Komentarz eksperta,Top news

M. Lubina: RAPORT CSPA: WYBORY W BIRMIE 2015

Birmańska opozycja demokratyczna zwyciężyła w wyborach powszechnych 8 listopada 2015 roku zdobywając zdecydowaną większość miejsc w parlamencie. Jest to również wielki osobisty sukces przywódczyni opozycji Aung San Suu Kyi. Będzie ona teraz współrządzić krajem wraz z armią. Jeśli zdoła porozumieć się z byłymi generałami, ma szansę na zreformowanie Birmy i zrealizowanie marzenia jej ojca (i jednocześnie założyciela armii), gen. Aung Sana. Uczynienia z Birmy Stanów Zjednoczonych Azji Południowo-Wschodniej. Z drugiej strony, w razie niemożności porozumienia się Suu Kyi z generałami, Birmę mogą czekać wstrzymanie reform konflikty wewnętrzne, a nawet nowy zamach wojska.

I. WSTĘP 

  1. Podstawowe informacje 

Birma (Mjanma, pełna nazwa: Republika Związku Mjanmy) jest drugim największym krajem Azji Południowo-Wschodniej i 40 pod względem powierzchni krajem świata. Jest to państwo posiadające liczne surowce naturalne, w tym bogate złoża ropy i gazu, jak również liczne kamienie szlachetne – Birma jest sławna z rubinów, szafirów i jadeitu. Oprócz tego wydobywa się tutaj cynę, antymon, cynk, miedź, ołów, węgiel, marmur czy wolfram. Największe inwestycje zagraniczne mają miejsce w sektorze wydobywczym (ropa, gaz), górniczym oraz w energetyce (elektrownie wodne), jak również w leśnictwie. Głównymi partnerami handlowymi są sąsiedzi – Chiny, Tajlandia i Indie, a także Singapur, Japonia i Korea Południowa. Mimo swoich bogactw, jest to państwo ubogie – najbiedniejsze w Azji Południowo-Wschodniej, od 1987 r. posiadające status LDC (Najmniej Rozwinięte Państwa) ONZ, w którym ok. 1/3 populacji żyje poniżej poziomu ubóstwa. Ponad 37% PKB stanowi rolnictwo. Głównym produktem rolniczym jest ryż. Od 2011 roku kraj przechodzi intensywne reformy gospodarcze, m.in. upłynnienie kursu kyata; wprowadzenie prawa inwestycji zagranicznych; niezależność banku centralnego i in. Od 2012 r. w Birmie mają miejsce znaczące inwestycje zagraniczne (4,1 bln USD w 2013; dla porównania: 1,4 w 2011), wzrost gospodarczy utrzymuje się na poziomie powyżej 7% (7,7% w 2014 r.), rośnie również  dochód na głowę mieszkańca (ob. ok 4700 USD, dla porównania 1300 USD w 2011 r.).

Birma jest krajem unitarnym, podzielonym na 21 jednostek administracyjnych. Stolicą państwa jest od 2005  roku (formalna proklamacja w marcu 2006 r.) Naypyidaw (ok. 900 tys. mieszkańców) – zbudowane od podstaw miasto w centralnej części kraju. Największym miastem pozostaje dawna stolica – Rangun (Yangon), zamieszkała przez ok. 6 mln ludzi, inne duże miasta to: Mandalaj (ok. 1 mln), Mulmejn, Tawe czy Taunggyi. Ludność miejska stanowi ok. 35% populacji kraju.

Jest to kraj wieloetniczny, narodowościowy tygiel. Zamieszkuje go, według różnych szacunków, od 30 do ponad 100 grup etnicznych/narodowościowych. Chociaż rząd birmański oficjalnie podaje 135 narodowości, to jednak nigdy przekonująco nie udowodnił tej liczby. Z 52 milionów ludzi zamieszkujących Birmę, Birmańczycy, czyli Bama(r) stanowią ok. 68%, reszta to mniejszości narodowe/etniczne: Szanowie (8-10%), Karenowie (ok. 7%), Arakańczycy (3,5 %), Monowie (2%), Kaczinowie (1,5 %), Czinowie (1%) Karenni (0,75 %) i in. Do tego dochodzi ok. 2% Indusów i 3% Chińczyków (liczba tych ostatnich rośnie). Mniejszości narodowe generalnie zamieszkują słabo zaludnione i jeszcze słabiej rozwinięte oraz trudno dostępne pogranicza, podczas gdy ludność birmańska mieszka w większości na Równinie Irawadi. Językiem urzędowym państwa jest birmański (mniejszości posiadają własne języki, ale nie mają one statusu urzędowego). Najważniejszą religią kraju jest buddyzm (hinajana/therawada), wyznaje go ok. 89% społeczeństwa. Pozostałe wyznania to chrześcijaństwo – ok. 4% (głównie baptyści, katolicy stanowią ok. 1%), islam – ok. 4%, animizm 1%.

  1. Zarys historii do 1988 r. 

Birma do XIX wieku była Birma była „pustelniczym królestwem”, samowystarczalnym, zamkniętym na świat i rządzonym przez okrutnych królów. Jednocześnie prekolonialne elity birmańskie miały, mówiąc dzisiejszym językiem, dobry zmysł geopolityczny. Gdy tylko pojawiał się jakiś konkurent do regionalnej hegemonii, bezlitośnie go niszczyły. To powodowało, że Birma była w kontynentalnej części Azji Południowo-Wschodniej mocarstwem regionalnym. Tradycje dawnej świetności są w Birmie żywe, szczególnie wśród elit.

Birmę na zachodni świat otworzyli Brytyjczycy. Zwyciężyli w trzech wojnach anglo-birmańskich (XIX w.) dzięki przewadze technologicznej, ostatecznie podbijając Birmę i włączając ją do Indii Brytyjskich w 1886 r. Kolonializm brytyjski przyniósł postęp gospodarczy, ale za cenę wynarodowienia („Birma bez Birmańczyków”). Birmańczycy niechętnie współpracowali z „brytyjskim Lewiatanem”, więc zaborcy-kolonizatorzy sprowadzili im Indusów i Chińczyków oraz postawili na mniejszości etniczne. Dali w ten sposób lekcję polityki divide et imperia (Birmańczycy twórczo rozwiną ją po latach wobec owych mniejszości) oraz dzikiego kapitalizmu.

Birmańczycy zrzucili kolonialne jarzmo dzięki elitom wykształconych w brytyjskich szkołach i zahartowanych w brytyjskich więzieniach. Birmańscy przywódcy potrafili wykorzystać „okno możliwości” jakie otwarło się po II wojnie światowej. Ich personifikacją był Aung San, ojciec Aung San Suu Kyi, który w ciągu dekady swojej działalności zdążył być komunistą, socjalistą, faszystą, antyfaszystą i demokratą, oraz dwukrotnie zmienić strony w trakcie II wojny. Przede wszystkim był jednak niezmiennie birmańskim patriotą, który zdołał wymanewrować dla Birmy niepodległość, lecz zginął zabity w zamachu tuż przed jej uzyskaniem.

Następcy Aung Sana sprawnie kontynuowali jego dzieło, przezornie wybierając stanie z boku w zimnej wojnie: niezaangażowanie. Sprawnie równoważąc wpływy obcych potęg birmańskie elity manewrowały tak, że zarówno USA, jak i ZSRR pasowała ich neutralność. To oszczędziło Birmie losu Wietnamu, Laosu czy Kambodży oraz dało uznanie międzynarodowe przejawiające się teką sekretarza generalnego ONZ dla Birmańczyka U Thanta (1961-1971).

Niestety, neutralność miała i złe strony. Od 1962 roku, czyli przejęcia władzy przez juntę wojskową pod dowództwem kolegi Aung Sana, generała Ne Wina, Birma całkowicie wycofała się ze świata. Nie ufając zachodniemu systemowi globalnemu, elity armijne uznały, że jedynym sposobem na utrzymanie suwerenności jest odcięcie się i zbudowanie autarkii. W ciągu 26 lat rządów armii ten ongiś najbogatszy kraj regionu i „spichlerz Azji”, stał się najbiedniejszym, zacofanym i zapomnianym zaściankiem. W 1987 r. Birma otrzymała tytuł LDC, czyli (w oenzetowskiej nomenklaturze) miano jednego z najmniej rozwiniętych państw świata.

