Indie

Miłość i paragraf, czyli o debacie wokół legalizacji homoseksualizmu w Indiach

 

Jeśli ktoś przeczytał niedawno, iż w Indiach zalegalizowano homoseksualizm, to przeczytał informację nieprawdziwą. Związki i stosunki homoseksualne są nadal w większości tego kraju nielegalne. Co zatem naprawdę stało się w Indiach?

            By rozwiać wszelkie wątpliwości– to nie będzie tekst o kulturowej pozycji homoseksualizmu w Indiach. Do tego bowiem należy przeanalizować postrzeganie tego zjawiska w różnych wspólnotach tego kraju, a także wyraźnie odróżnić homoseksualizm od transseksualizmu i pseudo-homoseksualizmu. To materiał na porządną dysertację, a nie skromny artykuł. W poniższym tekście skupiam się na aspektach formalnoprawnych i politycznych.

 

            Miłość (homoseksualna) i paragraf  (377)

 

            Informacje o legalizacji homoseksualizmu w Indiach pojawiły się 2 lipca 2009 r. Faktycznie jednak tego dnia doszło jedynie do wygłoszenia pewnego werdyktu sądowego. Werdykt ten wydał sąd w Delhi (Delhi High Court), a zatem odnosi się on tylko do terytorium Delhi (w Indiach władza sądownicza jest zarówno stanowa jak i związkowa, tak samo jak ustawodawcza). Dotyczył on słynnego paragrafu 377, który uznawał stosunki homoseksualne za przestępstwo (i który był pozostałością czasów brytyjskich). Na mocy werdyktu uznano paragraf za niezgodny z konstytucją, w której zawarowana jest równość wszystkich obywateli przed prawem. A zatem: nie w Indiach, tylko w Delhi, nie zalegalizowano, tylko wydano werdykt, że paragraf jest niekonstytucyjny i nie w sprawie związków, a jedynie stosunków homoseksualnych (pod warunkiem, że stosunek taki dokonuje się między dwoma dorosłymi osobami za zgodą obu).

Mimo to, indyjscy homoseksualiści mają co świętować – i rzeczywiście świętują. Urządzono już nawet pierwszy gejowski ślub w mieście Ćandigarh (ang. Chandigarh) na północy Indii, chociaż oczywiście nie był to ślub z punktu widzenia prawa. Decyzja sądu jest bowiem dla indyjskich homoseksualistów nie zwieńczeniem starań, ale ich początkiem: przełomem, dającym nadzieję na to, iż w przyszłości takich werdyktów i zmian może być więcej, w innych stanach kraju lub nawet w całym państwie. Jak łatwo się domyślać, ich droga do tego punktu nie była łatwa. Paragraf 377 istnieje wszak od XIX w. a Indie są niepodległe od ponad 60 lat i aż do tego momentu w kwestii stosunków jednopłciowych nic się nie zmieniało. Zagadnienie homoseksualizmu zamiata się często w Indiach pod dywan; wielu ludzi wydaje się udawać, iż w Indiach gejów i lesbijek nie ma. W roku 1986 po raz pierwszy w indyjskich mediach homoseksualista przyznał się wprost do swojej orientacji. Człowiekiem tym był dziennikarz Ashok Row Kavi (wym. Aśok Ro Kawi), który potem zaś stał się jednym z najważniejszych gejowskich działaczy i założycielem pierwszego pisma dla gejów. Gdy w 1998 na ekranach indyjskich kin pojawił się film Fire, w którym pojawia się historia miłości między dwiema lesbijkami, faktycznie rozniecił on ogień – hinduscy fundamentaliści atakowali niektóre kina, w których dzieło było wyświetlane. Jednakże od pewnego czasu środowiska homoseksualistów (a także transseksualistów i innych mniejszości seksualnych) stały się bardziej aktywne i widoczne – i zaczęły odnosić pierwsze sukcesy. W ostatnich latach zaczęły odbywać się w Indiach parady gejów. W roku 2001 pozarządowa organizacja Naz Foundation złożyła do delhijskiego sądu pozew interesu publicznego (public interest litigation petition), w którym sugerowała niezgodność zakazującego homoseksualizm paragrafu 377 z konstytucją Indii. Sąd najpierw odrzucił rozpatrywanie pozwu, wtedy jednak działacze poszli do Sądu Najwyższego, który zdecydował, iż sąd niższej instancji musi go rozpatrzyć. Rozstrzygnięcie sądu w tej kwestii właśnie poznaliśmy. Ponadto, w roku 2006 ukazał się film Thaang (w angielskiej wersji: Quest), również zajmujący się zagadnieniem homoseksualizmu (reżyser filmu nakręcił wcześniej w latach 90. film o transwestytach). Na marginesie tych procesów można dodać, iż w 2008 do kin trafiła komedia Dostana, która – w przeciwieństwie do Fire czy Quest – kwestie homoseksualne traktuje jedynie humorystycznie, ale przynajmniej w ogóle ich temat podnosi.[i]

