BLOGOSFERA

„Moje Opinie”: Sikh w mieście Le Corbusiera

409px-Sant-Thakar-Singh-publicdomainW Złotej Świątyni w Amritsarze znajduje się pewna podziurawiona ściana. Gdy, nie zwróciwszy na nią specjalnej uwagi, mijałem ją, podszedł do mnie wielki, brodaty strażnik i powiedział: „Indira Gandhi”. Próbował, na ile mu angielski pozwalał, powiedzieć coś jeszcze. Nie musiał. Wiedziałem, że że ówczesna premier Indii – Indira Gandhi w 1984 r. wydala rozkaz pacyfikacji Świątyni, powodując jej zniszczenie i ogromny rozlew krwi. Stary Sikh spojrzał na mnie smutnym wzrokiem i rzekł: „you understand”.

Wielu Indie kojarzą się z Sikhami. Głównie ze względu na to, że Sikhowie posiadają rzucające się w oczy cechy, takie jak turbany, brody i kirpany za pazucha. Czyli – jak znalazł – idealne symbole egzotyki. Co więcej: nosić je muszą, wiec wzbudzenie zainteresowania murowane. Poza tym: doskonały obiekt fotograficzny, bo zanim znudzimy się widokiem setek tysięcy wielkich brodaczy z wymyślnymi, kolorowymi nakryciami głowy, będziemy nimi tak zafascynowani, że porobimy mnóstwo zdjęć, które zaspokoją nasz głód Orientu. Do tego kolorowo – wycieczkowego obrazka Brodaczy dołóżmy jeszcze stereotypy miejscowe – takie jak sławna w Indiach waleczność Sikhów, stanowiących elitarne oddziały armii, tak wczoraj, jak i dziś. Zresztą Sikhowie wiele robią, by akurat tą część swego wizerunku podtrzymać.

W Złotej Świątyni w Amritsarze znajduje się muzeum, estetycznie dość groteskowe, za to niezwykle pouczające- można się w nim dowiedzieć wielu fascynujących opowieści. Jak chociażby tej o zdobywaniu Multanu (ob. w Pakistanie). W XVIII w. Sikhowie by je zdobyć musieli skruszyć imponujące mury miejskie, które w swej historii wiele wytrzymały. Użyli do tego sławnego działa Zam-zama (opisane później w „Kimie” Kiplinga), ale niestety w trakcie oblężenia urwało mu się koło. By kontynuować ostrzał potrzebny był ochotnik, który – za cenę swojego życia – przytrzymałby na swym grzbiecie działo na czas jednego wystrzału. Po 137 poległym w ten sposób Sikhom udało się uczynić wyłom w murze i miasto zdobyto….

Możemy ewentualnie dorzucić trochę czerni: i przywołać pandemoniczne obrazy Sikhów wyłaniających się zza pendżabskich pól pszenicy ze swoimi kirpanami jak demony i wyrzynających bezbronnych muzułmanów podczas walk towarzyszących narodzinom Indii i Pakistanu. Choć oczywiście musimy dodać – by nie zostać posądzonym o zbytnią propakistanskość – że muzułmanie wyrzynali Sikhów nawet bardziej – bo Sikhowie to byli w ich oczach obszarnicy i wyzyskiwacze, gdyż jakoś lepiej od mahometan umieli gospodarować i obracać pieniędzmi (co widać do dziś, nawiasem mówiąc), co sympatii im nie przynosiło. Wreszcie: przypomnijmy trochę najnowszej historii i masakry w tymże Pendżabie, tym razem miedzy Sikhami a państwem indyjskim. Z ich kulminacją – zasztyletowaniem Indiry Gandhi przez jej osobistą ochronę – sikhijską. Wyjdzie nam wtedy trochę pociągający, a trochę straszny obraz egzotycznych wojowników, zdolnych do wszystkiego. Doskonale nadający się do telewizji, a wcale do życia. Bo obraz ten jest z gruntu fałszywy.

Być może, paradoksalnie, trochę winni są temu sami Sikhowie, bo najbardziej wyróżniające cechy ich wiary: takie jak religijny zakaz ścinania włosów i noszenia turbanów, zupełnie przysłoniły idee tej religii, przynajmniej w oczach Obcego. Bo każdy wie, że Sikhowie wyróżniają się tymi cechami, ale powiedzieć coś konkretniejszego o zasadach guru Nanaka i innych już trudniej. No i wreszcie: jakoś trudno poważnie traktować słowa typu „włosy są święte”. Jak tradycja przesłania religie, robi się źle. A tu przysłoniła i to całkiem skutecznie, wydaje się, że również w oczach samym Sikhów. Któż na przykład wie, że kirpany Sikhowie mogą wyjąć dopiero jak „wszystko inne zawiedzie”? Jakoś to nie współgra z obrazem najbardziej bitnych żołnierzy….