  1. Najnowsza historia polityczna. Armia kontra Aung San Suu Kyi (1988-2011)

Fatalną sytuację kraju miał zmienić rok 1988, w którym wybuchły protesty studenckie, które doprowadziły do ustąpienia Ne Wina i pojawienia się na scenie charyzmatycznej przywódczyni opozycji, Aung San Suu Kyi, córki Aung Sana. Establishment armijny, zagrożony utratą władzy rozstrzelał protesty, rozpisał jednak wybory powszechne (zmienił również politykę gospodarczą, stawiając na kapitalizm i licząc na wejście inwestorów oraz utrzymanie władzy dzięki dopływowi gotówki).

 W kampanii wyborczej rozbłysnęła gwiazda Suu Kyi. Wybory zamieniły się w plebiscyt, a NLD przemieniła się w wielki ruch społeczny, masowy sprzeciw wobec armii. Suu Kyi chciała odsunąć wojsko w pokojowy sposób – stąd jej odwołanie się do taktyki nieużywania przemocy (non-violence). Suu Kyi ogłosiła, że „racja jest siłą” i najwyraźniej sama w to uwierzyła.

Generałowie myśleli inaczej. Dla nich to siła była racją – i jej użyli. Zamknęli Suu Kyi w areszcie domowym w 1989 roku, skutecznie uciszając ją w kraju. Ponadto, przegrywając starcie o rząd dusz w państwie, zmienili zasady gry w jej trakcie. Po klęsce w wyborach powszechnych na rzecz NLD w 1990, armia wbrew wcześniejszym ustaleniom, ogłosiła, że wybory odbyły się nie do parlamentu, lecz do konstytuanty. Niezgadzających się z tym dyktatem niepokornych spacyfikowano, dysydentów uciszono, a społeczeństwo zmaltretowano.

Źródło: commons.wikimedia.org

Źródło: commons.wikimedia.org

Politycznie reżim zwyciężył, ale jednocześnie niechcący doprowadził do deifikacji Suu Kyi. Zamknięta w areszcie domowym nie mogła zrobić nic złego, pełnić żadnych błędów. Naród uwielbił ją, pokochał i sakralizował. Wsparcie czekało ją też na Zachodzie, gdzie za głoszone ideały i postawę posypał się na Suu Kyi grad nagród i wyróżnień, z Pokojową Nagrodą Nobla na czele. Było to tym ciekawsze, że sama Suu Kyi, choć stała się globalną ikoną demokracji, to swoją partią, NLD, od początku rządziła dyktatorsko, nie tolerując żadnych głosów sprzeciwu, usuwając dysydentów i przemieniając NLD w klub lojalistów. Swoją karierę Suu Kyi zawdzięczała, oprócz cech osobistych (niezwykłej charyzmy, uporowi oraz nieprawdopodobnemu poświęceniu), takim tradycyjnym mechanizmom polityki birmańskiej, takich jak oparcie się na personalizmie i kulcie jednostek czy sakralizacji władzy.

Na Zachodzie Suu Kyi stała się wręcz częścią popkultury, najlepiej rozpoznawalną Azjatką i jednym z najsłynniejszych więźniów politycznych świata. Zachód, w tym przede wszystkim Stany Zjednoczone, poparły ją zgodnie z zasadą („prawem” Marvina Otta): „im mniej narodowych interesów mają Stany Zjednoczone w danym państwie, tym bardziej prawa człowieka liczą się w amerykańskiej polityce wobec tego państwa”. W przypadku Birmy prawa człowieka zaczęły się równać osobie Suu Kyi. Dzięki szczęśliwej kombinacji kilku czynników (sytuacji geopolitycznej i ideologicznej, popularności medialnej i własnym umiejętnościom) Suu Kyi sama stała czynnikiem w polityce zagranicznej państw Zachodu.

Suu Kyi potrafiła to wszystko sprawnie wykorzystać. Odtąd poparcie społeczne i wsparcie zagranicy stały się jej dwoma najważniejszymi atutami w walce z wojskowym establishmentem. Bez nich Suu Kyi spotkałby los zaprojektowany jej przez wojsko: marginalizacja. A tak była w stanie opierać się wojsku, a nawet liczyła na przymuszenie go do oddania władzy. Nawoływała do nałożenia sankcji, licząc, że zmuszą one generałów do ustępstw, tak jak ongiś pomogły zmienić RPA. Niestety, w Birmie „rząd się sam wyżywił”, bezkarnie handlując z Chinami, Tajlandią czy Singapurem. Za to społeczeństwo jeszcze bardziej zbiedniało.

To wszystko powodowało, że od 1988 do 2011 roku toczył się w Birmie podstawowy pojedynek polityczny: silnego (armia) ze słabym (Suu Kyi) o to, kto narzuca reguły gry. Reżim – choć politycznie wygrywał – nigdy nie zdołał całkowicie jej zwyciężyć. A Suu Kyi, choć przegrywała, to nigdy nie poległa do końca. Pozostała w grze, co zważywszy na dysproporcję sił, było jej osiągnięciem. Obie strony nie mogąc wygrać i nie dając się pokonać jednocześnie utrzymywała się w grze, licząc, że czas działa na ich korzyść. W efekcie polityczny pat trwał w Birmie dwie dekady. Nic nie pomagało – ani mediacje zewnętrzne, ani zakulisowe negocjacje junty z Suu Kyi, ani nawet próba rozwiązania problemu w klasycznym duchu birmańskich generałów: poprzez zabicie przeciwnika. Strony okopywały się na swoich pozycjach polityczno-ideologicznych, na czym cierpiał kraj i jego ludzie, złapani w pułapkę wielkiej polityki i jej miejscowych konsekwencji: biedy i zapomnienia.

Reżim wojskowy stopniowo, konsekwentnie narzucał własne reguły gry, nazwane eufemistycznie „mapą drogową do demokracji”. Anulując wyniki wyborów z 1990, ogłoszono w 2008  nową konstytucję – dającą armii kontrolę nad procesem politycznym i prawne narzędzia do przeprowadzenia w każdej chwili legalnego zamachu stanu – oraz wykluczające Suu Kyi z możliwości zostania prezydentem. Następnie, na podstawie ustawy zasadniczej, zwołano nowe wybory w 2010 roku. Liczący głosy reżim zwyciężył, zaś Suu Kyi zbojkotowała wybory, nie chcąc dawać wojsku legitymizacji.

Niestety dla Suu Kyi, to generałowie się doczekali – konkretniej: ewolucji światowych trendów. Po dwudziestu latach zmieniły się interesy Zachodu. Jako ziemia pełna surowców (ropa, gaz, pół tablicy Mendelejewa w glebach), intratny rynek (50 mln konsumentów), a przede wszystkim – ważne ogniwo w polityce powstrzymywania wzrostu Chin, Birma znów zaczęła być ważna. Dlatego Amerykanie, zwracający się po 2011 roku ku Azji, przeprosili się z generałami. Wojskowi dokonali spektakularnej wolty politycznej i niezwykłego ruchu PR-owskiego. Zmienili stroje z mundurów na garnitury i męskie spódnice longyi, „okazali się” reformatorami i dzięki temu powrócili na łono społeczności międzynarodowej. Wszystko po to by oddalić zagrożenie nadmiernego uzależnienia od Chin i ponownie prowadzić tradycyjną birmańską politykę zagraniczną: balansowania wpływów obcych mocarstw.

