Komentarz eksperta,Polecane

M. Lubina: Piękna paprotka. Prezydenckie szanse Aung San Suu Kyi

Największy problem Aung San Suu Kyi polega na tym, że jej pozycja polityczna jest słaba. Chodzi oczywiście o pozycję realną, nie wizerunkową, bo w tej ostatniej Suu Kyi przebija wszystkich generałów birmańskich z wszystkich junt rządzących w historii tego kraju razem wziętych. Pozostaje najsłynniejszą Birmanką na świecie, ikoną miary Dalajlamy czy Mandeli. Jednakże, jeśli chodzi o realny wpływ polityczny, Suu Kyi ma mało kart. To sprawia, że jej jedyną szansą w walce o prezydenturę jest zaakceptowanie roli paprotki, ale i to nie gwarantuje jej sukcesu.

Zasadniczy układ sił w Birmie pozostaje niezmienny. Z jednej strony jest uwłaszczający się armijny i post-armijny establishment, trzymający w swoich rękach pełnię władzy. Z drugiej opozycja demokratyczna, kierowana przez charyzmatyczną Suu Kyi, mająca powszechne poparcie społeczne i chcąca zwyciężyć w wyborach powszechnych jesienią 2015 r. Stawką jest zmiana konstytucji z 2008 r., gwarantującej armii pozycję „ponad polityką”, a więc swoistego arbitra, a także wykluczającej możliwość kandydatury Suu Kyi na prezydenta (wyłanianego przez parlament). Establishment (post)wojskowy robi wszystko, by świat zaakceptował jego warunki gry, zaś Suu Kyi od trzech lat na wszelkie sposoby próbuje wymanewrować dla siebie prezydenturę.

Ale jest słaba politycznie. Pozostaje tylko posłem z wielkim poparciem społecznym, lecz małym zapleczem, której establishment armijny nie ufa. Największym jej problemem jest brak kadr, a przecież one – jak mawiał klasyk – decydują o wszystkim. Gdy Suu Kyi wchodziła do polityki w 1988 r., oparła się na dwóch grupach: poza armijnych dysydentach (politykach, dziennikarzach, sędziach, badaczach, słowem: inteligencji) pamiętających czasy demokratycznej Birmy z lat 50-tych. Najsłynniejszym z tych ludzi był Win Tin, zmarły niedawno dysydent znany z powodu swojej niebieskiej koszuli, którą nosił na pamiątkę czasów więziennych. Drugą i ważniejszą grupą byli dawni członkowie wojskowego establishmentu, którzy wypadli z dyktatorskich łask Ne Wina i przyłączyli się do ruchu Suu Kyi. Tu najważniejszymi postaciami byli post-generałowie Tin Oo i Kyi Maung. Gdy doda się do tego samą Suu Kyi, córkę Aung Sana, założyciela państwa, i Khin Kyi, byłej ambasador Birmy w Indiach, wyjdzie obraz „kłótni w rodzinie”, starcia tak naprawdę dwóch różnych elit politycznych. Nie zaś pojedynku establishmentu z „ludem” (za „lud” można uznać studentów masowo protestujących i rozstrzelanych w 1988 r.). Warto mieć to na uwadze, wsłuchując się w demokratyczne postulaty partii Suu Kyi, Narodowej Ligi na Rzecz Demokracji.

Słowem, Suu Kyi 27 lat temu miała kadry, a dodatkowo masowe poparcie społeczne, ale te pierwsze utraciła. Reżim przed dekady zrobił wszystko by zniszczyć NLD i w dużej mierze mu się to udało. Najważniejszych „poruczników” Suu Kyi junta pozamykała w więzieniach, resztę zastraszyła bądź kupiła. Potęga NLD została zniszczona i choć nie udało się złamać samej Suu Kyi czy Tin Oo, to pozostałe kadry partyjne jak najbardziej. Poprzez odcięcie liderów do reszty uniemożliwiono wychowanie następców. Słowem, (bardzo) stara gwardia NLD bądź już odeszła, bądź wkrótce odejdzie, a kompetentnych następców brak. Poparcie społeczne jak było powszechne, tak jest, ale jakie to ma znaczenie, gdy społeczeństwem nie ma kto kierować? Brak kadr Suu Kyi jest wręcz porażający. Mając dwukrotnie okazję się z nią spotkać, za każdym razem uderzało mnie, że – z wyjątkiem 2-3 osób – nie ma w jej otoczeniu nikogo zdolnego. Mój znajomy dyplomata, robiący szkolenie ekonomiczne dla NLD mówił po nim ze smutkiem „krótka tam ławka, oj krótka”.

Źródło: Wikimedia Commons

Źródło: Wikimedia Commons

W sytuacji braku zaplecza kadrowego jedyną szansą Suu Kyi jest przyciągnięcie młodych bądź establishmentu armijnego. Problem z tymi pierwszymi polega na tym, że w Birmie zniszczono system edukacyjny i potrzeba lat nim się go odtworzy. Na razie kompetentnych kadr poza armijnych dramatycznie brakuje. Potrzeba czasu, a ten nie działa na korzyść Suu Kyi. Z armijną złotą młodzieżą jest jeszcze gorzej – nie mają powodu, by przystępować do Suu Kyi, bo im się to po prostu nie opłaca. To już inne pokolenie niż w 1988 r., gdy wszystko wydawało się czarno-białe, a nawet wojskowi wstępowali do NLD z powodów ideowych. Teraz wychowankom „nowej klasy” armijnej, mającej przywileje sytuujące ich ponad społeczeństwem (osobne szkoły, szpitale, sklepy, dopłaty, stypendia itp.) i ukształtowanych na armijnej propagandzie, trudno byłoby to wszystko porzucić dla idei. Czym innym jest kochać i podziwiać Suu Kyi, a czym innym zaangażować się i dostać za to po kieszeni. Dla większości wybór jest prosty. Oczywiście gdyby Suu Kyi została prezydentem, to zaraz znalazłby się sznur zdolnych i chętnych do stanowisk, ale wątpliwe, czy można by im zaufać, o przeprowadzaniu reform nie wspomniawszy.

Na tym nie koniec słabości Suu Kyi. Nawet Zachód – przez niemal trzy dekady jej najsilniejsza karta – nie łączy już swojej polityki całkowicie z jej osobą, bo dobija targu z post-generałami. Od 2011 r. polityka państw zachodnich nie jest już sprzęgnięta całkowicie z postacią Suu Kyi. Poza tym ostatnią modą na Zachodzie, szczególnie w środowiskach prawno-człowieczych, jest krytykowanie Noblistki za milczenie w kwestii Rohingya, co podkopuje jej do tej pory monopolistyczną, apologetyczną pozycję medialną. Słowem, źle, a nawet tragicznie. Jak mówiła mi osoba przez lata blisko związana z Suu Kyi, „oni  (generałowie – przyp. M.L.) jej nie dopuszczą, to już jest pewne. Zaś ona czuje się coraz bardziej zmarginalizowana i opuszczona”.

Czy więc to już koniec? Nie jestem wcale przekonany. Na Suu Kyi przez lata wielu stawiało krzyżyk i wieściło jej koniec, izolację, marginalizację i tak dalej. A jednak ona zawsze zdołała się utrzymać w mainstreamie polityki birmańskiej, nie pozwoliła generałom zepchnąć się do narożnika. Wygrać nie była w stanie, lecz pozostała w grze. Osiągnęła dla swojej sprawy (bo już niekoniecznie dla kraju) znacznie więcej niż ktokolwiek na jej miejscu. Udowodniła, że była i jest sprawnym politykiem. Teraz też wcale nie jest skazana na klęskę, zaś rozgrywka wciąż się nie zakończyła (vide: poprzedni komentarz).

Jednakże z powodu własnej słabości politycznej i pogarszającej się koniunktury międzynarodowej dla jej sprawy jedyną opcją, jaką ma Suu Kyi, jest akceptacja statusu paprotki. Mam świadomość, że językowo porównanie to jest ciut niezgrabne, a posiadająca wielką klasę osobistą Suu Kyi nie zasłużyła na takie określenie, ale nie przychodzi mi do głowy nic lepszego. Marionetka brzmi równie źle, zaś „królowa brytyjska” w jej przypadku miałaby dość paradoksalne skojarzenia (Suu Kyi jest wdową po Brytyjczyku, a birmańska propaganda miała przez lata używanie na niej za to, konsekwentnie portretując ją jako zdrajczynie sprawy narodowej). Bez względu na mniej lub bardziej koślawe nazwy chodzi o to samo – Suu Kyi nie ma szans na prezydenturę innych niż takie, że establishment zgodzi się na nią, dopuści ją. A wojskowi mogą to zrobić tylko, jeśli będą mieć pewność, że Suu Kyi pozostanie paprotką. Ona sama ma świadomość, że jej los zależy od zgody armii. Na moje pytanie o politykę izolacji jej osoby przez wojsko odparła: „oni boją się utraty kontroli, ale ja przecież nigdy nie wzywałam do zemsty, tylko do pojednania. Nie powinni się mnie bać, lecz najpierw wypróbować mnie”. Zaś odpowiadając na kolejne pytanie, czy wciąż lubi armię, odparła: „oczywiście”.

Słowem, Suu Kyi z pewnością zgodzi się na wiele, by zostać prezydentem. Poświęciła na rzecz polityki bardzo dużo – przede wszystkim rodzinę – i teraz też pójdzie na niejeden kompromis, by przejść do historii, tak wspaniale uwieńczyć karierę. Do tego dochodzi wątek praktyczny: jeśli już zostanie prezydentem-paprotką, to może spróbować wymanewrować dla siebie więcej. Obecnie jest poza władzą, wtedy będzie ją miała, co oznacza więcej możliwości, szans, kanałów. Lecz establishment armijny nie jest przecież głupi, zna ją doskonale i dobrze wie, że lepiej jej nie ufać. Dramat Suu Kyi polega więc na tym, że nawet, jeśli zaakceptuje bycie paprotką, to i tak może jej się nie udać. Tak to właśnie wygląda z dzisiejszej perspektywy – że jej wszystkie dotychczasowe kompromisy poszły na marne – ale do wyborów zostało jeszcze pół roku i przez ten czas niejeden deal może zostać zawarty.

Z Rangunu,

Michał Lubina

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Lubina: Piękna paprotka. Prezydenckie szanse Aung San Suu Kyi Reviewed by on 2 marca 2015 .

Największy problem Aung San Suu Kyi polega na tym, że jej pozycja polityczna jest słaba. Chodzi oczywiście o pozycję realną, nie wizerunkową, bo w tej ostatniej Suu Kyi przebija wszystkich generałów birmańskich z wszystkich junt rządzących w historii tego kraju razem wziętych. Pozostaje najsłynniejszą Birmanką na świecie, ikoną miary Dalajlamy czy Mandeli. Jednakże, jeśli chodzi

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

Pozostaw odpowiedź