Artykuły,Polecane,Publicystyka

M. Lubina: Przekleństwo Birmy

Ile jest realnie suwerennych państw na świecie? USA, Chiny, w mniejszym stopniu Rosja. A poza tym? Może Niemcy, może Indie, może Brazylia. Na pewno Korea Północna. Oraz kilka średnich państw azjatyckich, jak Wietnam, zazdrośnie strzegących swojej niezależności. Wśród tych ostatnich wyróżnia się Birma. Jej przykład pokazuje wady i zalety kurczowego trzymania się suwerenności.

Klęska pustelniczego królestwa

Birma, przez dekady izolowana, jest od 2011 roku jednym najciekawszych państw na politycznej mapie globu. Kluczowym miejscem rodzącego się, dwubiegunowego świata amerykańsko-chińskiego. W tej rozgrywce gigantów Birma to nie tylko bierne igrzysko, lecz ważny podmiot, który przez lata potrafił zachować niezależność, ale poniósł tego gospodarcze konsekwencje. Dlatego właśnie jest przeciekawym przypadkiem tego, co można nazwać „przekleństwem suwerenności”: utrzymania niezależności i podmiotowości za wszelką cenę. Nawet kosztem rozwoju, postępu i dobrobytu.

Birma była przez wieki „pustelniczym królestwem”, samowystarczalnym, zamkniętym na świat i rządzonym przez okrutnych królów. Jednocześnie prekolonialne elity birmańskie miały, mówiąc dzisiejszym językiem, dobry zmysł geopolityczny. Gdy tylko pojawiał się jakiś konkurent do regionalnej hegemonii, bezlitośnie go niszczyły. Tajlandię, najważniejszego rywala, z którym Birma żyła jak pies z kotem (albo Polska z Rosją) Birma najechała trzynaście razy (odwrotnie: raz). Do dziś w Tajlandii matki straszą krnąbrne dzieci: „bądź grzeczny, bo przyjdą Birmańczycy”.

Birmę na zachodni świat otworzyli Anglicy. Zrobili to z subtelnością Hunów lub Sowietów, ale zwyciężyli, bo mieli przewagę technologiczną. Królowie birmańscy, nieświadomi, że pojawił się przeciwnik z innego świata, długo w ogóle nie uznawali istnienia tych „parweniuszy”, a wejście z nimi w interakcje traktowali jak niedorzeczność. Mimo że w kolejnych wojnach anglo-birmańskich wyspiarskie armaty i muszkiety roznosiły liczniejsze wojska przeciwnika, królewskie elity ani myślały przyjmować do wiadomości, że coś się zmieniło. Chociaż ziemie monarchy skurczyły się do jednej prowincji, on wciąż nastawiał na podmiotowe traktowanie, a od brytyjskich posłów nadal żądał bicia głową o ziemię. Birma nie była „bambusem wyginającym się przed silniejszym wiatrem” jak sąsiednia Tajlandia. Dlatego właśnie upadła.

Kolonializm brytyjski jest dla Birmy niczym nasze zabory, a konkretnie ten pruski. Brytyjczycy przynieśli postęp gospodarczy, ale za cenę wynarodowienia. Stworzyli „Birmę bez Birmańczyków”, obcy twór na birmańskiej ziemi, pod względem niesprawiedliwości i kontrastów społecznych przypominający dzisiejszą Amerykę czy Chiny. Birmańczycy niechętnie współpracowali z „brytyjskim Lewiatanem”, więc zaborcy-kolonizatorzy sprowadzili im Indusów i Chińczyków oraz postawili na mniejszości etniczne. Dali w ten sposób lekcję polityki divide et imperia (Birmańczycy twórczo rozwiną ją po latach wobec owych mniejszości) oraz dzikiego kapitalizmu. „To oczywiście kłamstwo” – pisał George Orwell, który swoją karierę zaczynał w Birmie – „że przebyliśmy tutaj, aby pomóc naszym ciemnoskórym braciom, a nie obrabować ich”.

Duma i klęska

Birmańczycy zrzucili obce jarzmo, bo mieli elity wykształcone w brytyjskich szkołach i zahartowane w brytyjskich więzieniach, które potrafiły wykorzystać „okno możliwości”, jakie otwarło się po II wojnie światowej. Ich personifikacją był Aung San, człowiek, który swoim postępowaniem zachwyciłby największych klasyków realizmu politycznego. W ciągu dekady swojej działalności zdążył być komunistą, socjalistą, faszystą, antyfaszystą i demokratą oraz dwukrotnie zmienić strony w trakcie II wojny światowej. Przede wszystkim był jednak niezmiennie birmańskim patriotą, który zdołał wymanewrować dla Birmy niepodległość, udowadniając tym samym starą, a niechętnie słuchaną prawdę, że polityków ocenia się po „etyce odpowiedzialności” – po rezultatach ich działań.

Następcy Aung Sana sprawnie kontynuowali jego dzieło, bo wiedzieli, że (jak to ujął jeden z nich) w polityce „przyjaźnić się można z każdym, pod warunkiem, że ma się w ręku duży kij”. Świadomość podstawowych mechanizmów polityki sprawiła, że birmańskie elity w toczącej się zimnej wojnie wybrały stanie z boku: niezaangażowanie. Sprytnie równoważąc wpływy obcych potęg ustawili się tak, że zarówno USA, jak i ZSRS pasowała ich neutralność. To oszczędziło Birmie losu Wietnamu, Laosu czy Kambodży oraz dało uznanie międzynarodowe przejawiające się teką sekretarza generalnego ONZ dla Birmańczyka U Thanta (1961-1971).

Ale neutralność miała i złe strony. Od 1962 roku, czyli przejęcia władzy przez juntę wojskową, Birma całkowicie wycofała się ze świata. Nie ufając zachodniemu systemowi globalnemu, elity armijne uznały, że jedynym sposobem na utrzymanie suwerenności jest odcięcie się i zbudowanie autarkii. Swoją rolę odegrała tu również osobowość dyktatora, generała Ne Wina (1962-1988). Niczym pewna komisarz Unii Europejskiej lubił on słuchać się wróżbitów (za ich podszeptem zmienił ruch drogowy z lewostronnego na prawostronny oraz nominały banknotów na podzielne przez szczęśliwą liczbę 9), ale przede wszystkim: nienawidził kapitalizmu. Ten świetny wojskowy, niezły polityk i prymitywny człowiek – był fatalnym gospodarzem. W efekcie Birma, ongiś „spichlerz Azji”, w 1987 r. otrzymała tytuł LDC, czyli (w oenzetowskiej nomenklaturze) miano jednego z najmniej rozwiniętych państw świata. Dołączając do doborowego towarzystwa Bangladeszu, Burkina Faso czy Czadu.

Fatalną sytuację kraju miał zmienić rok 1988, w którym wybuchły protesty studenckie, porównywalne z chińskimi protestami na Tiananmen. Doprowadziły one do ustąpienia Ne Wina i pojawienia się charyzmatycznej przywódczyni opozycji, Aung San Suu Kyi, córki Aung Sana. Jednak gdy tylko establishment armijny poczuł się zagrożony utratą władzy, masowo rozstrzelał ludzi na ulicach, a Suu Kyi zamknął w areszcie domowym. W zamian „nowa junta” postawiła na kapitalizm, licząc na wejście inwestorów i utrzymanie władzy dzięki dopływowi gotówki. Celem było „przefarbowanie się z lewicowego reżimu na proamerykański, prawicowy reżim”, jak to zgrabnie ujął jeden z wojskowych.

Źródło: Wikimedia Commons

Źródło: Wikimedia Commons

Bez kompromisów

Jednakże sytuacja geopolityczna na świecie się zmieniła. Miejsce zimnowojennych koncepcji bezpieczeństwa zajęła naiwna wiara w „koniec historii”. Ów powszechny entuzjazm, jeśli nie triumfalizm, dopiero teraz jest poważnie kwestionowany (by nie powiedzieć: wyśmiewany). Wówczas jednak marksistowska z ducha wiara w nieuniknione zwycięstwo demokracji była wręcz powszechna. Na Zachodzie stworzyła intelektualną aurę dla formowania nowej polityki opartej – tam, gdzie nie było szczególnie istotnych interesów – na ochronie praw człowieka. W Birmie zadziałało „prawo (Marvina) Otta”: „im mniej narodowych interesów mają Stany Zjednoczone w danym państwie, tym bardziej prawa człowieka liczą się w amerykańskiej polityce wobec niego”.

USA i inne państwa Zachodu, nie mając w Birmie większych interesów, nałożyły sankcje, chcąc ją przymusić do demokracji. Ale generałowie birmańscy (regularnie maltretujący własne społeczeństwo) nie myśleli tymi kategoriami. Dla nich najważniejsza była suwerenność. By wytrzymać sankcje, zwrócili się do Chin, które chętnie pomogły. Był to ze strony birmańskiej generalicji pragmatyczny wybór, o czym świadczą słowa szefa junty, generała Than Shwe: „nie całujemy Chin, bo je kochamy, lecz dlatego, że takie są nasze interesy narodowe”.

Junta sankcje wytrzymała, zgodnie z klasyczną zasadą „rząd się sam wyżywi”, ale przy okazji doprowadziła do klęski gospodarczej państwa.  Tłumaczyła to sankcjami, lecz w większym stopniu sama była temu winna (dopływ gotówki miała z Chin i innych państw azjatyckich z zasady nieingerujących w sprawy wewnętrzne sąsiadów). Powodem była mentalność rządzących generałów, bojących się utraty kontroli i nieufających prywatnej inicjatywie ani technokratom. Suwerenność – pojmowana na sposób wojskowy, wręcz tradycyjny, była dla nich zawsze najważniejsza i jakiekolwiek ustępstwie w tej kwestii nie wchodziło w grę. Sztywność i wojskowy rygor w kontroli, niechęć do ustępstw w jakichkolwiek prerogatywach, w połączeniu z korupcyjną tradycją powodował staczanie się gospodarki, bezlitosną eksploatację birmańskich, przebogatych surowców (ropa, gaz i połowa tablicy Mendelejewa w glebach) przez sąsiadów. A także międzynarodową izolację.

Było to dokładne przeciwieństwo Tajlandii. Regionalny rywal Birmy od XIX wieku skutecznie stosował taktykę kooperacji i przymilania się do najsilniejszych. Najpierw łasił się do Wielkiej Brytanii, czego ceną był status gospodarczego protektoratu, ale formalnie niepodległego. Następnie poparł Japonię, dzięki czemu Tajlandię ominęły zniszczenia wojenne. A gdy karta w II wojny światowej się odwróciła – Stany Zjednoczone. Tajom ponownie się upiekło, bo dookoła grasował komunizm, więc Amerykanie zapomnieli o niedawnym sojuszu Tajów z Tokio.

Od tego czasu Tajlandia nastawiła się na korzystanie z amerykańskiego parasola politycznego i gospodarczego. Społecznie kosztowało ją to różne plagi (nieprzypadkowo Bangkok jest symbolem życia nocnego), ale sprawiło, że Tajlandia jest jednym z bogatszych państw regionu, bijącym pod tym względem Birmę na głowę. Na losach tych dwóch rywali dobrze widać cenę wyborów politycznych: elastyczna Tajlandia jest może i średnio szanowana oraz nie do końca suwerenna, ale na pewno (w skali regionu) bogata. Dumna zaś Birma budzi niechętny respekt, lecz i lekceważące pobłażanie z uwagi na jej słabość gospodarczą.

Przełom

Birmańska „zła karma” ma się teraz zmienić. Przełom przyszedł w 2011 roku wraz z amerykańskim zwrotem ku Azji. Drugorzędna Birma stała się nagle ważnym punktem w nowej polityce powstrzymywania – tym razem Chin. Generałowie birmańscy, którzy sami mieli serdecznie dość chińskiego patrona, z jego wyzyskiem, wyższością i butą, z radością, powitali tę zmianę – po 20 latach nadeszło wreszcie przefarbowanie, o którym marzyli. W zamian za ściągnięcie mundurów, wypuszczenie więźniów politycznych i dopuszczenie opozycji do parlamentu (10% miejsc), czyli ustępstwa małe, generałowie „okazali się” demokratami.

