Chiny news,Polecane

O. Pietrewicz: Trudny uścisk dłoni ponad Pacyfikiem

Spotkanie Baracka Obamy i Xi Jinpinga pokazało, jak wiele dzieli dwa najpotężniejsze państwa świata. Czy Chiny i USA znajdą pole do współpracy?

Czerwcowa wizyta Xi Jinpinga w USA była zwieńczeniem zagranicznych podróży, jakie odbyli najważniejsi przedstawiciele Chin w ostatnich 100 dniach, czyli od formalnego przejęcia władzy na marcowej sesji Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych. Przez ostatnie trzy miesiące osoby takie jak przewodniczący Xi Jinping, premier Li Keqiang czy minister spraw zagranicznych Wang Yi przebyli tysiące kilometrów, potwierdzając zaangażowanie w prowadzenie wielokierunkowej dyplomacji godnej mocarstwa aspirującego do roli globalnego gracza. Obok wizyt w państwach z najbliższego otoczenia (m.in. Rosja, Indie, Pakistan, państwa Azji Południowo-Wschodniej) chińscy politycy „zaliczyli” również wybrane kraje Afryki, Ameryki Łacińskiej i Europy. Nie ulega jednak wątpliwości, że najistotniejsza była podróż Xi Jinpinga do USA, czyli państwa odgrywającego bezsprzecznie najważniejszą rolę w chińskiej polityce zagranicznej.

obama_xi_garden

fot. flickr.com, 757Live

Warto zwrócić uwagę, że jeszcze kilka miesięcy temu ani Amerykanie, ani Chińczycy nie planowali spotkania w takim terminie. Zgodnie z pierwotnymi założeniami Xi i Obama mieli spotkać się dopiero przy okazji wrześniowego szczytu G-20 w Sankt Petersburgu. Jednak w trakcie kwietniowego pobytu sekretarza stanu Johna Kerry’ego w Pekinie chińskie władze zasugerowały, że wypadałoby doprowadzić do wcześniejszego spotkania na szczycie. Tym samym Chińczycy zdecydowali się na bezprecedensowy krok, gdyż dotychczas żaden z chińskich przywódców nie odwiedził USA zaledwie trzy miesiące po objęciu władzy. Dla porównania Hu Jintao przybył po 3 latach, a Jiang Zemin dopiero po 4,5 roku. Ponadto spotkanie na kalifornijskim ranczu Sunnylands miało nieoficjalny charakter, co zdaniem obu stron miało sprzyjać nawiązaniu bliższych relacji osobistych między przywódcami. Komentatorzy zwracali uwagę na adekwatność chińskiego terminu guanxi, podkreślającego znaczenie długotrwałych relacji osobistych dla nawiązania dialogu w biznesie lub polityce. Co więcej, tego typu relacjom sprzyja sam Xi Jinping, który w odróżnieniu od poprzedników (zwłaszcza drewnianego Hu Jintao) uważany jest za wyjątkowo komunikatywnego rozmówcę. Oczekiwania wobec szczytu rozbudzały dodatkowo porównania do historycznej podróży Deng Xiaopinga w 1979 r.

Tymczasem dwudniowe spotkanie nie przyniosło niemal żadnych konkretów – strony porozumiały się wyłącznie w sprawie ograniczenia emisji gazów cieplarnianych (dokładniej hydrofluorokarbonów) i przyjęły ogólnikowe postanowienie dot. denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. Czy w takim razie „spotkanie bez krawatów” nie sprostało oczekiwaniom i było mało istotnym wydarzeniem? Wręcz przeciwnie – szczyt potwierdził znaczące rozbieżności w relacjach dwóch najpotężniejszych państw świata, a także naświetlił pewne zamiary Chin wobec USA.

Cyberhipokryzja

Skala powiązań amerykańsko-chińskich sprawia, że podczas spotkania Obamy z Xi musiały pojawić się tematy, które od wielu lat kładą się cieniem na relacjach wzajemnych. O problemach mówili jednak nie sami przywódcy, lecz ich przedstawiciele, którzy relacjonowali przebieg rozmów podczas konferencji prasowych. Chiński radca stanu ds. zagranicznych Yang Jiechi wspomniał o konieczności zakończenie przez USA sprzedaży broni Tajwanowi oraz potwierdził zwierzchnictwo Chin nad spornymi obszarami na Morzu Południowochińskim i Wschodniochińskim, do których prawa roszczą sobie amerykańscy sojusznicy (m.in. Filipiny i Japonia). Natomiast amerykański doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Thomas Donilon powtórzył oskarżenia dotyczące zaniżania kursu juana i zwrócił uwagę na najgłośniejszy problem w ostatnim czasie, czyli chińskie ataki cybernetyczne skierowane przeciwko USA.

