Korea Pn

Nic śmiesznego- Andrzej Fidyk o KRLD.

 Andrzej Fidyk

 

– W 1988 roku byliśmy jeszcze oficjalnym przyjacielem Korei, była nawet umowa oficjalna o współpracy TVP z ich telewizją. Koledzy mówili: jedź tam, ten kraj pasuje do twojej wrażliwości. Akurat się szykowały obchody 40-lecia ich państwa, więc pojechaliśmy. Przed wyjazdem dostałem z ambasady materiały propagandowe. Przejrzałem i pomyślałem, że na miejscu może ta propaganda jest skuteczna, ale poza Koreą ma zupełnie inny odbiór. Jak ją sfilmujemy – wyjdzie Orwell, mówi w rozmowie z dziennikarzem Gazety Wyborczej, Witoldem Szabłowskim, Andrzej Fidyk,  wybitny polski dokumentalista, reżyser słynnej „Defilady” dokumentującej obchody 40-lecia proklamowania KRLD.  Wywiad Witolda Szabłowskiego z Andrzejem Fidykiem ukazał się w Dużym Formacie Gazety Wyborczej 27 sierpnia 2009 roku.

 

Co to jest Yodok?

– To obóz koncentracyjny typu Kwan-li-so – dla więźniów politycznych. Jedyny, z którego kilku osobom udało się wyjść na wolność.

Za co można tam trafić?

– Za to, że gazeta ze zdjęciem Kim Dżong Ila spadła na podłogę. Że jego portret jest brudny. Albo za odrobinę krytyki władz.

Pani Kim Young Soon, choreografka, znała prywatnie małżonkę Kim Dżong Ila i rozmawiała z kimś na jej temat. Wystarczyło, by trafić do Yodok. Co takiego powiedziała? Nie chciała powtórzyć.

Powody są błahe, a do obozów trafiają całe rodziny. Kim Ir Sen powiedział, że nasienie wroga klasowego trzeba zniszczyć do trzeciego pokolenia. Jeśli ktoś zawini, do obozu jadą też jego rodzice i dzieci.

Znalazł pan byłych więźniów Yodok, którym udało się uciec do Korei Południowej, i namówił, żeby zrobili musical oparty na swoich przeżyciach.

– Oni przygotowali scenariusz i choreografię, zagrali aktorzy z Południa. Musical był i z tego, co wiem, wciąż jest w Seulu wystawiany. Był tam bardzo głośny. Ja tylko zainicjowałem proces jego powstania. Sam zrobiłem natomiast „Yodok Stories” – film dokumentalny o tych przygotowaniach, od początku do premiery.

Trochę mnie razi zestawienie – musical i obozy koncentracyjne.

– W Korei nie ma w tym nic rażącego. Tamtejsza kultura jest dużo bardziej kolorowa, krzykliwa.

Zaczęło się od tego, że miałem zrobić dokument o północnokoreańskich obozach koncentracyjnych, ale nie wiedziałem jak. Przecież tam nie można wejść i filmować. Zresztą po filmie „Defilada”, który zrobiłem w 1988 roku, do Korei Północnej już bym nie wjechał.

Wiedziałem, że jest kilka osób, którym udało się z obozów wydostać i uciec do Korei Połud-niowej. Ale oprócz nich trzeba coś pokazać. Wymyśliłem, że to może być spektakl, w którym oni wystąpią. Pojechałem do Seulu, żeby znaleźć wykształconego w Korei Północnej reżysera. Tak znalazłem Jung Sun Sana.

Przyjechał pan i powiedział: zróbmy musical o obozach koncentracyjnych?

– Najpierw chciałem zrobić sztukę teatralną. Dopiero w rozmowach wymyśliliśmy, żeby to był musical, bo ludzie dużo chętniej na niego pójdą. A nam zależało, żeby oprócz filmu zrobić wydarzenie, które będzie miało dużą widownię. Koreańczycy z Południa bardzo mało wiedzą o tym, co się dzieje na Północy.

