Artykuły

M. Zdzieborska: Rywalizacja indyjsko-chińska w Azji Południowej

Indie i Chiny – dwa wschodzące mocarstwa u progu XXI wieku nasiliły rywalizację o wpływy w Azji Południowej. To próba sił, mająca pokazać, który z tych gigantów ma szansę na prymat w regionie Azji i Pacyfiku, a w dłuższej perspektywie być może  w skali globalnej.

Azja Południowa to obszar, na którym Indie i Chiny  rywalizują już od czasów zimnej wojny. Początkowo dobrze rozwijająca się współpraca, w pierwszych latach po odzyskaniu przez Indie niepodległości, dość szybko przerodziła się we wrogość, która zaowocowała w 1962 roku wojną o graniczne terytoria: Aksai Chin w Kaszmirze i Arunachal Pradesh, prowincję w północno-wschodnich Indiach. Kilkudniowa wojna zakończona klęską sił indyjskich, nie przyniosła konkretnych decyzji odnośnie spornych terytoriów, pozostawiła jednak rysę we wzajemnych relacjach aż do dzisiaj. Stała się ona także impulsem do wyraźnego zawiązania się aliansów obu państw z przeciwnymi sobie mocarstwami zimnowojennymi. Chiny rozpoczęły współpracę z Pakistanem i Stanami Zjednoczonymi, Indie zaś zwróciły się w kierunku Związku Radzieckiego. Podczas burzliwych lat zimnej wojny Pekin konsekwentnie wspierał zbrojnie Islamabad, również podczas wojen toczonych z Indiami w 1965 i 1971 roku. New Delhi z kolei, w imię poczucia wzrastającego zagrożenia ze strony Chin i Pakistanu, zaczęło prowadzić unilateralną politykę wobec państw sąsiedzkich, nie wykluczając przy tym interwencji zbrojnej jako czynnika mającego podtrzymać status quo (wkroczenie sił indyjskich na Malediwy w 1988 r. i rok wcześniej na Sri Lankę). Wraz z zakończeniem zimnej wojny, indyjsko-chińska walka o podtrzymanie strefy wpływów w Azji Południowej nie zakończyła się. Indie z niepokojem, niczym w latach 80. kiedy na subkontynencie obowiązywała teoria „oblężonej twierdzy”, obserwują poczynania Chin w regionie.

Chiński sznur pereł

Państwo Środka nasiliło strategię wzmacniania pozycji w Azji Południowej w 2001 roku, gdy w Pakistanie zaczęło wspierać budowę portu w Gwadar. Chińczycy stopniowo wygrywali także kontrakty na budowę portów w Hambantocie na południu Sri Lanki, w Chittagong w Bangladeszu oraz Kyaukphyu na zachodnim wybrzeżu Birmy.
Umieszczając wymienione powyżej miejsca na mapie, nie sposób nie oprzeć się wrażeniu, że działania Pekinu mogą mieć na celu taktyczne okrążenie Indii.

Polityka Chin w regionie określana jest często jako element tzw. strategii sznura pereł. Termin ten, użyty w jednym z dokumentów amerykańskiego departamentu obrony, miał podkreślić charakter geopolitycznej taktyki Chin, polegającej na zwiększaniu obecności na morskich szlakach komunikacyjnych biegnących z Zatoki Perskiej, przez Ocean Indyjski, cieśninę Malakka, aż do Morza Południowochińskiego. Jednym z przykładów rosnących wpływów Chin w regionie była złożona w grudniu 2011 roku propozycja władz Seszeli dotycząca utworzenia na tamtejszym archipelagu bazy dla chińskich  statków. Pekin szybko ogłosił, że nie zamierza stacjonować tam swoich morskich sił zbrojnych, a baza miałaby służyć jedynie celom zaopatrzeniowym podczas prowadzenia akcji wymierzonych w działalność piratów w Zatoce Adeńskiej (na takich samych zasadach Chińczycy współpracują  z Jemenem i Omanem).  O braku zainteresowania zacieśniania stosunków wojskowych z Seszelami bynajmniej jednak nie świadczy grudniowa wizyta na wyspach chińskiego ministra obrony wraz 40-osobową delegacją resortową. Rozmowy między przedstawicielami obu państw zakończyły się podarowaniem Seszelom dwóch samolotów Y-12, służących do celów patrolowych i walki z piractwem morskim. Chiny, w ramach umowy podpisanej w 2004 roku,  trenują także 50 żołnierzy seszelskich oddziałów sił obronnych.

Seszele stanowią dla Pekinu strategiczny punkt na szlaku morskim wiodącym z Afryki i  Bliskiego Wschodu. Chińczykom zależy na bezpieczeństwie przepływu w tym rejonie ze względu na ich rosnące inwestycje na Czarnym Lądzie (m.in. górnictwo, wydobycie złóż mineralnych) oraz dostawy ropy naftowej z krajów arabskich. Seszele z racji swojego położenia stanowią także świetne miejsce do kontroli działań marynarki Stanów Zjednoczonych i Indii. Szczególnie ten aspekt wzbudza obawy w New Delhi. Stała obecność chińskiej armii na archipelagu ułatwiłaby bezpośredni atak na indyjskie siły morskie, a także zagroziłaby bezpieczeństwu szlaków transportowych prowadzących na subkontynent. Co więcej, indyjscy strategowie podkreślają, że zwiększyłoby się także zagrożenie ewentualnym atakiem połączonych sił morskich Chin i Pakistanu, które wcześniej ze względu na granice lądowe, było utrudnione. Sojusz na linii Pekin-Islamabad już od czasów zimnowojennych wywołuje wśród Indusów niepokój, tym bardziej, że Chińczycy coraz bardziej otwarcie mówią o współpracy. Na początku 2010 roku Pekin ogłosił budowę dwóch reaktorów jądrowych w pakistańskiej części prowincji Pendżab. Dla opinii publicznej stało się jasne, że decyzja ta była podyktowana podpisaniem przez Indie w 2006 roku umowy o cywilnej współpracy jądrowej ze Stanami Zjednoczonymi. Choć w związku z nasilającą się działalnością terrorystów w Pakistanie, Chiny zdecydowały się na ograniczenie inwestycji na tym terenie, pozostaje jasne, że Islamabad jest w Azji Południowej strategicznym partnerem Pekinu.

Chińczycy starają się rozwijać także relacje z innymi państwami regionu. Oprócz budowy portów, Państwo Środka inwestuje w lokalną infrastrukturę i przemysł. W Nepalu, będącym od wieków w strefie indyjskich wpływów, Chińczycy inwestują w elektrownie wodne, budują nowe drogi, w tym w grudniu 2011 roku zakończyli rewitalizację autostrady łączącej Lhasę z Katmandu – trasy będącej niejako bramą do Azji Południowej. Pekin liczy, że dzięki tej alternatywnej drodze handlowej uda się zacieśnić stosunki gospodarcze z Nepalem. Celem Chińczyków jest przezwyciężenie długoletniej dominacji Indii na obszarze Azji Południowej. Dlatego też Pekin rozszerza swoje wpływy na Sri Lance czy Bangladeszu, gdzie według zbliżonego modelu co nepalski, wspiera rozbudowę infrastruktury, a także stara się zacieśniać relacje w zakresie obrony i bezpieczeństwa. W celu dywersyfikacji tras transportowych ropy naftowej z Bliskiego Wschodu i Afryki, Pekin angażuje się także w budowę rurociągu łączącego birmański port Kyaukpyu z miastem Kunming w południowych Chinach.

Na przestrzeni ostatniej dekady Państwo Środka wyprzedziło Indie w wielkości eksportu do Azji Południowej oraz wkroczyło na tamtejszy rynek przemysłu tekstylnego, maszynowego i chemicznego, który tradycyjnie zdominowany był przez indyjskie firmy. Można stwierdzić, że Indie straciły na braku skoordynowanej polityki integracyjnej w regionie. Koncentracja New Delhi na intensyfikacji stosunków ekonomicznych, z pominięciem mechanizmów budowania dialogu politycznego, zaowocowała wzrostem pozycji Chin w regionie. Pekin, w przeciwieństwie do pogrążonej w stagnacji indyjskiej administracji, aktywnie rozpoczął swoją strategię, gdy państwa południowoazjatyckie znajdowały się w niekorzystnej sytuacji gospodarczej. Efektem jest nie tylko zwiększony bilans handlowy, ale także zacieśniające się stosunki polityczne, co widoczne jest nie tylko w relacjach bilateralnych, ale także na forum ugrupowań, takich jak np. Regionalne Stowarzyszenie Współpracy Azji Południowej (SAARC). Chiny mające tam status obserwatora, starają się o wzmocnienie swojej pozycji. Na XVII szczycie organizacji, który odbył się na Malediwach w listopadzie 2011 roku, Pekin zaproponował formułę spotkań „SAARC+1”, co oznaczałoby zyskanie przez Chiny statusu partnera dialogu. Takie rozwiązanie, praktykowane przez to państwo w relacjach z ASEAN, stałoby się szansą na instytucjonalne zacieśnienie kontaktów z krajami Azji Południowej. Indie, które do tej pory dość nieudolnie prowadziły dialog polityczny z państwami sąsiedzkimi, obawiają się, że Chiny szybko mogą zastąpić ich miejsce.

Indyjska kontrofensywa

New Delhi w obronie przed chińską dominacją w regionie Azji Południowej, zacieśnia relacje z USA i Japonią – krajami, które podobnie jak Indie z niepokojem obserwują rosnącą ekspansję Pekinu. Przypieczętowaniem trwającego już od kilku lat nieformalnego dialogu było spotkanie w Waszyngtonie w grudniu 2011 roku. Był to pierwszy tego typu trójstronny szczyt Indii, USA, i Japonii, na którym podkreślono konieczność zacieśnienia współpracy w regionie Azji i Pacyfiku. Choć podczas rozmów o bezpieczeństwie szlaków morskich, walce z terroryzmem, ze zorganizowaną przestępczością oraz proliferacją broni jądrowej, ani razu nie powołano się na czynnik chiński, pozostaje jasne, że to działania Pekinu stały się przyczynkiem do spotkania przedstawicieli trzech państw. Szczególne obawy wywołuje wciąż żywy spór z Tajwanem i pięcioma krajami ASEAN o Morze Południowochińskie oraz niekończące się niesnaski z Japonią wokół statusu wysepek na Morzu Wschodniochińskim. Kolejną kwestią jest wspierany przez Chińczyków reżim północnokoreański lub, co stanowi zagrożenie dla Indii, pomoc Pekinu w rozbudowie pakistańskiego programu nuklearnego. Powyższe czynniki sprawiają, że w walce z dominacją chińską potrzebne są bardziej skoordynowane działania. Pojawiające się dotychczas incydentalne inicjatywy takie jak wspólne morskie ćwiczenia wojskowe przestały być wystarczającą odpowiedzią.

