Birma news,Komentarz eksperta

M. Lubina: Birma – trzęsienie ziemi jako omen

lubinaW czwartek 24 marca silne trzęsienie ziemi o sile 6,8 stopnia w skali Richtera nawiedziło wschodnią część Stanu Shan w Birmie. Pierwsze dane szacunkowe mówiły o 75 zabitych i ponad stu rannych (Reuters, AP). Dziś ich liczba, zdaniem Czerwonego Krzyża, sięgnęła 150 osób.

Do trzęsienia ziemi doszło w izolowanym, górzystym regionie Birmy, na pograniczu z Tajlandią i Laosem, znanym lepiej pod medialną nazwą Złotego Trójkąta. Wstrząsy odczuwalne były na całym Półwyspie Indochińskim (m.in. w Bangkoku) i w Chinach. Ukształtowanie terenu, a także fatalna infrastruktura i izolacja tej części kraju znacznie utrudniają akcję ratunkową. Pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią Stanu Shan rząd nie kontroluje sporej części terytorium, tlą się tam wciąż walki, a dostęp lądowy jest dla obcokrajowców zakazany. Jednak nawet jeśli Birma byłaby „normalnym” krajem, gdzie rząd, wraz z organizacjami międzynarodowymi natychmiast udziela wsparcia w takiej sytuacji (albo przynajmniej próbuje), to i tak akcja ratunkowa okazałaby się bardzo skomplikowana,ponieważ jest to jeden z najtrudniej dostępnych rejonów na całym Półwyspie Indochińskim.

Problem polega na tym, że Birma takim krajem nie jest.

Najlepiej pokazała to historia z cyklonem Nargis, który uderzył w Birmę w 2008 r. Podczas tych dramatycznych wydarzeń rząd nie tylko nie pomógł poszkodowanym, ale przez bardzo długi czas nie wpuścił do kraju międzynarodowych organizacji niosących pomoc. Tym samym przyczynił się pośrednio do zwiększenia się liczby ofiar do 135 tys. osób (liczbę poszkodowanych w cyklonie ocenia się na 2 miliony). Było to celowe działanie: wpuszczając międzynarodową pomoc junta z pewnością ocaliłaby wiele istnień ludzkich, jednocześnie jednak, zgodnie z miejscowym pojmowaniem istoty władzy, przyznałaby się do porażki i niekompetencji. Jej legitymizacja zostałaby podważona, a na to nie można było sobie pozwolić. Ponadto, jak pisze Emma Larkin w „Everything is Broken”, rząd po prostu nie wiedział, co robić. To nieudolność – i strach przed własnym społeczeństwem, że wyjdzie ona na jaw – była podstawowym powodem bierności junty.

A teraz mamy kolejną katastrofę naturalną i reakcja Naypyidaw jest łatwa do przewidzenia. W sobotę (sic!) główna reżimowa gazeta, “The New Light of Myanmar”, zamieściła co prawda informację o trzęsieniu ziemi, ale na drugiej stronie. Na pierwszej widniał tradycyjnie Than Shwe, i to podwójnie. Znalazło się tam więc jego przemówienie z okazji Dnia Sił Zbrojnych (27 marca), a także list gratulacyjny do przywódców Bangladeszu z okazji rocznicy niepodległości. Imponderabilia junty pozostają więc niezmienne i naiwnością byłoby wierzyć, że tragedia taka jak trzęsienie ziemi mogłaby to zmienić.

Informacje o trzęsieniu ziemi w „New Light” zostały opatrzone zdjęciami pokazującymi ratowników w akcji, a także doniesieniem o tym, że wysocy funkcjonariusze armii wizytują teren i kierują pomocą. Jak stwierdził cytowany przez portal www.irrawaddy.org członek jednej z organizacji pozarządowych: “Patrząc na zachowanie generałów podczas trzęsienia ziemi przypomina mi się cyklon Nargis, który wykorzystali oni, by pozować do zdjęć i wyzyskać propagandowo, podczas gdy ludzie umierali.”

Irrawaddy.org podaje też, że do najbardziej kuriozalnej i groteskowej reakcji na trzęsienie ziemi doszło w piątek w parlamencie w Naypyidaw. Gdy spiker powiedział, że składa kondolencje ofiarom trzęsienia ziemi, posłowie zaczęli… klaskać. Jeden z nich tłumaczył zachowanie kolegów tym, że „są oni przyzwyczajeni do klaskania ilekroć jakaś rezolucja jest uchwalana, uznali więc, że oczekuje się od nich, że będą klaskać w odpowiedzi na to oświadczenie”.

Czytając takie słowa przypomina mi się „Archipelag Gułag” Sołżenicyna, w którym opisał on zebranie w jednym z zakładów w Leningradzie pod koniec lat 30-tych XX w . Gdy wyczytano nazwisko Stalina, wszyscy obecni na sali wstali i zaczęli klaskać. Klaskali non stop przez minutę, dwie, pięć, dziesięć… Każdy bał się przestać, wszyscy patrzyli po sobie i wyczekiwali zbawienia z tej sytuacji. Po 14 minutach, widząc wyczerpanie na twarzach wszystkich obecnych, dyrektor jako pierwszy odważył się przestać klaskać. Dostał 10 lat łagru.

Birmańscy posłowie z całą pewnością Sołżenicyna nie czytali, ale ich zachowanie świadczy o tym, że są na podobnym poziomie mentalnym. Wiedzą, co czynić należy, by nie skończyć, jak ten dyrektor.

W sprawie trzęsienia ziemi trudno oczekiwać, że rząd zachowa się w sposób bardziej energiczny niż poprzednio, tym bardziej, że skala jest mniejsza, a uwaga świata zwrócona na zdecydowanie bardziej dramatyczne trzęsienie ziemi w Japonii. Poza tym – jeśli cyklon Nargis uderzył w Dolną Birmę zamieszkałą przez etnicznych Birmańczyków (Bamar), a junta nie zareagowała, to raczej nie należy mieć nadziei, że rzuci się ratować Shanów. W Birmie, gdzie podział my – oni i centrum – peryferie jest wyznacznikiem mentalności rządzących wojskowych, pomoc dotkniętym tragedią mniejszościom bynajmniej nie należy do priorytetów.

W specyfice miejscowej jest jednakże pewien rys, który z całą pewnością Birmańczycy zauważą. W tradycji tego kraju klęski żywiołowe, a szczególnie trzęsienia ziemi, zawsze zwiastowały doniosłe wydarzenia polityczne. W 1930 r. miało miejsce bardzo silne trzęsienie ziemi, połączone z zaćmieniem słońca i księżyca – i w tym samym roku wybuchło ogromne powstanie ludowe przeciwko Brytyjczykom. Kolejne trzęsienie ziemi w 1975 r. poprzedziło wielkie (i utopione w morzu krwi) protesty studenckie – największy bunt przeciw reżimowi Ne Wina. Wreszcie, w 1988 r. trzęsienie ziemi o (uwaga!) takiej samej skali jak obecne (6,8 st.) uderzyło w sierpniu wzdłuż granicy z Indiami. Jeszcze w tym samym miesiącu wybuchły słynne demonstracje, które doprowadziły do ustąpienia Ne Wina, dały sławę (lecz nie władzę) Aung San Suu Kyi i wyniosły do stanowisk obecną ekipę junty. Słowem: jest coś na rzeczy. A przynajmniej tak by to Birmańczycy zinterpretowali.

Jednakże nie chodzi o to, by przyjąć perspektywę birmańską i założyć, że teraz też coś się stanie (obalenie junty jest zbyt nierealne by mogło być prawdziwe). Lecz o to, że junta rządzi w kraju o imponującej tradycji okultystycznej, państwie, gdzie astrologowie, wróżbici i wszelkiej maści przepowiadacie przyszłości i interpretatorzy znaków mają realny wpływ na politykę (i – dodajmy – ta władza świadomie do tych wzorów nawiązuje, vide: przeniesienie stolicy do Naypyidaw). W efekcie teraz, zamiast przedsięwziąć kroki, by pomagać poszkodowanym, wojskowi zaczną pewnie szukać nadprzyrodzonych interpretacji i sposobów, by „spacyfikować” ten zły omen. Przykładem takiej mentalności jest sam Than Shwe, którego nazwisko znaczy po birmańsku „milion złota”. Gdy w 2005 roku usłyszał od astrologa, że wkrótce zniknie milion złota, wpadł w panikę. Najpierw więc przeniósł ogromnym kosztem stolicę państwa do Naypyidaw, a następnie wystawił córce wesele na rachunek opiewający w dolarach na ponad 6 zer. No i przepowiednia się spełniła, miliony znikły z kasy państwa.

Teraz też pewnie tak będzie. Coś wymyślą, ich wyobraźnia jest w tej materii imponująco twórcza, rzekłbym – odwrotnie proporcjonalna do umiejętności rządzenia państwem. A nawet jeśli nic nie poradzą, to pewnie, zgodnie z miejscową tradycją, postawią w miejscu trzęsienia ziemi pagodę. To zawsze skuteczny sposób na odwrócenie karmy.

Tymczasem ludzie na miejscu trzęsienia ziemi czekają na pomoc. Mieszkańcy nieodległego Mae Si po tajskiej stronie granicy przesyłają ofiarom trzęsienia ziemi żywność, wodę i odzież. Poszkodowani Birmańczycy mają przynajmniej to szczęście w nieszczęściu, że mieszkają nieopodal granicy.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Lubina: Birma – trzęsienie ziemi jako omen Reviewed by on 29 marca 2011 .

W czwartek 24 marca silne trzęsienie ziemi o sile 6,8 stopnia w skali Richtera nawiedziło wschodnią część Stanu Shan w Birmie. Pierwsze dane szacunkowe mówiły o 75 zabitych i ponad stu rannych (Reuters, AP). Dziś ich liczba, zdaniem Czerwonego Krzyża, sięgnęła 150 osób. Do trzęsienia ziemi doszło w izolowanym, górzystym regionie Birmy, na pograniczu z

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

komentarzy 5

  • Ciekawy artykuł, za który wypada podziękować. A do Pana Snake’a i innych, którym najwyraźniej myli się podziw dla kraju i jego kultury z podziwem dla jego władz, mam pytanie: Czy to, że jakiś cudzoziemiec ceni polską kulturę, oznacza, że lubi też Komorowskiego lub Tuska? :-)

  • Dzien Dobry!
    Tak sie sklada, ze mieszkam w Mae Sai i w Myanmar bywam dosc czesto. Dobrze Pan skomentowal zachowanie tych barbarzyncow, szczegolnie po cyklonie. Mam do Pana jednak malenkie acz istotne pytanie: niedawno bowiem napisal Pan, ze Birma to najcudowniejszy kraj w azji itd… :) Moze Pan wyjasnic swoj och, ach, ZACHWYT nad…? Pan Rysiek w innym komentarzu odnosnie niejakiego Zyggi, slusznie zauwazyl, ze zyjecie Panstwo miloscia platoniczna do krajow azjatyckich. Bravo Panie Rysku. Milo wiedziec, ze w Polsce sa wciaz trzezwo myslacy ludzie!
    pozdrowienia

    • Szanowny Panie!

      Odpowiem na Pańskie pytanie (zarzut?) pewnym skrótem myślowym, będącym tu jednak na miejscu: lubię Birmę, nie lubię Myanmaru. Jeżeli będziemy rozumieć Myanmar jako państwo junty, jej własny folwark wręcz, a szerzej – jako projekt ideologiczny, to ja jestem temu całym sobą przeciwny (proszę zauważyć, że prawie nigdy w swoich tekstach nie używam słowa Myanmar, podobnie jak „nowych” nazw typu Yangon). Natomiast Birmę w tym kontekście rozumiem szerzej – i to właśnie Birmę, nie Myanmar, darzę tak ciepłymi uczuciami. Bo jest to kraj fascynujący, niepowtarzalny i unikalny. Złota Ziemia – mówiąc górnolotnie.
      Nie ma więc sprzeczności między bardzo ciepłymi uczuciami wobec kraju, a postawą krytyczną wobec jej władców – a przy najmniej mam nadzieję, że nie ma.

      Pozdrawiam serdecznie,
      Michał Lubina

    • pozdrawiam z tajwanu, widze, ze rozumiemy sie jak nalezy, podobne doswiadczenia i podobne wnioski.
      jak Michal Lubina moge powiedziec, ze kojarze sie raczej z tajwanem niz republika chinska.
      do Zyggiego – tu sie zgadzamy. porownanie do polski mozna chyba odniesc i do chin i podnoszonej czesto antychinskosci roznych publikacji. krytyka chin to rzadko kiedy krytyka samych chinczykow, raczej panujacego systemu i KPCh.

Pozostaw odpowiedź