Za zmianę polityki amerykańskie polityczną cenę zapłaciła Aung San Suu Kyi: została pierwszą ofiarą „amerykańskiego zwrotu ku Azji”. Amerykańska wolta oznaczała dla niej to niewesoły wybór. Mogła pozostać na swoich pozycjach, obserwując jak Zachód dogaduje się z wojskowymi za jej placami lub też spróbować grać dalej: ale już na warunkach reżimu. Publicznie równało się to innej alternatywie: pozostania moralną ikoną, docenianą i szanowaną publicznie, lecz ignorowaną politycznie, bądź też zaryzykowania tego wygodnego statusu dla pełnej ryzyka, opatrzonej koniecznością kompromisów i ustępstw drogi politycznej o niepewnym finale.

  1. „Birmańska odwilż” (2011-2015) 

Suu Kyi wybrała opcję numer dwa. Udowodniła tym samym, iż jest pełnokrwistym politykiem. Nie narzekała, nie żaliła się, nie pomstowała. Po prostu grała dalej, licząc na wymanewrowanie dla siebie jak najlepszej pozycji. Po dwudziestu dwóch latach walki politycznej o to, kto narzuca reguły gry, Suu Kyi ustąpiła i zaakceptowała nieuniknione – dominację wojska. Zgodziła się funkcjonować w warunkach określanych przez reżim.

To pozwoliło na rozpoczęcie „odwilży politycznej” w 2011 roku. Generałowie zamienili mundury na garnitury i birmańskie męskie spódnice longyi, podpisali porozumienia o wstrzymaniu ognia z częścią partyzantów, wypuścili więźniów politycznych i otwarli na gospodarkę, powodując ogromny napływ kapitału. Zachód zniósł sankcje, pośpieszył z pożyczkami, grantami i kredytami oraz pogratulował (post) wojskowym nawrócenia na jedyną słuszną drogę demokracji. Stany Zjednoczone zawiesiły sankcje ekonomiczne – i to całkowicie, we wszystkich sektorach, wbrew sugestiom Suu Kyi ostrzegającej przed „nieostrożnym optymizmem”. Za USA poszły inne państwa, między innymi Unia Europejska, Kanada, Australia. Birma z kraju izolowanego stała się jednym z najciekawszych politycznie państw na mapie świata.

Suu Kyi w zmienionej sytuacji politycznej zmodyfikowała taktykę: przeszła od konfrontacji do próby zjednania reżimu, gdyż wiedziała, iż musi przekonać do siebie generałów. Udowodnić im, że nie ruszy ich pozycji i fortun ani nie rozliczy z dawnych zbrodni. Suu Kyi zrobiła wiele by tak zrobić. Przymilała się do nich publicznie, głosząc miłość do armii i występując na wojskowych paradach. Milczała w trakcie brutalnej ofensywy przeciwko partyzantce chrześcijańskich Kaczinów, przyjmowała datki od oligarchów reżimu, a w sporze chłopów wyzutych z ziemi z chińskim inwestorem powiązanym z rządem, wzięła stronę generałów. Słowem nie zająknęła się w obronie prześladowanych muzułmanów Rohingya (to – niesłusznie! – ściągnęło na nią gromy ze strony prodemokratycznych aktywistów, ongiś tak zażarcie ją wspierających; miało to jednak dla niej znaczenie drugorzędne, gdyż od kiedy agendę Zachodu wobec Birmy ponownie wyznacza Realpolitik, a nie demokratyczna ideologia, głos prodemokratycznego lobby stał się znacznie mniej istotny dla zachodnich decydentów). Suu Kyi nawet udała się na polityczną pielgrzymkę do Pekinu, czym znacząco uspokoiła towarzyszy chińskich. Przekonali się, podobnie jak birmańska generalicja, że niegdysiejsza obrończyni praw człowieka i najsłynniejsza więźniarka polityczna świata potrafi być jednak rozsądna.

Niestety, kompromisy i ustępstwa opozycjonistki na rzecz wojskowych poszły na nic. Generałowie ograli Suu Kyi w tej kwestii, co półgębkiem przyznała nawet ona sama („nadzieje na prawdziwe negocjacje z rządem okazały się rozczarowaniem”). Mimo obietnic i sugestii, wojskowi nie zamierzali dopuszczać Suu Kyi do władzy, czyli stanowiska prezydenta. Nie zmienili konstytucji. W tej sytuacji Suu Kyi najpierw usiłowała ich do tego przymusić, a gdy to się nie udało, zagrała jedyną kartą, jaka jej pozostała: postawiła wszystko na wybory, mając świadomość, że to jej jedyna – i prawdopodobnie ostatnia – szansa (w przeciwnym razie czekałaby ją nieunikniona marginalizacja).

Mimo upadku nadziei na prezydenturę, nie zamierzała się poddawać. Uznała wszystkie swoje ustępstwa na rzecz generałów „za stosunkowo trywialne sprawy, które będzie można rozwiązać, będąc u władzy”. Nie przejmując się krytyką, w tym tak bliskich jej niegdyś osób, jak choćby Win Tin, starała się wymanewrować dla siebie jak najwięcej miejsca. Wbrew głosom krytyki wieszczącej koniec jej politycznego znaczenia i ideologicznie „utknięcie w czasie”, pokazała, że potrafi się przystosować do nowych realiów – jest po prostu bardziej pragmatyczna, tak jak współczesny świat. Jej jedyną drogą do władzy – choć mocno niepewną, opatrzoną ogromnym ryzykiem i dającą mniej niż więcej szans na zwycięstwo – było postawienie na wybory. Suu Kyi wiedziała, że było jej być albo nie być w polityce.

Źródło: commons.wikimedia.org

Źródło: commons.wikimedia.org

II. WYBORY 

  1. Kwestie formalne

Jak wspomniano wyżej, wybory przebiegły według reguł nakreślonych przez armię i zawartych w konstytucji z 2008 roku. Według jej zapisów, głową państwa jest prezydent wybierany przez parlamentu. Prezydent wskazuje rząd. Prezydent ma formalnie dużą władzę (nieformalnie znacznie ważniejszy jest szef sztabu). Zgodnie z konstytucją (rozdział 11, artykuły 410-422) prezydent, działając w porozumieniu z Narodową Radą Obrony i Bezpieczeństwa (zdominowaną przez wojsko) może „w odpowiednim momencie zagrażającym dezintegracji Unii, narodowej solidarności i suwerenności” może ogłosić stan wyjątkowy i wprowadzić „porządek wojskowy”, zawieszając wszystkie prawa obywatelskie i przekazując pełnię uprawnień ustawodawczych, wykonawczych i sądowniczych na ręce naczelnika sił zbrojnych kraju. Słowem: w każdej chwili armia może legalnie dokonać zamachu stanu.

Ponadto prezydentem nie może być osoba starsza w jakikolwiek sposób związana z obcokrajowcami (przepis wprowadzony by wykluczyć Suu Kyi), zaś w rządzie trzy kluczowe ministerstwa są zarezerwowane dla armii: obrony, spraw wewnętrznych i regionów przygranicznych. Armia posiada również fiskalną i administracyjną autonomię. Jest więc niekontrolowana przez jakikolwiek rząd.
Stawką wyborów z 8 listopada 2015 r. było wyłonienie dwóch izb Hluttaw (parlamentu), które wspólnie wybierają następnie prezydenta. 25% miejsc w Hluttaw – mniejszość blokująca zmiany w konstytucji – przypada armii. Wojskowi będą mieli z klucza 25% miejsc w parlamencie bez względu na wynik. Stawką wyborów było więc wyłonienie 75% pozostałych parlamentarzystów. Były to pierwsze wybory powszechne od 2010, a pierwsze wolne od 1990 roku.

  1. Partie polityczne

W wyborach wzięło udział 91 partii politycznych. Ich kandydaci ubiegali się o 330 miejsc w Pyidaungsu Hlutta (Izbie Reprezentantów, izba niższa parlamentu) oraz 168 miejsc w Amyotha Hluttaw (Izbie Narodów, izba wyższa). Ponadto wybory odbywały się do 673 miejsc w parlamentach lokalnych. Najważniejszymi partiami były prorządowa Partia Solidarności i Rozwoju Unii (USDP), opozycyjna Narodowa Liga na rzecz Demokracji (NLD) oraz partie mniejszości etnicznych: m.in. Narodowa Partia Arakanu (ANP);  Liga Narodów Szan na rzecz Demokracji (SNLD); Narodowa Partia Mon (MNP); Kongres na rzecz Demokracji Ziomi (czyli Czin; ZCD); Narodowa Organizacja Pao (PNO); Narodowa Partia Ta’ang (TNP) i in.

  • USDP, partia establishmentu wojskowego

W najlepszej sytuacji przed wyborami były rządowa USDP, kierowana formalnie przez Htay Oo, a realnie przez urzędującego prezydenta, Thein Seina. O rządy w USDP do niemal końca toczyła się walka. Od kiedy w 2013 roku Thein Sein (dawniej nr 4 w juncie) został zmuszony do formalnej rezygnacji z przewodnictwa, w USDP pozycję przewodniczącego piastował jego rywal, Shwe Mann (dawniej nr 3 w juncie). Ambicje prezydenckie Shwe Manna były powszechnie znane i stały w oczywistej sprzeczności z planami reelekcji Thein Seina. Do starcia doszło w sierpniu 2015, gdy Shwe Mann został usunięty z funkcji przewodniczącego partii, zaś w samej USDP dokonano czystki jego ludzi. Miejsce Shwe Manna zajął lojalista Thein Seina, Htay Oo.

USDP nie przedstawiło żadnych konkretniejszych założeń ideowych (to samo można powiedzieć o wszystkich partiach), jednak partia ta, będąca przybudówką armii, jest w naturalny sposób kontynuatorką wizji państwa wojska: unitarnej, z „wiodącą rolą” armii w polityce i gospodarce. W przypadku USDP głośnym echem odbiło się zdanie Thein Seina wypowiedziane kilka dni przed wyborami: „wystarczy już zmian”. To lokowało USDP w roli establishmentowej partii spokoju i kontynuacji.

W wyniku systemu politycznego Birmy, wystarczyło USDP zdobyć 33% głosów, by – wraz z wojskowymi z klucza – utworzyć większość. USDP mogła liczyć na głosy aparatu wojskowo-biurokratycznego i samej armii, a także grup związanych z wojskiem biznesowo. Wreszcie, na miesiąc przed wyborami USDP uzyskała poparcie nowej rosnącej siły w Birmie: Ma Ba Tha, czyli Patriotycznej Organizacji Mjanmy (jej twarzą jest Ashin Wirathu, „birmański Bin Laden”). Ma Ba Tha ogłosiła publiczne poparcie wojska i krytykę Suu Kyi i jej partii – NLD. Tym ruchem Ma Ba Tha zdaniem wielu „ujawniła się” jako de facto kreacja armii (nie rozstrzygając kwestii czy Ma Ba Tha jest formacją stworzoną przez armię czy też niezależną, trzecią siłą, należy powiedzieć, że bez wątpienia jest ideowym sojusznikiem wojska).

Do tego dochodziła nadzieja wojskowych na topnienie poparcia dla NLD oraz na rozdział głosów na partie mniejszości etnicznych, co pozbawiłoby NLD szans na zbudowanie większości. USDP liczyło, że w najgorszym razie wybory doprowadzą do rozdrobnienia parlamentu, w którym będzie można odpowiednio manipulować parlamentarzystami, uniemożliwiając NLD stworzenie rządu. Wreszcie, opcją dla USDP pozostawało delikatne sfałszowanie wyborów rzędu 5-15% co przy rozdrobnieniu innych dałoby armii istotny lewar.

Wszystko powodowało względny spokój o wynik w formacjach wojskowych

Jednym słowem: USDP nie musiała wygrywać tych wyborów. Wystarczyło, że ich nie przegra.

  • Wyzwanie NLD

W dokładnie odwrotnej sytuacji była opozycyjna NLD kierowana przez Aung San Suu Kyi. Ona z kolei potrzebowała zdecydowanego zwycięstwa by utworzyć rząd i zrównoważyć strukturalne przewagi armii/USDP. Oznaczało to konieczność zdobycia 67%, czyli uzyskania 329 mandatów w obu izbach Hluttaw.

Dla Suu Kyi wybory te były „być albo nie być” w polityce birmańskiej. Mając w zmienionej konfiguracji geopolitycznej mniejsze pole manewru, Suu Kyi postawiła wszystkie swoje karty na te wybory. Było to bardzo ryzykowne zagranie, gdyż w razie porażki bądź zamachu stanu groziła jej stopniowa marginalizacja i utrata znaczenia. Taki los wieścili jej krytycy. Wskazywali na topniejące poparcie dla Ligi, rosnący krytycyzm wśród wielkomiejskich elit oraz coraz większą krytykę z zagranicy (choć to ostatnie ma znaczenie zdecydowanie mniejsze, gdyby było inaczej Suu Kyi nie opłacałoby się tak łatwo zrezygnować ze statusu ikony światowej na rzecz politycznych rozgrywek w kraju). Do tego dochodziły skomplikowane relacje z mniejszościami etnicznymi, wśród których w ciągu ostatnich lat gasł entuzjazm wobec Suu Kyi. A także przekonanie, iż powtórzenie sukcesu z 1990 r. (gdy zdobyła 80%) będzie bardzo trudne w obliczu spadku popularności Suu Kyi.

NLD krytykowano za brak programu i wizji kraju. Najwięksi krytycy zwracali uwagę, że NLD poza ogólnikowymi hasłami demokratyzacji i zmiany nie ma pomysłu na Birmę, i to nawet w porównaniu do armii (w tym ujęciu armia ma jakiś – zły – pomysł na kraj, podczas gdy NLD nie ma żadnego). W istocie, nawet dziś nie wiadomo o jakichkolwiek konkretach ze strony NLD: od pomysłów gospodarczych po kwestie kadrowe i personalia. NLD stała się posłusznym klubem lojalistów Suu Kyi, która ręcznie wybrała kandydatów, starannie dopierając ich pod kątem lojalności osobistej. Nie wykorzystała okazji do „sojuszu demokratów” i zdystansowała się zarówno wobec licznych środowisk emigranckich jak i wobec weteranów „ruchu 8888”, czyli studentów, którzy rozpoczęli rewolucję w 1988 r. Uczyniła to z obawy przed antagonizowaniem armii (kandydaci 8888 byliby nie do zaakceptowania przez wojsko), ale także chcąc mieć pewność wierności swojej partii. Słowem: wybrała zwarcie szeregów kosztem tworzenia szerszej koalicji. Z drugiej strony, postawiła na młodych działaczy i dała się przekonać do nowych metod prowadzenia kampanii (media społecznościowe, aktywizm lokalny itp.). Odpowiadając na krytykę o „ręczne sterowanie” partią i wybór lojalistów na listach odparła wprost: „odpowiedzialnością narodu jest głosować na partię, nie na określonych kandydatów”.

Obawiając się nastrojów społecznych Suu Kyi nie wypowiadała się w kwestiach buddyjsko-muzułmańskich, a pod sam koniec kampanii, kontrując zagrożenie ze strony skrajnych mnichów, wręcz zaostrzyła stanowisko odnośnie Arakanu, podkreślając, iż część tamtejszych muzułmanów przybyła z Bangladeszu. Mimo, iż w ostatnich kilku latach poszła na spore kompromisy wobec armii, na finiszu kampanii zaczęła coraz wyraźniej krytykować wojsko, w tym prezydenta Thein Seina (m.in. wypominając mu zdanie „wystarczy reform”). Ustawiła narrację w duchu „my kontra oni” i wyraźnie pozycjonowała NLD jako jedyną siłę mogącą doprowadzić do zmiany. Wreszcie, sięgnęła po najważniejszy atut: samą siebie. Powiedziała wprost: „będę ponad prezydentem”, co było czytelnym sygnałem dla społeczeństwa, polaryzacją stanowisk. Jasnym daniem wyboru: ona kontra armia. Postawiła tym zagraniem na szali swój prestiż polityczny w kraju.

Wszystko po to by przekroczyć magiczny próg 67% i móc samodzielnie rządzić. Suu Kyi musiała wygrać te wybory zdecydowanie, inaczej czekałaby ją marginalizacja

  • Partie mniejszości etnicznych

Ostatnim istotnym aktorem na birmańskiej scenie politycznej w przededniu listopadowych wyborów były partie mniejszości etnicznych. Potraktowanie ich wszystkich łącznie jest uprawnione tylko do pewnego stopnia: różnorodność wśród tych partii była niemal równie wielka jak wśród samych mniejszości etnicznych Birmy. Przykładowo buddyjscy Arakańczycy popierający armię mają niewiele wspólnego z chrześcijańskimi Kaczinami z armią walczącymi. To samo można powiedzieć o zestawieniu schrystianizowanych, żyjących na peryferiach państwa Czinów z buddyjskimi Monami, posiadających niemal tysiącpięćsetletnią historię. W samym stanie Szan największa partia, Liga Narodowości Szan na rzecz Demokracji, już swoją nazwą udowadnia, że nie jest partią stricte Szanów, bo też i stan ten zamieszkuje prawdziwa mozaika etniczna (Szanowie, Lisu, Pao, Palaung i wiele innych). Rozbieżności nie kończą się na kwestiach etnicznych i nie przebiegają tylko wzdłuż linii narodowo-religijnych. Inne spojrzenie na swoje sprawy mają dumni Arakańczycy, rozgrzani konfliktem z muzułmanami, a inne Szanowie, choć obie te nacje są buddystami. Za tymi wszystkimi sprawami idą, co jest rzecz jasna truizmem (wartym wszak powtórzenia) jak najbardziej partykularne interesy. Każda z partii mniejszości etnicznych dba o swoje – i zazwyczaj tylko o swoje.

Potraktowanie partii mniejszości etnicznych łącznie było jednakże uprawnione dlatego, że wynik tych partii miał zasadnicze znaczenie dla kwestii układu politycznego w Birmie po wyborach. Chociaż żadna z partii mniejszości nie miała ze swojej istoty szans na zwycięstwo, to mogły odebrać kluczowe głosy USDP i – przede wszystkim – NLD. Dlatego też kluczowym pytaniem pozostawało ile głosów partie mniejszości odbiorą głównym ugrupowaniom birmańskim?

Szczególne znaczenie miały kwestie wyborów w Arakanie, Szan oraz Mon, w mniejszym stopniu Kaczin i Karen. W Arakanie najważniejszą partią etniczną jest Narodowa Partia Arakanu (ANP), zaś w regionie, wstrząsanym konfliktem buddyjsko-muzułmańskim, podstawowym pytaniem było, czy Arakańczycy zaufają Suu Kyi, milczącej w tej sprawie, prezydentowi Thein Seinowi, propagującemu (publicznie) buddyjskie wartości, czy też swoim kandydatom z ANP. W Szan zagadką był wynik Ligi Narodów Szan na rzecz Demokracji (SNLD), sprzymierzonej ideowo z NLD, lecz mogącej odebrać jej znaczną ilość punktów. Mówiono również głośno o wpływie Narodowa Organizacja Pao (PNO), mającej być ewentualnym koalicjantem USDP. W Mon pytanie było na ile Monowie – ci zbirmanizowani i ci niezbirmanizowani – zagłosują na NLD czy na Narodową Partię Mon (MNP). Podobne pytanie dotyczyło południa Birmy, zamieszkałego przez Birmańczyków, Monów i Karenów.

Wynik partii mniejszości etnicznych zdawał się więc kluczowy dla powyborczych rozgrywek i układanek. Partie te mogłyby bowiem wejść w koalicję zarówno z USDP jak i z NLD (choć bez wątpienia z NLD chętniej). Z kimkolwiek by jednak nie negocjowały, byłyby to trudne targi z uwagi na sam unitarny charakter państwa i niechęć armii do reform ustrojowych (niemal wszystkie mniejszości chcą federalizacji, czemu armia się wyraźnie sprzeciwia). Jak trudno się negocjuje z mniejszościami pokazała nieudana inicjatywa podpisania ogólnonarodowego porozumienia o wstrzymaniu ognia, mająca być wielkim PR-owskim triumfem prezydenta Thein Seina, a zakończona niemal „utratą twarzy”. Porozumienie podpisała tylko trochę ponad połowa organizacji mniejszości etnicznych, a główni, bo zbrojni przeciwnicy armii (np. Kaczinowie z KIA) do tego porozumienia nie przystąpili. Perspektywy ewentualnej koalicji NLD-mniejszości też nie wyglądały różowo. NLD mogłaby się sprzymierzyć się z partiami mniejszości etnicznych i wspólnie uzyskać koalicję mogącą wyłonić prezydenta, ale zwiększałaby wtedy ryzyko zamachu stanu, bo junta alergicznie traktuje mniejszości, szczególnie mogące mieć władzę. Dlatego dla NLD tak ważne było uzyskanie samodzielnej większości.

Z perspektywy partii mniejszości etnicznych ważny z kolei był dobry wynik, bo tylko taki dawał silną pozycję negocjacyjną w późniejszych targach z głównymi ugrupowaniami: USDP i NLD.

  1. Przebieg wyborów

Wybory odbyły się zgodnie z planem 8 listopada 2015 r. Za ich przebieg odpowiedzialna była formalnie Centralna Komisja Wyborcza (złożona z emerytowanych bądź byłych wojskowych), same wybory były obserwowane przez licznych obserwatorów z zagranicy (m.in. z UE). Sporo było również inicjatyw społecznych mających na celu kontrolę prawidłowości przebiegu wyborów (m.in. NLD wysłała znaczną liczbę aktywistów w celu kontroli procesu wyborczego i patrzenia na ręce władzy; NLD wniosła również najwięcej skarg). Zdaniem niektórych publicystów to masowa mobilizacja społeczeństwa sprawiła, iż wybory przebiegły uczciwie; wydaje się jednak, że gdyby rząd w istocie pragnął je sfałszować, to zrobiłby to i tak. Głosowanie nie odbyło się w kilku rejonach stanu Szan oraz strefy samorządowej Wa, powodem były bądź walki w tych obszarach (Szan) bądź faktyczny brak kontroli rządu nad tym terytorium (Wa). Ogółem uprawnionych do głosowania było 33,5 miliona mieszkańców Birmy.

Kontrowersje na Zachodzie, oprócz pojawiających się nieprawidłowości na listach wyborczych wzbudził brak możliwości oddania głosu przez mniejszość Rohingya. Dodatkowo pojawiały się doniesienia o oszustwach przy głosowaniu przedterminowym, na korzyść USDP (najsłynniejsze miało mieć miejsce w Lashio).

Ogólnie jednak wybory przebiegły spokojnie i zostały powszechnie uznane za uczciwe. Do masowych fałszerstw nie doszło (choć zapewne zdarzyły się mniejsze, na lokalną skalę), zaś większość problemów technicznych zaistniałych w trakcie wyborów wiązała się raczej z różnym stopniem umiejętności sprostania wyzwaniu technicznemu, jakim była organizacja i przeprowadzenie wyborów. Stąd m.in. tak długie liczenie głosów.

 Cieszyły się niezwykłą popularnością: 8 listopada od rana mieszkańcy Birmy ustawiali się w długie kolejki do komisji wyborczych, przy których trwali nawet po zamknięciu lokali. Wybory wzbudziły ogromne zainteresowanie społeczne – i jeszcze większe oczekiwania. Frekwencja wyniosła ok. 80% (oficjalne dane wciąż nie zostały podane).

