Komentarz eksperta,Polecane

M. Lubina: Logiczny krok. Aung San Suu Kyi w Chinach

Odbywająca się właśnie wizyta Aung San Suu Kyi w Chinach jest dla wielu zaskakująca. Zdumiewająca. Nawet szokująca. Zupełnie niesłusznie.

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że Suu Kyi i Chiny to dwa przeciwstawne bieguny. Z jednej strony Suu Kyi. Laureatka Pokojowego Nobla. Ongiś najsłynniejsza na świecie więźniarka polityczna. Osoba przez dekady personifikująca walkę o demokrację i prawa człowieka. Oddana buddystka, koleżanka Dalajlamy, dla wielu symbol duchowego podejścia do polityki i wartości w tejże.

No a Chiny – wiadomo. Realizm polityczny. Pragmatyzm. W interesach i polityce żadnych złudzeń i marzeń. Chłodny stosunek do Pokojowego Nobla. Jeszcze chłodniejszy do mieszania religii z polityką… o demokracji i prawach człowieka nie wspominając.

Kto tak postrzega wizytę Suu Kyi, nic nie zrozumie.

Polityk, nie działaczka

Suu Kyi nie jest działaczką na rzecz praw człowieka ani aktywistką prodemokratyczną. Prawdę mówiąc – nigdy nią nie była. Suu Kyi powiedziała mi w lutym, że „zawsze była politykiem” i to prawda. Wchodząc do birmańskiej polityki w sierpniu 1988 roku, niemal od początku (konkretnie od września 1988 r.) zadeklarowała, że jest politykiem. Potem wielokrotnie to powtarzała – i to od samego początku swej kariery (np. w rozmowie z amerykańskich kongresmanem Richardssonem w 1994 r. powiedziała: „jestem politykiem, a polityk to nie jest brudne słowo, prawda?”). Wbrew temu, co piszą niektórzy, wcale nie nazwała się politykiem dopiero po 2011 roku. Zawsze była politykiem – powiedziała mi prawdę.

Rzecz w tym, że nikt nie słuchał. Radosław Pyffel w jednej z naszych rozmów nazwał to kiedyś „kremówkowym obrazem Aung San Suu Kyi”. Niczym z naszym JP II, nikt nie słuchał, co Suu Kyi mówi, a wszyscy ją wielbili. W Birmie – za walkę ze znienawidzoną armią. Na Zachodzie – za bycie żywym dowodem na to, że wartości demokracji i praw człowieka są nie tylko zachodnie, lecz powszechne, uniwersalne.

Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że i Suu Kyi sama zrobiła wiele, by tak ją postrzegano. Pisała, że jej walka to „rewolucja ducha” i ma charakter głównie duchowy. Błyskotliwymi wywiadami uwodziła dziennikarzy zachodnich, a swoimi ukraszonymi buddyjską retoryką wypowiedziami zdobywała serca spragnionych wschodniej duchowości społeczeństw Zachodu. Była w tym świetna. Rewelacyjna!

Taktycznie było to z jej strony posunięcie wręcz mistrzowskie.

Wchodząc do polityki w 1988 roku, Suu Kyi od początku musiała się mierzyć z przeważającą potęgą armii. Wojsko w Birmie miała miażdżącą przewagę strukturalną (finanse, organizacja, struktury, a w ostateczności – broń). Mając takiego przeciwnika, Suu Kyi w pełni wykorzystała to, co jej zostało. Poparcie społeczne i wsparcie zagranicy. Osiągnęła w tym więcej niż ktokolwiek inny mógłby marzyć. Społeczeństwo birmańskie ją pokochało, a zagranica uwielbiła (stąd m.in. Pokojowy Nobel).

Słowem: Suu Kyi zrobiła dla swojej sprawy wszystko, a nawet więcej.

Ale i tak nie wygrała. Generałowie władzy nie oddali, a ona im jej nie zdołała wyrwać.

Jednak i pokonać się nie dała. Nie pozwoliła się zmarginalizować i wyautować. Właśnie dzięki poparciu społecznemu i wsparciu zagranicy. Przez dwie dekady polityka Zachodu była sprzężona z Aung San Suu Kyi (to m.in. dzięki sankcjom zachodnim generałowie nie byli w stanie wyizolować Suu Kyi i musieli się z nią liczyć).

Po 2011 roku Suu Kyi poszła na współpracę z juntą, czym zaszokowała wielu. Mówiła, że lubi armię, nie przeszkadzały jej działania zbrojne przeciw mniejszości Kaczinów oraz kontakty z oligarchami. Poparła Chińczyków w sporze z wywłaszczonymi przez chińskiego inwestora z ziemi chłopami. A przede wszystkim – milczała i wciąż milczy w sprawie represji powszechnie znienawidzonych w Birmie muzułmanów Rohingya.

Wydawać by się mogło, że Suu Kyi została ograna. Prezydentury raczej nie dostanie, a sympatię na Zachodzie traci. Ale Suu Kyi dobrze robi. Armii nie da się pokonać w Birmie i Suu Kyi w poniewczasie to zrozumiała. Musi się z armią ułożyć i właśnie to robi. Jest w grze.

Suu Kyi zawsze była politykiem. To rzecz jasna bardzo smutna wiadomość dla dotychczas zakochanych w niej aktywistów i sympatyków. Reagują oni na jej ostatnie posunięcia niczym odtrącony kochanek. Ile to razy zdarzało mi się słyszeć potępienia Suu Kyi od oburzonych działaczy! Ile tekstów powstało o tym, jaka to ona paskudna, że nie opowiada się za tymi muzułmanami! A teraz, w przeddzień wizyty szefowa Human Rights Watch Asia domaga się, by Suu Kyi wstawiła się w Pekinie za Liu Xiaobo!

Naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć tych infantylnych i niepoważnych głosów.

Dlaczego domagają się oni od polityka, jakim jest Aung San Suu Kyi, popełnienia politycznego samobójstwa?

Źródło: flickr.com, Utenriksdepartementet UD

Źródło: flickr.com, Utenriksdepartementet UD

Na czerwonym dywanie

Po co Suu Kyi jedzie do Chin? Bo ma w tym interes.

Po co Chiny przyjmują Suu Kyi? Bo mają w tym interes.

Wciąż nie wiadomo, jaka będzie birmańska scena polityczna po jesiennych wyborach. Partia Suu Kyi, NLD ma wielkie szanse na zwycięstwo, choć sama Suu Kyi nie może zostać obecnie prezydentem. Ale ma szansę na większość parlamentarną i realne współrządzenie krajem. Ma realną szansę na władzę – po raz pierwszy od 1988 r.

Jednak i tak współrządzić będzie musiała z armią, do 2011 r. utrzymywaną przez Chiny. Chociaż Pekin stracił swoją monopolistyczną pozycję nad Irawadi, to wciąż ma ogromne wpływy. Suu Kyi może więc – w wersji maksimum – lobbować za swoją prezydencką kandydaturą. Waszyngton ją wystawił, porzucając na łaskę generałów. To może Pekin pomoże? Nie zaszkodzi spróbować.

A nawet jeśli nie zdoła tego osiągnąć, to i tak ma wiele innych istotnych celów. Musi przekonać chińskie kierownictwo, że nie jest zaczadzonym ideologiem, tylko rozsądnym politykiem. Poszerza swoją bazę polityczną: pokazuje generałom w kraju (i decydentom w Waszyngtonie), że może dokonywać zaskakujących manewrów. Wychodzi ze swego narożnika. Otwiera nowe opcje. Bardzo rozsądnie.

Chińczycy przyjmują ją na czerwonym dywanie. Długa wizyta (od środy do niedzieli), spotkania z najwyższymi przywódcami (Xi Jinping, Li Keqiang) i życzliwe komentarze („Chiny witają każdego z przyjacielskimi intencjami”) świadczą o tym, że Pekin poważnie traktuje Suu Kyi. Co charakterystyczne, jest ona przyjmowana nie jako Noblistka czy opozycjonistka (to nie ma znaczenia dla Pekinu, wręcz jest wadą), lecz jako szefowa partii. Tylko to się liczy.

Dla Pekinu jej wizyta jest po pierwsze zwycięstwem ideologicznym. Pokazaniem miejsca Chin na świecie. Skoro nawet Aung San Suu Kyi przyjeżdża do Pekinu, to musi tam być każdy, czy mu się podobają chińskie porządki, czy nie. Dlatego Chińczycy mogą sobie pozwolić na cesarską wspaniałomyślność wobec Suu Kyi („Chiny nie żywią urazy za dawne przykrości”). W końcu w ich oczach wreszcie dojrzała politycznie. Jest teraz ważnym, odpowiedzialnym politykiem, z którym można rozmawiać.

Po drugie, dla Pekinu to czysty pragmatyzm. Suu Kyi może rządzić w Birmie od jesieni, a na pewno mieć znaczący wpływ na losy kraju. Lepiej z kimś takim rozmawiać, poznać ją i do siebie przekonać. Tym bardziej, że jest/stała się rozsądna.

A do załatwienia jest mnóstwo spraw. Od konfliktu pogranicznego (Kokang), przez energetyczne projekty i masowe inwestycje chińskie w Birmie (małe i duże, kontrowersyjne i korzystne). Suu Kyi jeszcze nie decyduje, ale Pekin z chęcią pozna jej zdanie na te tematy. I vice versa.

Logiczny krok

Wizyta raczej nie doprowadzi do nagłej, prochińskiej wolty Suu Kyi. W polityce zagranicznej jej poglądy wiele się nie różnią od generałów. Każdy odpowiedzialny polityk birmański będzie prowadził tradycyjną dla tego kraju politykę równoważenie potęg i starał się jak najwięcej ugrać na rywalizacji amerykańsko-chińskiej. Suu Kyi bez wątpienia również.

Słowem: na tej wizycie obie strony mogą tylko zyskać. Wyjazd Suu Kyi jest więc logicznym krokiem.

Naprawdę nie rozumiem tych, którzy ją krytykują za tę wizytę. Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że politycy kierują się interesami?

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Lubina: Logiczny krok. Aung San Suu Kyi w Chinach Reviewed by on 12 czerwca 2015 .

Odbywająca się właśnie wizyta Aung San Suu Kyi w Chinach jest dla wielu zaskakująca. Zdumiewająca. Nawet szokująca. Zupełnie niesłusznie. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że Suu Kyi i Chiny to dwa przeciwstawne bieguny. Z jednej strony Suu Kyi. Laureatka Pokojowego Nobla. Ongiś najsłynniejsza na świecie więźniarka polityczna. Osoba przez dekady personifikująca walkę o demokrację

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

Pozostaw odpowiedź