Na początku pojechałem do Junga na plan filmowy. Robił film fabularny o tym, że w Korei Północnej nie ma św. Mikołaja. Na jakiejś wsi wylądował balon czy spadochron ze spektakularną, japońską zabawką. Jedne dzieci się bawiły, inne chciały je zadenuncjować. Co miał ten Mikołaj z nimi wspólnego, nie pamiętam.

Miałem straszne problemy z tłumaczem. To jedna z największych bolączek w pracy nad „Yodok Stories”. W każdym języku europejskim, nawet jak go nie znasz, po jakimś czasie zaczynasz się orientować. W Korei ktoś chrząknie i nie wiesz, czy coś ważnego powiedział, czy to brud, który trzeba wyrzucić przy montażu. W dodatku na Północy wszystko jest przerysowane, jakbyś czytał „Trybunę Ludu” do którejś potęgi. Nie używają zapożyczeń. Na przykład na bramkarza mówią: człowiek, który łapie piłki.

Pojechał pan na plan. I ?

– Powiedziałem Jungowi, jaki mam pomysł. Nie chciał się włączyć. Przekonywałem go jakieś trzy tygodnie. Jak się w końcu zgodził, wszedł na całego. To jest showman, człowiek mediów. W ramach promocji opowiadał historię, jak to musiał zastawić nerkę, żeby oddać zaciągnięte na musical długi. Pokazywał cyrograf i odciski palców.

Czy Jung był w obozie?

– Nie. Studiował w Pjongjangu w elitarnej szkole teatralno-filmowej. Potem poszedł do wojska i jakimś cudem – chyba ze zrzutu – dostał radio, którym odbierał stację południowokoreańską. Złapano go i dostał wyrok – 13 lat. Ale jak go wieź-li do więzienia, ciężarówka się przewróciła i uciekł. Pojechał do Pjongjangu, żeby zobaczyć się z rodziną. Ale po jego aresztowaniu wysłali ich wszystkich do obozu. Dalej więc uciekał, aż w miejscowości przy granicy z Chinami zobaczył list gończy ze swoim zdjęciem. Wtedy postanowił, że ucieknie za granicę.

Ryunhwa, bohaterka musicalu, jest wzorowana na jego narzeczonej.

– Była piękną, uznaną tancerką. Na różnych uroczystościach wręczała kwiaty Kim Ir Senowi. Aż któregoś dnia jej ojciec został oskarżony o szpiegostwo. To była bzdura, bo Korea Północna jest odcięta w tysiącu procent od świata i tam nie ma jak być szpiegiem. Ich rodzinę wysłano jednak na jakąś podłą prowincję – coś w rodzaju gułagu. Była tam gwałcona, zachorowała, obcięto jej pierś. Miała dwie aborcje. W musicalu jest podobnie: uznany za szpiega ojciec, obóz, gwałt, ciąża. Oficer, który zgwałcił dziewczynę, zakochuje się w niej, choć za współżycie z wrogiem klasowym grozi mu więzienie. W dodatku więźniarce nie wolno urodzić dziecka. Kobiety piją tam napar z trującej rośliny albo biją się w brzuch, żeby tylko poronić.

Później w obozie wybucha bunt. Pacyfikacja jest bardzo brutalna, niemal wszyscy giną. Ten bunt też jest wzorowany na prawdziwym wydarzeniu. Opowiedział nam o nim Am Myong Chol, strażnik, który kiedyś służył w podobnym obozie. W czasie buntu w jego obozie rozstrzelano pięć tysięcy osób.

Przy musicalu o obozach koncentracyjnych doradzał były strażnik? Jak na jego obecność reagowali byli więźniowie?

– Nie wiem, jak było na początku, bo kiedy ja go poznałem, on już funkcjonował wśród tych ludzi.