            Czy jednak werdykt jednego sądu na jednym terytorium, choćby i stołecznym, rzeczywiście musi zapowiadać lawinowe zmiany? Czy rozpoczęty decyzją sędziów trend nie może zostać w przyszłości powstrzymany, lub nawet odwrócony? Otóż może.

 

Sąd i rząd, czyli kto ma ostatnie słowo?

 

           

            Tak jak rządy indyjskich stanów mają nad sobą rząd centralny, tak sąd terytorium Delhi ma nad sobą Sąd Najwyższy republiki Indii. Wkrótce po wydaniu osławionego już werdyktu przez delhijski sąd został on zaskarżony do Sądu Najwyższego. Człowiek, który jako pierwszy zwrócił się do sądu jest ponoć… astrologiem, ale biorąc pod uwagę opór konserwatywnych środowisk jest rzeczą oczywistą, iż jeśli nie on, prędzej czy później uczyniłby to kto innego. Teraz pozostaje czekać na werdykt Sądu Najwyższego. Jeśli podtrzyma on decyzję sądu delhijskiego, to może być to odczytane jako zielone światło dla innych sądów stanowych (jeśli będą tam środowiska przychylne homoseksualistom), zanegowanie werdyktu zaś może przynieść skutek odwrotny. Ponadto, może się okazać, iż ostatnie słowo w całej sprawie będzie mieć nie sąd, ale rząd.

            W tym miejscu warto przywołać pewną głośną sprawę z przeszłości Indii. Chociaż będzie to długa dygresja, na koniec okaże się całkiem mocno powiązana z głównym wątkiem tekstu. W latach 70. Shah Bano (wym. Śah Bano), indyjska muzułmanka, zwróciła się do sądu z prośbą o przyznanie jej środków do życia z racji tego, iż jej mąż przestał płacić alimenty. Problem, w telegraficznym skrócie, polegał na tym, iż muzułmanie mają w Indiach swoje własne prawo rodzinne. Według tegoż prawa, mąż ma obowiązek płacić alimenty tylko przez tzw. okres iddat (ok. trzech miesięcy), prawo republiki Indii mówi jednak co innego. Istnienie osobnego prawa rodzinnego muzułmańskiego jest w gruncie rzeczy w sprzeczności z konstytucją Indii, bo konstytucja stwierdza, że wszyscy obywatele są równi wobec prawa, a jeśli żona muzułmanina ma inne prawa niż żona wyznawcy innej religii, to równości oczywiście nie ma. Konstytucja stwierdza też, iż rząd będzie ,,starał się’’ zunifikować prawo (czytaj: zlikwidować odrębność muzułmańskiego prawa rodzinnego), ale dotąd tego nie uczyniono. Shah Bano wykorzystała tą rozbieżność, domagając dla siebie takich praw, jakie mają kobiety, które rozwiodły się z nie-muzułmanami. Ostatecznie w 1985 Sąd Najwyższy ogłosił werdykt na jej korzyść. To jednak spotkało się z potężnymi protestami ortodoksyjnych środowisk islamskich, uznających to za zamach na odrębność ich prawa rodzinnego. ,,Afera Shah Bano’’ urosła do takich rozmiarów, iż rząd ówczesnego premiera Radżiwa Gandhiego przestraszył się furii muzułmańskich ortodoksów i postanowił pójść im na rękę. W 1986 parlament wydał ustawę, która anulowała werdykt sądu, tym samym ostatecznie oddalając skargę Shah Bano.