New Delhi w swojej strategii antychińskiej stara się zwiększyć obecność  na obszarach stanowiących niejako strefę wpływów Pekinu. Stąd też m.in. trwająca od 2010 roku budowa w Birmie portu w Sittwe, który ma stać się elementem rywalizacji z Chinami o birmańskie złoża naturalne oraz tamtejsze połączenia transportowe (Indie inwestują w rozbudowę trasy rzecznej i lądowej wiodącej z północno-wschodniego stanu Mizoram). Co więcej, Sittwe jest dla Indii bramą do rynku Azji Południowo-Wschodniej, obszaru, na którym Chiny od lat mają silną pozycję. New Delhi pragnie zaakcentować także swoją obecność na Morzu Południowochińskim. W październiku 2011 roku Indie podpisały z Wietnamem umowę, dzięki której indyjski koncern ONGC Videsh będzie wydobywał ropę naftową z dna morza w należącej do Wietnamczyków strefie. Przywódcy obu krajów zawarli także traktat, w ramach którego zostaną zacieśnione kontakty handlowe oraz w zakresie bezpieczeństwa. Indie decydując się na ten krok, chcą pokazać Pekinowi, że tak jak Chińczycy są gotowe na ingerencję w strefę wpływów przeciwnika, a przy okazji realizować swoje interesy, takie jak np. dywersyfikacja dostaw ropy naftowej.

New Delhi podejmuje także działania związane bezpośrednio z zachowaniem bezpieczeństwa szlaków na Morzu Arabskim. Wobec zwiększającej się liczby baz morskich w Pakistanie (pięć głównych, w tym sfinansowany przez Chińczyków – Gwadar), indyjscy strategowie doszli do wniosku, że dwa największe porty w Mumbaju i Vishakhapatnam nie są wystarczające. Dlatego też, w celu zwiększenia bezpieczeństwa i działalności operacyjnej indyjskiej marynarki, podjęto decyzję o rozbudowie bazy Kadamba niedaleko miejscowości Karwar, na zachodnim wybrzeżu subkontynentu indyjskiego. Według indyjskich strategów, port ten dzięki swojemu położeniu, będzie pełnił naczelną rolę w nadzorze sytuacji na szlakach morskich nie tylko dla Indii, ale także dla Japonii, której trasy handlowe biegną także przez Morze Arabskie.

Kontakty gospodarcze

Indie i Chiny, pomimo rywalizacji w Azji Południowej prowadzą ożywione kontakty gospodarcze. To właśnie handel stał się pod koniec lat 80. istotnym środkiem do złagodzenia stosunków nadszarpniętych latami zimnowojennej wrogości. Wartość wymiany handlowej między oboma krajami wzrosła z 200 mln dolarów w 1988 roku do 73,9 mld dolarów w 2011. Według prognoz Stowarzyszonych Indyjskich Izb Handlu i Przemysłu (ASSOCHAM), do 2030 roku te dwa azjatyckie giganty mogą stać się największymi partnerami handlowymi na świecie. Pomimo rozwijających się kontaktów gospodarczych między oboma państwami, źródłem zadrażnień może być rosnący w kontaktach z Pekinem deficyt handlowy Indii (27 mld dolarów). Dla New Delhi Chiny są drugim partnerem (przewiduje się, że niedługo staną się pierwszym), podczas gdy dla Pekinu Indie plasują się dopiero na 10. pozycji. Sytuacja ta, (choć uwarunkowana jest w sposób zrozumiały wielkością chińskiej gospodarki), jeśli nie ulegnie zmianie, może być postrzegana przez indyjskich polityków i strategów jako zagrożenie dla pozycji państwa, co mogłoby doprowadzić do pogorszenia relacji na kolejnym polu. Chiński smok i indyjski słoń prowadzą grę, w której współpracują po to, by za chwilę rozpocząć kolejną walkę. Jakie dla Azji Południowej będzie rozwiązanie tych zmagań?

Autorka: Marta Zdzieborskadoktorantka na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.


Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Zdzieborska: Rywalizacja indyjsko-chińska w Azji Południowej Reviewed by on 7 lutego 2012 .

Indie i Chiny – dwa wschodzące mocarstwa u progu XXI wieku nasiliły rywalizację o wpływy w Azji Południowej. To próba sił, mająca pokazać, który z tych gigantów ma szansę na prymat w regionie Azji i Pacyfiku, a w dłuższej perspektywie być może  w skali globalnej. Azja Południowa to obszar, na którym Indie i Chiny  rywalizują

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 15

  • moge jeszcze dodac, ze na innym spotkaniu twierdzono, ze chinskie wladze pracuja usilnie nad ta nieszczesna mapa 9-kreskowa. przekazaly ja w 2009 r onz i jest to sam rysunek, bez zadnych danych i uzasadnienia. w dodatku to sa roszczenia rch z lat 40. w styczniu 2010r pojawila sie 10a kreska, w okolicach tajwanu i japonii. dokladnie kilkanascie km od jej wybrzeza !
    nie dziwne wiec ze wiele krajow okresla zachowanie chin jako agresywne, np ian storey i wiele innych osob
    tak wiec ponoc chinskie wladze chca sie do tego ustosunkowac.

    na tym spotkaniu z postu wyzej su hao wrecz rozstrzelano argumentami, czesc osob sie z niego nabijala.

    dlatego wlasnie uwazam, ze takie mniej formalne spotkania i wymiana pogladwo maja ogromne znaczenie. mozna powiedziec wiecej rzeczy i niuansow, niz napisac w oficjalnej pracy

    Zyggi, co ciekawe, na tym spotkaniu wysunieto dokladnie taki sam postulat, o ktorym piszez ! a to dlatego bo bylo ich takie mnostwo, ze prowadzacy chcial to uporzadkowac

    • KPCh sprawi wrażenie jakby była w klinczu między chęcią pozyskania przychylności sąsiadów a rosnącymi w ostatnim czasie nastrojami wielkochińskimi (nie wiem w jakim stopniu sama je wyhodowała, a w jakim są efektem ubocznym obecnego sukcesu Chin).
      W poniekąd podobnej sytuacji są Indie. Ale są istotne różnice. Indie to kraj wielopartyjny i w tony wielkohinduskie tradycyjnie uderza Bharatiya Janata Party. Z kolei bardziej umiarkowana retoryka uwiarygadnia rząd Partii Kongresowej (INC) na arenie międzynarodowej, ale też naraża go na zarzuty ze strony BJP o zbytnią ustępliwość wobec Chin czy Pakistanu. Ta współzależność to jeden z głównych determinantów indyjskiej polityki zagranicznej. Gdyby rząd Manmohana Singha bardziej odpuszczał pola Chinom, wówczas BJP wykorzystałaby to jako argument przeciw niemu. Dlatego jestem daleki od przypisywania rządowi w New Delhi antychińskiej obsesji.

    • Ostatnia moja uwaga była nawiązaniem do tego, że P. Wiesław Pilch zarzuca Indusom antychińską obsesję. Rozumiem jego stanowisko, ale myślę, że to nie tak działa.
      Wracając do mojej propozycji, takie zestawienie argumentów za przynależnością trzech spornych archipelagów byłoby bardzo pouczającą lekturą. Pozwoliłoby nam wyrobić opinię, czyje pretensje terytorialne są zasadne, a czyje niepoważne i czysto ambicjonalne.

  • Nie przypisuję Chinom chęci rozwiązań militarnych, niemniej patrząc namapoę widać, że ich pretensje terytorialne wychodzą daleko, nawet poza tradycyjną strefę wpływów. Mam na myśli Wyspy Spratly, które geograficznie należą bardziej do świata austronezyjskiego niż chińskiego.
    Ze stosunkiem Chin do Wietnamu jest trochę tak jak z Rosją. Rosja chciałaby ona po bratniemu „przytulić” wszystkich Słowian, ale każdy na wszelki wypadek woli się trzymać na dystans, nawet tradycyjnie prorosyjskie Bułgaria i Serbia. :-) A to dlatego, że natura rosyjskiej państwowości odpycha a nie przyciąga. Mówiąc bardziej serio, gdyby Chiny i Rosja były krajami bogatymi, a do tego bardziej otwartymi politycznie, to myślę że ich sąsiedzi byliby bardziej ufni.
    „Brothers”… W pierwszej połowie XX wieku inny kraj azjatycki też szermował lukrowanymi hasłami azjatyckiej jedności i braterstwa – co skończyło się milionami ofiar. Była to Japonia. Wietnamczycy mają w pamięci fakt, iż grabież wietnamskich plonów ryżu i wywóz ich do Japonii kosztował głodową śmierć miliona ludzi. Ale wiedzą, że i z Chinami było różnie. Sąsiedztwo z Krajem Środka nieraz przysparzało im kłopotów. Chociażby w 1979 r. Chiński profesor powinien o tym pamiętać zamiast opowiadać głupoty. Może w tym miejscu wyjdzie ze mnie jakiś europocentryzm, ale nie wyobrażam sobie, jakby przyjęto niemieckiego profesora, który artykułując pretensje np. do którychś spośród Wysp Fryzyjskich zwracał się do Duńczyków lub Holendrów: „Brothers”. A przecież to Azjatom a nie Niemcom przypisuje się większe wyczucie…
    Mam wrażenie, że chińskie roszczenia terytorialne to przede wszystkim gra pod wewnętrzną publikę. Żeby Chińczycy widzieli, jakie to dzięki KPCh Chiny są mocne i nie odpuszczają. Ale to na dłuższą metę droga donikąd, podobnie jak opowiadanie dyrdymałów o braterstwie. Bez konkretnych argumentów nic nie ugrają, no chyba że w RB ONZ, bo tam silniejszemu, mającemu prawo weta łatwiej przeforsować swoje racje.
    P.S. Może by tak na portalu zrobić zestawienie sporów terytorialnych na Morzach Wschodniowo- i Południowochińskim, a następnie zebrać argumenty za przynależnością danego terenu do każdego z uczęstniczących w danym sporze państw. Kto wie, może okaże się, że ktoś z Forumowiczów popierających stanowisko Pekinu będzie lepiej przygotowany niż prof. Su Hao. :-)

  • chodze na sporo konferencji i sporo slucham sciagajac je z sieci.
    ogolne wrazenie mam takie, ze wiele informacji naukowcow (rozmawiajacych stale z przedstawiecielami wladz lub instytucji) i przedstawicieli wladz na nich wyglaszanych mozna traktowac jako quasi-stanowiska rzadow lub instytucji jak ASEAN. jako ewentualne powolne zapowiedzi zmiany stanowiska

    atmosfera na tych spotkaniach jest zdecydowanie przeciwna stanowisku chin w sprawie roszczen, pojawiaja sie okreslenia jak agresja.
    sluchalem np glupkowatego stanowiska utytulowanego naukowca i prof su hao, ktory wypadl bladziutko.
    przeciwstawilo mu sie wielu rozmowcow spotkania, oficjalny z wietnamu – dr tran truong thuy, przedstawiciel ASEAN Termsak Chalermpalanupap oraz wspanialy australijczyk carlyle thayer
    szczegolnie wymiana zdan miedzy wspomnianymi chinczykiem a wietnamczykiem byla ciekawa i charakterystyczna. pierwszy tlumaczyl agresje chin jako stosunki braterskie, drugi wstal i odpowiedzial jedynie – brothers …? – no … wszyscy operowali faktami i datami, prof su – zadnych.
    wspomnial natomiast 7 panst zachodu, ktore wspieraja chinskie rosczenia nie ywmieniajac ich jednak … szkoda

    dla mnie jest to ciekawe, tlumaczy mianowicie jak slabe sa chinskie roszczenia tertorialne do morza.
    powtarzano stale argument – jesli chiny chca sie stosowac do miedzynarodowego prawa, to wyklucza to roszcenia historyczne.
    ale to tylko jedna z wielu takich wymiany pogladow.
    mi chodzi o ogolny i szerszy wymiar, ktory w moim odczuciu powyzszy przyklad potwierdza.

  • Ja napisałem:
    „Nie, ta strefa jest SPORNA!”
    Pani napisała:
    „Czy patrząc na umowę jedynie przez pryzmat chińskich roszczeń, nie przyjmujemy zbyt jednostronnej optyki?”

    Czy ja coś napisałem o chińskich roszczeniach??? Napisałem, ze jest to kwestia SPORNA! Czyli dla obydwu stron powinna być otwarta. Gdyby to było tak oczywiste jak Pani sugeruje, mielibyśmy sprawę załatwioną na ostatnim spotkaniu ASEAN+1 czyli Chiny. A nie jest. Sądzę, że ministrowie spraw zagranicznych 6 państw tamtego regionu + eksperci, byliby w stanie przekonać stronę chińską do bezsensowności ich żądań. A nic takiego nie miało miejsca. Sądzę zatem- nie będąc ekspertem z zakresu prawa międzynarodowego- że, prawa do tych wysp są znacznie bardziej skomplikowane niż Pani sugeruje.

  • Panie Wiesławie,

    Dziękuję za obszerny komentarz. Na początek: mój tekst ukazał się w dziale publicystycznym, a nie naukowym, co już po części odpowiada na Pana wątpliwości. Przyznaję, że optyka indyjska jest mi bliska, gdyż zajmuję się Indiami od kilku lat, nie zmienia to jednak faktu, że Azja Południowa od wieków pozostawała w strefie wpływów Indii, czy jak Pan woli – utrzymywała bardziej zacieśnione kontakty z Indiami, a nie Chinami. Dlatego też nie powinien dziwić fakt, że w tekście zostało szczególnie zaakcentowane stanowisko Indusów wobec działań Chińczyków w regionie. Zgadzam się, że oczywiście polityka Chin na Oceanie Indyjskim wynika w dużej mierze z chęci zabezpieczenia szlaków handlowych, co wyraziłam we fragmencie: „Chińczykom zależy na bezpieczeństwie przepływu w tym rejonie ze względu na ich rosnące inwestycje na Czarnym Lądzie (m.in. górnictwo, wydobycie złóż mineralnych) oraz dostawy ropy naftowej z krajów arabskich” – nie możemy jednak zapominać, że istotną kwestię stanowią także względy związane z zaakcentowaniem pozycji Państwa Środka w regionie. Rozbudowa kontaktów handlowych służy nie tylko wzrostowi potęgi gospodarczej Chin, ale również wzmacnianiu pozycji mocarstwowej tego państwa na arenie międzynarodowej, z czym na pewno Pan się zgodzi.

    Jeśli chodzi o zarzut w sprawie umowy Indii i Wietnamem na wydobycie ropy naftowej, to w świetle konwencji NZ o prawie morza z 1982 roku bloki 127 i 128 na Morzu Południowochińskim, o których jest mowa w umowie, należą do Wietnamu. Czy patrząc na umowę jedynie przez pryzmat chińskich roszczeń, nie przyjmujemy zbyt jednostronnej optyki?

    Pozdrawiam,

    Marta Zdzieborska

  • Wysłąlem długi komentarz dotyczący tego artykułu. Co się z nim stało?

  • Pani Ździeborska jest doktorantem. Czyli pretenduje do bycia naukowcem. Czyli- idąc dalej- powinna postrzegać świat który opisuje, kategoriami obiektywnymi. OPISYWAĆ a nie komentowć. Można mieć własne zdanie- to oczywiste- ale instrumentrium naukowe powinno być cały czas „na wierzchu”. Niestety, tego nie ma w tym artykule. Pani powiela po raz kolejny znane mi z wieludziesięciu poprzednich artykułów, sposoby myślenia, ba, nawet nazwy. Niestety, jak we wszystkich pozostałych kilkudziesięciu artykułach i w tym także, pokazany jest świat Oceanu Indyjskiego i południiowo- zachodniego Pacyfiku oczyma Hindusów. Ok, można i tak, tylko gdzie tu jest miejsce dla nauki? Ja, Wiesław Pilch, osobnik bez żadnego szczególnego wykształcenia, mogę sobie pozwolić na bycie „zlewarowanym sinofilem”, bądź jak piszą niektórzy „chińskim agentem”. Ale Pani doktorantce nie przystoi stać po jednej stronie budowane właśnie barykady. Ponadto, zupełnie nie przystoi popełnianie błędów faktycznych, bo nie chcę mówić o „mijaniu się z prawą” w sprawach b. istotnych. jak np. -„W październiku 2011 roku Indie podpisały z Wietnamem umowę, dzięki której indyjski koncern ONGC Videsh będzie wydobywał ropę naftową z dna morza w należącej do Wietnamczyków strefie.” Nie, ta strefa jest SPORNA! I tu leży problem. Ponadto Pani pisze o chińskiej strefie wpływów. Taka nie istnieje! Owszem, Hindusi, wzorem zachodniaków, uzurpują sobie prawo do posiadania własnej strafy wpływów. Ale Chińczycy po prostu handlują! Tylko czy aż, ale HANDLUJĄ. I w ten sposób zbilżają do siebie rządy i narody. Gdyby się Pani chciało zagłębić w to, co działo sie ostatnich dniach w Afryce, zrozumiała by Pani tę KOLOSALNĄ róznicę w podejściu do innych państw, jaką prezentują Chiny i Indie. Hindusi przejęli po swoich okupantach i kolonizatorach zachodni sposób myślenia w polityce zagranicznej. Naprzód polityka potem reszta. Jak widać – to nie działa. I dlatego Indie tak bardzo odstają w wyścigu z Chinami do kieszeni miliardów ludzi na całym świecie.
    Dla przeciwwagi, proponuję przeczytać mój artykuł, który popełniłem kilka dni temu na temat Chin i Indii w blogu na3w.wieslawpilch.salon24.pl pod tytułem „Grunt to mieć narodowego wroga”. Myślę, że tam w sposób dobitny wyjaśniam kwestie, które powinny sie znaleźć w tekście OBIEKTYWNIE pokazujacym rzeczywistość tamtego regionu.

    • Wychodzi na to, że się rozpiszę, ale przynajmniej wyjaśnię to i owo.
      Otóż odpowiedź, skąd w artykule Pani Zdzieborskiej daje się wyczuć lekko sinofobiczny ton, kryje się tu: ratujtybet.blogspot.com/search/label/Marta%20Zdzieborska
      Ale jest jeszcze „kwiatek” dziennikarstwa a la GW: refugee.pl/?mod=knowbase&path=3449&PHPSESSID=2334536dbc7345b156209b3a2f85d53a
      Pani Zdzieborska wypisuje tu m.in. bzdury typu „Dalajlama, duchowy przywódca Tybetańczyków”. Wypadałoby dodać, że dalajlama jest duchowym przywódcą Żółtych Czapek (dominującego odłamu buddyzmu tybetańskiego), a nie Tybetańczyków. Podobnie jak papież JP2 był duchowym przywódcą katolików (i to zapewne tylko tych, którzy respektowali jego zalecenia), a nie Polaków, a ajatollah Chomeini był duchowym przywódcą irańskich szyitów, nie zaś Irańczyków. Skąd więc się biorą głupstwa o „duchowym przywódcy Tybetańczyków”, powtarzane jak mantra przez różnych „znawców Tybetu”?
      „Znawcy” zapominają, o istnieniu Tybetańczyków będących wyznawcami innych nurtów buddyzmu, a także chrześcijanami, w tym wyznawcami kościoła rzymsko-katolickiego (NB w dawnych czasach co najmniej kilku tybetańskich konwertytów zapłaciło męczeństwem zmianę religii na bardziej odpowiadającą ich duchowym potrzebom). Należy też pamiętać o Tybetańczykach należących do różnych struktur KPCh.
      W ogóle zdumiewa mnie, że ludzie rzekomo optujący za demokracją i prawami człowieka w Tybecie, opowiadali się za polityczną władzą człowieka nie mającego żadnego demokratycznego mandatu jej sprawowania. Czynili to tak długo, póki sam dalajlama z tejże władzy nie zrezygnował. Obłuda, schizofrenia? A może bardziej przyziemne względy?
      Cyt. „najważniejsze ludzkie wartości przypomina Jego Świątobliwość XIV Dalajlama.”
      Nie trzeba chińskiej prasy, do której obiektywizmu sam mam wątpliwości. Natomiast wystarczy poczytać o historii Tybetu, by się przekonać, jak wyglądały „ludzkie wartości” w dawnym (a raczej nie tak bardzo dawnym) Tybecie. Ba, czasem wystarczą nawet wynurzenia mainstreamu, np. kilka lat temu w jednym z artykułów „Der Spiegel”, przedrukowanym w tygodniku „Forum”. To pozwala z dystansem spojrzeć na kazania etyczne autorstwa dalajlamy. Tym, którzy twierdzą, że feudalny zamordyzm w dawnym Tybecie to tylko wymysł chińskiej propagandy radzę, by powoli i patrząc w oczy powiedzieli to ludziom pamiętającym tamte czasy.
      Co do twórczości Pani Zdzieborskiej, to niestety brak tu obiektywizmu. Cyt. „Przyznaję, że optyka indyjska jest mi bliska, gdyż zajmuję się Indiami od kilku lat, nie zmienia to jednak faktu, że Azja Południowa od wieków pozostawała w strefie wpływów Indii, czy jak Pan woli – utrzymywała bardziej zacieśnione kontakty z Indiami, a nie Chinami. Dlatego też nie powinien dziwić fakt, że w tekście zostało szczególnie zaakcentowane stanowisko Indusów wobec działań Chińczyków w regionie.”
      A więc Autorka z jednej strony usprawiedliwia indyjską supremację w Azji Południowej, z drugiej strony zaś chce wyganiać Chińczyków z Tybetu a przynajmniej widzieć jak respektują tę opcję autonomii, jakiej chce religijny lider nie mający jakiegokolwiek mandatu do zabierania za innych głosu w sprawach polityki. A przecież Tybet zawsze stanowił strefę wpływów Chin – tak jak Pd. Azja – Indii.
      Podsumowując twórczość publicystyczną Pani Zdzieborskiej: Azja Pd. to domena Indii, a Tybet to nie domena Chin (w takim razie czyja?). Specyficzna logika. Dlatego myślę, że powyższa praca, jakkolwiek poruszająca ważne kwestie, nie jest miarodajna. Myślę też, że Autorka marnuje swój talent wpisując się w retorykę wspomnianych przeze mnie redaktorów-politruków z GW i Rzepy. Należy unikać zbyt jednostronnej optyki – dokładnie tak, jak Pani Zdzieborska pisze.
      Pozdrawiam serdecznie.

      • Avatar Marta Zdzieborska

        Zanim zacznie Pan komentować kwestie związane z Tybetem, proponuję bardziej zbadać sprawę. Tak się składa, że poznałam różne społeczności tybetańskie, zarówno w Indiach, Chinach jak i Nepalu, i bez względu na odłam buddyzmu, jaki wyznają, Dalajlama jest dla nich niekwestionowanym przywódcą duchową. Oczywiście zdarzają się wyjątki, jak wszędzie. Co do realiów, jakie panowały w Tybecie przed inwazją chińską, zgadzam się, że pozostawiały wiele do życzenia. Na pewno jednak nie dochodziło do tak drastycznych sytuacji, jak obecnie w Chinach, gdzie Tybetańczycy nie mają prawa do swobody religijnej, nie mówiąc już o wolności wypowiedzi, czy dostępie do edukacji w języku tybetańskim. I nie piszę tego na podstawie książek, tylko tego, co widziałam. Oddział chińskich wojsk codziennie przeprowadzający ćwiczenia przed szkołą tybetańską w jednym z miast w prowincji Gansu, to bynajmniej nie jest pozytywny przykład polityki Chin w ich, jak Pan mówi, „strefie wpływów”.

      • Avatar Zyggi

        A więc idąc Pani tokiem rozumowania: dalajlama to duchowy przywódca Tybetańczyków, papież to duchowy przywódca Polaków, a najwyższy rangą ajatollach – Irańczyków. Tyle że konstatacją takiego myślenia jest założenie, że jak Pani to określa, „wyjątki” (innowiercy, ateiści itd.) powinny podporządkować się autorytetowi dalajlamy, papieża etc. Ja jednak nigdy nie uważałem papieża za swojego duchowego lidera, a poza tym zawsze stałem na stanowisku, że trzeba uwzględniać poglądy mniejszości i nie wypowiadać się w ich imieniu za cały naród. To jedna z podstaw funkcjonowania każdego demokratycznego społeczeństwa. To pokazuje też, że stwierdzenie typu „duchowy przywódca Tybetańczyków” jest mimowolnym lekceważeniem tych Tybetańczyków, którzy nie uznają go za duchowego lidera albo nawet odmawianiem im prawa do bycia Tybetańczykami. Nic nowego: w Polsce zdarzają się tacy, którzy myślą, że nie-katolik nie może być Polakiem… Ale takie stawianie równości Polak = katolik, Tybetańczyk = lamaista nie prowadzi do niczego dobrego.
        Cyt. „Co do realiów, jakie panowały w Tybecie przed inwazją chińską, zgadzam się, że pozostawiały wiele do życzenia. Na pewno jednak nie dochodziło do tak drastycznych sytuacji, jak obecnie w Chinach, gdzie Tybetańczycy nie mają prawa do swobody religijnej, nie mówiąc już o wolności wypowiedzi, czy dostępie do edukacji w języku tybetańskim.”
        Uważa Pani, że za rządów dalajlamy panowała wolność religijna i wolność wypowiedzi? I kolejne pytanie: Czy posługiwanie się językiem tybetańskim jest zakazane na terenie ChRL?
        Cyt. „I nie piszę tego na podstawie książek, tylko tego, co widziałam.”
        Skoro w Chinach panuje taki zamordyzm, to jak to możliwe, że pozwolono Pani tyle zobaczyć i rozmawiać? Nie wiem, co robił chiński oddział przed tybetańską szkołą. Jeśli miał za zadanie zastraszenie tybetańskich uczniów, to rzeczywiście jest to godne potępienia. Z drugiej strony mogły to być ćwiczenia o charakterze podobnym do Obrony Cywilnej. Ale co tam ten oddział robił, tego jak sądzę oboje nie wiemy. Nasza niewiedza nie upoważnia nas do wyciągania jakichkolwiek wniosków, a tym bardziej oskarżeń.
        Nadal stoję na stanowisku, że Pani optyka to: Azja Pd. to domena Indii, a Tybet to nie domena Chin. Emocje zakocające obiektywne, chłodne spojrzenie na daną sprawę daleko Pani nie zaprowadzą.
        P.S. Dziękuję za radę, by bardziej zbadać sprawę. Tak się składa, że przeczytałem w życiu trochę książek o Tybecie, m.in. autorstwa Davida Snellgrove’a, jednego z czołowych tybetologów. Tacy autorzy jak on są dla mnie miarodajni, nie są po stronie Chin ani dalajlamy, po prostu rzeczowo badajką i publikują. Znam w ogólnym zarysie historię tego kraju i nie ulega dla mnie wątpliwości, że ekscesy Mao były mrocznym okresem w historii Tybetu. Ale Mao nie ma od 36 lat, a „banda czworga” skończyła we więzieniu. Natomiast przyznaję, że może jednak warto byłoby mi tam pojechać i porozmawiać z miejscowymi, skoro – jak na to wskazuje Pani pobyt w Gansu – rozmowa cudzoziemca z Tybetańczykiem nie oznacza dla tego drugiego znalezienia się we więzieniu lub laogai.

