Relacje z podróży

Malezja, Singapur, Filipiny, Tajlandia, Laos – to była podróż! Część II

Jakub Hetmańczyk– socjolog, świeżo po ukończeniu studiów ruszył w trzymiesięczną wyprawę po Azji Południowo-Wschodniej. Jak twierdzi był to pierwszy i z pewnością nie ostatni raz w Azji… W części drugiej jego podróży trafiamy na Filipiny. Dlaczego jest tam tak dużo boisk do koszykówki? Na czym polega windows-shoping? Dlaczego kraj ten przypomina Amerykę Południową i jak wygląda tamtejszy katolicyzm? Odpowiedzi między innymi na te pytania znajdziecie w poniższym artykule:

Na Filipinach lądujemy pod koniec maja. Okazuje się, że miejscem naszego przylotu nie jest lotnisko w Manili jak podawała strona linii lotniczych, ale Clark, miasto oddalone o blisko dwie godziny od stolicy Filipin. Clark to dawna baza wojskowa Amerykanów, którzy stacjonowali na Filipinach do 1991. Obok Clark położone jest słynne miasto, zawdzięczające swoją niechlubną sławę amerykańskim żołnierzom. Angel, bo tak nazywa się ta miejscowość, tworzą ulice oświetlane praktycznie 24 godziny na dobę neonami należącymi do domów publicznych. Po opuszczeniu przez amerykańskie wojsko Filipin Angel straszy przyjezdnych niespotykaną liczbą prostytutek, które często są córkami kobiet pracujących w tym mieście w okresie jego największego prosperity tzn. w czasie wojny wietnamskiej. Prostytucja dziedziczna jak i prostytucja nieletnich jest wielką bolączką Filipin, widoczną dla każdego odwiedzającego ten kraj.

Bezdroża

Bezdroża

Mając nieco ponad dwa tygodnie na eksplorację tego dużego kraju, a dokładniej archipelagu złożonego z ponad 7000 wysp, zdecydowaliśmy, że Manilę (usytuowaną na wyspie Luzon) zwiedzimy przed wylotem, a póki co skierujemy się na południe. Mindanao (południowa wyspa, zamieszkiwana przez muzułmanów) oraz północne wyspy odłożyliśmy na kolejne spotkanie z Filipinami – w czasie, w którym podróżowaliśmy, północ była nawiedzana przez potężne ulewy, a Mindanao z przyczyn logistycznych była zbyt odległa.

Przez pięć dni naszej peregrynacji przez piękne bezdroża oraz brudne i głośne miasta zdaliśmy sobie sprawę, że Filipin nie da się jednoznacznie określić. Z jednej strony jest to kraj katolicki – jedyny w tej części Azji, posiadający silne europejskie powiązania – przez blisko 400 lat był pod kontrolą Hiszpanów, o kulturze zorientowanej na Stany Zjednoczone, mam tu na myśli bardzo widoczny proces westernizacji życia codziennego. Z drugiej strony na Filipinach katolicyzm jest silnie zabarwiony animistycznymi wierzeniami, niektóre praktyki religijne wymakają się wszelkim klasyfikacjom. Występuje kilka języków lokalnych używanych przez ludność mimo dominacji języka angielskiego, a wciąż dużą rolę w społeczeństwie pełnią wróżbici i uzdrawiacze o międzynarodowej sławie.