            Jak ta dawna historia ma się do kwestii homoseksualistów? Po pierwsze, pokazuje ona, iż sądy mogą być w Indiach siłą dającą sygnał do radykalnych zmian społecznych. Po drugie jednak, finał sprawy pokazuje, iż odpowiednio silne naciski ze strony ortodoksów czy wręcz fundamentalistów mogą wymóc na indyjskim rządzie wycofanie się ze swoich decyzji. Po trzecie, afera Shah Bano skończyła się niebezpiecznym precedensem: parlament przekreślił werdykt sądu. Pokazał tym samym, że jest władzą w gruncie rzeczy wyższą od teoretycznie niezależnej władzy sądowniczej. Nie jest to jedyny tego typu przykład w dziejach współczesnych Indii. Jeśli zatem sprawa homoseksualistów nabierze podobnych rumieńców ostateczną instancją może okazać się nie Sąd Najwyższy, a rząd i parlament, a rozstrzygającą kwestią będą nie niuanse prawne, a stopień natężenia oporu środowisk ortodoksyjnych.

 

            Cicha rewolucja czy głośny zastój?

 

Jak dotąd, prawdziwa burza się nie zaczęła. Owszem, różne środowiska religijne, jak i prywatne osoby wyraziły swój przeciw. Kwestia ta połączyła zatem – nierzadko skłóconych – ortodoksów hinduskich, muzułmańskich i chrześcijańskich. Również pięciu wysokich duchownych religii sikhijskiej wydało deklarację potępiającą werdykt sądu i upominającej, by w żadnej gurudwarze (świątyni sikhijskiej) nie dopuszczano do małżeństw homoseksualistów. Jako przykład skrajnych reakcji może posłużyć wypowiedź Swamiego Baby Ramdeva, który stwierdził, iż homoseksualizm jest chorobą, którą wyleczyć można przez… ćwiczenie jogi (co budzi skojarzenia z podobnym wypowiedziami w naszej części świata). Ale wszystkie te protesty są niczym w porównaniu z huraganem, jaki przetoczył się w Indiach podczas afery Shah Bano. Ba, są one nawet niczym w porównaniu z reakcją na wspomniany film Fire, kiedy to przecież fundamentaliści szturmowali i dewastowali sale kinowe. A przecież w kwestii Shah Bano protestowali jedynie ortodoksi muzułmańscy, w sprawie homoseksualistów zaś zgodne są niemal wszystkie skrajne środowiska religijne. Na marginesie: werdykt sądu pewnie zmartwił też niektórych policjantów, którzy wykorzystywali paragraf 377, by nękać spotkanych na ulicy ludzi (w Indiach trzymanie się za rękę przez dwóch mężczyzn jest naturalne i nie musi oznaczać homoseksualizmu) i grożąc aresztowaniem za homoseksualizm wyłudzali łapówki…

            Dlaczego zatem ortodoksi reagują w tak ,,umiarkowany’’ – jak na Indie – sposób? Czy jest to znak zmieniających się czasów, sygnał, iż coraz większa część indyjskiego społeczeństwa zaczęła tolerować homoseksualizm? Czy to dlatego, iż zezwolono wszak jedynie na stosunki homoseksualne, ale nie związki? A może to dopiero początek, i prawdziwy ruch oporu przeciw werdyktowi sądu jeszcze się rozkręci? A może to po prostu dlatego, iż na razie werdykt tyczy się samego terytorium Delhi? Może prawdziwa próba sił rozegra się wtedy gdy o stosunkach homoseksualnych będzie decydować Sąd Najwyższy i rząd związkowy republiki Indii? Jak wtedy zachowają się rządzący?

