razie nie jest ona ludobójstwem w większym stopniu niż to, co uczyniono w XIX wieku Indianom na terenie USA. W opowieści o milionach ofiar Rewolucji Kulturalnej jakoś nie bardzo wierzę. Jak już to raczej w miliony ofiar Wielkiego Skoku. Tyle, że były one ofiarami skrajnego dyletantyzmu Mao w kwestiach ekonomicznych, nie zaś jego domniemanej żądzy mordu.
        Jest faktem, że osoba Mao Zedonga była obiektem kultu porównywanym do kultu Stalina, jeśli nie nawet Kim Ir Sena. Ale to trwało w czasie jego rządów i 2 lata potem, za przywództwa Hua Guofenga, którego z racji swego uwielbienia dla „Wielkiego Sternika” Chińczycy z przekąsem nazywali „Mao powiedziałby, że to jest dobre”. :-) Natomiast nic mi nie wiadomo o kulcie Mao po 1978 r. Owszem, tu wisi portret, tam stoi pomnik, ale to podobnie jak z Sun Yat-senem. Na Tajwanie podobnie jest z Czang Kai-szekiem, a ten nie był wiele świętszy niż Mao.
        Zapewne słyszał Pan o tym, co spotkało „Bandę Czworga”, w tym wdowę po Mao? Deng Xiaoping zupełnie odciął się od ekscesów „Wielkiego Sternika”. Tymczasem w Niemczech w 1945 r. był ten sam Hitler co w 1933 i 1938. Nie tylko polityka, ale nawet grzywka i wąsik się nie zmieniły. :-) Czego nie można powiedzieć o Chinach obecnych i tych sprzed 4 czy 5 dekad. U władzy stoją zupełnie inni ludzie. Nikt w dzisiejszych Chinach nie wymachuje Czerwoną Książeczką, nie wykrzykuje haseł o pognębieniu wrogów klasowych. Widział Pan, by ktoś to robił? :-) Poza tym państwo niemieckie (czy to Prusy, czy II Rzesza po 1871 r. czy III Rzesza) zawsze cechowały zapędy ekspansywne. A Chiny? Czy budowanie Wielkiego Muru przez kolejne dynastie jest dowodem chińskich tendencji do ekspansji? O ile wiem, cesarskie Chiny atakowały inne kraje głównie wtedy, gdy cesarzami byli Mongołowie i Mandżurowie. Etniczni Chińczycy niespecjalnie kwapili się do podbojów, raczej do podboju demograficznego, kulturowego i ekonomicznego, a tym samym zupełnej lub częściowej asymilacji innych narodów. Co do bliższych nam czasów, ile razy w ciągu ostatni dekad toczyły wojny Chiny, a ile razy USA lub ZSRR / Rosja? Stąd też porównywanie obecnych Chin do III Rzeszy wydaje mi się zupełnym nieporozumieniem.

      • Adam Izydorczyk

        Eee, Chińczycy w tej materii nie różnią się zbytnio od innych narodowości … warto tutaj przypomnieć historię tajwanu, który ogólnie był zamieszkiwany przez jedną ze składowych ludu austronezyjskiego, który przybył na tą wyspę jakieś 8 tyś lat temu … wiadomo co się stało po kolonizacji wyspy przez Chińczyków, a potem przez Japończyków i jeszcze raz Chińczyków …. więc każda nacja ma coś w sobie z tego złego !!
        Co gorsza czasami te zło jest skierowane we własnych obywateli …. i tak też było w Chinach .. Zyggi naprawdę pod panowaniem komunistów/maoistów czy jak wy tam tych czerwonych nazywacie dochodziło do aktów agresji na tych, którzy nie akceptowali tego systemu !! Dokładnie takie same wydarzenia można odnaleźć w ZSRR Polsce i wszędzie tam gdzie komuniści się pojawili !!
        Rozmawiałem swego czasu na te tematy z rodziną mojej żony, i każdy potwierdza okrucieństwo czerwonoarmistów szczególnie w tych rejonach, które uważano za wywrotowe ( a właśnie Szanghaj to takich miejsc się zaliczał ) i tutaj już nie chodzi o kradzieże złota wmurowanego w ściany i tym podobnych przestępstw, ale okrutnego traktowania np. żołnierzy chińskich walczących przeciwko komunistom .. taki na samym początku przechodził przez całe miasto …. tłum oczywiście go oklepywał … a koniec był jeden …
        Więc nie ma co negować tych wydarzeń bo one faktycznie się wydarzyły … oczywiście o ilość zabitych można się sprzeczać, ale ja przypomnę ci naszą rozmowę na temat masakry w NJ dokonanej przez Japończyków.. mówiłeś mało istotne czy zginęło 1000 osób czy 300 tyś osób … zbrodnia jest zbrodnia i dokładnie tutaj jest tak samo !!!