Pierwszą osobą spośród byłych więźniów, którą poznał, był Kang. On wcześniej uciekł z obozu. Razem ze strażnikiem byli zaproszeni do telewizji. W trakcie nagrania Kang podszedł, podał mu rękę i powiedział: „Nie mam do ciebie żadnej pretensji. Byłeś indoktrynowany, nie wiedziałeś, co robisz”.

Strażnik potem mówił: „Sto razy wolałem, żeby mi dał po pysku”. Ale wszyscy podkreślali, że do któregoś momentu każdy z nich myślał jak ten strażnik. Stopień indoktrynacji jest niesamowity.

W „Yodok Stories” strażnik opowiada o psach, które zagryzły trójkę dzieci

– a on, razem z innymi strażnikami, pomyślał: mamy dobrze wyszkolone psy.

Oni żywią taką pogardę dla wrogów klasowych! Chol wierzył, że to wrogowie Wodza, i z czystym sumieniem ich bił i katował. Ci ludzie nie mają do niego pretensji, bo do któregoś momentu też wierzyli. Żeby zacząć wątpić w Wodza, musieli trafić do obozu.

Tak jak były ochroniarz Kim Dżong Ila…

– Nazywa się Lee Young Kuk. Ma dziś w Seulu wytwórnię naturalnej viagry. Dziadek go nauczył, jak ją robić. To dość dobrze prosperujący biznes.

Kiedy miał 16 lat, poszedł do wojska. Był dobry w sztukach walki, silny, w dodatku pochodził z dobrej rodziny – to bardzo ważne. Jego dziadkowie walczyli razem z Kim Ir Senem, nie mieli związków z Japonią. Mówił, że choć praca była bardzo ciężka, życie miał jak w raju. Jak im się oczy zamykały ze zmęczenia, Kim osobiście przecierał im je olejkiem miętowym.

W filmie jest nasza pierwsza i zarazem ostatnia rozmowa. Umówiliśmy się, że później pojedziemy do jego fabryczki i tam go sfilmujemy. W międzyczasie on na chwilę pojechał do Chin. Zarobił trochę na tej viagrze i chciał ściągnąć rodzinę na Południe. W Chinach są przemytnicy, którzy za duże pieniądze pomagają w takich sprawach.

Pojechał i się dowiedział, że rodzinę wysłali do obozu koncentracyjnego. Wpadł w rozpacz. Nie chciał z nami więcej rozmawiać.

Uważał, że to przez was?

– To nie miało z nami nic wspólnego. Nikogo, kto miał rodzinę na Północy, nie namawiałem na występ przed kamerą. Poza tym wszyscy, którzy wystąpili w „Yodok Stories”, pojawiali się wcześniej w mediach południowokoreańskich. Rodzina Kuka mogła mieć kłopoty przez samą jego ucieczkę.

O Kim Dżong Ilu nie zdążył nam wiele powiedzieć. Mówił, że jego matka zmarła, gdy był dzieckiem, a ojciec ciągle pracował dla ojczyzny. Nie miał go kto nauczyć, że ludziom trzeba pomagać. „Jakbym ja zobaczył, że ci jest słabo, próbowałbym ci pomóc. Na przykład wziąłbym cię na plecy i zaniósł do szpitala. Kim nie zrobiłby nic” – mówił.

Po dziesięciu latach służby wrócił na wieś. Te lata spędził w warunkach cieplarnianych i nie bardzo kojarzył, jak wygląda normalne życie. Przy Kim Dżong Ilu były banany, mandarynki i elegancko dookoła. Jak wrócił na wieś, zobaczył, że matka nie ma ryżu dla wszystkich, domek się rozsypuje, a dziur w podłodze nie ma jak naprawić. Zaczął kombinować, jak by tu uciec do Chin.

Uciekł, ale trafił na północnokoreańskiego agenta. Powiedział mu, że był w ochronie Wodza, więc ten momentalnie się zorientował, jakiej rangi to jest sprawa. Obiecał, że go zawiezie do ambasady Korei Południowej, ale po drodze go upił i zawiózł do ambasady Korei Północnej. Stamtąd go wyekspediowali z powrotem do kraju. Pół roku był torturowany, potem trafił do Yodok. Spędził tam cztery lata. W końcu rodzinie udało się go wyciągnąć. Uratowało go dobre pochodzenie.
Po powrocie zaczął słuchać południowo-koreańskiego radia. Wciągnęło go jak narkotyk. „Język niby ten sam, ale całkiem inny” – mówił. Nie mógł się od tego języka oderwać, choć wiedział, że to grozi śmiercią.

Potem był w gościach, tuż przy granicy z Chinami. Tam oglądał chińską telewizję. Pierwszy raz zobaczył kolorową reklamę szamponu do włosów. Mówił, że nic w życiu nie zrobiło na nim takiego wrażenia jak ta reklama. Znowu uciekł. Tym razem skutecznie.

Urodził się pan osiem lat po zakończeniu II wojny światowej. Chodziło panu to po głowie, gdy robił pan film o współczesnych obozach koncentracyjnych?

– O wojnie rzeczywiście mówiło się w moim domu bardzo dużo. Tata szedł z armią aż do Berlina. Wcześniej rodzice uciekali z Ukrainy. Jednak na film o Yodok nie miało to żadnego wpływu.

Nie było momentu, w którym wyszedł z pana Polak?

– Nie. Co nie znaczy, że te historie mnie nie poruszyły. Musieliśmy, jak pamiętasz, na kilka miesięcy przerwać ten wywiad, bo po pierwszym spotkaniu wróciły koszmary, które miałem w Seulu. Tam co noc śnił mi się musical, który robili byli więźniowie – sceny z obozu i podkład muzyczny.

Ale to nie ma nic wspólnego z byciem Polakiem. Do takich rzeczy podchodzę warsztatowo, klinicznie. Staram się robić dobre kino. I tyle. Pewnie dlatego więcej filmów robię za granicą niż w Polsce.

W Polsce nie umiałby pan podejść klinicznie?

– Może bym umiał. W Polsce zrobiłem na przykład „Ostatki” – film o ostatnim zjeździe PZPR w Sali Kongresowej. Ustawiliśmy dwie kamery – jedna z delegatami, druga przy prawicowych zadymiarzach. W środku jak w dobrych, komunistycznych czasach: kioski zaopatrzone w produkty, których nie można kupić gdzie indziej. Co jakiś czas wracaliśmy więc do sklepikarki, która mówiła: „Mija siódma godzina zjazdu. Skończył się proszek Ixi”. To był pierwszy wątek.

Drugi – to zadymiarze, którzy się próbowali wedrzeć do środka, a trzeci – delegaci. Tego dnia zrozumiałem, co znaczy siła mediów. Z czasem zadyma zaczęła przycichać. Ale jak tylko wyszliśmy z kamerą, zadymiarze natychmiast podbiegali i krzyczeli: „Precz z komuną!” – bo mieli po co.

Jako dziecko chciał pan być filmowcem?

– Nie, śmieciarzem. Imponowało mi, że jeżdżą na stopniach wozu. Filmowcy to była dla mnie inna, nieosiągalna grupa, coś jak wielcy malarze. A dokument? Nawet jak już szedłem do pracy w TVP, nie wiedziałem, że istnieje.

Podobno trafił pan tam z ogłoszenia?

– Tak. Szukali kierowników produkcji z wykształceniem ekonomicznym.

Był pan po SGPiS, dzisiejszym SGH. Wtedy – szalenie prestiżowa uczelnia

– Studiowałem handel zagraniczny. Balcerowicz, Rosati. Dużo nas uczono ekonomii kapitalizmu. Socjalizmu tylko tyle, żeby utrzymać pozory. Nasi profesorowie cały czas kombinowali, jak usprawniać system.

