Birma news,Komentarz eksperta

M. Lubina: Rola Aung San Suu Kyi w procesie „odwilży birmańskiej”

Podczas przełomowych wydarzeń zeszłego tygodnia w Birmie to prezydent Thein Sein i uwolnieni więźniowie polityczni przykuli uwagę mediów. Sama Aung San Suu Kyi pozostała trochę w cieniu, oddając głos takim ludziom jak chociażby Min Ko Naing (przywódca studenckiego powstania 1988 roku). To bycie z tyłu nie powinno nas jednak zmylić. Aung San Suu Kyi była, jest i pozostanie centralną postacią „odwilży birmańskiej”. W pewnym sensie – kluczem do jej powodzenia.

Przypomnijmy: to od niej się wszystko zaczęło. Najpierw od wypuszczenia jej z aresztu domowego ponad rok temu. Następnie „prywatnych” odwiedzin w mauzoleum ojca w lipcu 2011. Potem – sierpniowego spotkania z Thein Seinem i wizyty w Naypyidaw. A dalej już poszło dynamicznie: spotkanie z Hillary Clinton i kolejnymi dyplomatami zachodnimi, liczne wywiady, a wreszcie – decyzja o ubieganiu się o mandat w wyborach uzupełniających 1 kwietnia 2012. Zawsze czujni Chińczycy również to zauważyli, wysyłając do ASSK swego ambasadora. Bez Suu Kyi odwilży by nie było i chyba nie ma nikogo, kto sądziłby inaczej.

W styczniu jej rola była również trudna do przecenienia, choć mniej widoczna. Gdy w Dzień Niepodległości Birmy (4 stycznia) wypuszczono tylko kilkudziesięciu więźniów politycznych, nastroje ulicy i działaczy prodemokratycznych były nienajlepsze. Dominował gniew i przekonanie, że  odwilż to fasada. Wtedy Suu Kyi wystąpiła z wywiadem dla Associated Press, mówiąc, że wierzy w Thain Seina, czym ostudziła gorące głowy. A na kilka dni przed wypuszczeniem czołowych więźniów politycznych, stwierdziła, iż Birma jest „na krawędzi przełomu”. W niezwykle szczęśliwy dla Birmy piątek 13-tego stycznia ten przełom nastąpił.

Zakulisowa rola ASSK w uwolnieniu więźniów jest oczywista. To ona przedstawiła listę 591 nazwisk (z której uwolnionych zostało – w zależności od różnych źródeł – od 200 osób do wszystkich na niej obecnych), cała operacja z pewnością była z nią konsultowana. O jej decydującej roli mówił zresztą wdzięczny Khin Nyunt, a to, co by nie mówić, dość wiarygodne źródło.

Suu Kyi jest w procesie „odwilży” postacią kluczową z kilku powodów. Będąc niekwestionowanym liderem opozycji, swoją osobą spaja i jednoczy bardzo zróżnicowane środowiska. Dla działaczy demokratycznych jej polityczne doświadczenie i heroiczna przeszłość są niekwestionowaną legitymizacją. Dla przywódców mniejszości etnicznych symbolizuje nadzieję na zmiany – i powrót do „ducha Panglong”. Wreszcie dla Zachodu jest rękojmią dobrych intencji zmian. Jak słusznie zauważył podczas grudniowego spotkania w CSPA dotyczącego „odwilży birmańskiej” prof. Bogdan Góralczyk: „jej jedno słowo jest dla Zachodu więcej warte niż dziesiątki decyzji generałów”.

Słowem: Suu Kyi jest motorem w tej „odwilży” i wszyscy o tym wiedzą. Jednakże z jej osobą wiążą się również komplikacje. To, że dla Zachodu jest niekwestionowanym liderem nie znaczy, że podobne odczucia mają wszyscy. Jak komentował ostatnio David Steinberg, obcokrajowcy mają megalomańskie przekonanie o tym, że ich decyzje wiele dla Birmy znaczą, podczas gdy tak naprawdę klucz do wszystkich zmian leży w samej Birmie i „czynnik zewnętrzny”, choć ważny, jest tu tylko pośredni. Główną rolę w tej odwilży wciąż gra junta i nic się w najbliższym czasie nie zmieni. A generałowie, z małymi wyjątkami, wśród których jest ponoć Thein Sein, Suu Kyi nie cenią, by nie powiedzieć: nie znoszą.

Ta niechęć sięga czasów roku 1988 . Gdyby nie pojawiła się Suu Kyi, „ekipie pułkowników” znacznie łatwiej poszłoby stłumienie protestów i zagarnięcie władzy. Ona odebrała im „mandat niebios” i pokazała, że nowi królowie są nadzy. Takich rzeczy się nie zapomina. Generał Than Shwe ponoć szczerze ASSK nie cierpi, a 16 lat domowego aresztu i przynajmniej jeden zamach na jej życie, są dowodami nie wymagającymi komentarza. Do tego dochodzą zarzuty bardziej merytoryczne: tradycyjnie silna wśród środowisk armijnych niechęć wobec Zachodu i jego rozwiązań, strach przed „bałkanizacją” do jakiej może doprowadzić demokratyzacja, czy wreszcie mentalność „oblężonej twierdzy” – w każdym z tych przykładów Suu Kyi jest dla generałów symbolicznym szwarccharakterem. Last but not least, jest jeszcze jeden powód: Suu Kyi jest kobietą (co jest przeszkodą mimo silnej pozycji kobiety w społeczeństwie birmańskim i bycia córką Aung Sana), a jedyny przykład kobiety u władzy w historii Birmy, Supalayat, jest dla generałów złowieszczo wymowny.