      • Adam Izydorczyk

        @ Stanisław Gadomski

        Dzisiejszy Mao jest o wiele bardziej popularny w kulturze i sztuce niż faktycznym wydaniu kultu jednostki, więc te dwie historie trzeba rozgraniczyć…. wystarczy w SH wybrać na Moganshan Rd czy każdego innego miejsca gdzie znajdują się muzea sztuki szczególnie tej nowoczesnej, aby zobaczyć jak często przewija się Mao .. mniej więcej jest tam tak często jak temat młodych prostytutek, pieniędzy etc.etc
        Z drugiej strony duży wpływ na tę kwestię ma miejsce czy to jest BJ czy SH czy San Ya etc.etc.
        O ile może gdzieś w mniejszych miejscowościach na północy lub w BJ .. ten kult jednostki gdzieś się jeszcze przejawia o tyle w SH i na południe .. powątpiewam
        Co do „państwa totalitarnego” sądzę, że mniej niż Polska w dniu dzisiejszym, ale oczywiście jest to moja subiektywna opinia … obywatele jednego jak i drugiego państwa nie mają żadnego wpływu na to co się dzieje …. nawet wyrok TK wobec emerytury nie pozostawia złudzeń … te pieniądze nie są Pana, a należą do Państwa !! i takich przykładów mogę Panu podać jeszcze wiele ….

        ze le

      • Zyggi

        Adam, weź pod uwagę, że to był czas krótko po krwawej wojnie domowej z Czangiem – facetem, który wolał strzelać do komunistów niż do Japończyków, bo mniej tym ryzykował. Udowodnił to w 1927 r., właśnie w Szanghaju zabijając tysiące strajkujących robotników. Wiesz jaką ulubioną metodą kuomintangowcy rozprawiali się z podejrzanymi o komunizm? Ano, nawet zachodni historycy mówią: palili ich w kotłach parowozów. Niezbyt fajnie, prawda? W tej sytuacji nawet się komunistom niespecjalnie dziwię, że wielu z nich chciało się odegrać na kuomintangowcach. Ale też nie mam zamiaru usprawiedliwiać oczywistych zbrodni Mao i jego pomagierów. Tyle tylko, że od tamtych czasów trochę się pozmieniało. Więc tym bardzie zachowujmy jakieś proporcje. Naziści z ich programem zagłady „podludzi”: Słowian, Żydów i Romów a komuniści z Pekinu? Niech to będą wredne, cyniczne komuchy w czerwonych krawatach, ale co ich program ma wspólnego z „Mein Kampf”?! Z całym szacunkiem do Pana Gadomskiego, ale skojarzenia KPCh z nazizmem przypominają mi gadki niektórych pisowców, że Smoleńsk to drugi Katyń. Pozdrawiam.

