BLOGOSFERA

„Moje Opinie”: Chiny i USA: kryzys goni kryzys

800px-China_USA_Locator-3Początek obecnego roku minął pod znakiem poważnych turbulencji w stosunkach amerykańsko-chińskich. Niemal w jednym czasie dały o sobie znać wszystkie drażliwe sprawy, wywołując wrażenie, że dwustronne relacje zmierzają w stronę poważnego kryzysu. Czy jest to chwilowe załamanie czy też symptom zmieniających się proporcji we wzajemnym układzie sił? Niewykluczone, że po części jedno i drugie.

Pierwszym sygnałem o pogorszeniu relacji było styczniowe zatwierdzenie przez Pentagon sprzedaży broni Tajwanowi. Chińczycy już za czasów Ronalda Reagana byli szczególnie wyczuleni na kwestię dozbrajania wyspy, więc i tym razem zareagowali ostro i stanowczo. Oprócz oficjalnych protestów dyplomatycznych poinformowali świat o przeprowadzeniu udanej próby z pociskiem antyrakietowym, przyznając się tym samym do rozwijania potencjału wojskowego w tym zakresie. Trudno przypuszczać, by administracja Obamy w chwili podejmowania decyzji zakładała, że gniewnej reakcji ze strony Chin nie będzie. Zapewne była ona wkalkulowana w koszty tego co Amerykanie chcieli tym posunięciem osiągnąć. Wydaje się jednak, że w całej grze nie chodzi tylko o przyszłe losy Tajwanu, lecz o znacznie większą stawkę. Mowa o dynamicznie zmieniającym się układzie sił na azjatyckich akwenach, gdzie chińska marynarka dąży o odgrywania coraz aktywniejszej roli. Temu służyć ma zakrojony na szeroką skalę program modernizacji chińskich sił marynistycznych. Temu służy także budowanie sieci baz wojskowych i portów w obrębie wód Oceanu Indyjskiego. Wyzwanie rzucone flocie amerykańskiej, strzegącej od lat bezpieczeństwa w rejonie azjatyckim, jest aż nazbyt widoczne. Amerykanie więc, rozpoczynając rok mocnym akcentem sprzedaży broni dla Tajwanu, wysyłają sygnał w kierunku Pekinu: wciąż jesteśmy w grze, a nasz potencjał militarny póki co nie ma sobie równych. Tak można interpretować wyposażenie Tajwańczyków w śmigłowce Black Hawk, które Chińska Republika Ludowa również posiada, tyle że nie dysponuje do nich częściami zamiennymi [1], co pozbawia je realnej wartości bojowej.

Atmosferę relacji amerykańsko-chińskich pogorszyły w dalszej kolejności spotkanie prezydenta Obamy z duchowym przywódcą Tybetańczyków, Dalaj Lamą oraz decyzja Google o wycofaniu się z chińskiego rynku. Obie sytuacje są powiązane z kwestią łamania praw człowieka, o której Pekin wolałby nie dyskutować. Jakkolwiek jednak spotkanie z Dalaj Lamą było świadomym ruchem ze strony amerykańskiej administracji, tak decyzja Google została sprowokowana styczniowym cyberatakiem, który zdaniem koncernu pochodził z Chin. Afera nabrała charakteru wybitnie politycznego, gdy głos w sprawie zabrała sekretarz stanu USA Hillary Clinton, wzywając rząd chiński do złożenia odpowiednich wyjaśnień. Ostatecznie jednak rozmowy Google z przedstawicielami pekińskich władz zakończyły się fiaskiem, co tylko spotęgowało negatywne odczucia względem USA, nie tylko wśród chińskich polityków, ale także w prasie i blogosferze [2].