Nie zmienia to jednak najważniejszego faktu, że wszystkich narodów żyjących na subkontynencie indyjskim Sikhowie są jednym z najbardziej poszkodowanych i skrzywdzonych przez los: po upadku Mogołów to oni byli najsilniejsi, mieli swoje państwo i pech chciał, że wiatr przywiał im Anglików, co znaczyło nic więcej jak tylko kolonialne „żadnych marzeń Sikhowie”. Ale to i tak nic przy tym, co nastąpiło później- Podział na Indie i Pakistan okaleczył najbardziej Pendżab, czyli rodzinny kraj Sikhów, przeciął go w pół. Rozdarł wręcz. Z dnia na dzień Sikhowie musieli porzucić swe najświętsze miejsca i uciekać w palącym słońcu przedmonsunowego lata, mając świadomość, że już nie wrócą. Szczęście w nieszczęściu został im Amritsar, ale wiele innych miejsc pozostało w Pakistanie, jak chociażby Lahore, czy wspomniany Multan. To tak jakby chrześcijanom zostawić Jerozolimę, ale zabrać Rzym czy Asyż. Co więcej: z tego okrojonego Pendżabu, który własnym wysiłkiem uczynili jedna z najbogatszych prowincji Indii, dodatkowo wykrojono im, bojąc się ich siły i zwartości, kolejna połowę tworząc sztuczną prowincję Harjane, zarządzaną zresztą z Delhi. Wreszcie, działaniami Indiry Gandhi nie umiejącej zrozumieć, że ten po którym otrzymała nazwisko miał rację twierdząc, że przemocą do niczego się nie dojdzie, zbezczeszczono i zniszczono ich największą świętość: Złotą Świątynię w Amritsarze, powodując długoletnie zamieszki i rozlewy krwi pobratymczej.

A jednak, pomimo tego wszystkiego, mimo wszystkich nieszczęść, Sikhowie pozostają jedną z najprzyjaźniejszych i najpogodniejszych nacji w całym kraju. Amritsar, choć brudny i zaśmiecony jak wszystkie miasta subkontynentu, wydaje się jednak względnie czyściejszy i higieniczniejszy. Sikhowie są jakoś przyjaźniejsi i milej nastawieni do przybysza niż zwykli Hindusi. Przeciętny Hindus, chociażby, chce oszukać Obcego prawie na każdym kroku, a Sikh może co trzeci raz. Co więcej – z Sikhami znacznie łatwiej wejść w interakcję niż z Hindusami: oni są Obcego ciekawi, zainteresowani nim. Kontakty z nimi nie ograniczają się tylko do kwestii handlowych. Można z nimi porozmawiać i naprawdę wiele się ciekawego dowiedzieć. W zdominowanej przez finansowo-turystyczne kontakty Indiach to wręcz ewenement. I jeszcze jedno, jakże ważne: Złota Świątynia, ich duma i świętość, to jedno z najpiękniejszych miejsc w Indiach stworzonych ręką ludzką. Jej architektura intryguje i zachwyca, zaś atmosfera oczarowuje. Świątynia jest czynna całe 24 godziny: ona żyje całą dobę, co się czuje na każdym kroku. Zaiste niezwykłym uczuciem jest spać tam i budzić się o trzeciej w nocy z widokiem na nią. Za to można wybaczyć sprzątaczce, że akurat zachciało jej się sprzątać podłogę na której spało, oprócz mnie, kilka tysięcy ludzi. I że robiła to woda ze świętej sadzawki, w której, podobnie jak pielgrzymi, kąpałem się dzień wcześniej; i że tę wodę, po umyciu, wlała do sadzawki z powrotem….

Złota Świątynia to połączenie dwóch wspaniałych cech, których brak zarówno w świątyniach muzułmańskich, jak i hinduistycznych Indii. W hinduistycznych spotkamy się z bardzo przyjaznym, ciepłym stosunkiem wiernych, za to nie odczujemy kompletnie żadnej atmosfery świętości. W meczecie ją odczujemy, za to będziemy mieli uczucie, że sama nasza obecność to coś niepożądanego, że komuś przeszkadzamy, ze ktoś sobie nas nie życzy. Tu zaś: ludzie przyjaźni i czuć sacrum. Godne pozazdroszczenia!