Jak wiadomo, w parlamencie związkowym Indii już drugą kadencję rządzi koalicja prowadzona przez centrolewicowy Indyjski Kongres Narodowy. Już za pierwszej kadencji (2004-2009) zza politycznych kulisów dobiegały głosy, iż rządzący rozważają zmianę prawodawstwa na korzyść homoseksualistów. Nic takiego jednak się nie stało. Wygląda na to, co zresztą właściwie otwarcie przyznał premier, że w koalicji była na ten temat różnica zdań, dzieląca nawet ministrów. Jednak całkiem niedawno, już za nowej kadencji, ponownie pojawiły się informacje, iż rząd może zalegalizować homoseksualizm. Co ciekawe, pojawiły się one na kilka dni przed ogłoszeniem werdyktu przez delhijski sąd (i zbiegły się w czasie z ,,Paradą Równości’’ w Delhi). Trudno uznać to za przypadek. Być może zatem rząd i sąd wysyłają sobie sygnały, wspólnie badając wzajemne reakcje, jak i opinię społeczeństwa, by później uniknąć niezdrowego konfliktu między dwoma władzami i przebijania werdyktu ustawą, jak to miało miejsce za afery Shah Bano. Zresztą, przykład Shah Bano jest tu pewnym ekstremum. Wiele innych decyzji sądu i ustaw parlamentu, również mocno ingerujących w tradycję i strukturę społeczeństwa, przechodziło bez większych sporów. Czy tak samo może być z homoseksualistami?

Wysyłanie sygnałów przez rząd nie jest oczywiście jednoznaczne z podejmowaniem odpowiednich kroków. Pomyślmy: poprzedni rząd nic w sprawie homoseksualistów nie zmienił, bo najwyraźniej był w tej kwestii podzielony. Ale skoro w Nowym Delhi rządzi teraz (do pewnego stopnia) ta sama ekipa co w ubiegłej kadencji, to czy dawne podziały mogły nagle zniknąć? Wydaje się, że nie. Po werdykcie delhijskiego sądu premier zalecił trzem ministrom ze swojego rządu spotkać się, zapoznać z decyzją sądu i ,,ustalić stanowisko rządu’’. Spotkanie odbyło się w dwa dni po werdykcie, 4 lipca, ale po spotkaniu ogłoszenie stanowiska rządu nie nastąpiło. Pojawiło się natomiast zapewnienie ministra ds. mniejszości, iż w koalicji nie ma w tej kwestii różnic poglądowych. A takie deklaracje w polityce często należy rozumieć na odwrót – iż różnice istnieją. Nieoficjalnie wymienia się nawet nazwiska ministrów i partii będących za i przeciw. Może premier zorganizował spotkanie ministrów przede wszystkim po to, by rozstrzygnęli swój spór? Pytanie jak wielkie są tą różnice zdań i czy mogą być rozwiązane. Bo jeśli nie mogą, to czy Kongres (największa z rządzących partii) zaryzykowałby wspieranie dążeń homoseksualistów kosztem sporu ze swoimi cennymi koalicjantami? I czy sam Kongres jako partia nie okaże się w tej kwestii rozdarty?

Być może zatem mamy do czynienia z dobrze skrywanym politycznym impasem. Jeśli tak, to na razie rządzący mogą po prostu przeczekać, bo wszak obowiązku wydawania żadnej ustawy nie mają, a swoje stanowisko w sprawie mogą zbywać ogólnikami. W zasadzie w Indiach parlament związkowy może część kwestii po prostu zostawić parlamentom i sądom poszczególnych stanów, samemu o niczym nie decydując. Ale teraz sprawa poszła aż do Sądu Najwyższego, a jego werdykt obejmuje już terytorium całego państwa. Tu już jest wóz albo przewóz, sąd musi coś powiedzieć – za lub przeciw. Zupełnie innym pytaniem jest kiedy to zrobi. Przecież od pierwszego przedłożenia pozwu delhijskiemu sądowi (2001) do ogłoszenia werdyktu minęło osiem lat…

