BLOGOSFERA,Indie news

Madraski niecodziennik: Kipi… kipi… Pongal!

Ciągłość uczelnianego życia raz po raz przerywają rozmaite święta, państwowe i religijne (hinduistyczne, muzułmańskie, chrześcijańskie). Ledwo wróciliśmy na zajęcia po przerwie bożonarodzeniowej, a tu znów dano nam wolne. W połowie stycznia wypada Pongal, najważniejsze święto stanu Tamilnadu. Charakterem przypomina nasze dożynki, a więc jest to – w pewnym sensie – święto dziękczynne. Tamilowie okazują wdzięczność bogu słońca Surji za jego hojne dary.

Obchody trwają cztery dni. Pierwszy (Bhogi) to dzień porządków i palenia starych rzeczy. Właściwy Pongal (Surja Pongal, Taj Pongal) przypada na dzień drugi. O świcie gotuje się mleko i świeżo zebrany ryż. Trzeci dzień to tak zwany Mattu Pongal, podczas którego czci się bydło, dawcę nabiału, siły pociągowej i nawozu. W ostatni dzień, Kanum Pongal, Tamilowie odwiedzają rodzinę i przyjaciół i wymieniają podarunki.

Pongal to święto plonów, nierozłącznie związane z sielskim krajobrazem wsi. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić obchodów Pongalu w będącym moją bazą Madrasie. Pełni atmosfery można doświadczyć na prowincji.W miastach odświętne są za to witryny sklepów, które pokrywają się plakatami informującymi o  kuszących pongalowych ofertach i przecenach. Już jakiś czas przed Pongalem Tamilowie wpadają w szał zakupów. To dobry czas na nabycie nie tylko nowego sari, lecz także telewizora, wiatraka, czy… samochodu. 

Z radością odkryłam, że tamilskie ministerstwo turystyki co roku, w kilku wsiach położonych blisko większych miast, organizuje huczne pongalowe obchody specjalnie dla zagranicznych turystów. I tak trafiłam do położonej dwadzieścia kilometrów od Tirućći (ang. zapis: Trichy) wioski Kodijalam. Wraz z innymi żądnymi wrażeń (a może tylko ciekawych zdjęć)  turystami (m.in. z Wielkiej Brytanii, Francji, Izraela, Kanady i Malezji) wsiadłam do specjalnego autokaru, który spod rządowego biura turystycznego  ruszył z półgodzinnym opóźnieniem (-standard dla Indusów) . 

Wydarzenie skrupulatnie dokumentowali przedstawiciele miejscowych mediów, którzy śledzili każdy nasz krok, fotografowali każdy grymas i z uwagą spisywali nasze komentarze. (Wzmianki o turystycznym Pongalu pojawiły się później między innymi w The Hindu i Times of India.)

Dojechaliśmy do zaimprowizowanego parkingu, skąd węższą, polną drogą mieliśmy się udać do oddalonej o mniej więcej kilometr wioski. Większość z około sześćdziesięcioosobowej grupy turystów poruszała się piechotą, strzelając fotki na lewo i prawo, część ochoczo wskoczyła na wozy zaprzężone w woły o odświętnie wymalowanych rogach. Po drodze podziwialiśmy malowniczy krajobraz, z jednej strony mijaliśmy pola ryżowe, z drugiej  bananowce. Pochód ku wiosce był radosny, głośny i roztańczony. I to roztańczony na kilka sposobów…

Do melodii wygrywanej przez muzykantów tańczyły odświętnie ubrane i mocno umalowane kobiety, noszące barwne nakrycia głowy. Ich ruchy mogły robić wrażenie pozbawionych konkretnej choreografii, wpisywały się jednak w konwencję tradycyjnego wiejskiego tańca karagattam, tańca z dzbanem (na głowie). Biali turyści wczuwali się w atmosferę i dołączali do beztroskich pląsów (przy wtórze kliknięć aparatów cyfrowych).