Do kraju napłynął strumień pożyczek, grantów i darowizn z międzynarodowych instytucji finansowych, a także imponujące inwestycje z całego świata, chcące widzieć w Birmie dobrą alternatywę dla drożejących Chin. Nawet Freedom House uznał, że z wolnościami w Birmie nie jest już tak źle (na pewno lepiej niż w Chinach). Zaś wszystkie kraje zachodnie od 2012 r. zaczęły używać reżimowej nazwy kraju: Mjanma (Myanmar), którą przez lata te same rządy „z przyczyn demokratycznych” odrzucały. Mjanma znaczy bowiem w miejscowych warunkach mniej więcej tyle, co nasza Wszechpolska. Gdy zaś mająca powszechne poparcie w Birmie przywódczyni opozycji Aung San Suu Kyi chciała wystartować na prezydenta, to generałowie-demokraci ją zablokowali. Poskarżyła się wprawdzie Barackowi Obamie, ale ten wsparł ją tak, jak na laureata pokojowego Nobla przystało – moralnie.

Przemienieni w demokratów generałowie okazali się więc godnymi następcami długoletniej birmańskiej linii polityki zagranicznej – umiejętnego balansowania wpływów obcych mocarstw. Dzięki temu są dziś w stanie rozgrywać sprzeczności amerykańsko-chińskie i obu tym gigantom jest potrzebna ich przychylność. Politycznie Birma pozostaje państwem niezależnym, opierającym się naciskom obcych i mającym wielkie ambicje nawiązania do dawnej królewskiej chwały. Lecz te plany kolejny raz pokrzyżować może ten sam czynnik, który daje birmańskim elitom siłę polityczną: kurczowe obstawanie przy suwerenności.

Walka z fatum

Wojskowi demokraci in-spe, tak jak poprzednio, chcą kontrolować najważniejsze przedsiębiorstwa i firmy, bo w ich mentalności to wciąż „władza generuje bogactwo” (niczym w społeczeństwach feudalnych). Niestety w warunkach globalizacji model ten utrzymać trudno, o czym świadczą pierwsze głosy rozczarowania ze strony inwestorów wycofujących się znad Irawadi z powodu niekorzystnego klimatu.

Stąd też najważniejszym pytaniem stojącym przed tym otwierającym się państwem jest to, czy bardzo sprawni politycznie post-generałowie zdołają wprząc gospodarkę w swoje ambicje polityczne (jak się to udało w Chinach), czy też ich kurczowe trzymanie się niezależności i suwerenności ponownie przekreśli szanse Birmy. Od tego, czy demokraci in-spe zdołają pokonać owo „przekleństwo suwerenności”, zależy dalszy los państwa birmańskiego – oraz ich samych.

Artykuł pierwotnie ukazał się w „Nowej Konfederacji”, nr 2 (56)/2014

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Lubina: Przekleństwo Birmy Reviewed by on 4 maja 2015 .

Ile jest realnie suwerennych państw na świecie? USA, Chiny, w mniejszym stopniu Rosja. A poza tym? Może Niemcy, może Indie, może Brazylia. Na pewno Korea Północna. Oraz kilka średnich państw azjatyckich, jak Wietnam, zazdrośnie strzegących swojej niezależności. Wśród tych ostatnich wyróżnia się Birma. Jej przykład pokazuje wady i zalety kurczowego trzymania się suwerenności. Klęska pustelniczego

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

komentarze 2

  • Bardzo interesujący komentarz.
    Wspomina Pan Wietnam. Piękny kraj, ale ludzie bardzo zamknięci. Zastanawiające jak słabo Wietnamczycy znają j. angielski nawet w restauracjach i hotelach jest z tym problem. Może powodem jest to, że państwo zapewnia 4/5 lat nauki dla wszystkich. Dalsze kształcenie kosztuje.
    Anna

  • Co tu gadać – kapitalny tekst !

Odpowiedz na „AnarchaAnuluj pisanie odpowiedzi