Naga

Naga

Przebyliśmy  ponad 500 kilometrów korzystając z kolejnej amerykańskiej pozostałości – jeepneyów. Dystans nie jest szczególnie wyśrubowany, ale biorąc pod uwagę komfort podróżowania tym wszechobecnym środkiem komunikacji chyba zasługuje na uznanie. Jeepney’e to przebudowane wysłużone amerykańskie jeepy, często mające ponad 40 lat, których właściciele oprócz wstawienia ławeczek do tylnej części pojazdu dekorują kabinę i maskę niezliczoną liczbę napisów i rysunków. Królują religijne wezwania np. „Only Jesus will save us”.   Taki pojazd rozpędza się do 40- 50km/h, zabiera kilkanaście osób na pakę – nasz rekord to bodajże 23 osoby plus kilka kur i wiader z mlekiem kokosowym,  i staję średnio co 500 metrów. Brak tu jasno wyznaczonych przystanków, wystarczy zagwizdać, uderzyć kilkakrotnie monetą o metalowy stelaż paki lub wypowiedzieć magiczne słowa „para, para” i dławiący się ropą pojazd staje jak wryty pod zbitymi z przedziwnych elementów domostwami autochtonów. Każdego dnia w jeepneyach spędzaliśmy kilka długich godzin, poznając przy tym podróżnych, zawsze żywo zainteresowanych rozmową i dyskusją z obcokrajowcami. Filipińczycy w ogóle nie koncentrują się na uznanych w Europie pewnych konwenansach w komunikacji. Pierwszymi pytaniami, które zadają są pytania o wiek, stan cywilny, wyznawaną religię czy wielkość rodziny. Zawsze rozmowie towarzyszy uśmiech i radość. Ta długa podróż mogłaby być zastąpiona przez godzinny lot samolotem, ale na nasze szczęście zdecydowaliśmy się na lądowe zwiedzanie Filipin. Dzięki temu odwiedziliśmy tak mało znane miejscowości jak: Lucban – tutaj trafiliśmy na festiwal religijny ku czci Świętego Izydora, zaniedbany Sorsogon – o wyjątkowo słabym zapleczu hostelowym, brudna Naga czy Legaspi- w pobliżu którego jest położony Mt. Mayon, prawdopodobnie najbardziej symetryczny wulkan na świecie. Po pięciu dniach włóczęgi, w tym kilku przeprawach promowych, dostaliśmy się na  Bohol – wyspę, wizytówkę Filipin.

Czekoladowe Wzgórza, Bohol

Czekoladowe Wzgórza, Bohol

Na większości materiałach promujących turystykę na Filipinach znajdziemy położone na Boholu Czekoladowe Wzgórza czy żyjące tutaj sympatyczne małpki tarsiery, lecz na nas ani wspomniane wzgórza (których nazwa pochodzi od koloru pokrywającej je trawy w czasie jej wegetacji) ani te urocze zwierzęta nie wywarły tak dużego wrażenia jak uśmiech zamieszkujących tutaj ludzi. Zresztą pozytywne nastawienie do świata cechuje cały naród, co potwierdza przeprowadzone kilka lat temu badanie dotyczące najbardziej szczęśliwych społeczeństw na świecie. Listę otwierają właśnie Filipiny. Mieszkańcy Boholu jak i innych małych wysp koncentrują się głównie na rodzinie, na prowadzeniu spokojnego życia w przepięknej scenerii, a nie na pędzie ku wychwalanemu na Zachodzie pieniądzowi. Mieszkańcy wiosek rzadko kiedy mają całodzienny dostęp do energii elektrycznej, zazwyczaj korzystają z agregatów. Życie regulowane jest w sposób naturalny, zaczyna się o wschodzie słońca: gwar panuje do 18, kiedy to ulice pustoszeją, a ostatnie jeepneye kończą swoje trasy.  Czasami tylko z maszyn karaoke rozbrzmiewają tandetne zachodnie rytmy, do których rozkochani w karaoke Filipińczycy uparcie i bez wstydu starają się dodać słowa.

Dla nas niespodziewanym widokiem były boiska do koszykówki mijane w wioskach i miasteczkach niemalże tak często jak kościoły. Często ich budowa jest współfinansowana przez bogatych sponsorów, częściej jest to kawałek wydeptanej ziemi z dwoma zbudowanymi z wymyślnych materiałów koszami. Kilkudziesięcioletnia obecność Amerykanów na filipińskiej  ziemi spowodowała, że największym marzeniem tutejszej młodzieży jest gra w NBA albo przynajmniej możliwość podróży do Stanów na mecz swojej ulubionej drużyny koszykarskiej. Filipińczycy grają w kosza przez cały dzień, 40 stopniowy upał nie jest dla nich straszny. Do tej pory żadnemu Filipińczykowi nie udało się jednak  zagrać w lidze amerykańskiej, która jest bacznie śledzona przez milionową rzesze widzów. Mecze koszykówki popularnością ustępują tylko imprezom karaoke. Filipińczycy zdecydowanie kochają się bawić i śpiewać.

