Chiny news,Komentarz eksperta

M. Lubina: Chiński dylemat Moskwy

Michał Lubina„Lepiej raz usłyszeć, niż sto razy przeczytać” głosi ponoć rosyjskie powiedzenie. A przynajmniej tak usłyszałem w piątek od jednej z wysoko postawionych urzędniczek rosyjskiego MSZ, podczas oficjalnego spotkania delegacji polskiej i rosyjskiej. Nie mogłem się powstrzymać, by zwrócić uwagę, że zdanie to pochodzi od Konfucjusza (brzmi ono w oryginale „lepiej raz zobaczyć, niż sto razy przeczytać”). Oraz pochwalić Rosjan za umiejętność asymilacji obcych wzorów. Wszak jeśli słowa chińskiego filozofa rzeczywiście stały się tam powiedzeniem ludowym, to znaczy, że nastąpiło podobnie jak z matrioszką – pierwotnie japońską lalką, a obecnie najbardziej rozpoznawalnym symbolem rosyjskości.

Tyle anegdoty. Bez względu bowiem na to, czy powiemy „usłyszeć”, czy „zobaczyć”, zdanie to jest pozostaje prawdziwe – i jest jednym z moich ulubionych. Zawsze byłem przeciwnikiem „gabinetowej nauki” (dzisiejszym jej odpowiednikiem jest korzystanie z obcych źródeł np. przez Internet) i uważałem, że kontakt z krajem jest niezbędny, a cyfrowa cywilizacja nic tutaj nie zmienia, a co najwyżej zwiększa złudzenia. Stąd też ucząc się o Rosji, zjeździłem ją od Murmańska na północy po Astrachań na południu i Władywostok na wschodzie. Byłem kilkukrotnie na wymianach w Moskwie i w Petersburgu. Odbyłem tysiące „nocnych polsko-rosyjskich rozmów”. A jednak wciąż brakowało mi jednego – bycia w Rosji oficjalnie.

Teraz uczestnicząc w Polsko-Rosyjskim Forum Dialogu – jednym z niewielu oficjalnych kanałów, jaki się ostał między naszymi krajami – mogłem uzupełnić tę lukę. Było to bezcenne nie tyle poprzez fakt spania w pięciogwiazdkowym hotelu w centrum Moskwy ani przyjemności kontemplacji moskiewskich korków w komfortowych warunkach (Rosjanie ugościli nasz „szykarno”), lecz dzięki temu, iż byłem członkiem oficjalnej delegacji, otwierało się przede mną wiele zamkniętych drzwi. Wykorzystałem to, podpytując kilku ludzi z rosyjskiej politycznej „pierwszej ligi” o relacje rosyjsko-chińskie – i potwierdziły się słowa tej przejętej od Konfucjusza rosyjskiej ludowej mądrości: „lepiej raz usłyszeć niż sto razy przeczytać”.

Zajmowanie się relacjami Rosji i Chin sprzyja bowiem dowolności interpretacji. Badając stosunki rosyjsko-chińskie można patrzeć na ten sam aspekt z odmiennych perspektyw i tym samym dojść do zupełnie innych wniosków, które niekoniecznie będą błędne. W tej łamigłówce znaczeń, potęgowanej jeszcze czynnikami kulturowymi (Rosja i Chiny są odmienne od Zachodu i kierują się w swojej polityce odmiennymi powodami) najlepszym sposobem badania relacji rosyjsko-chińskich wydaje się chłodne podejście realistyczne. Jest ono tym bardziej zasadne, iż elity polityczne obu tych państw zostały wykształcone właśnie w duchu realistycznym i nadal w tym właśnie paradygmacie postrzegają współczesne stosunki międzynarodowe: jako miejsce, gdzie dominuje siła i wpływy, a nie uniwersalne wartości.

Stąd też gdy czyta się chociażby oficjalne rosyjsko-chińskie oświadczenia (tudzież propagandowe teksty na ich temat w mediach) głoszące, iż „stosunki rosyjsko-chińskie to nowy model stosunków międzynarodowych”, kraje te „zostawiły za sobą przeszłość i idą w przyszłość”, zaś współpraca opiera się na „bezkonfliktowym uznaniu wzajemnych korzyści i praw” (by nie wspomnieć o iluś tam frazesach o „przyjaźni i wzajemnym zrozumieniu”), to wie się, iż jest to klasyczna „zasłona dymna” i mydlenie oczu tym, którzy są na tyle naiwni by w to uwierzyć. Z tymi oświadczeniami i oficjalnymi deklaracjami jest bowiem jak dawniej z partyjną nowomową, której znaczenie rozjaśniało Radio Wolna Europa: jeśli w oświadczeniu po spotkaniu było napisane, że „rozmowy przebiegały w szczerej, partyjnej atmosferze”, to znaczyło, że doszło do ostrej kłótni.

Współcześnie dobrze to oddaje Dmitrij Trenin, wiedzący, iż atmosfera spotkań rosyjsko-chińskich jest bardzo biznesowa. Tam nie ma rozmów bez krawatu, wspólnego chodzenia na piwo czy do łaźni. Po prostu należy ubić interes. Uściski i poklepywania są tylko przed kamerami. Ja bym dodał, że to spotkanie dwóch cywilizacji, które mają ze sobą bardzo mało wspólnego i nie specjalnie się lubią, ale mają interes w tym, by się dogadać.

Moje obecne rozmowy to potwierdziły. Rosjanie – nieoficjalnie rzecz jasna – wyraźnie skarżyli się na Chińczyków. Słowa typu „nie szanują nas” czy „traktując nas z buta” mocno mnie zaskoczyły. Nie tyle przez fakt, że tak rzeczywiście jest (bo Chińczycy w rzeczy samej Rosjan nie szanują), ale dlatego, iż to okazują. Wszak Chińczycy zawsze słynęli z gładkiej dyplomacji i umiejętnego rozgrywania rosyjskich wielkomocarstwowych tęsknot. Skoro zaś teraz pozwalają sobie na otwarte lekceważenie, to znaczy, że nacjonalizm i szowinizm zaczynają im uderzać do głów. Odejście od maksymy „tao guang, yang hui” (ukrywaj swoje możliwości, czekaj na stosowną chwilę) na rzecz wielkomocarstwowości nie wróży dobrze Państwu Środka. Powoduje bowiem, że ich partnerzy mogą przejrzeć na oczy.

Właśnie to mnie najbardziej frapuje w polityce rosyjskiej i o to najczęściej pytałem moich rosyjskich interlokutorów. Jak to jest, że państwo prowadzące tak trzeźwą i wykalkulowaną politykę w najlepszym realistycznym duchu, w stosunku do Chin prezentuje taki optymizm, by nie powiedzieć – idealizm? Jak to ongiś pytali Indusi: „czy Rosjanie są głupi, ślepi, czy zbyt opętani Stanami Zjednoczonymi?”.

Dwa pierwsze z miejsca odpadają: dość powiedzieć, że jako RP możemy się wystarczająco często przekonywać o sprawności rosyjskiej polityki. Trzeci argument obalić trudniej. Jeden z moich rozmówców odpowiedział wprost  tym właśnie duchu: „Amerykanie nie traktują nas poważnie i przez to jesteśmy skazani na Chińczyków”. Wpisuje się to więc w nadal w paradygmat psychopolitycznej funkcję jaką pełnią Chiny dla Rosji: równoważnika Zachodu, swoistego strategicznego wentyla bezpieczeństwa, który pozwala rosyjskim politykom na komfort posiadania alternatywy (bez względu na to, na ile jest ona realna). Jednakże argument ten – bez wątpienia istotny – nie powinien być nadmiernie ekstrapolowany. Choć wiele, to nie wszystko jednak da się wytłumaczyć rosyjską wielkomocarstwowością.

Chyba najlepiej odpowiedział mi Fiodor Łukjanow. Zwrócił on uwagę na to, że Chiny ostatnio z własnej woli intensyfikują współpracę z Rosją „mając świadomość nieuniknioności przyszłego konfliktu ze Stanami Zjednoczonymi ‘formalizują sojusznika’”, ale – co kluczowe – „zbliżenie polityczne nie oznacza ekonomicznego” – Chińczycy jak dawniej bezwzględnie wykorzystują swoją przewagę i narzucają Rosji warunki służące przede wszystkim im. Patrząc na Chiny nie powinno to dziwić – jak żadne inne państwo nie pozostawiają one nikomu złudzeń – i zawsze dbają przede wszystkim o swój zysk. Skoro zaś mają przewagę nad Rosją, to niby dlaczego nie mieliby jej bezlitośnie wykorzystywać?

Istotą rzeczy jest bowiem to, na co zwrócili uwagę zarówno Trenin, jak i Łukjanow. A mianowicie fakt, iż „postępuje prowincjonalizacja Rosji”, zaś „o zbliżeniu do Azji się tylko mówi – są słowa, ale nie ma zbliżenia”. Rzeczywiście – od 10 lat słyszę i czytam rosyjskie hasła o zbliżeniu z Azją i „azjatyckim wektorze” i jest z tym trochę jak z „potrzebą aktywniejszego zaangażowaniem się w Azji” polskiej polityki – pięknie to brzmi i mimo upływu lat jest uniwersalnie aktualnym postulatem… Rosja zdaje sobie bowiem sprawę, że jej przyszłość (nie tylko jako regionalnego mocarstwa) leży w Azji, ale ta świadomość nie przekłada się na czyny. Jak mówił mi Łukjanow – „wszystko w relacjach rosyjsko-chińskich zależy od tego, co Rosja zrobi z rosyjskim Dalekim Wschodem”.

Grozi jej bowiem scenariusz kreślony przez Trenina. Oznacza on nie formalną utratę tych ziem na rzecz Chin (jak chcieliby niektórzy chińscy nacjonaliści i niemała część polskiej opinii publicznej), lecz obserwację tego, jak powoli przyciągane są one w chińską orbitę. I tym samym następuje „historyczne à rebour”: XXI–wieczny Chabarowsk  może stać się historyczną odwrotnością XIX wiecznego Harbinu: „zagranicznym posterunkiem w sąsiednim kraju i centrum rozszerzającej się strefy wpływów”. Nie trzeba dodawać, że taki scenariusz oznacza znaczne osłabienie Rosji w relacjach vis-à -vis Chin. Coś, co Chińczycy na pewno wykorzystają.

Z Moskwy,

Michał Lubina

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Lubina: Chiński dylemat Moskwy Reviewed by on 1 października 2013 .

„Lepiej raz usłyszeć, niż sto razy przeczytać” głosi ponoć rosyjskie powiedzenie. A przynajmniej tak usłyszałem w piątek od jednej z wysoko postawionych urzędniczek rosyjskiego MSZ, podczas oficjalnego spotkania delegacji polskiej i rosyjskiej. Nie mogłem się powstrzymać, by zwrócić uwagę, że zdanie to pochodzi od Konfucjusza (brzmi ono w oryginale „lepiej raz zobaczyć, niż sto razy

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

Pozostaw odpowiedź