W pochodzie można było wypatrzyć niemrawo podrygujących mężczyzn przebranych za tygrysy. Choć panowie niezbyt się starali, ich obecność uświadomiła nam istnienie towarzyszącej świętom formy tanecznej zwanej pulijattam, „taniec tygrysa”.

                                                                                                                                     

                                                    

Byli też panowie, których stroje wywołały u mnie skojarzenie z krakowskim lajkonikiem. Ich obecność była ukłonem wobec tradycyjnych tańców byka (kalej-attam) i pawia (majil-attam).

Co jakiś czas nasza wesoła kompania przystawała na parę chwil, by obserwować popisy panów uzbrojonych w specyficzną broń z rogów (tzw. maduwu) i kije,  prezentujących

drawidyjską sztukę walki zwaną silambam (silambattam).

Niespiesznie dotarliśmy do niewielkiej wioski, w której wszystko czekało na nasze przybycie. Garstka mieszkańców powitała nas z zaciekawieniem. Ze szczególną fascynacją przyglądały nam się oczywiście dzieci.

Pierwszym, co mieliśmy zobaczyć, było tradycyjne gotowanie (słodkiego) ryżu, który miał widowisk

owo wykipieć. To od okrzyku „kipi! Kipi!” bierze się nazwa Pongal (Pongalo Pongal!). Przelewanie się mleka lub ryżu z garnka symbolizuje obfitość plonów i dostatek w domu. Pongal to także nazwa potrawy z ryżu, serwowanej na dwa sposoby – na wytrawnie na co dzień oraz na słodko (z orzechami i kardamonem) od święta. Używa się świeżego ryżu i świeżej trzciny cukrowej prosto z pola. Tradycyjnie gotowanie powinno się odbyć na palenisku znajdującym się przed domem, nie pod dachem. Czynność gotowania zyskuje bowiem rangę rytuału ku czci ubóstwionego Słońca. 

Nasi gospodarze zaprowadzili nas do niedużej wiejskiej świątyni Śiwy, gdzie poza krótkim rytuałem mogliśmy podziwiać swoistą „wystawę sztuk plastycznych”. Na betonie na świątynnym dziedzińcu mieszkanki wsi sporządziły popularne dekoracje, zwane kolamWiduje się je tu bardzo często. Rysowanie kolam przed wejściem do domostwa to obowiązek pań domu. Dla wygody i szybkości często korzystają z kredy, tradycja wymaga jednak używania barwionej mąki ryżowej i płatków kwiatów.  Kolam jest nie tylko dekoracją, lecz także wzorem o pewnej symbolice. Spotkałam się z wyjaśnieniem, że odpowiednio misterny i skomplikowany wzór kolam ma działać jak labirynt – zasadzka na złe moce, gdy te chcą zbliżyć się do danej siedziby. Żywot takiej dekoracji nie jest długi. Codziennie kolam jest zmywane i rysowane na nowo. Ulotność tej sztuki tylko dodaje jej uroku. Pokazane nam naziemne malunki zostały wykonane ze szczególną pieczołowitością. Trzy panie, których prace zebrały wśród zagranicznej publiczności najwięcej ochów i achów, otrzymały nagrody.

Na zdjęciu Uma, niekwestionowana zwyciężczyni konkursu, przy swoim dziele.  Jego wykonanie zajęło jej dwie godziny.

Po opuszczeniu progów świątyni  pospiesznie zagoniono nas do części „jarmarcznej”, w której siedział między innymi wróż z papużką. Po otrzymaniu pieniążka pan wywabiał zielone ptaszysko z drewnianej klatki, a ono z kolej losowało dziobem jedną z kart ułożonych w stosik . Wróż odwijał kartę z ochronnego papieru i na jej podstawie przepowiadał przyszłość zainteresowanego. Turyści początkowo przybrali sceptyczne wyrazy twarzy, zaraz jednak szczelnie okrążyli wróża i z wypiekami na policzkach oczekiwali interpretacji karty wylosowanej przez papugę .