      • Avatar Zyggi

        Z góry przepraszam za lapsusy „klawiaturowe”. Komputer, z którego w tej chwii korzystam to antyk i wyświetla tekst 1-2 sekund po wpisaniu na klawiaturze. Stąd pewne błędy mogły ujść mojej uwadze.

  • Bardzo ważny artykuł, w dość uporządkowamny sposób omawia cały wachlarz aspektów rywalizacji Chin i Indii.
    Kilka przemyśleń na gorąco po lekturze tekstu. Otóż pierwsza sprawa, to oczywista podejrzliwość wynikająca z rywalizacji, ta zaś ze wzrostu siły i ambicji obu krajów. Wydaje się, że Indie próbują gorączkowo nadrobić to, w czym Chiny je wyprzedzają: skuteczna dyplomacja i wpływy ekonomiczne. New Delhi nie potrafiło sprostać Pekinowi w Afryce, a nawet w Azji Pd., o czym pisze Autorka w podtytule „Chiński sznur pereł”. Chiny postępują umiejętnie, co potwierdza ten fragment: „Jednym z przykładów rosnących wpływów Chin w regionie była złożona w grudniu 2011 roku propozycja władz Seszeli dotycząca utworzenia na tamtejszym archipelagu bazy dla chińskich statków. Pekin szybko ogłosił, że nie zamierza stacjonować tam swoich morskich sił zbrojnych, a baza miałaby służyć jedynie celom zaopatrzeniowym podczas prowadzenia akcji wymierzonych w działalność piratów w Zatoce Adeńskiej (na takich samych zasadach Chińczycy współpracują z Jemenem i Omanem). O braku zainteresowania zacieśniania stosunków wojskowych z Seszelami bynajmniej jednak nie świadczy grudniowa wizyta na wyspach chińskiego ministra obrony wraz 40-osobową delegacją resortową. Rozmowy między przedstawicielami obu państw zakończyły się podarowaniem Seszelom dwóch samolotów Y-12, służących do celów patrolowych i walki z piractwem morskim. Chiny, w ramach umowy podpisanej w 2004 roku, trenują także 50 żołnierzy seszelskich oddziałów sił obronnych.”
    Oczywiście jak ktoś jest typowym redaktorem-politrukiem z GW albo Rzepy (tzn. takim, który nie wie, gdzie leży Dalian albo Wuhan), to nawet pomoc Chin dla Sesdzeli w ramach walki z piratami może zinterpretować jako imperialne awanturnictwo Chin. Jednak takie uprzedzenia wynikają z mierzenia Chin miarką, która pasuje do USA lub Rosji. Tymczasem przywódcy Chin byliby idiotami, gdyby nie starali się zabezpieczać szlaków morskich do Afryki, na Bliski Wschód i do Europy. Każdy kraj na ich miejscu robiłby to albo samodzielnie, albo powierzał to sojusznikowi, jak np. Japonia – Stanom i Indiom.
    Odnośnie obecności Indii w Birmie i we Wietnamie. W Birmie nie wróżę Indiom sukcesów. Chiny są dla Birmy partnerem atrakcyjniejszym finansowo niż Indie czy Zachód; mogą bowiem rzucić więcej kasy na stół i nie wtrącają się w sprawy polityczne. A uboga Birma potrzebuje dużo pieniędzy. Tamtejsze skorumpowane elity wojskowo-polityczne też.
    A Wietnam? Tu sprawa jest bardziej skomplikowana. Wietnamskim priorytetem od czasów Ho Chi Minha zawsze była polityczna niezawisłość. Wietnamczycy są czuli na punkcie niezawisłości, ponadto zbyt wiele z nią zapłacili. Dlatego żaden lider nie zaryzykuje bycia czyimś satelitą, nie wpuści obcych wojsk. Zapomniał o tym prezydent Wietnamu Pd. Nguyen Van Thieu, wskutek czego stracił władzę. Liderzy w Hanoi byli bardziej ostrożni, kupowali od Moskwy broń, ale nie dali się wciągnąć w żaden bliższy wojskowy alians z ZSRR. Byli tam sowieccy doradcy, były sowieckie dostawy broni, ale nie było regularnych sowieckich wojsk. Jeśli Indie chcą mieć we Wietnamie sojusznika, muszą o tym pamiętać. Wreszcie trzeba pamiętać, że Hanoi prowadzi bardzo skomplikowaną grę. Wietnam to kraj komunistyczny i tamtejsi liderzy liczą się z tym, że Zachód i ich kraj może kiedyś będzie chciał zdemokratyzować na wzór Iraku, Afganistanu, Libii…
    P.S. Jedno mnie zastanawia. Cyt. „Szczególne obawy wywołuje wciąż żywy spór z Tajwanem i pięcioma krajami ASEAN o Morze Południowochińskie oraz niekończące się niesnaski z Japonią wokół statusu wysepek na Morzu Wschodniochińskim.”
    Naliczyłem trzy kraje ASEAN mające spory terytorialne z Chinami. Są to: Filipiny, Malezja i Wietnam. Czyżbym przeoczył jakieś dwa inne kraje?

    • Miły Panie Zyggi. Kraje które toczą spór graniczy o Paracele i Spratly to : Chiny, Tajwan, Wietnam, Malezja, Filipiny i Brunei.
      Relacje Indii i Chin rówież w innym artykule na moim blogu
      „Obszary konfliktu interesów Indii i Chin”.

Pozostaw odpowiedź