Na Boholu odwiedziliśmy jeszcze zatłoczony port Tagbilaran, a następnie udaliśmy się do Cebu, czwartego pod względem wielkości miasta na Filipinach, leżącego na wyspie o takiej samej nazwie. To tu właśnie 7 kwietnia 1521 roku przybył portugalski odkrywca w służbie Królestwa Hiszpanii Ferdynand Magellan. W miejscu swojego lądowania postawił krzyż, który przetrwał do dzisiaj. Magellan zginął na pobliskiej wyspie Mactan, dokładnie 20 dni po odkryciu Filipin, zamordowany przez jej mieszkańców dowodzonych przez wodza Lapu Lapu.  W Cebu spędziliśmy 4 dni, aktywnie zwiedzając miejskie jak i rozproszone po wyspie atrakcje. Towarzyszyli nam członkowie międzynarodowej społeczności podróżniczej – CouchSurfing. To dzięki nim zwiedziliśmy niewspominane w przewodnikach stare świątynie chińskie czy nieznane wodospady Kawasan. Również z nimi odbyliśmy island hopping czyli jednodniową eskapadę po okolicznych wysepkach typową łodzią filipińska (posiadająca kadłub oraz dwie płozy) połączona z nurkowaniem i pływaniem.

Ten etap podróży po Filipinach wspominamy najmilej, ponieważ poznaliśmy z bliska zwyczaje Filipińczyków, ich kulturę i przynajmniej w zarysie ich mentalność. Tutaj też spróbowaliśmy baluta czyli przysmaku filipińskiego. Balut jest to gotowane jajko  kaczki, które może być przyrządzone na różnych etapach jego rozwoju. I tak mamy baluty dwunasto-,  szesnasto- czy dwudziestojednodniowe. Konsument sam wybiera odpowiedni typ.

Balut

Balut

Z Cebu lokalnymi liniami lotniczymi (nie mieliśmy już niestety czasu na powrót lądem) pognaliśmy, do założonej w 1571, roku Manilli, gdzie również goszczeni przez Couchsurfingowców mieliśmy okazję posłuchać na żywo filipińskiej muzyki alternatywnej oraz odkryć stare zabudowania hiszpańskiej twierdzy Intramuros. Manila w porównaniu choćby z Cebu rozczarowuje. Przypomina bardziej jakąś nadszarpnięta czasem i dyktaturą południowoamerykańską stolicę niż podobno prężnie rozwijającą się jedenastomilionową metropolię. Ciągły ruch, huk, nielogiczna architektura i zanieczyszczenie powietrza odstrasza (nawet w porównaniu z innymi azjatyckimi stolicami), dodatkowo stolica poza kilkoma zabytkami nie ma sporo do zaoferowania głodnemu kulturalnych odkryć turyście.  Jest to na pewno związane ze zniszczeniami po ciężkich walkach toczonych w mieście w roku 1944, w czasie krwawej Bitwy o Manillę pomiędzy Japończykami a sprzymierzonymi Amerykanami i Filipińczykami.

To, co w Manilli doskonale można zaobserwować, to znowu przypominające Południową Amerykę dysproporcje w społeczeństwie. Nieliczna garstka bogaczy, dla których powstają kolejne olbrzymie hipermarkety kontra reszta społeczeństwa, biednego i spragnionego poprawy własnej sytuacji, które stać co najwyżej  na windows shopping.

Jakub Hetmańczyk

Udostępnij:
  • 2
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    2
    Udostępnienia
Malezja, Singapur, Filipiny, Tajlandia, Laos – to była podróż! Część II Reviewed by on 28 grudnia 2009 .

Jakub Hetmańczyk– socjolog, świeżo po ukończeniu studiów ruszył w trzymiesięczną wyprawę po Azji Południowo-Wschodniej. Jak twierdzi był to pierwszy i z pewnością nie ostatni raz w Azji… W części drugiej jego podróży trafiamy na Filipiny. Dlaczego jest tam tak dużo boisk do koszykówki? Na czym polega windows-shoping? Dlaczego kraj ten przypomina Amerykę Południową i jak

Udostępnij:
  • 2
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    2
    Udostępnienia

O AUTORZE /

Avatar

KOMENTARZE: 1

  • Byłam w zeszłym roku na wyprawie we Lwowie. Też jest na co popatrzeć, a ceny sporo niższe.

Pozostaw odpowiedź