  1. Wynik

Wybory zakończyły się wielkim zwycięstwem NLD. Chociaż Komisja Wyborcza długi czas liczyła głosy, co początkowo spotkało się z pewną nerwowością ze strony opozycji (opóźnienia były jednak dowodem na miejscową kulturę organizacyjną, a nie chęć fałszerstw). Jednakże już dwa dni po wyborach było jasne, iż NLD przekroczyła magiczny próg 67% – i to znacznie. Z podawanych przez Komisję Wyborczą wyników wyłaniał się coraz bardziej obraz zwycięstwa NLD. Gdy Komisja Wyborcza podała wreszcie ostateczny wynik 20 listopada, NLD uzyskała 887 z 1146 miejsc, USDP znalazła się na dalekiej drugiej pozycji, uzyskując 117 miejsc, z kolei partie mniejszości etnicznych otrzymały jedynie 41 miejsc. Oznacza to, iż NLD zwyciężyła z wynikiem 77% wszystkich głosów.

  1. Analiza rezultatów

Wybory w Birmie zakończyły się nie tyle zwycięstwem, ile wręcz triumfem NLD. Partia uzyskała rewelacyjny wynik 77%, co oznacza, iż głosowało na nią niewiele mniej osób niż w poprzednich wygranych przez siebie wyborach w 1990 roku (wówczas trochę ponad 80%).

Jednocześnie wybory zakończyły się klęską rządowej USDP. Były szokiem dla rządzącego establishmentu, który nie zdawał sobie sprawy ze skali społecznej niechęci do armii. Jest to o tyle zastanawiające, iż generałowie birmańscy zrobili ten błąd już drugi raz z rzędu – po poprzednich wolnych wyborach w 1990 roku również byli zdruzgotani porażką. Teraz mieli świadomość, że mogą nie wygrać, lecz nie przepuszczali, iż poniosą aż tak straszliwą klęskę. Dobrze to pokazuje oderwanie wojskowych od nastrojów społecznych.

Na bardzo słaby wynik USDP złożyło się kilka czynników. Przede wszystkim niezrozumienie faktu, iż ludzie mają dość establishmentu armijnego i cokolwiek by on nie zrobił – nawet jeśli w poprzednich latach zaczął radzić sobie z rządzeniem lepiej – zagłosują przeciwko niemu. Z tym łączy się nieprzyjemny dla USDP fakt, iż NLD uzyskała poparcie również grup mających najwięcej korzyści z obecnego systemu: armii i biurokracji. Przywódcy wojska na pewno głosowali na USDP, ale szeregowi żołnierze już na NLD. Po drugie, powszechna była chęć zmiany, czego przywódcy USDP kompletnie nie wyczuli, ustawiając się jako partia spokoju i kontynuacji. Po trzecie, rosnący krytycyzm wobec Suu Kyi i – wydawać by się mogło – słabnące notowania NLD, połączone z przekonaniem, iż USDP niewiele trzeba, uśpiły przywódców armijnych. Byli przekonani, iż cokolwiek by się nie stało, i tak będą w stanie kontrolować sytuację. To NLD musiała wygrać zdecydowanie, co zaktywizowało jej zwolenników, doprowadziło do prawdziwej mobilizacji społecznej, która przełożyła się na zwycięstwo. Po czwarte, USDP liczyło na odebranie głosów NLD przez partie mniejszości etnicznych, co było kolejnych elementem „uśpienia” czujności przywódców partii. Wreszcie po piąte, walki frakcyjne osłabiły wewnętrznie USDP – jej przywódcy byli bardziej zajęci walką o stanowiska i poprawę swoich pozycji, niż myśleniem o tym, jak przekonać do siebie społeczeństwo.

Zaskakująco słaby wynik osiągnęły partie mniejszości etnicznych. Tylko po 12 miejsc w Pyitthu Hluttaw dla ANP i SNLD oraz odpowiednio 10 i 3 dla nich w Amyotha Hluttaw (oraz dosłownie po kilka miejsc dla innych partii w obu izbach) to prawdziwa klęska, niemalże porównywalna do tragicznego wyniku rządzącej USDP. Okazało się, że przy wszystkich żalach i zawiedzionych nadziejach związanych z Aung San Suu Kyi, w chwili próby mniejszości zagłosowały jednak za nią, a nie za swoimi partiami. Przedstawiciele mniejszości mogli prywatnie narzekać na Suu Kyi, a nawet oskarżać ją o zdradę ideałów i zaprzedanie się armii, ale jak przyszło co do czego, to i tak zagłosowali na jej partię. Po części wiązało się z to z nadzieją na zmianę i brakiem wiary, iż rozdrobnione partie mniejszości jej dokonają, po części również na przekonaniu, iż dojście do władzy Suu Kyi oznaczać będzie szansę rozwoju kraju, a więc i terenów etnicznych. Wreszcie ważne było jeszcze coś: mówiąc górnolotnie „poczucie patriotyczne” (lub mówiąc przyziemnie więź z krajem) większość przedstawicieli mniejszości chce żyć w Birmie, traktują Birmę jako swój dom i miejsce na ziemie, nie chcą jednak takiej Birmy, jaką miały przez ostatnie sześćdziesiąt lat, z brutalną armią, narzucającą im wielkobirmański projekt państwowotwórczy. Suu Kyi spersonifikowała więc nadzieje na „normalność”.

Zwycięstwo NLD było tak wielkie, że aż zaskakujące. Oczekiwano zwycięstwa Ligi, jednakże nie wiedziano, czy przekroczy próg 67%. Tymczasem zdobyła 20% więcej! To fenomenalny wynik! Społeczeństwo birmańskie zagłosowało za zmianą, zaś partii udało się przekonać społeczeństwo, iż zmiana jest możliwa i będzie mieć miejsce dzięki NLD. Nawet krytycy partii i Suu Kyi w decydującym momencie zagłosowali na NLD – partia zwyciężyła w zasadzie wszędzie, udowadniając, iż wciąż niepodzielnie dzierży rząd dusz w społeczeństwie.

Wybory oznaczały również wielki osobisty triumf Aung San Suu Kyi. Te wybory były jej ostatnią szansą na zdobycie władzy – i wykorzystała ją w pełni. Opłaciła się jej dotychczasowa taktyka i konieczność pójścia na ustępstwa oraz „zgniłe” kompromisy. Dzięki temu jest w grze, a nawet ma w niej chwilową przewagę. Teraz wszyscy zapomnieli o jej ustępstwach i koncesjach – cel uświęcił środki, a w polityce liczą się zwycięzcy: Suu Kyi wygrała, a więc miała rację. Udowodniła, że „sukces jest najlepszym mówcą” i właśnie zamknęła usta swym krytykom i niedowiarkom.

Kolejny raz okazało się, że siła Suu Kyi nie bierze się z kadrowego zaplecza, lecz z niej samej. Przy wszystkich swoich wadach Suu Kyi jest klasą samą w sobie i swoim największym politycznym atutem. Pozostaje niekwestionowanym autorytetem dla większości społeczeństwa, co przy personalizacji birmańskiej polityki dało taki właśnie wynik wyborczy. Suu Kyi ustawiła kampanię wyborczą pod hasłami „my kontra oni”, a raczej „ja kontra oni” i dlatego zwyciężyła. Wygrała dzięki tradycyjnym cechom birmańskiej polityki: personifikacji władzy, akcentowi na cechy moralne przywódców, nie zaś kompetencję (społeczeństwo bardziej dba o sferę wartości moralnych niż świat racjonalnych argumentów), potrzebie jedności, a przede wszystkim legitymizacji pochodzącej z pochodzenia i własnej charyzmy. Swoistym paradoksem birmańskiej sceny politycznej jest więc fakt, że w wolnych wyborach demokratycznych miażdżąco zwyciężyła przywódczyni ludowa rządząca partią w sposób dyktatorski, zaś swój sukces zawdzięcza ona tradycyjnym, autorytarnym mechanizmom władzy.

