Birma

M. Lubina: Birma: o co chodzi w wojnie z Kaczinami? Czyli o konflikcie w sercu geopolitycznej rozgrywki

Wprowadzenie

Kaczinowie to jeden ze 135 oficjalnie uznanych narodów Birmy. Zamieszkują oni tereny północnej Birmy – przede wszystkim nazwany na ich cześć stan Kaczin, graniczący z Chinami i Indiami, słabo zaludniony, w znaczącej mierze odcięty od świata, za to słynący z jadeitu i złota, mający powierzchnię niecałych 90 tyś. km²,  zamieszkały przez ok 1,3 mln ludzi, z których Kaczinowie stanowią trochę ponad połowę i dominują w północnej części stanu(pozostali mieszkańcy to głównie Birmańczycy i Szanowie –  na południu prowincji). Ogółem przyjmuje się, że w całej Birmie mieszka około miliona Kaczinów. Po chińskiej stronie granicy Kaczinowie nazywani są Jingpo i stanowią jedną z oficjalnych 55 mniejszości narodowych ChRL.  Według przybliżonych szacunków jest ich tam ok. 130 tysięcy. Ponieważ granica jest, mówiąc oględnie, płynna, kontakty między Kaczinami birmańskimi a Jingpo są ożywione. Kaczinowie są w  większości chrześcijanami, choć z silnymi wpływami rdzennego animizmu. Za czasów kolonialnych cieszyli się znacznymi przywilejami i wspominają ten czas z rozrzewnieniem. Podczas II WŚ prowadzili aktywną partyzantkę przeciwko Japonii – lecz zawiedli się w swoich marzeniach o „wdzięczność” Brytyjczyków – przyznania im niepodległości po wojnie. W powojennej Birmie Kaczinowie byli sygnatariuszami federalistycznego porozumienia w Panglong, którego założenia pozostały wszakże na papierze. W odpowiedzi na przewrót wojskowy w 1962 r. Kaczinowie chwycili za broń, tworząc Armie Wyzwolenia Kaczinu (KIA), która do 1994 r. de facto kontrolowała większość stanu Kaczin (z wyjątkiem najważniejszych miast i linii kolejowych). W 1994 r. KIA podpisało z birmańską juntą porozumienie o wstrzymaniu ognia będące do facto rozejmem, jednakże w jego wyniku utraciło znacząco wpływy. Wznowienie walk w 2011 roku przez KIA wiąże się z przekonaniem o niedotrzymaniu przez armię birmańską umowy z 1994 roku.

Dwie prawdy Birmy

Konflikt z Kaczinami ukazuje dwie ważne prawdy współczesnej Birmy. Tą wyraźną – jaką jest konflikt centrum-peryferie, czyli antagonizm pomiędzy birmańską większością, stanowiącą około 70% populacji kraju, a nie-birmańskimi mniejszościami, których według danych rządu jest 134. Oraz tą ukrytą, która w tym konkretnym wypadku, choć znacznie istotniejsza, jest jeszcze trudniejsza do udowodnienia. Jest nią słabo znana, a kluczowa w tym wypadku gra interesów na pograniczu chińsko-birmańskim.

Konflikt, o którym w polskiej prasie pisze się mało, ale który od ponad miesiąca zaprząta umysły dyplomatów w Pekinie i Waszyngtonie, na nowo rozpoczął się w Boże Narodzenie 2012 roku, kiedy birmańska armia rozpoczęła nieoczekiwaną ofensywę na tereny zajęte przez Armię Wyzwolenia Kaczin (KIA). Wcześniej, od 2011 i zerwania porozumienia pokojowego z 1994, przez dwa lata trwały walki, ale były to wydarzenia raczej epizodyczne – przynajmniej z naszego punktu widzenia.  A to mniejsze starcie gdzieś w górach, a to wysadzenie torów kolejowych. Słowem, w miejscowych warunkach – prawie pokój. Ofensywa birmańskiej armii to zmieniła.

(Nie)zawieszenie broni?

