Birma news,Komentarze,Publicystyka

Michał Lubina: Po wyborach w Birmie bez zmian

marxpix/CCBY

marxpix/CCBY

W ciągu ostatnich kilku miesięcy w Birmie wiele się wydarzyło. Najpierw były wybory 7 listopada. Potem, w ich następstwie, 14 listopada uwolniono Aung San Suu Kyi. Później: zmieniono nazewnictwo państwowe (oficjalna nazwa Birmy brzmi dziś Republika Związku Myanmar) i symbole narodowe (niebiesko-czerwoną flagę zastąpiła żółto-zielona-czerwona, o takim samym układzie kolorów jak flaga Litwy, tylko z białą gwiazdą w środku). Powołano, po ponad 20 letniej nieobecności, parlament, pierwsza sesja odbyła się 31 stycznia. Wyłoniono nowego prezydenta (4 lutego, zaprzysiężenie 12 lutego). Wydawać by się mogło, ze wszystko się zmieniło. Tak naprawdę jednak nie zmieniło się nic.

By pokazać, że nic się nie zmieniło, trzeba najpierw rozszyfrować miejscowe rozumienie pojęć, ponieważ różni się od naszego. Wybory to igrzyska z ordynacją ustawioną na korzyść junty, brakiem NLD i wynikiem z góry wiadomym do przewidzenia. Parlament – rezydujący w nowo wybudowanym, gigantycznym gmachu w tworzonym od zera Naypyidaw, nowej stolicy kraju, do którego nie można zbliżyć się na dziesiątki kilometrów – swoim realnym wpływem na sytuację w kraju przypomina raczej sowiecką Radę Najwyższą, albo chiński OZPL. Prezydent, były premier Thein Sein, to główny zausznik Than Shwe, w najlepszym wypadku ktoś w rodzaju birmańskiego Miedwiediewa, potrzebnego do ocieplenia wizerunku (służą temu m.in. przecieki na temat jego postawy podczas cyklonu Nargis). Zmiany nazw już raz przerabialiśmy: to obecna junta 20 lat temu pozmieniała wszystko, od nazwy Birma począwszy, a skończywszy na poprawianiu nawet tak „niewinnych” błędów jak Moulmein na Mawlemaine. Obserwacja zmian flag i barw narodowych przywodzić na myśl może najlepsze gierkowskie wzorce bielenia chodników i malowania trawy na zielono. Przez cały luty, od Rangunu począwszy, na wsiach Górnej Birmy skończywszy, można było patrzeć jak urzędnicy pospiesznie wywieszają nowe flagi, a służby miejskie w popłochu przemalowują barwy na posterunkach policji i w punktach kontrolnych wojska. W kraju nic się nie zmieniło, bieda aż piszczy, ale teraz każdy posterunek błyszczy blaskiem świeżej farby.

Wreszcie ostatnie z wydarzeń, najbardziej medialne, uwolnienie Aung San Suu Kyi (swoją drogą fakt jednoznacznie radosny) też nic się nie zmieniło. Cóż z tego, że odzyskała wolność, skoro NLD jest wciąż zdelegalizowana, a możliwości manewru politycznego jego przywódczyni – ograniczone. Fakt, pozwolili Aung San Suu Kyi podłączyć się do Internetu, ale znając jego szybkość w Birmie, a szczególnie – możliwości dotarcia do społeczeństwa, można śmiało powiedzieć, ze junta niewiele tym krokiem zaryzykowała. A wręcz zyskała, bo teraz może mówić, że się liberalizuje. Na pokaz oczywiście. Najlepiej widać to w Rangunie, gdzie można już bez obaw podchodzić pod jej dom, a nawet robić mu zdjęcia (coś nie do pomyślenia kilka miesięcy temu), ale to może cieszyć tylko tych, którzy do Birmy przyjechali na chwilę i chcą mieć pamiątkę. Na życie Birmańczyków wszystkie zmiany związane z je uwolnieniem nie mają żadnego wpływu. Z pewnością radują serca, lecz, przynajmniej na razie, nic nie zmieniają.