To wszystko sprawia, że Suu Kyi może być nie do zaakceptowania dla generałów. A pamiętajmy o tym, że rozpoczęcie reform nie gwarantuje automatycznie ich sukcesu. To, że Rubikon został przekroczony, nie znaczy że nie jest to proces nieodwracalny. Mimo porozumienia z Karenami, wciąż nie wszystkie konflikty etniczne udało się ugasić (niedawne fiasko negocjacji z Kaczinami, mimo dobrej atmosfery rozmów, pokazuje, że droga to wciąż wyboista). Najważniejszą przeszkodą są jednakże sami generałowie. Thain Sein i reformatorzy napotykają na silny opór, a w sprzeciwie wobec „odwilży” jednoczy konserwatystów jeden czynnik: strach.

Jest to strach wieloaspektowy. Przed „westernizacją”, ruchami odśrodkowymi, załamaniem się struktury państwowej której budowie oddali całe życie. Ale także strach jak najbardziej ludzki, osobisty: przed utratą władzy, majątku, a może nawet – zemstą społeczeństwa. Mentalność generałów się łatwo nie zmienia, władzy oddawać nie lubią. A jeśli już to uczynią, to tylko na własnych warunkach. Oni potrzebują swoich „check and balances”. Pierwszym i niezbywalnym z nich jest gwarancja nietykalności.

Dlatego właśnie postulowane, również na tych łamach, rozwiązanie „okrągłostołowe” jest dla Birmy wyjściem jak najbardziej pożądanym. Dlatego, że jego istota – kompromis – jest tym właśnie „złotym środkiem”, który pozwala na uniknięcie radykalizmu po obu stronach. To bardzo azjatyckie: każdy na czymś ustępuje i wszyscy na tym zyskują.

Suu Kyi zdaje się to rozumieć, a ma do spełnienia rolę tytaniczną. Musi lawirować między nadziejami własnego obozu, a realnymi możliwościami. Uważać na podstępy junty, a jednocześnie nie odrzucać pojednawczych propozycji. Okiełznać rewanżyzm i triumfalizm części swego obozu oraz osłabić niechęć wobec siebie u generałów. Być jednoosobowym czynnikiem stabilizacyjnym. To wszystko wymaga wielkiej mądrości i doświadczenia politycznego.

W tym działaniu, z powodów wyżej wymienionych, być może kluczem będzie pozostanie w cieniu. Nie dążenie obejmowania stanowisk, nie wychodzenie na pierwszą linię, bycie schowanym o krok do tyłu. To powinno osłabić obawy generałów, dla których, (przykładowo) ASSK jako premier mogłaby być widokiem nie do zniesienia. Rolą Suu Kyi jest przede wszystkim być architektem tych zmian, symboliczną „szyją” która porusza głową ruchu demokratycznego. Stąd być może stanie się tak, że cały proces firmować będzie ktoś inny, ktoś z generałów (jak teraz Thein Sein), a Suu Kyi oficjalnie do władzy nie zostanie dopuszczona. Nie zmieni to jednakże faktu, że jej wpływ będzie przemożny.

Ona sam wielokrotnie deklarowała, że jej celem nie są stanowiska i osobiste korzyści. Że chce zmienić Birmę. Jeśli odniesie sukces – doprowadzi do autentycznych przemian i odnowy Birmy – historia i tak ją doceni.

Walter Lippmann napisał kiedyś, że „należy sadzić drzewka, pod którymi nigdy się nie usiądzie”. Drzewko, które obecnie sadzi Aung San Suu Kyi, może wyrosnąć pewnego dnia na wspaniałego baniana.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Lubina: Rola Aung San Suu Kyi w procesie „odwilży birmańskiej” Reviewed by on 24 stycznia 2012 .

Podczas przełomowych wydarzeń zeszłego tygodnia w Birmie to prezydent Thein Sein i uwolnieni więźniowie polityczni przykuli uwagę mediów. Sama Aung San Suu Kyi pozostała trochę w cieniu, oddając głos takim ludziom jak chociażby Min Ko Naing (przywódca studenckiego powstania 1988 roku). To bycie z tyłu nie powinno nas jednak zmylić. Aung San Suu Kyi była,