Na konkurs poszedłem, bo po studiach trafiłem do centrali handlu zagranicznego Remex. Nienawidziłem tej pracy. Musiałem „maluchem” zasuwać z wywieszonym językiem, żeby przed wpół do ósmej podpisać listę, bo kadrówki ją zabierały na górę. A jak już podpisałem – to spokojnie do kiosku po „Życie Warszawy”, kawka, papierosek. Nekrologi nawet się z nudów czytało.

W TVP poczułem się, jakbym znowu trafił na studia. Miałem szkolenia z mądrymi ludźmi: Xymena Zaniewska, Jerzy Ambroziewicz, Krystian Przysiecki.

Zacząłem, robiąc minutowe felietony filmowe do programu „Magazyn spraw pracowniczych”. Potem miałem je w studiu komentować. Felietony wychodziły mi strasznie fajne, ale męczyłem się przed kamerą. Pisałem tekst, uczyłem się na pamięć, potem dziesięć razy powtarzaliśmy nagranie, zanim wyszło. Aż jakiś telewidz z Łodzi zaczął po każdym moim występie pisać listy do prezesa, żeby go zatrudnić na miejsce redaktora Fidyka – bo ma lepszą dykcję. Pomyślałem: ten gość ma rację! Nie powinienem stawać po tamtej stronie kamery.

Kilka lat później mój debiut filmowy dostał nagrodę na festiwalu w Krakowie. „Idzie Grześ przez wieś” był o absurdzie na kolei. Po Polsce jeździły wtedy towary ogromnej wartości, a pociągi nie miały żadnej ochrony. Na każdej bocznicy, jak pociąg się zatrzymywał, ktoś kradł. To było na ogromną skalę. Jak w wierszyku: „Idzie Grześ przez wieś,/ worek piasku niesie,/ i przez dziurkę piasek ciurkiem/ sypie się za Grzesiem”. Kiedy pociąg dojeżdżał do końca, nic tam nie było.

Wkrótce potem zrobił pan niezwykle głośną „Defiladę” – film ośmieszający propagandową maskę Korei Północnej.

– W 1988 roku byliśmy jeszcze oficjalnym przyjacielem Korei, była nawet umowa oficjalna o współpracy TVP z ich telewizją. Koledzy mówili: jedź tam, ten kraj pasuje do twojej wrażliwości. Akurat się szykowały obchody 40-lecia ich państwa, więc pojechaliśmy.

Przed wyjazdem dostałem z ambasady materiały propagandowe. Przejrzałem i pomyślałem, że na miejscu może ta propaganda jest skuteczna, ale poza Koreą ma zupełnie inny odbiór. Jak ją sfilmujemy – wyjdzie Orwell.

Mieliśmy dwóch opiekunów. Jeden był tłumaczem na rosyjski, a drugi udawał, że nie zna żadnego języka, ale szybko się okazało, że świetnie rozumie po polsku. Na początku byli bardzo czujni. Myśleli, że będziemy chcieli pokazywać jakieś drugie dno. Jak operator kucał, jeden z nich też kucał – żeby zobaczyć, czy pod tym kątem kamera nie pokazuje czegoś więcej. Ale potem cieszyli się, że jesteśmy najbardziej zdyscyplinowaną ekipą w historii.

Oni nie widzą, że ta propaganda jest śmieszna?

– Nie! Tam nie istnieje żaden inny kontekst oprócz propagandowego. Coś się dzieje nie tak? Szukamy wroga! Zawsze, jeśli obywatelom źle się dzieje, winy przypisują urzędnikom. Zły urzędnik dał mi złą delegację albo nie dowieźli ryżu do sklepu. Gdyby Wódz wiedział, nie dopuściłby do tego.

Korea Północna zaskakuje od pierwszej chwili?

