Polecane

M. Lubina: Birma w budowie

Birma na początku 2014 roku jest miejscem intensywnej transformacji. Do Rangunu i Naypyidaw szerokim strumieniem płyną inwestycje zagraniczne, ulice największych miast zmieniają się nie do poznania, a ludzie rzucają się w wir konsumpcjonizmu. W największych ośrodkach jest barwnie i nowocześnie. Birma się buduje, czy też raczej – odbudowuje, po latach autarkii, izolacji i letargu.

Pierwsze wrażenie – Rangun się wzbogacił. Pamiętam to miasto jako przygnębiające, zapuszczone i siermiężne, a teraz staje się rozkwitającym, bijącym barwami po oczach nowym centrum konsumpcyjnym globalnej wioski. Jest najlepszą ilustracją tego, w jaki sposób przebiega birmańska transformacja i w którą stronę pójdzie kraj wychodzący z tropikalnej siermiężności – w stronę nowoczesnych, eleganckich, wysterylizowanych i bezpłciowych biur, kawiarnie i sklepów Singapuru czy Bangkoku (a także Londynu, Nowego Jorku, Berlina czy Warszawy).

Drugie wrażenie – birmański reżim nauczył się PR. Kluczowa we współczesnym świecie umiejętność korzystania z nowoczesnych technologii przestała być wreszcie czarną magią dla birmańskich generałów przebranych w cywilne stroje. Strona Ambasady Birmy w Bangkoku odurza nowoczesnością. Zachwyci każdego miłośnika gadżetowych nowinek: wzrok czytelnika atakuje na raz mnóstwo bodźców, błyskotek miłych wszystkim zwolennikom smartfonów i przesuwanego świata (twórcy nowej strony CSPA mają się od kogo uczyć). Na lotniskach birmańskich leci przebój „Mingalaba” (to trudne słowo znaczy po birmańsku „dzień dobry”), w którym wytatuowany hip-hopowiec w rytm kolejnych rymów częstochowskich i migawek zabytków Paganu, marionetek teatru lalek, tancerek przebranych za apsary i malowniczych zaprzęgów wołów, zaprasza po angielsku do Birmy. Gdyby śpiewał po polsku, pewnie zakończyłby jakimś „joł, cho no do Birmy!”.

To swoją drogą naprawdę niezwykłe, jaką drogę przeszli birmańscy wojskowi (oj, przepraszam, cywile), do tej pory mający propagandę na poziomie epoki kamienia łupanego. Teraz ci sami ludzie mogliby uczyć Tymochowicza sztuki budowy wizerunku. Birmańscy post-armijni decydenci wiedzą, że w dzisiejszym świecie rację ma ten, kto jest atrakcyjny. Oni zaczęli być i tłumy, by nie powiedzieć – hordy – zachodnich gości przybywających do Birmy (od zwykłych turystów, przez badaczy, dziennikarzy, członków różnych agencji oenzetowskich i dyplomatycznych po wszelkiej maści „zaprowadzaczy demokracji”) nie mówią już o rządzie birmańskim jako o „brutalnym reżimie”, lecz jako o „reformatorach”. Jeśli birmańscy wojskowi utrzymają ten poziom PR, to będzie to wizerunkowy majstersztyk XXI wieku.

Sztuka PR jest dla reżimu istotna, gdyż zmiany w Birmie kończą się na polityce. Proces przemian społecznych jest imponujący, ale zmiany polityczne nie nadążają za społecznymi. Kraj zmienia się nie do poznania, ale rządzą nim wciąż ci sami (choć nie tacy sami) ludzie – wojskowi, przebrani teraz w cywilne stroje. Lecz nie ma to znaczenia, tu polityką mało kto się przejmuje, tu się teraz robi biznes. Obserwacja powstających w centrum Rangunu wieżowców, intensywnie budowanych dróg na pograniczu tajsko-birmańskim, czy autostrad w środku kraju, skłania do wniosku, że jest to proces zaplanowany na lata, długofalowa strategia rozwoju kraju. Niczym Polska dzięki funduszom UE, tak teraz Birma dzięki zagranicznym inwestycjom „buduje się” – powstają nowe drogi, lotniska, dworce itp. Ulice miast pięknieją, nabierają barw, śmigają po nich nowe auta, a birmańskie sklepy przestają być synonimem „pustych półek”. Każdy szanujący się mieszkaniec Birmy już ma bądź chce mieć najnowszego smartfona.

Trzecie wrażenie: Birma ruszyła z miejsca. To już nie zapalenie silnika (jak rok-dwa lata temu), lecz jazda na jedynce. Samochód już ruszył, lecz teraz musi wrzucić dwójkę. Nie znaczy to, że nie zgaśnie po drodze, lecz jeśli nie – a raczej nie – to popędzi prędko. Taki ma plan: to nie jest pierwotne, pokraczne wychodzenie z siermiężności. To już wyraźny krok w stronę upodobnienia się do globalnego świata (z wszystkimi tego zaletami i wadami). To pieniądze i inwestycje zagraniczne zmienią Birmę, a nie walcząca o poprawki w konstytucji Aung San Suu Kyi.

Posterunek KNLA, zbrojnego ramienia KNU,  fot. M. Lubina

Posterunek KNLA, zbrojnego ramienia KNU, fot. M. Lubina

Najlepiej widać to na terenach mniejszości etnicznych. Dzięki coraz większemu otwarciu Birmy na świat mogłem zrealizować swoje długoletnie marzenie wjazdu lądem do Birmy, co do tej pory było to rzeczą całkowicie nie do pomyślenia. Wjechałem przez opustoszałe przejście w Htee Kee (po tajskiej stronie Phunaron) na półwyspie Tenasserim, zaś wyjechałem przez znacznie popularniejsze Myawaddy (po tajskiej stronie Mae Sot) w państwie Karen. To było niezwykle kształcące – przejeżdżając przez niedostępne góry pogranicza z Tajlandią naocznie przekonałem się, dlaczego partyzanci tak długo się opierali rządowi birmańskiemu. To było lepsze niż lektura dziesięciu książek o tym zagadnieniu.

Poniekąd trzymają się nadal. Po drodze co jakiś czas dało się zauważyć posterunki zbrojne KNU (Związku Narodowego Karen, który walczył z rządem birmańskim do 2012 r.), a we wsiach i miasteczkach – ich flagi. Był to niezwykły widok – tak, jakby w Polsce powiewały bandery UPA albo w Wielkiej Brytanii – IRA. Stało się to możliwe dzięki porozumieniom o wstrzymaniu ognia, jakie rząd birmański zawarł z licznymi partyzantami (m.in. z KNU). W zamian za porzucenie walki partyzanci zachowali kontrolę nad swoimi terenami. Te posterunki kareńskie istniały tam od dekad, różnica polega na tym, że teraz rząd birmański się z tym już nie kryje, nie boi się przyznać, że nie kontroluje całego kraju. W zamian partyzanci porzucili marzenia o oderwanie się od Birmy i stworzeniu własnych państw i skupili się na zdobywaniu pieniędzy i udziału w zyskach. Słowo „development”, wymawiane z angielska, jest tu na ustach wszystkich.

Droga z granicy do Tawe (Dawei) jest tego najlepszym przykładem. Biegnąca wzdłuż malowniczej rzeki Tenasserim, na której co jakiś czas widać domowej roboty warsztaty przeróbki kamieni (tak to musiało wyglądać na Zachodzie przed rewolucją przemysłową) oraz połacie ogołoconych lasów tekowych, droga ta dopiero się tworzy. Obecnie to raczej tumany kurzu, zaś przejazd opóźniają robotnicy, wysadzający dynamitem skały na trasie przejazdu. Lecz wkrótce będzie to wielka arteria łącząca Tajlandię ze specjalną strefą ekonomiczną Tawe (w której inwestują, oprócz Tajów, także Japończycy). Birmańska wersja ścierniska przemieniającego się w San Francisco.

Dzięki włączeniu partyzantów do potencjalnie świetnie dochodowego interesu, jakim jest otwarcie Birmy na świat, załagodzono konflikty rozdzierające kraj od sześciu dekad. Partyzantom i rządowi odechciało się walczyć i skupili się na zarabianiu pieniędzy, dużych pieniędzy. Tym sposobem udało się osiągnąć, nijako niepostrzeżenie, bez udziału świata, bez błysku kamer – rzecz bezcenną, czyli pokój (przynajmniej na razie). Uspokojenie, „ucywilizowanie” pogranicza stało się więc największym sukcesem rządu na drodze ku budowaniu nowoczesnej, sprawnej państwowości.

Tym samym w Birmie dochodzi do paradoksalnej, azjatyckiej wersji „końca historii”. W tym miejscowym wymiarze „koniec historii” to nie uniwersalny triumf demokracji i praw człowieka (bo demokracji tu nie ma, a prawa człowieka są nieistotne), lecz zwycięstwo pieniędzy, których napływ jedna strony wewnętrznego konfliktu. Oczywiście, przynajmniej tymczasowo, bo sukces i tego „końca historii” wcale nie jest przesądzony – zawsze przecież można się pokłócić o udział w zyskach. Ale to odległa perspektywa. Na razie wszyscy zdają się być pochłonięci nową pasją narodową – zarabianiem pieniędzy.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Lubina: Birma w budowie Reviewed by on 28 lutego 2014 .

Birma na początku 2014 roku jest miejscem intensywnej transformacji. Do Rangunu i Naypyidaw szerokim strumieniem płyną inwestycje zagraniczne, ulice największych miast zmieniają się nie do poznania, a ludzie rzucają się w wir konsumpcjonizmu. W największych ośrodkach jest barwnie i nowocześnie. Birma się buduje, czy też raczej – odbudowuje, po latach autarkii, izolacji i letargu. Pierwsze

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

Pozostaw odpowiedź