Komentarz eksperta

M. Lubina: Kirgistan – bliżej Rosji niż Chin

Kirgistan, drugie najbiedniejsze państwo Azji Środkowej, jest, podobnie jak cały region miejscem wzrastającej obecnie rosyjsko-chińskiej rywalizacji połączonej z malejącą współpracą. W tej „nowej Wielkiej Grze” Biszkek, jako podmiot nie mający zbyt wielu atutów, wybiera współpracę z Moskwą, a stosunki z Chinami traktuje jako podbijanie stawki. Czyni tym samym „z konieczności cnotę”, co jest z perspektywy kirgiskiej tym prostsze, że za takim wyborem przemawiają względy kulturowe – kolonialna przeszłość kraju i atrakcyjność Rosji dla kirgiskiego społeczeństwa.

Długi cień Rosji wisi nad kirgiskimi górami co najmniej od dwóch wieków. Chociaż sami Kirgizi przywędrowali na tereny dzisiejszego Kirgistanu z Syberii między X a XIII w., to nowożytna historia kraju zaczyna się dopiero wraz z rosyjskim podbojem kolonialnym w XIX w., uzupełnionym zmianą barw zaborczych, na czerwone, w latach 20-tych XX w. To Sowieci stworzyli kirgiską państwowość, a zdaniem złośliwych – kirgiski naród (według tego poglądu Kirgizi i Kazachowie to jeden naród, tyle, że Kazachowie mieszkali w stepach, a Kirgizi w górach). Bolszewicy sprawili, że Kirgizi „zeszli z koni” – dali im wszystkie niezbędne do funkcjonowania nowoczesnego państwa instytucje (drogi, urzędy, szpitale, szkoły, a nawet stworzyli kirgiski alfabet), ale zrobili to po swojemu, czyli ułomnie. Jak to ujął jeden złośliwy satyryk: „po tytanicznym wysiłku, krwi, pocie i łzach, ludzie radzieccy stworzyli nowy ustrój. Niestety, okazało się, że to zły ustrój”. W przypadku Kirgistanu konsekwencje jedynego słusznego ustroju widać w koszmarach architektonicznych straszących we wszystkich miastach, w opuszczonych fabrykach południowo-zachodniej części kraju (Tashkomur), mogących służyć scenerią kolejnemu Mad Maxowi, a przede wszystkim w sztucznych granicach – w absurdzie geograficznym równym Afryce – narysowanych tak by skłócić Kirgizów na wsiegda ze wszystkimi sąsiadami, co się Stalinowi doskonale udało (ostatni przykład: starcia w Oszu w 2010).

Fot. Michał Lubina

Fot. Michał Lubina

Najbardziej symbolicznym obrazem sowieckiego dziedzictwa i radzenia sobie Kirgizów z tą spuścizną jest stołeczne muzeum Michaiła Frunze. Bolszewika, który zaprowadzał socjalizm w Azji Środkowej na tyle skutecznie, że mógł stać się konkurentem dla Stalina. Frunze zmarł więc w trakcie operacji usunięcia wrzodów w 1925 (chociaż nie musiał się jej poddawać). W ramach rekompensaty jego imieniem nazwano Biszkek, a w stolicy postawiono mu muzeum, wyraźnie wzorowane na leninowskim Uljanowsku. I tu, i tam nad drewnianym domkiem rodzinnym gieroja wniesiono żelbetonową muzealną nadbudowę (co dziś w obu przypadkach oznacza, że domek stoi, a muzeum się wali). W memoriale Frunzego czas się zatrzymał tak gdzieś przed pierestrojką, a zakurzone eksponaty i alternatywna historia tam prezentowana wzbudzają filozoficzny wręcz nastrój – są pomnikiem dawno martwej ideologii, o której śmierci wieść tu jakby nie dotarła. Muzeum wciąż stoi i funkcjonuje, podobnie jak sowieckie nazwy ulic i pomniki Lenina czy Frunzego. Kirgizi przywrócili stolicy nazwę Biszkek i przenieśli pomnik Lenina z głównego placu stolicy na drugi, ale na więcej nie starczyło woli. Siłą inercji pomniki ZSRR trwają dalej, bo nic lepszego nie zdołano wstawić w ich miejsce.

Niepodległość Kirgizów zaskoczyła – nie tyle ją wywalczyli, co nieoczekiwanie dostali: po prostu ZSRR zbankrutował i nie miał już za co utrzymywać republik, więc Jelcyn ogłosił, żeby „brali tyle wolności ile mogą”. Kirgizi wolność wzięli, ale po swojemu. Państwo po dziś dzień pozostaje najbardziej wolnym i demokratycznym (jeśli to dobra nazwa na ustrój jakiegokolwiek państwa środkowoazjatyckiego) krajem regionu, ale nie ma to wiele wspólnego z abstrakcyjnymi ideami partycypacji politycznej obywateli, lecz z koczowniczą przeszłością Kirgizów. Tu rząd obala się w wyniku ulicznych rewolt i przewrotów, tak jak dawniej w stepie przepędzało się nieudolnego watażkę.

Po 1991 r. Kirgizi początkowo spojrzeli w stronę Zachodu, a konkretnie Helwecji – co bardziej ambitni nawet dziś nazywają Kirgizję „Szwajcarią Azji Środkowej” – lecz niestety podobieństwa kończą się na górach. Pierwszy prezydent Kirgistanu, wcześniej fizyk i akademik, Askar Akajew początkowo eksperymentował z liberalizacją i demokratyzacją. Nazwał nawet Kirgistan „państwem praw człowieka” (sic!) i ponoć osobiście gratulował dziennikarzom krytycznych artykułów w prasie. Szybko jednak zrezygnował z tych pochopnych i potencjalnie groźnych dla jego władzy eksperymentów, i powrócił na sprawdzone tory autorytaryzmu. Rządził źle – kraj pogrążał się w korupcji, nepotyzmie i marazmie. W rezultacie Akajew został obalony w wyniku Rewolucji Tulipanów w 2005 r. Uciekł do Moskwy, gdzie obecnie… wykłada na MGIMO. Trudno powiedzieć, czego dokładnie uczy swoich studentów (danych brak), ale pewnie zarządzania i administracji.

Miejsce Akajewa zajął Kurmanbek Bakijew, co oznaczało, że realnie niewiele się zmieniło – po prostu strumień państwowych pieniędzy zmienił kierunek i z klanu Akajewa popłynął w stronę klanu Bakijewa, na południe, do Dżalalabadu. A że Bakijew i jego ekipa była u władzy nowa, to musiała nadrobić chude lata – czytaj: kradła jeszcze więcej. W rezultacie i ich zmiotła uliczna rewolta, w 2010 roku, która pochłonęła 87 ofiar, ale nie Bakijewa, który wycofał się na z góry upatrzone pozycje – do Mińska konkretnie. Kirgiskie remedium na powtarzający się scenariusz nieudolny dyktator – rewolucja ma być zmniejszeniu uprawnień prezydenta na rzecz parlamentu – to drugie obala się wszak trudniej.

Ktokolwiek rządził Kirgistanem, w polityce zagranicznej zachowywał się mniej więcej podobnie – próbował równoważyć wpływy Rosji, co zazwyczaj albo się nie udawało, albo kosztowało watażkę – to znaczy decydenta – władzę. Akajew próbował balansować Rosję wpływami Zachodu, ale z czasem stawał się coraz bardziej uległy i nie kwestionował pro moskiewskiego status quo w regionie. Co najwyżej podbijał swoją pozycję wobec Moskwy oraz wzbogacał kasę państwa (czyli też swoją), zezwalając Amerykanom na korzystanie z bazy Manas pod Biszkekiem.

Podobnie robił jego następca, Bakijew, ale jemu było już trudniej. Druga połowa pierwszej dekady XXI w. to coraz wyraźniejsze rosyjsko-chińskie starania by wypchnąć z regionu Amerykanów. W przypadku Kirgistanu gra szła o wspomnianą bazę Manas – irytującą Rosjan (jedyna amerykańska baza na terenie „bliskiej zagranicy”) i trwożącą Chińczyków (amerykańska soldateska 300 km od chińskich granic, czyli tyle co nic, to żywy dowód na „próbę okrążenia Chin”). Moskwa przycisnęła Bakijewa by zamknął bazę, ale ten zagrał „na bezczelnego”. Wziął rosyjskie pieniądze („kredyty”) i w styczniu 2009 r. ogłosił zamknięcie bazy, ale w już czerwcu zmienił zdanie i ku wściekłości Moskwy pozwolił Amerykanom pozostać… zmieniając nazwę z „baza” na „punkt tranzytowy”. Za karę Moskwa zdaniem jednym go obaliła w 2010, a zdaniem drugich – nie przeszkadzała w przewrocie. Na pewno zaś, w końcu, cel osiągnęła – w czerwcu 2014 bazę/punkt tranzytowy zamknięto.

"Absolutnie wszystko na zamówienie z Chin"; fot. Michał Lubina

„Absolutnie wszystko na zamówienie z Chin”; fot. Michał Lubina

Amerykanów Rosja z Azji Środkowej przegoniła, ale w międzyczasie, niepostrzeżenie i po cichu – jak to oni – pojawili się tam Chińczycy. Ich polityka wobec Azji Środkowej to egzemplifikacja polityki zagranicznej Pekinu w ogóle. Weszli spokojnie – „rozważnie stąpali po śliskich kamieniach rzeki”. Nie kwestionowali status quo (co oznaczało przymilność wobec Rosji), a raczej starali się wykorzystać miejscowy porządek maksymalnie dla własnych korzyści, co początkowo oznaczało dbanie o rozwój Xinjiangu, a następnie – dywersyfikację dostaw surowców (najpierw przeciw Rosji – by nie rozgrywała ich przy trasie WSTO oraz obniżyła cenę gazu, a następnie przeciw USA – by rozwiązać „dylemat Malakki”). Stopniowo stali się głównym partnerem handlowym regionu – zajęło im to tylko dwadzieścia lat. I wtedy „podnieśli głowę”.

We wrześniu 2013 r. w Astanie Xi Jinping ogłosił koncepcję „ekonomicznego pasa/korytarza Jedwabnego Szlaku”. Oficjalnie chodzi o stworzenie „nowego Jedwabnego Szlaku”, dzięki któremu państwa regionu staną się – jak ongiś – pośrednikami w handlu Chin z Europą i Bliskim Wschodem i dzięki temu rozkwitną. Tak naprawdę jednak Pekin chce po prostu najpierw ekonomicznie zwasalizować środkowoazjatyckie republiki, następnie uczynić z nich rodzaj wielkiej geopolitycznej autostrady, a na koniec wyeksploatować bogactwa regionu. Parafrazując stare powiedzenie Stalina, Pekin chce potraktować Azję Środkową niczym cytrynę: wycisnąć i wyrzucić. Czyli uczynić z nią dokładnie to samo, co robi obecnie z rosyjskim Dalekim Wschodem.

Oznacza to otwarte rzucenie wyzwania Rosji z jej reintegracyjnymi planami Unii Euroazjatyckiej. Otwartym pozostaje pytanie o sukces chińskiego planu, a przede wszystkim o wynik rywalizacji rosyjsko-chińskich projektów regionalnych. Pekin pokazał, że ma plany obejścia rosyjskich regulacji Unii Celnej (chcąc tworzyć w Kirgistanie mieszane spółki kirgisko-chińskie, które dzięki temu produkować będą towary w Kirgistanie i nie będą podlegać restrykcjom celnym). Z drugiej strony Moskwa pokazała, że jest w stanie zablokować chińskie plany w regionie (wymówienie przez Kirgistan umowy o budowie kolei do Chin na skutek nacisków rosyjskich). Tym samym w Azji Środkowej zaczęła się kolejna odsłona „nowej Wielkiej Gry”, tym razem jeszcze bardziej skomplikowanej i zniuansowanej niż poprzednio. Moskwa i Pekin bowiem pod pozorami współpracy i zgodności, coraz bardziej niewygodnej „osi wygody” (The Axis of Convenience), zaczynają ukrytą rywalizację, której stawką jest prymat w Eurazji. Decydujące więc będzie ułożenie relacji między Moskwą a Pekinem w Azji Środkowej. Na chwilę obecną za wcześnie jest, by oceniać, w jaki sposób zakończą się te relacje – możliwa jest albo rywalizacja, albo współpraca przy wielu wariantach pośrednich.

W tej „nowej Wielkiej Grze” Biszkek stawia na Moskwę, wykorzystując chińskie zaangażowanie do wzmocnienia swojej pozycji. Kirgistan nie może sobie pozwolić na lawirowanie – jak Kazachstan czy Uzbekistan – bo jest za mały. Nie jest również Turkmenistanem z jego złożami gazu. Może tylko podbijać stawkę – czynić z „konieczności cnotę”. Jest to psychologicznie tym prostsze, że Chiny są tu wciąż obce, a Rosja nie. Mimo politycznie rosnącej pozycji chińskiej i słabnącej rosyjskiej, przewaga Rosji społecznie jest wciąż w Kirgizji miażdżąca – ruszczyzna jest tu powszechna, kultura masowa jest tu rosyjska, bądź na niej wzorowana, „złota kirgiska młodzież” mówi do siebie po rosyjsku, zaś rosyjski jest do tego stopnia powszechny, że można spokojnie funkcjonować w tym kraju bez znajomości kirgiskiego. Do tego dochodzą względy ekonomiczne, wciąż bardzo silne związki z dawną metropolią, teraz najlepiej symbolizowane „gastarbeiterską siecią”: idąc na kirgiski dworzec dobrze widać, gdzie ludzie szukają pracy. Dominują, obok Moskwy, połączenia z Rosja prowincjonalną (Krasnojarsk, Barnaul, Nowosybirsk itp.).

Reklama Instytutu Konfucjusza; fot. Michał Lubina

Reklama Instytutu Konfucjusza; fot. Michał Lubina

W porównaniu do tego, chiński wpływ jest wciąż mały. Przez cały swój pobyt ani razu nie rozmawiałem z nikim po chińsku – za to widziałem wiele ogłoszeń nauki tego języka i reklam Instytutu Konfucjusza. Społecznie w Kirgistanie Chiny są ukryte – chińskie biznesy nie rzucają się w oczy, kamuflują się. Bądź dekują na przedmieściach bądź kirgizują/rusyfikują swoje nazwy, by wtopić się w tłum. Podobnie Chińczycy – nie widać ich. Też trzymają się razem i nie robią coming out, by w razie czego nie oberwać – antychińskie resentymenty są tu wciąż bardzo silne.

Tym samym choć na poziomie politycznym pozycja Chin zaczyna się niebezpiecznie zbliżać do rosyjskiej, wpływ Chin widziany w liczbach bezwzględnych – pierwszy partner handlowy – imponuje, a wśród kirgiskich elit świadomość potęgi chińskiej jest powszechna, to na poziomie społecznym to wciąż jest przepaść – znaczenie Chin jest jednak marginalnie widoczne. Nim się to zmieni (jeśli się to zmieni), miną lata, by nie powiedzieć dekady.

To wszystko sprawia, że Kirgistan trzyma się Rosji, co oznacza regionalne odwzorowanie neokolonialnego modelu w Afryce, gdzie dawne kolonie wciąż są wykorzystywane (choć w sposób subtelniejszy i niebezpośredni) przez metropolie. Dzięki utrzymaniu tego modelu Kirgistan coś tam zyskuje, ale to zawsze Moskwa zyskuje więcej. Biszkek godzi się z tą sytuacją – alternatywa w postaci Ukrainy skutecznie działa na wyobraźnię, a Chiny to wciąż melodia przyszłości.

Z Biszkeku,
Michał Lubina

Przypominamy, że niedawno ukazała się książka dr. Michała Lubiny, którą możesz nabyć po konkurencyjnej cenie w CSPA, wspierając autora, jak i naszą instytucję.

Książka kosztuje 39 PLN plus wysyłka. Wystarczy wysłać maila na [email protected] i uzgodnić szczegóły wysyłki lub osobistego odbioru.

Więcej o książce:

http://www.polska-azja.pl/2014/04/04/michal-lubina-birma-historia-panstw-swiata-w-xx-i-xxi-w-fragment-ksiazki/

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Lubina: Kirgistan – bliżej Rosji niż Chin Reviewed by on 8 września 2014 .

Kirgistan, drugie najbiedniejsze państwo Azji Środkowej, jest, podobnie jak cały region miejscem wzrastającej obecnie rosyjsko-chińskiej rywalizacji połączonej z malejącą współpracą. W tej „nowej Wielkiej Grze” Biszkek, jako podmiot nie mający zbyt wielu atutów, wybiera współpracę z Moskwą, a stosunki z Chinami traktuje jako podbijanie stawki. Czyni tym samym „z konieczności cnotę”, co jest z perspektywy

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

Pozostaw odpowiedź