Tymi wszystkimi decyzjami junta nawiązuje do swojej tradycyjnej taktyki, zapoczątkowanej już przez Ne Wina, a rozwiniętej i udoskonalonej przez Than Shwe: wszystko zmienić, by nic nie zmienić. Wojskowi cały czas pokazują, że coś robią. A to przebierają się z mundurów w garnitury. A to obiecują wybory, wyznaczają ich daty, a czasem nawet je przeprowadzają (po swojemu). A to z kolei – zmieniają wszystkie nazwy i symbole państwowe. Służy to jednemu celowi: ukazaniu pozornych działań jako niezwykłej aktywności. Pokazaniu, że rząd działa, pracuje, buduje nową Birmę (czy raczej Myanmar). Ten przekaz kieruje się zarówno do swojej, jak i światowej opinii publicznej. Bardziej do świata, bo znając stosunek Birmańczyków do rządzących, można śmiało powiedzieć, że złudzeń nie mają.

A zagranica to co innego. Tam jest kogo omamić, komu wmówić, że idzie (tylko powoli) ku lepszemu i demokracji. Tam też jest zresztą wielu, którzy będą udawać, że wierzą. Będzie wiec teraz Birma miała parlament, rząd, a nawet prezydenta. Będzie on jeździł po świecie, próbując udowadniać, że sytuacja polityczna się normalizuje. Będzie brał udział w spotkaniach ASEAN, rozmawiał z Tajami, Chińczykami i Singapurczykami. Będzie dobrym ambasadorem Naypyidaw. Ale rządzić nie będzie.

By przekonać się, że nic się nie zmieniło, wystarczy wziąć do ręki birmańską „Prawdę”, propagandówkę New Light of Myanmar. Chociaż Birmańczycy używają jej do czyszczenia szyb, to jest ona nie najgorszym wyznacznikiem ostatnich wiatrów w Naypyidaw. New Light, jej stylistyka, język, a nawet papier, na którym jest drukowana, wydają się być niczym skamielina z innej epoki. Każdy numer, jak zawsze, rozpoczyna wiernopoddańczy cytat z Than Shwe. Tak było przed zaprzysiężeniem Thein Seina, tak jest i teraz. Nic się nie zmienia.

Than Shwe będzie chciał teraz zajmować wygodną pozycję a la Deng Xiaoping: nie piastować żadnych stanowisk, ale trzymać wszystkie sznurki. Problemem samego Starszego Generała (oficjalny tytul Than Shwe), a dramatem Birmy jest to, że on nie jest ani birmańskim Dengiem, ani nawet kimś w rodzaju Kaysone Phomvihane. On personifikuje to, co najgorsze w juncie: niekompetencję. To właśnie jest największy problem Birmy. Nie fakt, że władza jest niedemokratyczna i że nie przestrzega praw człowieka (można tak powiedzieć o co drugim rządzie w Azji). Przykład sąsiednich Chin pokazuje, że może istnieć władza skuteczna i spełniająca potrzeby obywateli, a jednocześnie łamiąca wszelkie uniwersalne prawa jednostki. W Birmie tak nie jest. Tu władza nie tylko nie spełnia absolutnie żadnych praw człowieka i społeczeństwa, ale co gorsze: jest słaba, zła, przeżarta korupcją i nieudolna. I nie ma dla niej realnej alternatywy. Birmańska armia, choć zła i niekompetentna, nadal jest jedyną w miarę sprawienie działająca instytucją w tym kraju. Generałowie twierdzą, że bez nich Birma by się rozpadła, co niekoniecznie jest prawdą, ale pokazuje też wyraźny rys mentalności wojskowych – wielkobirmański szowinizm. Pisze o tym Bogdan Góralczyk: armia birmańska świadomie nawiązuje do wzorów trzech imperiów birmańskich (czego budowa Naypyidaw jest najlepszą ilustracją), a to z kolei zapędza ten wieloetniczny kraj w kwadraturę koła i sytuację bez wyjścia. W efekcie nic się nie zmienia, albo zmiany są tylko pozorne – jak te ostatnie.

Zresztą, to już było. Takie manewry już przerabialiśmy w latach 90-tych. Także uwolniono Aung San Suu Kyi, łudzono liberalizacją. A potem, gdy świat nie chciał tańczyć, tak jak mu generałowie zagrali, znów przykręcali śrubę, zamykali Suu Kyi. I wszystko wracało do starego, ponurego porządku.