No i teraz, zebrawszy to wszystko, co zostało napisane, wyobraźmy sobie jakby wyglądał Sikh w którymś z socrealistycznych miast. Powiedzmy w Nowej Hucie. Wyobraźmy sobie tysiące Sikhów, z ich brodami i turbanami, sunących na motorach, sprzedających w sklepach, kierujących autobusami, spacerujących, czy Bóg wie co jeszcze robiących w takich miastach, jakich dziesiątki u nas i tysiące w byłym Sojuzie. Z odrapanymi budynkami instytucji publicznych i strasznymi blokowcami. A teraz wyobraźmy sobie, że taka wizja istnieje! Jest miasto w Indiach o nazwie Chandigarh, które od początku do końca zaprojektował Le Corbusier. Stworzył je zgodnie ze swoimi chorymi wizjami i co gorsza – wcielił to w życie. Mamy wiec miasto idealnie matematycznie, podzielone na 60 Sektorów, z których każdy jest taki sam, z tymi różnicami, że, dajmy na to Sektor 1 to biura i dzielnica rządowa, a Sektor 17 zajmuje centrum (wygląda jak MDM!). To i tak znaczenie ma małe – dominują ohydne bloki jakie do obrzydzenia znamy z naszego środowiska i – by oddać trochę sprawiedliwości – sporo zieleni.

Trudno wyobrazić sobie, by w kraju tak egzotycznym jak Indie istniało miasto tak szare i bure jak nasze ponure dziedzictwa komunizmu. A jednak istnieje. To miasto, Chandigarh, to stolica Harjany, właśnie tego stanu, który odebrano Sikhom, choć oni wciąż tam żyją i muszą znosić te wszystkie blokowce i dzień w dzień tworzyć ten iście surrealistyczny pejzaż. Ten Chandigarh to jak jakaś metafora braku porozumienia miedzy Hindusami a Sikhami. Może i Sikhowie wyglądają w mieście Le Corbusiera intrygująco. Ale tak naprawdę, jakby się nad tym głębiej zastanowić, to bardzo smutny widok.

Artykuł ukazał się na portalu MojeOpinie.pl. Jego autorem jest Michał Lubina.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Moje Opinie”: Sikh w mieście Le Corbusiera Reviewed by on 12 lutego 2010 .

W Złotej Świątyni w Amritsarze znajduje się pewna podziurawiona ściana. Gdy, nie zwróciwszy na nią specjalnej uwagi, mijałem ją, podszedł do mnie wielki, brodaty strażnik i powiedział: „Indira Gandhi”. Próbował, na ile mu angielski pozwalał, powiedzieć coś jeszcze. Nie musiał. Wiedziałem, że że ówczesna premier Indii – Indira Gandhi w 1984 r. wydala rozkaz pacyfikacji

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

KOMENTARZE: 1

  • Pozwolę sobie na kilka uwag.
    Po pierwsze, Indira Gandhi została zastrzelona, nie zasztyletowana, ale to akurat szczegół.
    Po drugie, i ważniejsze, Ćandigarh jest stolicą ZARÓWNO Pendżabu i Harijany, a więc to podważa w zasadzie wnioski całego ostatniego akapitu. To byłby właśnie dowód na próbę znalezienie kompromisu.
    I nie zgadzam się (ale to kwestia poglądów oczywiście) by powstanie Harijany było wykrojeniem ,,sztucznego stanu”. Decydował język: w Harijanie mówi się w harijanwi, nie po pendżabsku, różnica jednak dość wyraźna (chociaż, o ile wiem, im bliżej Pendżabu, tym więcej w harijanwi wpływów pendżabskich, ale to jednak osobny język).
    I z tym poczuciem ,,bycia obcym” w meczecie to też subiektywna opinia, to zależy od meczetu, ja nie w każdym w Indiach tak się czułem.

    Ponadto, po polsku piszemy ,,sikh”, nie ,,Sikh”, bo to nazwa wyznania. Ale jak wynika z tekstu, autor traktuje ich jako naród, nie tylko wyznanie – i w porządku, to jest jego pogląd i potrafię sobie wyobrazić argumenty na jego obronę.

Pozostaw odpowiedź