– Lecieliśmy starym, zapyziałym samolotem z Moskwy. Było duszno, spać nie można. Wyszliśmy zmaltretowani, spoceni, brudni, pożal się Boże, a tu nagle czerwony dywan i 300 tysięcy ludzi nas wita.

300 tysięcy?

– Tak! Wielki entuzjazm, krzyki, śpiewy. Witali nas wtedy, w tym 1988, jako delegację oficjalną z Telewizji Polskiej. Różne delegacje się zlatywały przez parę dni, a ci ludzie siedzieli dzień i noc i witali.

Przyjechaliście tam z bratniego PRL-u. Widział pan analogie między naszą wersją socjalizmu a ich wersją?

– Nie, to była przepaść. U nas ludzie mniej więcej wiedzieli, co się dzieje na świecie. Tam – zero. Przez wiele godzin dziennie byli indoktrynowani. Od małego dziecka słuchali opowieści o dzieciństwie Wielkiego Wodza i jego rewolucyjnych zasługach

„W trakcie dziecięcej zabawy na tej skale o kształcie okrętu wojennego Wielki Wódz rozwijał myśl o przyszłym wypędzeniu imperialistów japońskich” – mówi w „Defiladzie” przewodniczka i z czcią pokazuje ten kamień.

– W propagandzie Korea Północna była pępkiem świata, z którego idee rozprzestrzeniały się dalej. Oprócz Korei były dwa duże kraje – ZSRR i USA, i trzy mocarstwa: Madagaskar, Burkina Faso i Kuba, bo prezydenci tych krajów byli osobistymi przyjaciółmi Wodza.

O Korei Południowej niewiele tam mówiono. Uchodźcy, z którymi teraz rozmawiałem, mówią, że Południe, według propagandy, to był najgorszy kraj do mieszkania. Sami bezrobotni i głodni. Telewizja kręciła specjalne migawki udające Koreę Południową z ludźmi umierającymi na ulicach. Nikt nawet nie myślał, żeby uciekać na Południe.

Wszyscy wierzyli w tę propagandę?

– Tak! My piliśmy wódkę z naszymi opiekunami i jak się całkiem upijali, jeszcze bardziej wychwalali Wodza. Pokazywali na trawnik i mówili, że kwiaty urosły, bo Wódz na nie spojrzał. Pierwszy cień wątpliwości pojawił się dopiero w 1994. Wtedy dwa miliony ludzi zmarły z głodu. Wcześniej wiara była nieskazitelna. Wódz dawał jedzenie i ubranie.

Nie było sklepów?

– Nie, tylko takie Peweksy. W nich radia, magnetofony. Pluliśmy sobie w brodę, bo z jakiegoś powodu kurs franka był taki sam jak dolara. A wtedy dolar to było pięć franków! Mając franki, moglibyśmy kupić pięć razy taniej! Ale za dolary to się już nie opłacało. Przywiozłem tylko wazon od Wielkiego Wodza – w stylu koreańskim, z flagą i szarfą. Cała ekipa takie dostała.

Premiera „Defilady” odbyła się w 1989. Zaraz potem Polska przestała być z Koreą Północną w jednym obozie.

– Pod koniec maja – tuż przed pierwszymi wolnymi wyborami – był festiwal w Krakowie. Chciałem tam zrobić pokaz, ale najpierw musiałem przejść przez cenzurę. Film dawałem z duszą na ramieniu. Potem koleżanka, która odebrała decyzję, napisała mi karteczkę: „Panie Andrzeju, cenzura jest zachwycona, prosiła złożyć panu gratulacje”. Mam tę karteczkę do dziś. Żona oprawiła.

Jak to – zachwycona?

– Przecież niczego się nie czepiałem, nic nie opluwałem, niczego nie krytykowałem

Nie zauważyli, że pan sobie kpi z tej Korei?

– Cenzura nie działała tak, że miała coś czytać między wierszami. Miała swoje zapisy, co wolno przepuścić, a czego nie. I ja w żaden z zapisów nie godziłem, więc nie było powodu, żeby film się nie ukazał.