Następnie usadzono nas na plastikowych krzesełkach pod namiotem i rozdano talerze ze słodkawym pongalowym poczęstunkiem. Przy wtórze naszego mlaskania pełnego  aprobaty rozpoczęła się część oficjalna imprezy. Przedstawiciele lokalnych władz samorządowych i ministerstwa turystyki stanu Tamilnadu chwycili za mikrofony, by wyrecytować litanię wzajemnych pochwał i podziękowań. Lokalna rządczyni (district collector) opowiedziała trochę więcej o pongalowych tradycjach i zapewniła o autentyczności oglądanych przez nas celebracji. Do zabrania głosu zaproszono także kilkoro turystów, którzy szczerze i serdecznie wyrazili wdzięczność za zaproszenie na tę miłą i jakże pouczającą imprezę.

Po grzecznościowych przemówieniach zaskoczył nas występ dziewczynki – gumy, która w stroju kobry wyginała się pośrodku zaimprowizowanej na placu „sceny”, na położonych na piasku kocach. Autentyczność związku tego elementu z obchodami Pongalu budziła moje poważne wątpliwości… Później jednak dowiedziałam się, że „taniec węża” (pambu-attam) to jedna z tradycyjnych tamilskich form tanecznych.

Na koniec, ku wielkiej uciesze mieszkańców wsi, odbyła się zabawa porównywalna do piniaty. Jej celem było zbicie glinianego dzbana zawieszonego wysoko nad ziemią. Chętni mieli zawiązywane oczy, byli okręcani kilkakrotnie wokół własnej osi, po czym dzięki wskazówkom wykrzykiwanym przez obserwatorów zabawy mieli dotrzeć do dzbana i zbić go kijem. Turyści polegli w tej konkurencji, mimo ewidentnej pomocy ze strony widowni. Za to gdy kij trafił do rąk jednego z tubylców, żartom nie było końca – widownia celowo wyprowadzała go w pole.

W obchodach, których byłam świadkiem, zabrakło jednego ważnego elementu. Być może zrezygnowano z niego ze względu na kontrowersje, jakie budzi. Chodzi o dżallikattu – poskramianie byka. Jak powiedziała przedstawicielka lokalnych władz, każdy kawaler chce spróbować swoich sił w tej konkurencji. Ten, który zwycięży nad bykiem, zdobędzie szacunek i zostanie uznany za wymarzonego kandydata na męża… Jak się bowiem mawia: Jeśli poradził sobie z bykiem, to i kobiecie da radę!

Zob. też:

1. O kontrowersjach wokół dżalikkattu: http://www.firstpost.com/india/who-said-bullfight-is-cruel-go-to-hell-its-our-tradition-180408.html

2. http://www.firstpost.com/photos/images-tamil-nadu-celebrates-pongal-2-587878.html

2. http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?t=970728&page=47

3.http://www.thehindu.com/news/cities/Madurai/tourists-have-a-taste-of-pongal-in-madurai/article4312011.ece

4.http://www.deccanherald.com/content/305480/cultural-festival-marks-pongal-city.html

Tekst opublikowany równolegle na blogu autorki: www.rakszasica.blogspot.com

Zdjęcia:AB.

zp8497586rq
Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Madraski niecodziennik: Kipi… kipi… Pongal! Reviewed by on 31 stycznia 2013 .

Ciągłość uczelnianego życia raz po raz przerywają rozmaite święta, państwowe i religijne (hinduistyczne, muzułmańskie, chrześcijańskie). Ledwo wróciliśmy na zajęcia po przerwie bożonarodzeniowej, a tu znów dano nam wolne. W połowie stycznia wypada Pongal, najważniejsze święto stanu Tamilnadu. Charakterem przypomina nasze dożynki, a więc jest to – w pewnym sensie – święto dziękczynne. Tamilowie okazują wdzięczność

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar