Komentarz eksperta,Polecane

M. Lubina: Prezydentura w cieniu rywalizacji gigantów. Aung San Suu Kyi i jej (nie)przekreślone szanse na władzę

Ostatnim pytaniem, jakie zadałem Aung San Suu Kyi, było to o jej planach po tym, jak nie została dopuszczona do kandydowania na prezydenta. Odparła, że kwestia ta wcale nie jest przesądzona i wciąż pracują nad tym, by osiągnąć sukces. Wtedy wydało mi się to ucieczką od pytania. Teraz jednak, po kolejnych trzech tygodniach w Birmie i wielu fascynujących rozmowach, wydaje mi się, że Suu Kyi może mieć rację. Choć jej szanse na zostanie prezydentem są małe – i zasadniczo nie zależą od niej – to rozgrywka wokół wyborów i jej osoby wciąż się nie zakończyła.

Wieści na temat wyborów, płynące z Birmy w ciągu ostatnich miesięcy, nie porażały optymizmem. Niemalże zaraz po szczycie ASEAN i wizycie Baracka Obamy w Birmie w listopadzie 2014 r. post-wojskowy establishment birmański zakomunikował, że zmian nie będzie. Przewodniczący parlamentu, gen. Thura Shwe Mann oświadczył, że propozycje poprawek konstytucji mogące umożliwić Suu Kyi kandydowanie zostaną poddane referendum w maju 2015 r., ale ich wynik będzie wiążący dopiero PO wyborach powszechnych w październiku 2015 r. (innymi słowy, Suu Kyi zostanie dopuszczona, ale dopiero do następnych wyborów w 2020 r., gdy będzie miała 75 lat, a wojsko kolejne 5 lat na jej marginalizację). Szef armii birmańskiej, główny twardogłowy i zdaniem wielu politycznie najpotężniejszy człowiek w Birmie, gen. Min Aung Hlaing posunął się nawet dalej. W będącym szczytem cynizmu wywiadzie dla „Voice of America” stwierdził, że nie ma powodu, by zmieniać konstytucję, skoro 92% obywateli głosowało za jej przyjęciem w 2010 r. (taki wynik osiągnięto, gdyż to armia liczyła głosy – przyp. M.L.). A tak w ogóle to on, Min Aung Hlaing nie zamierza się on spotykać z Aung San Suu Kyi, bo i po co?

Podsumowując te głosy można stwierdzić, że wojskowy establishment jest podzielony w kwestii taktyki, lecz nie strategii. Nie chce dopuścić Suu Kyi do prezydentury. Albo przynajmniej tak twierdzi. Gdy post-generałowie mówią publicznie do mediów zachodnich o zablokowaniu jej kandydatury, to albo chcą oswoić zachodnich dysydentów z myślą, że to już po Suu Kyi, albo podbijają stawkę. Rozsądniej jest założyć, że to drugie. Z jednego powodu – szerszej perspektywy.

Źródło: flickr.com, Foreign and Commonwealth Office

Źródło: flickr.com, Foreign and Commonwealth Office

Birma znajduje się obecnie w samym centrum pełzającej rywalizacji amerykańsko-chińskiej. Jest to zarówno jej atut, jak i wielkie zagrożenie. Może zostać zmieciona przez siłę zewnętrznych procesów, ale przy sprzyjających okolicznościach może też wiele zyskać, prowadząc rozsądną politykę. Jej największą zaletą z perspektywy dwóch rywalizujących ze sobą mocarstw światowych jest położenie. Cała reszta jest drugorzędna. Surowce? Owszem, ale je można zastąpić. Nowy rynek? Tak, ale są inne. Tania siła robocza – OK, ale w Bangladeszu tańsza. I tak dalej. Tak naprawdę jedyną bezcenną z punktu widzenia mocarstw cechą Birmy jej położenie geograficzne.

Z perspektywy Ameryki Birma jest niezwykle ważnym elementem szerzej całości, czyli polityki powstrzymywania Chin. Choć nie jest najważniejsza, to jej utrata stanowiłaby poważny wyłom w całości strategii. Tak naprawdę wręcz przekreślałaby sukces całej wizji. Z tego powodu Birma musi być „po dobrej stronie mocy”. Dokładnie z tego samego powodu Chiny nie mogą stracić Birmy. Państwo Środka od wieków dbało o to, by wokół swoich granic nie zawiązał się żaden sojusz mogący je zablokować. Amerykanie próbują teraz taki zmontować, a jeśli im się uda, przekreślą „drugą modernizację” Chin, czyli ich powrót do pozycji hegemona.

Słowem – post-generałowie birmańscy są obu mocarstwom potrzebni. Błyskotliwy manewr generalicji birmańskiej, jakim była „odwilż polityczna”, wyprowadził ich na globalną szachownicę, więc teraz mogą targować się z mocarstwami o to, kto da więcej. Stawiam, że więcej da Pekin i że Chińczycy przebiją każdą ofertę amerykańską. Ale birmańskie elity doskonale znają Chińczyków i wiedzą, że ci jak raz wejdą, to już nie wyjdą. Opłacalność ekonomiczna nie zawsze równa jest politycznej, a obserwacja birmańskich elit uczy, że zawsze wybierały logikę polityczną ponad gospodarczą. Z tej perspektywy Amerykanie mają tę zaletę, że są daleko i nie ingerują aż tak mocno jak Chińczycy. Ale też nie są pozbawieni wad. Najważniejszą z nich jest ich promowanie demokracji. Oczywiście nie tak zupełnie, Amerykanie głupi nie są, wiedzą, że groziłoby to chaosem i anarchią w ¾ krajów globu, ale domagają się, żeby o dbać o pozory. W przypadku Birmy takim pozorem byłby wybór Aung San Suu Kyi na prezydenta.

Patrząc na to chłodnym okiem, rozwiązanie to ma wiele zalet zarówno dla generalicji, jak i dla Stanów Zjednoczonych. Dla establishmentu jest ważne o tyle, że realna pozycja polityczna Suu Kyi jest bardzo słaba. Przede wszystkim nie ma ona kadr (o tym w następnym komentarzu), musiałaby się więc oprzeć na strukturach armijnych i postarmijnych, bo tylko takie są dziś elity w Birmie. Ponadto w ciągu ostatnich trzech lat wykazała ona spory pragmatyzm, co pozwala sądzić, że nie naruszyłaby istniejącej struktury władzy, a byłaby wspaniałą wizytówką dla świata zachodniego. Dla Amerykanów bowiem korzyść z tego rozwiązania jest oczywista. Można by całemu światu pokazać Birmę jako wzorcowy przykład transformacji ustrojowej, kolejny dowód na nieuniknione zwycięstwo demokracji na całym świecie dla tych wszystkich, którzy w to wciąż wierzą i stanowią elektorat wyborczy.

Jednakże problem Suu Kyi polega na tym, że generalicja jej nie ufa. Post-wojskowi wiedzą, że nie mają żadnej gwarancji, że Suu Kyi raz wybrana nie spróbuje dla siebie wymanewrować lepszej pozycji. Znają ją dobrze, nie raz nie dwa zaszła im za skórę i wiedzą, że nawet słaba nie będzie prostym partnerem, nie da łatwo z siebie zrobić marionetki. Dlatego wolą nie ryzykować. Chcą dogadać się z Zachodem na swoich warunkach – utrzymanie i pogłębienie otwarcia kraju w zamian za niedopuszczenie Suu Kyi do prezydentury. W ostateczności pozostaje im jeszcze jedna opcja – w razie niedogadania się, ponowne zamknięcie kraju. Bowiem jego obecne otwarcie i reformy mają z perspektywy armii sens tylko jako środek do celu, czyli umocnienia i utrwalenia panowania armii, która raz zdobytej władzy nie zamierza oddawać nigdy.

Jednym słowem, patrząc z perspektywy globalnej, szanse Aung San Suu Kyi na zostanie prezydentem Birmy zależą od wyniku rywalizacji amerykańsko-chińskiej. Jeśli przeważy opcja prochińska, to Suu Kyi jest niemal bez szans. Ma je tylko w przypadku zwycięstwa opcji proamerykańskiej, lecz i tak niewielkie. Ale Suu Kyi wciąż jest w grze, choć z rolą drugorzędną, to jednak wciąż z jakąś. A dopóki piłka w grze, wszystko może się zdarzyć. Jedno jest pewne: spektakl ten robi się coraz ciekawszy.

Z Rangunu,

Michał Lubina

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Lubina: Prezydentura w cieniu rywalizacji gigantów. Aung San Suu Kyi i jej (nie)przekreślone szanse na władzę Reviewed by on 25 lutego 2015 .

Ostatnim pytaniem, jakie zadałem Aung San Suu Kyi, było to o jej planach po tym, jak nie została dopuszczona do kandydowania na prezydenta. Odparła, że kwestia ta wcale nie jest przesądzona i wciąż pracują nad tym, by osiągnąć sukces. Wtedy wydało mi się to ucieczką od pytania. Teraz jednak, po kolejnych trzech tygodniach w Birmie

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

Pozostaw odpowiedź