To był dla niego genialny moment. Upadał komunizm, mur berliński, a w tym czasie po tych krajach wędrował film pokazujący system totalitarny w czystej postaci.

„Defilada” wygrała na przykład festiwal w Lipsku, w NRD. Stary komunistyczny festiwal. NRD dogorywało, ale władze się jeszcze próbowały bronić i uruchomiono propagandę, że braki w sklepach są przez Polaków. Dziękując za Złotego Gołębia – główną nagrodę – złożyłem wtedy protest przeciw obarczaniu Polaków winą za brak butów w sklepach.

Publiczność doskonale czytała konstrukcję filmu. Przez pierwszą połowę jest dużo śmiechu, bo ta propaganda działa sama przeciw sobie. Ale jak film zmierza ku końcowi, to choć na ekranie nadal są takie same śmieszne rzeczy – śmiechów jest coraz mniej. Ludzie zaczynali rozumieć, jak straszna prawda musi się kryć między wierszami. Choć oczywiście nie wszyscy. Chłopak z Niemiec zachodnich pytał na jakimś spotkaniu: „Skoro tam jest taki zły system, to dlaczego oni go nie zmienią?”.

Już wtedy chciał pan wrócić do Korei?

– Tylko gdyby doszło do zjednoczenia. W innym wypadku nie, bo zawsze chciałem, żeby mój każdy następny film różnił się całkowicie od poprzednich. Żeby był o czym innym, żeby był kręcony w innym kraju. Tak sobie kiedyś wymyśliłem, żeby się rozwijać i żeby się coś ciekawego działo.

To jest jak karate. Jeden opanuje sto różnych technik: i kopnięcia, i bloki, i rękami, i nogami. A inny przez lata ćwiczy tylko jeden cios. Ale jest to cios, przed którym żadne sto technik nie pozwoli się obronić.

Wkrótce po „Defiladzie” zaczął pan współpracę z BBC. Pierwszy film dla tej telewizji zrobił pan w Moskwie.

– Byłem na stypendium dla dziennikarzy z krajów postkomunistycznych. Obiecałem sobie, że nie wrócę bez zleceń.

Pierwszy film dla BBC nosił tytuł „Diabeł w Moskwie”. Dowiedziałem się, że w tym mieście wciąż istnieją miejsca bułhakowskie, jak diabelskie mieszkanie, gdzie mieszkał Woland z „Mistrza i Małgorzaty”. To, które się przeobrażało w wielkie sale balowe.

Mieszkanie Wolanda to były dwa pokoje i kuchnia. Był tam stary fotel, o którym mówili, że to fotel Bułhakowa. Czy był naprawdę jego? Tak mówiła administratorka, która chciała zrobić muzeum. Niesamowita kobieta. Od kiedy się zajęła tym mieszkaniem, spotykały ją same nieszczęścia: ktoś jej umarł, mąż się z nią rozwiódł. Jakby cień tego szatana nad nią wisiał.

Po Moskwie robił pan filmy w Indiach, Brazylii, Suazi i wielu innych krajach. Nie ma w Polsce drugiego dokumentalisty, który robiłby tak duże, międzynarodowe produkcje. Jednocześnie całe życie zawodowe pracuje pan w dość już zmurszałej TVP

– Instytucja rzeczywiście jest niewdzięczna. Tak bym to skomentował. Ale jak prowadziłem redakcję dokumentu, miałem ogromną adrenalinę, że programy odnoszą sukces, że konkurujemy z TVN-em i Polsatem, że w tramwajach, pociągach, wszędzie ludzie mówią o dokumencie. Nigdzie indziej bym takich emocji nie doświadczył.

W 1996 roku został pan w TVP szefem redakcji dokumentu. Jak to się stało?

– Już na stażu w BBC zastanawiałem się, jak oni to robią, że „Rosyjski striptiz” nie miał jeszcze premiery, a już wszystkie gazety o nim piszą. W Polsce nikt jeszcze tego nie umiał.