Jak widać, przyszłość prawodawstwa dotyczącego homoseksualizmu jest bardzo niepewna. Los werdyktu sądu delhijskiego zależy od werdyktu Sądu Najwyższego, którego losy będą z kolei zależeć od stanowiska rządu związkowego. Obecny rząd jest zaś najwyraźniej podzielony, a ponadto będzie pilnie sondował nastroje społeczne, a te mogą się jeszcze zaostrzyć. Jedna rzecz jest jednak bezsprzeczna. Wydarzenia ostatnich lat, w tym werdykt delhijskiego sądu, sprawiły, iż przynajmniej o homoseksualizmie zaczęto w Indiach dyskutować, zamiast udawać, iż on nie istnieje. Nawet jeśli homoseksualiści nie doprowadzą na razie do trwałej zmiany prawa, to udało im się wyjść z cienia, złamać dotyczące ich tabu, zmusić opinię publiczną do rozmawiania na ich temat. Już to jest wielką zmianą i ich niewątpliwym sukcesem.

 

 Aktualizacja: Sąd Najwyższy podtrzymał decyzję sądu delhijskiego. W chwili obecnej stanowisko rządu nie jest jeszcze znane.

Portal WWW.POLSKA-AZJA.PL to miejsce  swobodnej wymiany opinii i idei – powyższy artykuł wyraża poglądy autora.


[i] Film Dostana wkrótce trafi do dystrybucji i w Polsce, prawdopodobnie pod tytułem To właśnie przyjaźń.

 

To, że unikano opisywania tematyki homoseksualnej wprost, nie oznacza, że nie robiono tego w przenośni.

I tak np. wspomniany gejowski działacz Ashok Row Kavi doszukuje się wątków homoseksualnych w wielu starszych indyjskich filmach, w tym i tych, które stały się wielkimi hitami. Przeczytać o tym można tu:

http://media.opencultures.net/queer/data/indian/changing_image_of_hero_kawi.pdf

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Miłość i paragraf, czyli o debacie wokół legalizacji homoseksualizmu w Indiach Reviewed by on 21 lipca 2009 .

  Jeśli ktoś przeczytał niedawno, iż w Indiach zalegalizowano homoseksualizm, to przeczytał informację nieprawdziwą. Związki i stosunki homoseksualne są nadal w większości tego kraju nielegalne. Co zatem naprawdę stało się w Indiach?             By rozwiać wszelkie wątpliwości– to nie będzie tekst o kulturowej pozycji homoseksualizmu w Indiach. Do tego bowiem należy przeanalizować postrzeganie tego zjawiska w

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 6

  • bardzo ciekawy artykul. dziekuje za profesjonalne opisanie sytuacji. pozdrawiam. Agnieszka

  • Bardzo ciekawy artykul- sama kiedys chcialam na ten temat napisac licencjat ale bardzo trudno bylo mi zebrac materialy w Indiach. jeszcze raz gratuluje artykulu!!!

  • @Dario-pol

    Prosimy o odpowiedz

  • @dario-pol

    Szanowny Panie/Pani,

    Nie zamierzamy ceznurowac tekstow autorow, czy komentarzy, uznajac iz kazdy ma prawo do zaprezentowania swoich opinii i pogladow.
    Jesli nie podoba sie Panu art. Krzysztofa Iwanka, prosze podjac z nim polemike oparta na argumentach i wykazac gdzie sie pomylil, byl stronniczy itd.

    Nie otrzymujemy zadnych pieniedzy od roganizacji pro-gayowskich. Jesli zechce Pan napisac tekst o obronie konserwatywnych wartosci w Indiach/Kambodzy/Laosie/Malezji i uznamy ze jest dobry tez go wydrukujemy.

    Tymczasem zachecam do rozmowy z autorem, ktory b.powaznie potraktowal Pana ( emocjonalny ) wpis,

    Cspa

  • Panie (a może Pani?) Dario-pol:
    dwie kwestie – moich poglądów i zawartości artykułu.