Użycie ciężkiej artylerii, lotnictwa i śmigłowców, a przede wszystkim – wyraźna próba zdobycia kwatery głównej KIA – Laizy – świadczą o tym, że sprawa zrobiła się poważna. I nią jest, mimo nieobecności informacji o niej w czołowych mediach Birmy- które, jak z radością donosi prasa międzynarodowa cenzury formalnej już wyszły, ale z wewnętrznej – jeszcze nie (i jako że właścicielami najważniejszych tytułów są generałowie, raczej długo z niej nie wyjdą). Za to ulica mówi o tym nieustannie – ta realna, i ta wirtualna, z mediami społecznościowymi żyjącymi tymi wydarzeniami. To pokazuje, jak ważna jest to kwestia, a społeczność międzynarodowa nie może jej ignorować. Bo, zaiste, konflikt ten odsłania najważniejszy, strukturalny problem państwa birmańskiego: jak ułożyć relacje pomiędzy birmańską
większością, a nie-birmańskimi mniejszościami. Do tej pory strategia władzy była jedna – kolbą ich po głowach. Teraz, w ramach odwilży, generałowie chcą pokazać światu, że jest inaczej. Tymczasem wydarzenia te ukazują nagą prawdę – wcale nie jest. Tu zaczyna się poważny problem generalicji. Oni już zakosztowali zachodnich pieniędzy i im się spodobało. Oni wiedzą, że takiego wsparcia, jakie oferuje Zachód(MFW, Bank Światowy, USA, Japonia, itp.) nie może im dać nikt. Co więcej, manewr pt. „odwilż” wyciągnął ich z politycznego autu – i to na sam szczyt, na najważniejszą polityczną szachownicę Azji. Tak więc – zyski już znają i lekką ręką z nich nie zrezygnują.

Birmańska armia – nie dziel się i rządź

Z drugiej strony – nie mogą dopuścić do większej autonomii i większych praw dla mniejszości. To im się nie mieści w głowach! Dla generałów przyznanie mniejszościom autonomii to otwarcie – by użyć kultowych słów Lecha Wałęsy – „puszki z Pandorą”: to prosta droga do rozpadu państwa. Co więcej, przyznanie im praw oznacza po prostu konieczność podzielenie się z nimi zyskami. To na terenach mniejszości znajdują się główne bogactwa naturalne kraju, na których łapę trzyma armia. Zrezygnowanie z monopolu uderza bezpośrednio w interesy samej armii. A ta stała się osobną instytucją, państwem w państwie – niczym Gazprom czy Rosnieft’ w Rosji.

Stąd też głównym dylematem generałów jest: jak zjeść ciastko (utrzymać wsparcie Zachodu i jego inwestycje) i mieć ciastko (nic nie dać mniejszościom). Na razie armia dość dobrze rozwiązuje ten dylemat – grając w dobrego i złego policjanta. Tym dobrym jest oczywiście prezydent TheinSein, który mówi, by zmienić karabiny na laptopy, apeluje, a nawet rozkazuje przerwać działania wojenne. A tymi złymi są oczywiście generałowie polowi, którzy niesubordynowani, nie wykonują poleceń i są ogólnie przeżytkami starego porządku. Prezydent, rzecz jasna, nie jest temu winien, a na dodatek nie należy na niego zbyt naciskać, bo to on jest tym dobrym, reformatorem, i nie daj Boże straci władzę i całe reformy wezmą w łeb… Jednak jak mówi Phil Robertson, zastępca dyrektora azjatyckiego oddziału Human Rights Watch –Prezydent mówi, że rozkazał zakończyć bojową ofensywę birmańskiej armii w regionie Kaczin. Ale transport ciężkiej artylerii, śmigłowców, wszystko to zostało wykonane na rozkaz dowództwa armii i przy pełnej świadomości rządu.

Scenariusz konfliktu – atakuj i zaprzeczaj

Scenariusz dyktowany przez birmańską armię w konflikcie z Kaczinami jest taki: najpierw jest atak, potem, mocno spóźniona, reakcja świata. Armia najpierw w ciemno zaprzecza – kłamie w żywe oczy mówiąc, że nie użyła śmigłowców. Gdy fakty wychodzą na jaw – min. za pośrednictwem filmików dokumentujących to wydarzenie zamieszczanych na serwisach społeczniościowych – odpowiada, jakby nigdy nic, słowami byłego generała, a obecnie posła, U HlaShwe: „no pewnie, ze użyliśmy śmigłowców. Po to je kupiliśmy!”. Gdy już jest głośno, odzywa się prezydent, który nakazuje wstrzymanie działań. Armia się oczywiście karnie słucha… Szumnie deklaruje, że wypełnia jego wolę- i atakuje dalej, jak gdyby nigdy nic, kontynuuje ofensywę. Jednakże o sprawie zrobiło się zbyt głośno. W XXI wieku nie można już tak bezkarnie prowadzić wojny przeciwko własnym obywatelom, mając świat za nic. Armia wie, że za chwile będzie musiała przerwać działania, ale nim to nastąpi, chce zdobyć tyle, ile się da. Gdy dojdzie do ściany – realnej i stanowczej reakcji Zachodu, takiej, która groziłaby utratą interesów, wtedy się wycofa. Albo – jak teraz – zagra na przeczekanie.