Propozycję kierowania dokumentem potraktowałem jako wielkie wyzwanie. Wszyscy się dziwili: czemu z artysty staje się pan urzędnikiem? A ja nie chciałem być urzędnikiem. Chciałem za to zrobić najlepszy program telewizyjny w Polsce. Jak to powiedziałem na pierwszej konferencji prasowej, patrzyli na mnie jak na głupola.

Moim celem w TVP od początku była wielka oglądalność. Zaczęliśmy od promocji. Poznaliśmy trzydziestu dziennikarzy z gazet regionalnych. Z wyprzedzeniem zaopatrywaliśmy ich w film, który będziemy emitować, i w dobrze napisaną recenzję. Dziennikarz miał gotowca. Trochę zmienił, ale wierszówkę brał za nic. Dlatego bardzo dużo o nas pisały gazety lokalne i po wsiach wszyscy wiedzieli, kiedy jest „Czas na dokument”.

A gdzie jest teraz pana czas na dokument?

– Jutro w Gdańsku na festiwalu Solidarity of Arts. Będzie to polska premiera „Yodok Stories”.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Nic śmiesznego- Andrzej Fidyk o KRLD. Reviewed by on 9 października 2009 .

    – W 1988 roku byliśmy jeszcze oficjalnym przyjacielem Korei, była nawet umowa oficjalna o współpracy TVP z ich telewizją. Koledzy mówili: jedź tam, ten kraj pasuje do twojej wrażliwości. Akurat się szykowały obchody 40-lecia ich państwa, więc pojechaliśmy. Przed wyjazdem dostałem z ambasady materiały propagandowe. Przejrzałem i pomyślałem, że na miejscu może ta

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarze 2

  • „Defilada”. Choć film ma ponad 20 lat, to mogę powiedzieć, iż jest to jeden z najlepszych dokumentów, jakie obejrzałem. A z pewnością najlepszy, jaki widziałem o Korei Pn.
    Pan Andrzej Fidyk unikał moralizatorstwa, pokazał kraj „Wielkiego Wodza” takim chcieli go polskim gościom ukazać funkcjonariusze reżimu (i jak pokazują nadal – vide strona http://www.krld.pl). Myślę, że była to słuszna decyzja, bowiem jakikolwiek komentarz odautorski jest w tym filmie ZUPEŁNIE ZBYTECZNY. Jest tak, ponieważ opresyjność i izolacjonizm reżimu w Phenianie czynią ten krajem socjologicznym i politycznym unikatem w najnowszej historii, toteż ktokolwiek urodzony i wychowany poza tym KRL-D, doskonale zdaje sobie sprawę z absurdalności tez głoszonych ze śmiertelną powagą i niezachwianą pewnością przez pojawiających się w filmie poddanych „Wielkiego Przywódcy”. Np. o tym, że ich kraj jest „rajem”, że mur na linii demarkacyjnej to dzieło „amerykańskich imperialistów” i „marionetkowego reżimu w Seulu”, postawiono po to, „aby robotnicy z Korei Pd. nie mogli uciekać” na Północ, że mieszkańcy Korei Pd. „są zmuszani do mówienia po angielsku i jedzenia amerykańskich potraw” itd…
    „Defilada” to majstersztyk dokumentu. I choć oglądając go chwilami trudno powstrzymać uśmiech widząc i słysząc różne absurdy, to jednak film ten skłania do refleksji. Po pierwsze: jak dalece można ludzi zindoktrynować, czyniąc z nich ślepo posłuszne marionetki, gotowe na wszystko na rozkaz totalitarnej władzy… I po drugie: jak długo będzie utrzymywać się tragedia podziału Korei dotykającego milionów ludzi w podzielonych rodzinach, nie znających losu swoich rodziców, rodzeństwa, dzieci…

Pozostaw odpowiedź