W marcu powrócił też jak bumerang temat chińskiej waluty, która zdaniem Amerykanów jest znacząco niedowartościowana, przez co eksport z Państwa Środka cieszy się nieuzasadnioną pozycją uprzywilejowania. Obecna administracja w Waszyngtonie, tak jak poprzednia, zgłasza niezmiennie postulat aprecjacji juana o 40%. Chińczycy natomiast na tak radykalną korektę konsekwentnie nie wyrażają zgody, twierdząc że miałoby to katastrofalne skutki dla kondycji ich gospodarki. Lubią się przy tym odwoływać do przykładu Japonii, zwłaszcza , że ich system finansowy jest w dużej mierze wzorowany na japońskim. Przypominają więc, że w latach 80.ubiegłego stulecia Stany Zjednoczone zaniepokojone skalą japońskiego importu u siebie zmusiły Kraj Kwitnącej Wiśni do aprecjacji jena i większego otwarcia na eksport. W rezultacie międzynarodowa pozycja japońskich banków została mocno podkopana, co wywołało dalsze kłopoty gospodarcze lat 90. Kłopoty, z których Japonia do chwili obecnej nie wydźwignęła się w stopniu zadowalającym, a jej PKB jest dziś tylko niewiele większy od tego sprzed dwóch dekad [3]. Dlatego ze strony chińskiej można spodziewać się jedynie dalszej stopniowej aprecjacji juana, ale nie skrajnych posunięć. Będzie to współgrało z częściowym odchodzeniem od eksportowego modelu gospodarki na rzecz zwiększania konsumpcji wewnętrznej.

Klimat wokół chińskiej waluty pozostaje jednak zły, i to w chwili gdy od wizyty w Waszyngtonie prezydenta Hu Jintao dzieli nas niecały miesiąc. Być może dlatego Amerykanie postanowili przemówić językiem bardziej koncyliacyjnym. Zastępca sekretarza stanu USA, James Steinberg potwierdził na konferencji prasowej 29.03, że Stany Zjednoczone konsekwentnie prowadzą politykę Jednych Chin, a relacje z Tajwanem mają tylko charakter nieoficjalny i to się nie zmienia [4]. Oświadczenie Steinberga odbiło się szerokim echem w chińskich mediach, podobnie jak nieco późniejsze wezwanie prezydenta Obamy do pozytywnych relacji, wygłoszone przy okazji spotkania z nowym ambasadorem Chin w Waszyngtonie. W odpowiedzi na łagodniejszy ton Amerykanów, rzecznik chińskiego msz stwierdził, że tarcia we wzajemnych relacjach nie służą wspólnym interesom bilateralnym. Rzeczywiście. To oba państwa nadają ton światowej wymianie handlowej, od kondycji ich gospodarek zależy najwięcej, a charakter dwustronnej zależności ekonomicznej obu mocarstw jest powszechnie znany: USA to główny obok Unii Europejskiej rynek zbytu dla towarów chińskich, ChRL to z kolei największy posiadacz amerykańskich papierów dłużnych.

Nie zmienia to jednak faktu, że chińska asertywność względem USA rośnie, co przejawia się między innymi coraz większym oporem wobec nakładania sankcji na Iran. Mniej znaczącym, ale symptomatycznym sygnałem zmian była reakcja Pekinu na sugestię prezydenta Obamy, że w rozwiązaniu sporu indyjsko-pakistańskiego mogłaby uczestniczyć strona trzecia. Odpowiedź chińskiego msz była jednak zaskakująco jednoznaczna: konflikt o Kaszmir to sprawa bilateralna. Dalsze demonstracje niezależności wydają się tylko kwestią czasu, a cała mądrość i przenikliwość amerykańskich reakcji przejawi się nie w próbach powstrzymywania tego co nieuchronne, lecz w umiejętnym kanalizowaniu zachodzących przewartościowań geopolitycznych.

Przypisy:

[1] R. Alf, Chiny-USA: G-2 po znakiem zapytania, http://www.stosunkimiedzynarodowe.info/artykul,595,Chiny-USA_G-2_pod_znakiem_zapytania

[2] Ch. Kupchan, Soothing China-U.S. Tensions, http://www.nytimes.com/2010/03/31/opinion/31iht-edkupchan.html?ref=global

[3] P. Zeihan, China: Crunch Time, Stratfor, 30.03.2010,

[4] http://fpc.state.gov/139203.htm

Artykuł ukazał się na portalu MojeOpinie.pl. jego autorką jest Anna Kotfis.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Moje Opinie”: Chiny i USA: kryzys goni kryzys Reviewed by on 17 kwietnia 2010 .

Początek obecnego roku minął pod znakiem poważnych turbulencji w stosunkach amerykańsko-chińskich. Niemal w jednym czasie dały o sobie znać wszystkie drażliwe sprawy, wywołując wrażenie, że dwustronne relacje zmierzają w stronę poważnego kryzysu. Czy jest to chwilowe załamanie czy też symptom zmieniających się proporcji we wzajemnym układzie sił? Niewykluczone, że po części jedno i drugie. Pierwszym

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź