Artykuły

M. Lubina: Polityczny taniec nad ciałem zmarłego prezydenta

800px-Ferdinand_MarcosW tym dużym katolickim kraju osoba zmarłego prezydenta wzbudza kontrowersje, polaryzuje społeczeństwo i dzieli miejscową scenę polityczną według oceny jego rządów. Jedni uważają, że były dla kraju stratą czasu, inni chcą podążać jego śladem i odwołują się do jego spuścizny. Wybranie miejsca jego pochówku stało się sprawą ogólnonarodową, i wzbudziło niezwykle silne emocje, budząc na nowo, dawne, powoli już zapominane konflikty i antagonizmy.

Mowa oczywiście o Filipinach i Ferdynandzie Marcosie, który przez 20 lat rządził dyktatorsko tym malowniczym archipelagiem ponad 8 tysięcy wysp i wysepek. Choć ostatnie głosy dochodzące z Manili wskazują, iż sprawa pochówku zostanie wkrótce ostatecznie rozstrzygnięta, to z całą pewnością nie zażegna to gwałtownych w tym tropikalnym klimacie sporów.

„Chcesz zobaczyć Marcosa?” – życzliwy staruszek podchodzi do mnie przed wejściem do  muzeum dawnego dyktatora w jego rodzinnym miasteczku Batac w północnym Luzonie, największej wyspy Filipin. Muzeum to swoisty skansen, w którym zatrzymał się czas. Wyblakłe fotografie robione pierwszymi polaroidami, ekspozycje w estetyce kiczu lat 70-tych, dojmująca atmosfera amerykańskiej prowincji. Zupełnie jak wejście na zamknięty na trzydzieści lat strych kuzynów z USA, pamiętany z dzieciństwa. Muzeum jest najlepszą egzemplifikacją tego, w co tutaj w Batac wierzy każdy i prawie każdy w tej prowincji (Ilocos Norte): Marcos był wybitnym przywódcą, najlepszym, jakiego mogły mieć Filipiny. Pełno tu zdjęć byłego prezydenta składającego ślubowania, na tle wiwatujących tłumów, na spotkaniach z wielkimi tego świata, a nawet ćwiczącego siłowni i bawiącego się na plaży, ze swoją żoną, Imeldą. Do tego czarny PR pod adresem politycznych przeciwników, niesłusznie oskarżających Prezydenta (koniecznie z dużej litery) o nadużycia władzy, czy brutalizację życia politycznego w kraju. Jak informuje nas wielki plakat przy samym wejściu do muzeum – „Prezydent Marcos nigdy nie zabił nawet jednego Filipińczyka, a stan wojenny wprowadził tylko dla dobra kraju!”.

Uzupełnieniem muzeum jest znajdujący się obok budynek mauzoleum. Dość nietypowa to konstrukcja, w niczym nie przypominająca popularnych w azjatyckich krajach komunistycznych gigantycznych sanktuariów byłych liderów (Mao w Pekinie, Ho Chi Minha w Hanoi, czy Kim Ir Sena w Phenianie). Skromne Mauzoleum Marcosa to niepozorna, zwykła ceglana bryła, zamykana na kłódkę, z przepełnionym dumą staruszkiem, pełniącym role strażnika  otwierającego drzwi, zapalającego światło i włączającego klimatyzację. Sam Marcos, spoczywa na katafalku pod kloszem. Skulony, mały i jeszcze bardziej niż Lenin przypominający figurę woskową.  Zero groteski, czy atmosfery quasi-religijności zmieszanej z pompatyczną propagandą, jaka charakteryzuję mauzolea innych azjatyckich przywódców.

Być może dlatego, że miejsce to nie jest mauzoleum sensu stricte. W przeciwieństwie do tamtych nie pełni funkcji symbolu ideologicznego, na którym opiera się legitymizacja aktualnie rządzącej partii. W warunkach filipińskich zresztą takie rozwiązanie byłoby niemożliwe, gdyż jest to kraj autentycznie katolicki, w którym religia wyklucza możliwość budowania quasi religijnych kultów na bazie polityki czy ideologii. Mauzoleum Marcosa nie jest grobowcem, lecz tylko czasowym miejscem spoczynku. Bowiem sam Marcos, podobnie jak wdowa Imelda i pół społeczeństwa filipińskiego, czeka na to, by można go było wreszcie pochować na filipińskiej ziemi, w należnym mu miejscu, czyli na cmentarzu zasłużonych. I to pochować w obrządku katolickim, mimo iż za swoich rządów Marcos prześladował Kościół i był w stanie permanentnego konfliktu z klerem.  Awantura o to gdzie pochować zmarłego prezydenta, twa już prawie 20 lat.

Kampanię na rzecz odpowiedniego pochówku prowadzi wdowa po Marcosie, Imelda. W annałach historii zapisała się głównie umiłowaniem do butów, których tysiące pozostawiła w pałacu prezydenckim, gdy razem z mężem salwowała się ucieczką amerykańskim helikopterem. Był rok 1986, kluczowy w nowożytnej historii Filipin. Wtedy właśnie ludowa rewolucja People Power, przy wsparciu Kościoła, armii (i na końcu USA) obaliła znienawidzonego Marcosa. Dyktator razem z żoną uciekł na Hawaje, gdzie zresztą wkrótce zmarł. Imeldzie pozwolono później wrócić na Filipiny (i nawet oddano jej buty!). Ta powróciła do polityki (którą zresztą zajmują się również jej dzieci) i sensem swojej działalności uczyniła krucjatę o odbudowę wizerunku męża, w której na czoło wysunęła się kwestia pochówku.

Nie łatwa to kampania.  Marcos to bowiem postać skomplikowana i niejednoznaczna. „Cudowne dziecko” Filipin, które przemieniło się w znienawidzonego tyrana. Prosty chłopak z prowincji, bohater partyzantki z II WŚ, po wojnie niczym burza wszedł na salony Manili. Najpierw jako zwykły polityk, potem jako senator, wreszcie jako prezydent, symbolizował nadzieję na zmianę. Był bowiem „spoza układu” i odgrażał się że chce go zniszczyć.

Wydawać by się mogło że to tylko populistyczna retoryka, bo grupą trzymającą władzę na Filipinach od zawsze byli „hacendero” odporni na jakiekolwiek historyczne i polityczne zawieruchy które przetaczały się po kraju. Słowo „hacendero”, w dużym uproszczeniu, oznacza potomków obszarników, którzy administrowali majątkami hiszpańskimi w trakcie czasów kolonialnych. Gdy Filipiny stały się kolonią USA nowa administracja też oparła się na nich. W efekcie „hacendero” przejęli nie tylko najważniejsze funkcje polityczne, ale również biznes, administrację, media i kulturę. Osiągnęli zdecydowana przewagę we wszystkich sferach życia społecznego.  Ich supremacji nie zakończyła nawet II WŚ, gdyż Japończycy … również zdecydowali się postawić na hacendero! Gdy w 1945 r. Amerykanie powrócili generał MacArthura postanowił zdelegalizować partyzantkę walczącą z Japończykami (bo była lewicująca) i …oczywiście także wrócił do sprawdzonego modelu, obdarzając zaufaniem odpowiedzialnych partnerów wszystkich dotychczasowych kolonizatorów.

I wtedy pojawił się Marcos. Prosty człowiek z nizin społecznych, swój chłop, filipiński kopciuszek, który przebył drogę od pucybuta do milionera. Filipńczycy uwierzyli w ta opowieść mimo iż było w niej kilka faktów które powinny skłonić do głębszej refleksji. Takich jak na przykład małżeństwo z Imeldą, potomkinią jednego z najważniejszych rodów hacendero (po dziś dzień Imelda podpisuje się dwoma nazwiskami Romualdez-Marcos). Na początku Marcosowi, szło nieźle, potem jednak karta się odwróciła i zaczęły się problemy. Zgodnie bowiem z zapowiedzią rozpętał wojnę ze wszystkimi. Na południu z muzułmanami z Mindanao, na północy z komunistami.  Nałożył tez kaganiec na media, a gdy zbliżał się koniec drugiej kadencji… wprowadził stan wojenny. W dodatku Filipiny nękała demoralizacja wiernych Marcosowi elit władzy, korupcja i nepotyzm. Gospodarka, którą Marcos się nie interesował, przeistaczała „nadzieję Azji” w jeden z najuboższych jej krajów, przyglądający się fantastycznemu rozkwitowi gospodarczemu sąsiednich azjatyckich tygrysów. To wszystko jednak by Marcosowi wybaczono, gdyby zadowolił się wejściem do uprzywilejowanej filipińskiej grupy trzymającej władzę. Ale on chciał ją zniszczyć.

Program Marcosa, czyli tzw. „nowe społeczeństwo” odwoływał się do popularnych haseł demokracji liberalnej: zbudowanie nowego państwa, równość, demokracja. W istocie była to zakamuflowana próba ustanowienia własnej władzy absolutnej i zastąpienia poprzednich elit, własną. Marcos zniósł niemal wszystkie instytucje Starego Społeczeństwa. Zawiesił działanie ciał ustawodawczych. Zastraszał sędziów. Istotnym novum życia politycznego ery Marcosa była koncentracja w jego rękach wszelkiej władzy politycznej, ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, zwłaszcza podporządkowanie sobie lokalnych wszechpotężnych do niedawna grup patronatu. Stąd właśnie nazwano go Padrinio (Ojciec Chrzestny). Marcos obalił dawne piramidy władzy hacendero i stworzył własną, opartą głównie na krewnych i ziomalach ze swojej prowincji Ilocos Norte.

Być może dlatego były to rządy nieudolne. Dyktator, zamknięty w swym pałacu, otoczony kolegami z rodzinnego miasta, którym przyznał wysokie urzędy państwowe, coraz bardziej tracił kontrolę nad sytuacją w kraju i jego prawdziwymi problemami. Do tego rządził brutalnie, formując własne bojówki, które rozprawiały się z każdym niepokornym. Apogeum absurdu , brutalności i pychy, osiągnął po powrocie na Filipiny słynnego dysydenta Ninoy Aquino. Marcos nakazał jego zabójstwo… już na płycie lotniska. Mord ten wstrząsnął Filipińczykami i doprowadził do powstania ruchu oporu, People Power, którego ikoną została wdowa po zamordowanym Cory Aquino. W 1986 r. Marcos został obalony i uciekł z Filipin.

Prezydentem została Cory Aquino, po mężu spadkobierczyni jednej z najstarszych rodzin hacendero. Jej prezydentura to powrót tej grupy do władzy i stanowisk. Ludzie Marcosa zostali usunięci, zaś stary układ, wzmocniony jeszcze demokratyczną otoczką, powrócił w glorii chwały. I mimo fasadowej demokracji, trzyma się dobrze. Chociaż istnieją wolne media, niezależne sądownictwo, a wybory odbywają się regularnie, to i tak tworzą je ci sami ludzie. Układ polityczny na wyspach jest odbiciem struktury społecznej, a ta, funkcjonuje na dominującej na zasadzie patron-klient, tworzącej rozległe więzi społeczne. Członkowie politycznej i ekonomicznej elity Filipin stoją na szczycie różnych piramid owych unikatowych i wielce skomplikowanych więzi osobowych i społecznych. Są odporni na zmiany, potężni, silni lojalnością hierarchicznych grup które reprezentują. W efekcie żadna z grup nie zaryzykuje konfliktu z inną. Najlepszym symbolem tego, że nic się nie zmieniło i układ trzyma się dobrze, jest obecny prezydent Filipin, Noy Noy Aquino… syn Cory i zamordowanego na lotnisku Ninoy’a.

Ekipa Imeldy i klanu Marcosa, reprezentującego wspomnianą wyżej prowincję Ilocos Norte (północy Luzon), wyautowana po 1986 r. usiłuje powrócić do władzy. Rehabilitacja Marcosa jest do tego znakomitym pretekstem. Tym bardziej, że społeczeństwo również rozczarowało się chaosem demokracji, co w połączeniu ze słabą pamięcią powoduje, że tęskni za rządami „silnej ręki” ucieleśnianymi przez byłego dyktatora. W efekcie obecnie tylko niewiele ponad połowa Filipińczyków ocenia rządy Marcosa jako złe. Imelda od lat konsekwentnie domaga się pochowania męża na cmentarzu bohaterów narodowych w Manili. Z tego samego powodu kolejne władze po 1986 r. nie chcą o tym słyszeć. W efekcie Marcos czeka w swoim kloszu na to, aż politycy dogadają się co z jego zwłokami zrobić. Temat powraca od czasu do czasu, a ostatnio szczególnie mocno. Przy NoyNoy Aquino nabrał dodatkowego smaczku. Co by nie mówić o politycznych kompetencjach obecnego prezydenta Filipin, znalazł się naprawdę w niezręcznej sytuacji, bo miał zadecydować o pochówku człowieka, który zabił na lotnisku w Manili jego własnego ojca. Wybrnął z niej, odmawiając podjęcia decyzji i cedując ją na wiceprezydenta Binara. Ten zaś, „po wnikliwym zapoznaniu się ze sprawą”, uznał, że Marcosa pochować należy z honorami… w jego rodzinnym mieście.  Jeśli zgodzi się na to… Imelda Marcos.

Nawet jeśli ten obłędny, tropikalny taniec nad zwłokami prezydenta Marcosa, dobiegnie końca, to wiele wskazuję na to że walka o władzę między jego zwolennikami i przeciwnikami nie wygaśnie, być może przez następne 20 lat…

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Lubina: Polityczny taniec nad ciałem zmarłego prezydenta Reviewed by on 22 lipca 2011 .

W tym dużym katolickim kraju osoba zmarłego prezydenta wzbudza kontrowersje, polaryzuje społeczeństwo i dzieli miejscową scenę polityczną według oceny jego rządów. Jedni uważają, że były dla kraju stratą czasu, inni chcą podążać jego śladem i odwołują się do jego spuścizny. Wybranie miejsca jego pochówku stało się sprawą ogólnonarodową, i wzbudziło niezwykle silne emocje, budząc na nowo,

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

KOMENTARZE: 1

  • Wstęp do artyukułu brzmi dziwnie znajomo ;)

Pozostaw odpowiedź