Na nieszczęście Amerykanów w czasie wizyty chińskiego przywódcy wyciekła tzw. afera PRISM, ujawniająca działania amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA), która od kilku lat inwigilowała sieć, zbierając informacje na temat użytkowników serwisów takich jak Facebook, Youtube czy Yahoo. Natomiast według brytyjskiego „The Guardian” już kilka lat temu Obama miał wydać specjalne wytyczne, na mocy których amerykańskie służby miały nie tylko możliwość, ale wręcz obowiązek atakować systemy informatyczne państw zagrażających bezpieczeństwu USA. Ciekawych informacji dostarczył również były pracownik kontraktowy NSA i CIA odpowiedzialny za ujawnienie afery PRISM. Znajdujący się w Hongkongu (przypadek?) 29-letni Edward Snowden wyjawił hongkońskim mediom, że amerykańskie służby przynajmniej od 2009 r. penetrowały chińską cyberprzestrzeń. Oliwy do ognia dolał specjalizujący się w tematyce cyberbezpieczeństwa Matthew M. Aid, który na łamach „Foreign Policy” oświadczył, że chińskie systemy informatyczne od niemal 15 lat były inwigilowane przez sekretną jednostkę NSA, znaną jako TAO (ang. Office of Tailored Access Operation). Oczywiście nie wiadomo, na ile doniesienia o działalności amerykańskich służb są prawdziwe. Jednak trudno nie ulec wrażeniu, że po raz kolejny na jaw wychodzi niebywała hipokryzja Amerykanów, którzy próbowali (i nadal będą próbować, proszę nie mieć złudzeń) nadać rywalizacji w cyberprzestrzeni charakter moralnej konfrontacji między dobrem (czyt. poszkodowanymi USA) a złem (czyt. agresywnymi i nieznośnymi Chinami). Amerykanie i Chińczycy będą chwytali się wszelkich sposobów, aby przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Stawka cybernetycznej rozgrywki jest bowiem zbyt wysoka, aby którakolwiek ze stron pozwoliła sobie na ustępstwa.

„Chiński sen”

Wyzwania takie jak cyberbezpieczeństwo pozostaną z pewnością poważnym problemem w relacjach amerykańsko-chińskich. Warto przy tym zauważyć, że u źródeł wielu nieporozumień na linii Pekin-Waszyngton leży diametralnie inna wizja rozwoju wzajemnych stosunków. Czerwcowy szczyt pokazał, że Amerykanie w większym stopniu są zainteresowani skupieniem się na konkretnych problemach, a Chińczycy kładą większy nacisk na nakreślenie ogólnych ram, które będą stanowiły podstawę dla bardziej szczegółowej współpracy. Chińskie intencje są jednak niełatwe do zrozumienia z uwagi na specyfikę języka chińskiej dyplomacji, pełnego symboli i odwołań do historii.

Charakterystyczną cechą chińskiej rzeczywistości politycznej jest nieustanne odwoływanie się ekip rządzących do sloganów, które w kolejnych dekadach wyznaczały generalny kierunek chińskiej polityki wewnętrznej i zagranicznej. Motywem przewodnim nowego kierownictwa jest „chiński sen/marzenie”, którego znaczenie swego czasu starał się polskim internautom przybliżyć dr Dominik Mierzejewski z Uniwersytetu Łódzkiego. Polski badacz zwrócił m.in. uwagę, że nowe hasło chińskich władz nie bez powodu budzi skojarzenia z osławionym „American Dream”. Podczas wizyty w Kalifornii Xi co prawda zastrzegł, że „chiński sen” nie aspiruje do miana konkurenta „amerykańskiego snu” (przekonywał wręcz, że „chiński sen jest związany z marzeniami ludzi na całym świecie”). Nie zmienia to faktu, że nowy chiński slogan stanowi swego rodzaju retoryczne wyzwanie rzucone Amerykanom.