      • Przecież ja nie napisałem, że Chiny maja coś wspólnego z Mein Kampf (poza uwielbieniem w przeszłosci do czerwonej książeczki z myślami Mao). Ja w młodosci, w czasach stalinizmu chodziłem do szkoły, która niewiele sie rózniła od szkół z tamtego czasu w Korei Płn. Polecam link z polskimi filmami z tamtych czasów http://krld.pl/krld/index
        O Hitlerze pisałem w kontekscie „pragmatyzmu” otaczającego go świata (ze Związkiem Radzieckim na czele. Totalitaryzmy róznych ideologii maja wspólną cechę – mordują. Komuniści wszelcy, ze Zwiazkiem Radzieckim na czele, Chinami, KRLD, Kambodżą maja tu sukcesy na dużą skalę, w innych krajach pod ich władzą sukcesy są mniejsze. W 1956 roku Mao ogłosił polityke 100 kwiatów, mialo to oznaczać pluralizm. Po kilku latach cynicznie oświadczył, żę to było zrobione by wyciąć chwasty (zlikwidowac tych co sie wychylili i uwierzyli). Wiem, że dzisiejsze Chiny sa inne, ale nie wykluczam zwrotu. Staliniści też wprowadzili NEP a potem kołchozy. W dyktaturze wszystko jest możiwe. Korea Płn jest ich sojusznikiem i pupilem.

      • ciekawy

        @ Stanisław Gadomski
        Zgadzam się z Panem w tej kwestii. Demokracje ze wszystkimi patologiami są bardziej przewidywalne i z powodu istnienia konfliktów interesów również mniej dynamiczne. Oznacza to, że wszelkie reformy czy zmiany w demokracjach na ogół dokonują się powoli i przez to często wywołują własną niewydolność (mam tu na myśli ekonomię, nie kwestie ustrojowe). Autokracje mogą być bardzo skuteczne pod warunkiem, że na właściwych stołkach siedzą właściwi ludzie tak jak dzieje się to w tym momencie w Chinach. Co jednak kiedy na stołkach zasiądą niewłaściwi ludzie ? W demokracjach skutki ich działalności są zwykle ograniczone, natomiast w autokracji mają wolną rękę. Największym atutem demokracji jest jej większa PRZEWIDYWALNOŚĆ. W kraju ze stabilną władzą istnieje lepszy klimat do interesów i to dlatego rządy zachodnie tak bardzo nalegają na rozpowszechnianie się tego ustroju. Oczywiście, nie na każdej glebie ziarno da plon, ale to już temat na inną dyskusję.

      • Zyggi

        Cyt. „Polityka wobec Hitlera była “pragmatyczna” – robienie z nim interesów. Aż do wiadomego skutku.”
        Gdy przeczytałem „aż do wiadomego skutku”, nasunęło mi się logiczne skojarzenie z tymże skutkiem: milionami ofiar Hitlera. A przecież to były oczywiste rezultaty wdrażania założeń „Mein Kampf”. Hitler zawarł w tej książce swój program, a potem tylko go realizował.
        Pisze Pan o ChRL i otaczającym je pragmatyzmie. Ale przecież cechą polityki tzw. państw poważnych jest właśnie pragmatyzm i realizm. Gdyby np. Czesi nie postępowali pragmatycznie, to mieliby w czasie II wojny 1-2 mln ofiar i Pragę w gruzach. Tak samo gdyby dzisiejsze Niemcy nie postępowały pragmatycznie, to miałyby tak jak Polska śladowy eksport do Chin i bezrobocie zapewne o kilkaset tysięcy ludzi wyższe niż obecnie. Tymczasem postępowanie Czechów i Niemców to przykłady pragmatyzmu, nie to co nasze robienie z siebie przy byle okazji kamikaze, nadstawianie pleców za różnych Napoleonów, Bushów i innych takich co to nam naobiecywali gruszek na wierzbie. A potem wychodzi, że psu na budę to było.
        Pisze Pan, że zwrotu w polityce Chin nie można wykluczyc. W porządku. Tylko zachodzi pytanie: komu miałby on służyc? To pytanie zasadne w sytuacji gdy dzisiejsze Chiny odnoszą sukcesy gospodarcze – jak to ujął Milton Friedman – nie mające precedensu w dziejach. Więc po co komu byłoby wracac do maoizmu? Owszem, możliwe, że Chiny doń by wróciły – ale wtedy gdyby wszyscy chcieli z nimi „drzec koty” jak idealiści-nieudacznicy znad Wisły!

Pozostaw odpowiedź