Czy tak będzie i tym razem? Wiele na to wskazuje. Prawda jest taka, że dopóki Than Shwe będzie u władzy nic się nie zmieni. Jedyne, na co można teraz (bardzo optymistycznie) liczyć, to fakt stopniowego i bardzo łagodnego ocieplenia, które w perspektywie (dłuższego) czasu może doprowadzić do jakiś zmian. Bardziej jednak prawdopodobnym wydaje się scenariusz przeciwny: że za chwilę znów dojdzie do zlodowacenia, czego ofiarą ponownie padnie Aung San Suu Kyi, z kolejnym symbolicznym aresztem domowym. (Społeczeństwo obawia się nawet, że junta będzie chciała targnąć się na jej życie; już raz przecież próbowała.)

Można mieć nadzieję, że tym razem tak nie będzie. A – jak wiadomo – nadzieja umiera ostatnia.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Michał Lubina: Po wyborach w Birmie bez zmian Reviewed by on 24 lutego 2011 .

W ciągu ostatnich kilku miesięcy w Birmie wiele się wydarzyło. Najpierw były wybory 7 listopada. Potem, w ich następstwie, 14 listopada uwolniono Aung San Suu Kyi. Później: zmieniono nazewnictwo państwowe (oficjalna nazwa Birmy brzmi dziś Republika Związku Myanmar) i symbole narodowe (niebiesko-czerwoną flagę zastąpiła żółto-zielona-czerwona, o takim samym układzie kolorów jak flaga Litwy, tylko z

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

komentarze 4

  • Bardzo Panu dziekuje. Wlasnie wybieram sie do miasta-widma :) z zona
    Jestem troche podobnie szalony ja Pan :) Z reportazu wnioskuje, ze kraj jest raczej bezpieczny dla bialych, prawda? Dotychczas bylem w Birmie, ale tylko w Tachileik i jego okolicach, w promieniu ok. 10 km. Dalej przewodnicy nie chcieli jechac, bali sie, twierdzili, ze jest niebezpiecznie. Tachileik , podobnie jak tajskie Mae Sai jest urocze i ma jakis przedziwny romantyzm, zas Birmanczycy, nie liczac nachalnych sprzedawcow podrobek, bardzo zyczliwi i srdecznie. Jakiez bylo moje zdziwienie, ze calkiem przyzwoite papierosy mozna kupic za 10 bath, czyli za zlotowke, i to wcale nie z przemytu, mialy banderole.
    dziekuje Panie Michale

    • Witam!

      Również serdecznie pozdrawiam!
      Birma jest najbezpieczniejszym krajem Azji Południowo-Wschodniej(i najwspanialszym swoją drogą też), więc się proszę niczym nie martwić!

      pozdrowienia!
      Michał Lubina

  • Panie Michale! Mam istotne pytanie. Pisze Pan:

    „(…)Parlament – rezydujący w nowo wybudowanym, gigantycznym gmachu w tworzonym od zera Naypyidaw, nowej stolicy kraju, do którego nie można zbliżyć się na dziesiątki kilometrów (…)”

    tymczasem jak czytam Panski reportaz (doskonaly, gratuluje) na mojeopinie.pl okazuje sie, ze bez problemow dotarl Pan do Naupyidaw. Jak to w koncu jest? Mozna tam dotrzec czy nie? Bo ten tekst pozostaje w sprzecznosci z Panskim wspomnianym reportazem o nowej stolicy ZM, doskonale przez Pana okreslonej mianem miasta-widma :)
    pozdrawiam

    • Witam!

      dziekuje serdecznie za mile slowa!
      Uscislam, bo rzeczywiscie to zdanie jest nieprecyzyjne – do parlamentu nie mozna sie zblizac, do miasta Naypyidaw – mozna. Moj reportaz na mojeopinie.pl pisalem po tym, jak chodzilem po Naypyidaw pieszo (nie polecam). Teraz mialem samochod i kierowce, ale i tak nas nie puscili dalej niz do ronda, z ktorego sie skreca na parlament. I to mimo,iz bylismy 12 lutego, na dzien Unii (a moze wlasnie dlatego, choc kazdy pretekst jest dobry). Nic to – uparty jestem, bede probowal nastepnym razem.
      Reasumujac: do Naypyidaw mozna sie dostac bez problemu, ale do kluczowych budynkow w nim (tzn. najciekawszych – parlamentu czy placu z posagami zalozycieli 3 imperiow birmanskich) nie. One sa dla armii, nie dla ludu.

      Pozdrawiam serdecznie,
      Michal Lubina

Pozostaw odpowiedź