Z „chińskim snem” związane jest również hasło „wielkiego odrodzenia/renesansu narodu chińskiego”. Prof. Bogdan Góralczyk z Uniwersytetu Warszawskiego zwraca uwagę, że jest ono bezsprzecznie związane z dążeniem do pokojowego zjednoczenia z Tajwanem. Nie powinno więc dziwić, że wątek tajwański znalazł się w oświadczeniu podsumowującym wizytę Xi Jinpinga w USA. Chiński przywódca miał przypomnieć Obamie, że kwestia Tajwanu pozostaje żywotnym interesem Chin i wyrazić nadzieję, że USA będą utrzymywały politykę jednych Chin, wstrzymają dostawy broni na Tajwan i będą wspierać pokojowe relacje przez Cieśninę Tajwańską. Co wymowne, w oficjalnych komunikatach po szczycie Amerykanie w ogóle nie wspomnieli o Tajwanie.

Innym ważnym sformułowaniem, które padło podczas szczytu, a bez którego trudno zrozumieć postawę Chin, jest „uścisk dłoni ponad Pacyfikiem”. Wspomniany wyżej Dominik Mierzejewski zauważa, że ów „uścisk” ma w Chinach bardzo istotne znaczenie symboliczne, gdyż nawiązuje do historycznego uścisku dłoni prezydenta Richarda Nixona z premierem Zhou Enlaiem w 1972 r., co uznawane jest za metaforę otwarcia nowego rozdziału w relacjach z USA. Mierzejewski podkreśla również, że nawiązanie przez Xi Jinpinga do relacji „ponad Pacyfikiem” było świadomą kontynuacją kroków podjętych podczas 18. Zjazdu KPCh w listopadzie ubiegłego roku, kiedy po raz pierwszy Chiny wyraziły ambicję odgrywania roli mocarstwa morskiego. To z kolei napotyka przeszkodę w postaci amerykańskiej floty obecnej na Pacyfiku. Chiny asekuracyjnie zastrzegają, że nie mają ambicji hegemonistycznych, dodając, że „Pacyfik jest wystarczająco duży, aby pogodzić interesy Chin i USA”. Z drugiej strony warto pamiętać o starym chińskim przysłowiu: „W bambusowym lesie nie ma miejsca dla dwóch tygrysów”.

Niesnaski w bambusowym lesie

Mimo wszystko wydaje się, że Chińczycy pragną zagospodarować bambusowy las tak, aby znalazło się w nim miejsce dla dwóch tygrysów. Wyrazem chińskich chęci była propozycja Xi Jinpinga dotycząca ustanowienia „nowego rodzaju relacji między wielkimi mocarstwami”, których podstawą ma być: 1) brak konfrontacji i rywalizacji, 2) wzajemny szacunek, 3) obopólnie korzystna współpraca. Wydaje się, że słowa przewodniczącego ChRL były przede wszystkim wyrazem chińskich potrzeb. Nie ulega bowiem wątpliwości, że główne wyzwania stojące przed władzami w Pekinie związane są z problemami wewnętrznymi. Z tego względu chińskiemu kierownictwu zależy na stabilnych relacjach z kluczowymi partnerami zagranicznymi, na czele z USA. Ten tok rozumowania podziela Henry Kissinger, zdaniem którego Pekin chce zagwarantować sobie przewidywalność w relacjach z Waszyngtonem. Trzeba mieć bowiem na uwadze, że Chińczycy bardzo podejrzliwie patrzą na amerykański zwrot w kierunku Azji i Pacyfiku, który zwłaszcza przez chińskich wojskowych postrzegany jest jako ruch jawnie antychiński.

Składając propozycję ustanowienia nowych relacji międzymocarstwowych, Xi Jinping wyraźnie zasygnalizował Obamie, że charakter przyszłych więzi amerykańsko-chińskich będzie w decydującym stopniu zależał od zachowania Waszyngtonu. Tymczasem amerykański prezydent konsekwentnie unikał chińskiej oferty „nowego typu relacji między wielkimi mocarstwami”, a zamiast tego wyraził nadzieję, że rozwiązywanie kolejnych problemów pozwoli na wypracowanie „nowego modelu współpracy”. Różnica niewielka, ale jednak znacząca – pokazuje, że USA nie zamierzają (przynajmniej na razie) uznawać Chin za równorzędnego partnera (czyt. mocarstwo równe USA), a tym samym wysyłać komunikatu, że dalsze losy świata będą zależały w głównej mierze od układu sił na linii Waszyngton-Pekin. Wychodzi więc na to, że USA i Chiny nie potrafią znaleźć wspólnego języka nie tylko w sprawie rozwiązania konkretnych problemów, lecz także w kwestii ustalenia ogólnego kształtu relacji.