Kiedy padnie Laiza?

Na chwilę obecną głównym celem i symbolem walki pozostaje Laiza. Ta kwatera główna KIA jest jednocześnie miejscem, gdzie schroniły się dziesiątki tysięcy cywilów, przygotowanych na najgorsze. Armia otoczyła już Laizę, zajęła wszystkie najważniejsze wzgórza i szykuje się do decydującego starcia. To, że Laiza padnie, jest prawdopodobne. Lecz nie nastąpi to w ciągu dni, a tygodni. Birmańczycy nie mogą użyć artylerii, gdyż grozi to trafieniem w chińskie terytorium – nie mogą zaryzykować. Musza więc użyć piechoty, a to będzie oznaczało dłuższą – i bardziej krwawą – ofensywę.

Zdobycie Laizy ma ogromne znaczenie, dlatego, że to ostatni “międzynarodowy” punkt oporu KIA.Po jego utracie pozostaje im tylko dżungla, a to już prawie desperacja. Ale Laiza ma przede wszystkim znaczenie propagandowe, polityczne. Jej upadek bardzo wzmocni pozycję armii i bardzo osłabi morale KIA.

Lecz nawet zdobycie Laizy nie przesądzi o zwycięstwie. Kaczinowie mają się gdzie wycofać – chociażby do Pajau czy na pogranicze z Indiami. Z tych trzech najważniejszych miejsc działalności KIA, Laiza jest ważna o tyle, że jest centrum ekonomicznym – tamtędy przebiega szlak do Chin –, znajdują się tutaj również szpitale i szkoły, ale nie jest niezastąpiona. Prawdziwym ciosem dla KIA byłoby zdobycie Pajau, trudno dostępnej bazy znajdującej się w górach, o której mówi się, że jest faktycznym centrum. I nawet jeśli jest to tylko pocieszanie się Kaczinów, to świadczy to o tym, że mają się gdzie wycofać. Laiza nie jest więc kaczinowskim Stalingradem.

Gdzie nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze

Skoro więc zdobycie Laizy nie przesądzi o końcu konfliktu (a tak nie będzie, bo konflikt ten jest nie do wygrania), to dlaczego armia od ponad miesiąca z determinacją godną lepszej sprawy kontynuuje ofensywę? Odpowiedz nie jest natury politycznej, ani nawet etnicznej. Gdzie nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. Armia chce kontrolować drogę Myitkina-Laiza, bo to powoduje kontrolę handlu z Chinami – tego legalnego. Oraz – przede wszystkim – tego nielegalnego. To nie jest wojna o ziemię, autonomię czy prawa. To jest wojna o to, kto będzie kontrolował zyski z handlu z Chinami.

Tu wszędzie, pod przykrywką haseł narodowych, etnicznych, pod pięknymi sloganami o prawach, kryją się mgliste, ciemne i utajnione interesy. Niczym w orientalnym teatrze cieni, to, co się widzi, jest tylko słabym odbiciem tego, co jest naprawdę. Dla postronnego widza jest to sytuacja nie do wyłapania – a obie strony skutecznie karmią świat swoją wersją wydarzeń.

Kwestia etniczna jest tutaj nie do rozstrzygnięcia – i obie strony o tym doskonale wiedzą. KIA nie ma najmniejszych szans na niepodległość, czego jest świadoma. Niby chce autonomii, ale w miejscowych warunkach to pojęcie, by powiedzieć eufemicznie, abstrakcyjne. Tak czy siak, KIA jest za słaba, by pokonać armie i wyzwolić kaczinowskie tereny.

Armia z kolei wie, że nie złamie Kaczinów – walczą na swoim terenie, który świetnie znają i który idealnie nadaję się do działań partyzanckich. Mogą tak walczyć jeszcze długo. Cóż z tego, że wojsko birmańskie weźmie Laizę, skoro, niczym następne głowy Hydry, pojawią się kolejne? KIA może atakować wojsko zewsząd – i to w każdej chwili. Jedyne zwycięstwo, jakie wojsko birmańskie może osiągnąć w tym miejscu, to zwycięstwo Pyrrusowe.

Starcie o kontrolę

Stąd też obu stronom nie chodzi o trwałe rozwiązanie kwestii – to jest w zasadzie niemożliwe. Unitaryzm armii birmańskiej nie pozwala na ustępstwa wobec mniejszości. Tutaj nie ma mowy o atmosferze kompromisów i ustępstw.  Każde z nich uznane jest za klęskę.