Znów okazało się, że Suu Kyi jest „panią Birmy”, „matką Birmy” i doskonale czuje swój naród. Birmańczykom nie przeszkadzało, że Suu Kyi zrobiła z NLD swoją przybudówkę bez programu, wizji i pomysłu na kraj, ani nawet to, że musiała iść na kompromisy z armią. Jak przyszło co do czego, to zagłosowali na nią, bo jest „matką Birmy” (dzieci narzekały na matkę, nie zgadzały się z nią, a nawet przeciwko niej się czasem buntowały, ale przecież „matka jest tylko jedna”). Operując innym porównaniem, można powiedzieć, że Suu Kyi jest metaforyczną „królową”, zaś społeczeństwo to jej „poddani” (relacja ta zachodzi w obie strony, zarówno Suu Kyi tak traktuje lud, jak i lud w ten sposób postrzega Suu Kyi; dzięki temu jest to tak trwałe dla obu stron). Dla zdecydowanej, przygniatającej większości narodu Suu Kyi jest prawowitą władczynią, zaś armia to uzurpatorzy. Dlatego zwycięstwo Suu Kyi należy rozpatrywać nie w duchu zachodniej tradycji demokratycznej, gdzie zwycięża partia oferująca najatrakcyjniejszy program przeważającej ilości grup interesów, lecz w kontekście birmańskiej buddyjskiej kultury politycznej jako zwycięstwo w duchu „wielkiego wybranego”

  1. Aung San Suu Kyi jako „Wielka wybrana” (Maha Sammata)

W birmańskiej tradycji politycznej istotne znaczenie ma interpretacja buddyjskich sutt, nauk przypisywanych Buddzie. Najistotniejszą w kontekście najnowszych wyborów birmańskich jest Agganna Sutta, porównywalna czasami z Księgą Wyjścia, opisująca upadek ludzkości z wyższego, niebiańskiego poziomu do obecnego stanu na skutek pożądania. Nie wchodząc w szczegóły, które rzeczywiście miejscami przypominają biblijną przypowieść: w legendzie tej chodzi o to, że ludzie, spadając do poziomu ziemskiego na skutek złych uczynków, zaczynają pragnąć i walczyć o zasoby. W rezultacie kłamią, kradną i mordują się wzajemnie. Dochodzi do pełnego upadku moralnego i całkowitej anarchii. Ludzkość sięga dna. Wtedy ludzie zauważają, że muszą to opanować. Wybierają na przywódcę najlepszego spośród siebie, Maha Sammata, co znaczy „wybrany przez ludzi”, i powierzają mu pełnię władzy. Ma on rządzić jako sprawiedliwy władca i poprzez swoje mądre władanie ograniczać ich złe zamiary. Wizja ta niemal łudząco przypomina obraz świata i ludzkości naszkicowany przez Hobbesa w Lewiatanie. Podobnie jak u niego, w Agganna Sutta „człowiek człowiekowi wilkiem”, co powoduje „wojnę wszystkich ze wszystkimi”. By temu zaradzić, ludzie powołują przywódcę, kontrolującego i hamującego ich złe uczynki. Władca ten jest moralne lepszy, logiczne więc, że trzeba mu oddać pełnię władzy.

Mit o wyborze „Maha Sammata” nie jest rzecz jasna jedyną tradycją filozofii polityki w Birmie – inne są zdecydowanie bardziej autorytarne/dyktatorskie – jednakże to na nią powoływała się sama Suu Kyi w swoich tekstach politycznych w latach 90-tych XX w. Suu Kyi akcentowała moment wyboru Maha Sammata i interpretowała to jako rodzaj buddyjskiego „kontraktu społecznego”, dowód na istnienie demokratycznych instynktów w birmańskiej kulturze. Można to jednak zinterpretować prościej. „Wielki wybrany” to w birmańskiej tradycji ktoś w rodzaju ludowego bohatera, wybawcy, politycznego zbawiciela. Ktoś, kto gdyby tylko mógł rządzić, od razu rozwiązałby wszystkie problemy i uczynił ludzi bogatymi i szczęśliwymi. Na takie rozumienie wyboru Birmańczyków wskazując relacje z samej Birmy. Ludzie pytani przez dziennikarzy o powody głosowania na NLD odpowiadali, że „kiedy wygra nasza matka Aung San Suu Kyi, Rangun będzie oświetlony”, wszystko się szybko zmieni, a Birma stanie się z dnia na dzień bogata.

Źródło: commons.wikimedia.org

Źródło: commons.wikimedia.org

III. NASTĘPSTWA 

  1. „Bezpieczniki” armii

Wojsko poniosło klęskę wyborczą, nie znaczy to jednak, że oddaje władze, a jedynie to, że będzie się musiało nią podzielić. Chociaż generałowie nie spodziewali się aż takiej porażki, to byli jednak przygotowani na najgorszy scenariusz już wcześniej. Stworzyli taki system polityczny, który daje im szereg politycznych „bezpieczników”.

Po pierwsze, konstytucja. W birmańskiej ustawie zasadniczej „wiodąca rola armii” jest usankcjonowana prawnie, zaś do zmiany konstytucji potrzeba 75% plus jednego głosu (a potem ponad 50% w referendum narodowym). Jakkolwiek hipotetyczne referendum narodowe Suu Kyi bez problemu wygra (czymże dla niej jest uzyskanie 50% głosów, skoro wygrywa wybory mając 77%?), to doprowadzenie do zmian w samym parlamencie będzie bardzo trudne, gdyż armia posiada 25% miejsce z klucza. Oznacza to, że Suu Kyi musiałaby zdobyć poparcie samej armii dla zmiany korzystnej dla wojska konstytucji. Dotyczy to również punktu zakazującego jej ubiegania się o prezydenturę.

Po drugie, ministerstwa. Armia ma z przydziału trzy kluczowe ministerstwa: obrony – dające władzę nad armią i jej budżetem; spraw wewnętrznych (służby!); pogranicza, czyli odpowiadające za niestabilne peryferie. Politycznie trzy wojskowe ministerstwa powodują konieczność współrządzenia z armią. Rząd Suu Kyi nie będzie miał kontroli nad armią, a jednocześnie będzie politycznie odpowiedzialny za działania tejże armii. To daje wojsku ogromne pole do podminowania rządu, np. poprzez intensyfikację walk na pograniczu, gdzie konflikty etniczne mogą niemal z miejsca wysadzić każdy niechętny wojsku rząd.

Po trzecie, w najgorszym razie armii pozostaje klauzula pozwalająca na zamach stanu w razie (m.in.) „zagrożenia narodowej solidarności”. Ten przypominający „odpowiedzialność przez Bogiem i historią” zapis daje armii duże pole interpretacji. Bo czymże może być to zagrożenie? Np. walkami buddyjsko-muzułmańskimi sprowokowanymi przez Ma Ba Tha? (Ma Ba Tha, czyli ugrupowanie stworzone bądź bliskie armii?) Zresztą, nie należy mieć złudzeń, jeśli armia zdecyduje się na zamach stanu, to litera prawa będzie dla niej sprawą drugorzędną. A nawet jeśli się nie zdecyduje, to sama możliwość pozostaje istotnym psychologicznym straszakiem na NLD. Armia raczej nie zdecyduje się na zamach stanu, bo koszty polityczne byłyby zbyt wielkie. Jednakże w razie najgorszego – gdyby NLD spróbowała naruszyć żywotne interesy armii lub rozpoczęła lustrację – to armia prędzej doprowadzi do nowego zamachu stanu, ponownie zamknie kraj i zniweczy wszystkie reformy niż spokojnie na to pozwoli.

  1. Czekając na „deal”

Listopadowe wybory otwierają przed Suu Kyi realną szansę na władzę – pierwszą od 1988 roku. Patrząc na to zagadnienie w sposób praktyczny, Suu Kyi może wreszcie sprawdzić swoje umiejętności we (współ)rządzeniu państwem. Wyzwań przed nią co niemiara, od gospodarczych po – być może najtrudniejsze – pojednanie narodowe z mniejszościami etnicznymi. Najważniejsze jednak wyzwanie dla Suu Kyi to konieczność porozumienia się z wojskiem. Możliwości są dwie: albo dogada się z armią albo kraj czeka „wojna na górze”, na której stracą wszyscy.