Rywalizacja drogą w kierunku dialogu?

Czy brak zaufania i niesłabnąca podejrzliwość przekreślą jakąkolwiek współpracę między Pekinem a Waszyngtonem? Niekoniecznie. Należy pamiętać, że podstawą współpracy między państwami są wspólne interesy, a nie sympatie. W tym kontekście pewną szansę dla współpracy amerykańsko-chińskiej stwarza sytuacja na Półwyspie Koreańskim. Chociaż Amerykanie i Chińczycy patrzą na problem koreański przez różne okulary, to coraz więcej wskazuje na to, że dojrzewa w nich przekonanie o potrzebie współpracy. Deklarowany cel denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego wydaje się co prawda bardzo odległy i trudny do zrealizowania, ale faktycznym powodem współpracy Pekinu z Waszyngtonem może być chęć poznania zamiarów władz w Pjongjangu. Czas pokaże, czy problem koreański okaże się zalążkiem amerykańsko-chińskiego G-2 w Azji Wschodniej.

Choć Xi Jinping i Barack Obama zapowiedzieli możliwą kontynuację dialogu w formule „spotkań bez krawatów”, to przynajmniej na razie nie należy pokładać w nim zbyt dużych nadziei. Konkretne problemy, takie jak cyberbezpieczeństwo, mają być bardziej szczegółowo poruszone podczas lipcowego Dialogu Strategiczno-Gospodarczego. Elementy dialogu i budowy zaufania wydają się jak najbardziej pożądane, lecz nie ma pewności, czy przyczynią się one do zawiązania współpracy. Niewykluczone, że dużo efektywniejszym bodźcem dla zawiązania kompromisu w niektórych sprawach okaże się dalsza rywalizacja. Amerykańska presja militarna w regionie Azji i Pacyfiku oraz chińska ekspansja inwestycyjna (jak choćby wykupienie amerykańskiej sieci spożywczej Smithfield Foods za 4,7 mld dol. lub zapowiedź budowy w Nikaragui konkurencyjnego dla Kanału Panamskiego połączenia żeglugi morskiej) to tylko niektóre elementy konfrontacji, które z czasem mogą (lecz nie muszą) skłonić strony do spuszczenia z tonu. Chyba dopiero wtedy możliwy będzie prawdziwie męski uścisk dłoni ponad Pacyfikiem.

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie Przeglądu Spraw Międzynarodowych Notabene.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
O. Pietrewicz: Trudny uścisk dłoni ponad Pacyfikiem Reviewed by on 20 czerwca 2013 .

Spotkanie Baracka Obamy i Xi Jinpinga pokazało, jak wiele dzieli dwa najpotężniejsze państwa świata. Czy Chiny i USA znajdą pole do współpracy? Czerwcowa wizyta Xi Jinpinga w USA była zwieńczeniem zagranicznych podróży, jakie odbyli najważniejsi przedstawiciele Chin w ostatnich 100 dniach, czyli od formalnego przejęcia władzy na marcowej sesji Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych. Przez ostatnie

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Oskar Pietrewicz

Doktorant na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, absolwent studiów pierwszego i drugiego stopnia (specjalizacja wschodnioazjatycka) w Instytucie Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. Główne obszary zainteresowań: polityka zagraniczna państw koreańskich, bezpieczeństwo i stosunki międzynarodowe w Azji Północno-Wschodniej, polityka zagraniczna Chin w Azji Północno-Wschodniej, polityka zagraniczna USA w regionie Azji i Pacyfiku, stosunki chińsko-koreańskie i amerykańsko-koreańskie. W CSPA jako ekspert zajmuje się Koreą Południową i Koreą Północną.

KOMENTARZE: 1

  • Kto spuści z tonu w wypadku wybudowania konkurencyjnego kanału, w tym wypadku raczej jedna strona tak to wygląda, jak również wiele innych propozycji Chińskich do których odnoszę się bardzo sceptycznie.

Pozostaw odpowiedź