Stąd też w obecnej walce nie chodzi o zwycięstwo, lecz o to, kto i co będzie kontrolować. Czy szlaki kamieni szlachetnych i linia ropociągu do Yunnanu będzie przebiegać przez tereny kontrolowane przez armię, czy przez KIA (czytaj: kto na tym zarobi?). To kluczowe zagadnienie, bo to daje pieniądze. O to się biją.

Chiński element geopolitycznej układanki

Chiny mają wobec tego konfliktu podwójną zależność. Z jednej strony – nie chcą eskalacji, by przypadkiem walki nie rozlały się na ich terytorium. Ani tym bardziej, by toczyły się niedaleko ropociągu. Chociaż on sam jest niezagrożony, to pół procenta szans, że mógłby, powoduje wyraźną nerwowość w Pekinie. Z drugiej strony – normalizacja sytuacji w Birmie nie służy Chinom.  Silna Birma, z uregulowaną kwestią etniczna oznacza utratę lukratywnych – bo lewych – kontraktów na jadeit, szafir i inne kamienie szlachetne.  Na obecnej sytuacji “półcienia” pogranicza, Chiny zyskują najbardziej.

Częściowa destabilizacja Birmy leży w interesie chińskim, gdyż powoduje trzymanie generałów w szachu. Gdyby tylko Pekin chciał, mógłby łatwo podminować Birmę – wspierającą to Szanów, a to wojowniczych Wa, a to dziesiątki innych mniejszości, którym jeśli tylko da się broń, wsparcie finansowe i nadzieję, z przyjemnością skoczą do gardła armii birmańskiej. Jednak całkowita destabilizacja Birmy również nie leży w interesie Chin, gdyż niepokoje mogą się rozlać na Yunnan i zagrozić ropociągom.

„Kontrolowana niestabilność”

Stąd też podstawowym celem Chin jest stworzenie “kontrolowanej niestabilności” – by było na tyle niespokojnie, aby szachować generałów, ale nie na tyle poważnie, by wymknęło się to spod ich kontroli. “Kontrolowana niestabilność” powoduje, że wszystkie asy trzymają Chińczycy – mogą a to wspomóc KIA, a to armię birmańską. Mogą zamknąć granicę, albo dać zielone światło Kaczinom z Yunnanu – i ich pieniądzom.

W tym politycznym teatrze cienie za sznurki pociągają Chińczycy, nawet, jeśli marionetkom wydaje się na chwilę, że poruszają się same.

A to nic dobrego dla miejscowych. To powoduje, iż nikomu to nie zależy na trwałym pokoju. Ani armii, ani KIA, ani – tym bardziej Chinom. Na pokoju zależy tylko dziesiątkom tysięcy mieszkających tam ludzi. Ale oni nie mają – niestety – żadnego znaczenia.

Z Mandalaj,

Michał Lubina

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Lubina: Birma: o co chodzi w wojnie z Kaczinami? Czyli o konflikcie w sercu geopolitycznej rozgrywki Reviewed by on 15 lutego 2013 .

Wprowadzenie Kaczinowie to jeden ze 135 oficjalnie uznanych narodów Birmy. Zamieszkują oni tereny północnej Birmy – przede wszystkim nazwany na ich cześć stan Kaczin, graniczący z Chinami i Indiami, słabo zaludniony, w znaczącej mierze odcięty od świata, za to słynący z jadeitu i złota, mający powierzchnię niecałych 90 tyś. km²,  zamieszkały przez ok 1,3 mln

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

komentarze 2

  • Tekst bardzo ciekawy. Frazy o puszce z Pandorą nie użył jednak Lech Wałęsa. Autorem skrzydlatych słów był minister Dominik Jastrzębski.

  • Bardzo dobra analiza, jak zwykle – obecną ofensywę należy widzieć w kontekście rozgrywki między Chinami a USA w tamtym rejonie, może być, że Zachód oficjalnie ją potępi a w tajemnicy udziela reżimowi wsparcia [ to by tłumaczyło woltę Aung San Suu Kyi, jej niespodziewany wybuch gorących uczuć wobec armii ], w każdym razie Chiny nie wypuszczą tak łatwo Birmy z rąk. Zarazem to wszystko jest bardzo smutne bo dobitnie pokazuje jak niewiele znaczy los mas zwykłych ludzi wobec interesów zaciekle zwalczających się rozbestwionych soldatesek, u nas póki co ten neokolonializm nie przybiera tak brutalnych form [ jak w przeszłości ] i oby tak zostało.

Pozostaw odpowiedź