    Zarzuca mi Pan nieobiektywność i stronniczość. Tymczasem – w moim mniemaniu – artykuł zastał tak napisany, by był zdystansowanym opisem kolejnych wydarzeń.
    Pan jednak wyjmuje pewne fragmenty z kontekstu i nadaje im fałszywe znaczenie.
    Idźmy po kolei:
    1) ,,pozostałość”
    Owszem, ten paragraf jest pozostałością czasów brytyjskich, a nie ustawą z czasów późniejszych.
    2) ,,jest co świętować”
    A z którego to tekstu? Bo nie z mojego.
    Ja napisałem tak: ,,indyjscy homoseksualiści mają co świętować – i rzeczywiście świętują.” Co w tym stronniczego? To fakt, że oni w swoim mniemaniu mają co świętować. I to fakt, że świętują. Którego z tych dwóch faktów Pan nie uznaje?
    3) ,,nadzieja”
    A to jest najbardziej wyrwany z kontekstu wyraz. Czyja nadzieja? I na co? Napisałem bardzo wyraźnie:
    ,,Decyzja sądu jest bowiem dla indyjskich homoseksualistów […] przełomem, dającym nadzieję na to…”
    Ze zdania wynika bardzo wyraźnie, że decyzja jest DLA HOMOSEKSUALISTÓW przełomem dającym nadzieję.
    I znowu – co w tym stronniczego? To jest kolejny fakt: że pierwszy werdykt daje homoseksualistom nadzieję na kolejne zmiany. Werdykt może się Panu nie podobać, nadzieje homoseksualistów mogą się nie podobać, ale istnienie jednego i drugiego jest faktem.

    To zadziwiające, że po werdykcie 2 lipca, w zalewie tekstów twierdzących, że homoseksualizm jest w Indiach legalny wszędzie to akurat mój tekst (w momencie jego pisania werdyktu Sądu Najwyższego jeszcze nie było), stwierdzający, że homoseksualizm w większości Indii legalny nie jest, został przez Pana uznany za stronniczy.

    Druga rzecz. Moje poglądy. Owszem, nie przeszkadza mi, że stosunek seksualny dwóch zgadzających się na to dorosłych osób homoseksualnych nie jest karalny.
    Ale mój tekst, i to widać gołym okiem, nie jest akurat o tym, co ja o tym myślę, ale jaka jest sytuacja legislacyjna.
    Zwracam uwagę, iż napisałem o tym wszystkim, co zmiany w legislacji może powstrzymać, co mogłoby być równie dobrze dowodem, że jestem stronniczy w drugą stronę, że jestem antygejowski (bo nie każdy tekst wspomina o tym, że te zmiany nie są ostateczne), ale to wszystko już Pan w swoim komentarzu przemilczał.

    A co tego, że ,,powinienem się wstydzić” – rozumiem, że to Pan ocenia, czego ja się powinienem wstydzić?

    CO do opłacania CSPiA przez środowiska homoseksualne to jest to już potwarz, ale tu, jak sądzę, redaktorzy się wypowiedzą.

    I jeszcze jedno:
    ,,zycze powodzenia Hindusem w walce o normalnosc,”
    Rozumiem, ze to Pan ocenia czym jest ,,normalność” w Indiach? Byłbym z tym szalenie ostrożny, bo ta ,,normalność” w Indiach może się okazać zupełnie inaczej definiowana niż w Europie. I inaczej definiowana w zależności od konkretnej kultury i grupy.

  • Panie Iwanek,
    Powinien Pan sie wstydzic tego art. Nie ukrywa Pan tutaj swoich progejowskich symptaii. Zamiast obiektywnie opisywac i relacjonowac legislacyjna walke jaka sie tam toczy,uprawia Pan propagande pro-homo: uzywa Pan slow „pozostalosc” przyjmuje Pan perspektywe progejowska „jest co swietowac”, „nadzieja” itd.
    Dziwie sie red. portalu ze to puszczaja. Czy Wam placi za to homoseksualne lobby?
    pozdrawiam i zycze powodzenia Hindusem w walce o normalnosc,
    Dario-pol

Pozostaw odpowiedź