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

komentarze 4

  • Jestem zdumiony tym, że nikt nie komentuje tego tekstu. Czyżby naszych komentatorów zawiódł „nos”? Panowie, toż Birma to w tej chwili, jedno z najważniejszych państw świata. Powód: ten kraj, umiejętnie przez tzw. „społeczność międzynarodową ” poprowadzony, jest w stanie wprawić rząd chiński w stan …no powiedzmy sobie- zdenerwowania. Wystarczy rzut oka na mapę, aby przekonać się, że dla strategów wszelkiej maści- a na CSPA takich przecież nie brakuje- Birma to brama Chin na Ocean Indyjski. Czyli, jeśli zablokuje się Chinom wyjście przez Birmę i w dodatku zablokuje cieśninę Malakka- o czym ostatnio pisałem na swoim blogu „Chiny widziane z daleka” w artykule „Grunt to mieć narodowego wroga” – to moje ukochane Chiny będa „ugotowane”. Ani przywieżć cokolwiek ani wywieżć. Słowem- umarł w butach. Wprawdzie to na razie szatański pomysł amerykańsko- indyjski, ale jak napisałem w ostatnim artykule „Śmiertelna GRA”, chyba sporo potu jest wylewane nad jego przyszłą realizacją.
    Słowem- Birma jest na tapecie! Paniowie- wiatr w żagle! I bajdewindem do tyłu.

    • Panie Wiesławie, czytałem Pana artykuł na blogu i zgadzam się z wieloma jego tezami, choc ostatnio upatruję w ruchach kierownictwa USA próby ucieczki od problemów wewnętrznych. Niech publika żywi się „żółtym niebezpieczeństwem” a nie permanentnym kryzysem ekonomicznym i kryzysem przywództwa. Elity USA i zachodniej Europy zdają chyba sobie sprawę, że próby uzdrawiania i uelastyczniania ich gospodarek to zapowiedź politycznego linczu ze strony przyzwyczajonego do dobrobytu społeczeństwa. Stąd zaniechanie reform lub zabiegi kosmetyczne, stąd trwające tyle lat pompowanie pieniędzy w niewydolne gospodarki Grecji i Portugalii itd. Ci liderzy są w klinczu między wolą wyborców a wolą finansjery i korporacji, które finansują partie i frakcje (przygotowywanie cichaczem umowy ACTA to typowy ukłon w stronę korporacji). Oni boją się wybuchu. Ponieważ sytuacja ich przerasta, więc kręcą, zwodzą, straszą i tak sfrustrowanych ludzi to ociepleniem klimatu, to Chinami…
      Podobnie jak Pan również uważam Birmę za kraj bardzo ważny strategicznie. Niemniej trochę dziwi mnie kasandryczny ton Pańskich rozważań. Przecież dotychczas Chiny radziły sobie dobrze bez pogrążonej w letargu, zaściankowej Birmy. Nawet gdyby sprawa tego kraju miała zagrozic chińskim interesom to pozostaje jeszcze bogata w surowce i ważna jako tranzyt Azja Centralna, którą Chiny wiążą ze sobą ekonomicznie, następnie do wyboru: 1) Iran i 2) proturecki Azerbejdżan, coraz mniej prozachodnia Turcja. A że po drodze Armenia? I co z tego, a bo to jej będą śmierdziec chińskie inwestycje? Nie sądzę.
      To samo dotyczy Birmy. Zresztą Chińczycy mogą zwyczajnie skorumpowac tamtejsze elity – tak samo jak Zachód korumpował różnych kacyków. Tam, gdzie elity i armia są skorumpowane – a w Birmie są skorupowane wybitnie – tam rządzi zasada: „kto smaruje ten jedzie”… Jak Pan myśli, kto najprędzej byłby w stanie wysupłac 2, 3 albo 5 mld USD na łapówki, pardon, na wsparcie lukratywnych kontraktów: Pekin, Waszyngton czy New Delhi? Oczywiście, że ten kto śpi na bilionowych nadwyżkach. Proste jak drut: autostrada z Kunmingu do Yangonu za X mld USD, z czego dogadany procent dla birmańskich wojskowych i polityków, a i dorzuci się grosza na obzłocenie świątyń, co by mnisi nie sarkali. Nie sądzę, by kler buddyjski był uodporniony na to, od czego świecą się oczy duchownym wszystkich innych wielkich religii. Reasumując: po co Chiny miałyby ratowac bankrutujące kraiki Europy, skoro pieniądze mogą lepiej dla swoich interesów spożytkowac w kraju na Irawadi? Dlaczego więc uważa Pan, że Chiny z powodu Birmy mają nóż na gardle?

  • Czy wie Pan coś o odrzuceniu przez rząd Birmy chińskich planów budowy dużej zapory wodnej? Próbuje tę wiadomość zweryfikować- na razie bez rezultatów. Czy zna Pan materiały , w których syntetycznie są ujęte chińskie inwestycje w Birmie? Zamierzone, rozpoczęte, zakończone. Będę wdzięczny za wiadomość na mój adres prywatny- jeśli można prosić.

    • Szanowny Panie Wieslawie!

      Obiecuje odpisac, Pana watek jest b.ciekawy, a Birma obecnie – fascynujaca! Ale odpisze dopiero po 4 marca, bowiem obecnie wlasnie w Birmie jestem i wolalbym – z roznych powodow – napisac to po powrocie.

      Pozdrawiam serdecznie,
      Michal Lubina

Pozostaw odpowiedź