Przejęcie władzy przez NLD nie nastąpi szybko. Wybory odbyły się 8 listopada, zaś nowy parlament zbierze się dopiero w styczniu/lutym. Pod koniec lutego/na początku marca ma mieć miejsce wybór prezydenta i nowego rządu. To bardzo długa perspektywa. Ponadto, stary parlament zbierze się jeszcze na jedną sesję w listopadzie, co da armii możliwość przegłosowania korzystnych „kwestii technicznych” w ostatniej chwili.

Przede wszystkim jednak tak długi okres przekazywania władzy pozwala obu stronom na dojście do porozumienia. Teraz właśnie rozpoczyna się zakulisowy proces negocjacji między Aung San Suu Kyi a generałami i post-generałami (najważniejszym decydentem w armii nie jest bynajmniej były generał prezydent Thein Sein, lecz szef sztabu gen. Aung Min Hlaing). Suu Kyi jest zmuszona do układania się z generałami, wciąż kontrolującymi proces polityczny i mogącymi ją w każdej chwili obalić, jednak w przeciwieństwie do ostatnich dwudziestu siedmiu lat ma ona w ręku realne argumenty. System polityczny Birmy powoduje dwuwładzę NLD i armii – Suu Kyi będzie musiała współrządzić z wojskiem, co oznacza, że istnieją dwa scenariusze dalszego biegu wydarzeń.

W pierwszym, najlepszym dla Birmy, Suu Kyi porozumiewa się z generałami. Dochodzi do „dealu”, czyli „układu”, co zabezpiecza interesy armijnego establishmentu, a jednocześnie pozwala na dalsze reformy i wyciągnięcie kraju z zapaści. Jest to rozwiązanie lepsze dla obu stron. Armia nie utraci przywilejów, nie zostanie również pociągnięta do odpowiedzialności za dawną niegospodarność oraz za swoje zbrodnie. Suu Kyi z kolei tak zdominowała NLD, że nie ma kadr umożliwiających kierowanie państwem, musi się więc oprzeć na kadrach armijnych. Wydaje się, że Suu Kyi ma świadomość konieczności dogadania się z wojskiem, o czym świadczą chociażby jej pojednawcze wypowiedzi po zwycięstwie. Jeśli odejmie się historię dwudziestosiedmioletniego konfliktu Suu Kyi z generałami i popatrzy na nich chłodnym okiem, to różnice między oboma obozami nie są aż tak radykalne. Gdyby wreszcie udało się im dogadać, byłoby to zakończenie „kłótni w armijnej rodzinie” między córka Aung Sana a następcami jego kumpli.

Może je jednak zdarzyć i tak, że obie strony poróżnią się o władzę i o to, kto ma decydować. W tym drugim scenariuszu, armia będzie robić wszystko by skompromitować Suu Kyi i sprawić, by „wypaliła się” politycznie i straciła poparcie. Wojsko może to robić na przeróżne sposoby, od obstrukcji państwa przez wszczynanie konfliktów na pograniczu po rozgrzewanie konfliktu buddyjsko-muzułmańskiego. W takim scenariuszu Birmę czeka niestabilność polityczna, ciągłe „wojny na górze” i okres chaosu, a w dalszej części – polityczny upadek Suu Kyi i powrót rządów wojskowych.

Dlatego lepiej by się generałowie dogadali się z Suu Kyi. Zyskają na tym oni, ona, kraj oraz ludzie – w tej właśnie kolejności.

  1. Birmy powrót do świata

Listopadowe wybory można uznać za zwieńczenie drogi prowadzącej do powrotu Birmy do świata zachodniego (czyli na owo mityczne „łono społeczności międzynarodowej”) rozpoczętej w 2011 roku. Idealiści powiedzieliby, że Birma się normalizuje i demokratyzuje, a także, że jest to wspaniały „wolnościowy” przykład dla regionu. Realiści odrzekliby, iż manewr generałów polegający na „przefarbowaniu się” z prochińskich na proamerykańskich powiódł się w pełni, a w stolicach regionów będą studiować Birmę jako modelowy wręcz przykład tego jak oddać władzę zachowując ją i zrzucając z siebie odium reżimu. Ocena zmian w Birmie zależy więc w dużej mierze od nastawienia ideologicznego patrzącego. Bez względu jednak na to, jak oceniać transformację birmańską, ma ona ogromne implikacje dla wizerunku międzynarodowego Birmy.

Udane wybory i dojście NLD do władzy oznacza, iż prawdopodobnie nastąpi teraz potop inwestycji zachodnich. Już teraz daje się zauważyć pierwsze symptomy runu do Birmy. Można się spodziewać dalszego napływu kapitału w takich gałęziach przemysłu jak przemysł wydobywczy, energetyka, górnictwo, a także nieruchomości, infrastruktura, przemysł tekstylny, przemysł spożywczy rolnictwo, rybołówstwo i in. Spodziewany jest ogromny napływ turystów: już teraz Birma jest bardzo modna i popularna, może się to tylko zwiększyć.  Zagraniczny kapitał napłynie skuszony niskimi kosztami pracy i sprzyjającym otoczeniem, zaś rząd NLD prawdopodobnie wprowadzi dalsze ułatwienia inwestycyjne by przyciągnąć zachodni kapitał i zrównoważyć chiński. To wszystko daje to ogromną szansę Birmie na przeprowadzenie udanej transformacji i przejście ze statusu peryferyjnego do półperyferyjnego w światowej gospodarce.

W polityce zagranicznej Naypyidaw nie należy się spodziewać przełomu. Nowy rząd z pewnością nadal będzie prowadzić tradycyjną dla Birmy politykę równoważenia wpływów obcych mocarstw (balansowania). To właśnie paradygmaty tej wizji doprowadziły generałów do zmian politycznych, zaś sama Suu Kyi nie tylko nigdy nie krytykowała „neutralnego” podejście Birmy, lecz sama wprost za nim się opowiadała, tak dosłownie (wywiady), jak i metaforycznie (wyprawa do Chin). Tak więc z najsłynniejszą na Zachodzie Birmanką u władzy Birma wcale nie stanie się amerykańskim wasalem, lecz za wszelką cenę postara się utrzymać niezależność swego kraju.

Bez względu jednakże na politykę prowadzoną przez Naypyidaw, Birma ponownie staje się ważnym krajem regionu. Jest to poniekąd „powrót do przeszłości” lub raczej „normalności”, gdyż Birma tradycyjnie była liderem regionu i tylko fatalne rządy armii doprowadziły ją do upadku, i to straszliwego. Birma gospodarczo lokuje się pod Laosem, choć powinna konkurować z Indonezją o miano najbogatszego i najpotężniejszego kraju regionu.

Gdy Suu Kyi wchodziła do polityki birmańskiej w 1988 roku robiła to pod hasłem „dokończenia dzieła ojca”. Aung San pragnął uczynić z Birmy „Stany Zjednoczone Azji Południowo-Wschodniej”, kraj potężny politycznie i prężny gospodarczo. Teraz Suu Kyi wreszcie ma szansę zrealizować jego marzenie.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Lubina: RAPORT CSPA: WYBORY W BIRMIE 2015 Reviewed by on 25 listopada 2015 .

Birmańska opozycja demokratyczna zwyciężyła w wyborach powszechnych 8 listopada 2015 roku zdobywając zdecydowaną większość miejsc w parlamencie. Jest to również wielki osobisty sukces przywódczyni opozycji Aung San Suu Kyi. Będzie ona teraz współrządzić krajem wraz z armią. Jeśli zdoła porozumieć się z byłymi generałami, ma szansę na zreformowanie Birmy i zrealizowanie marzenia jej ojca (i

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

KOMENTARZE: 1

  • Świetnie napisane, gratulacje Michał. A fragment poniższy dotyczy chyba każdej niedojrzałej demokracji, nie tylko Birmy:
    „Dlatego zwycięstwo Suu Kyi należy rozpatrywać nie w duchu zachodniej tradycji demokratycznej, gdzie zwycięża partia oferująca najatrakcyjniejszy program przeważającej ilości grup interesów, lecz w kontekście birmańskiej buddyjskiej kultury politycznej jako zwycięstwo w duchu „wielkiego wybranego””

Pozostaw odpowiedź