Birma

M. Lubina: Aung San Suu Kyi. Portret polityczny

Aung-San-Suu-Kyi-618-328Aung San Suu Kyi. Portret polityczny

Aung San Suu Kyi jest najtrudniejszym do rzetelnego przedstawienia politykiem birmańskim. Jak w przypadku żadnej innej postaci opinie wyrażające podziw, fascynację i uwielbienie mieszają się tutaj z niechęcią, deprecjacją i otwartą nienawiścią. Co gorsza, status jaki osiągnęła w Birmie i na Zachodzie sprawia, iż bardzo trudno pozostać bezstronnym i obiektywnym w ocenie jej działań. Suu Kyi stała się symbolem walki dobra ze złem dla Zachodu. W obliczu tak skrajnie odmiennych opinii, postać tę trudno jest poddać obiektywnej analizie.

Aung San Suu Kyi (ASSK) urodziła się 19 czerwca 1945 roku jako trzecie dziecko Aung Sana – oprócz niej twórca państwa birmańskiego miał jeszcze dwóch synów (i kolejną córkę, która zmarła wkrótce po porodzie). Starszy z synów wkrótce jednak utopił się w basenie domowym. Młodszy, Aung San Oo wybrał karierę inżyniera i osiedlił się w Stanach Zjednoczonych. Nie interesował się polityką, a gdy zrobiła to jego siostra, skrytykował ją – za co został doceniony przez reżim, który bardzo potrzebował tego typu „dania odporu” i chętnie pokazywał go jako przykład „właściwej postawy”.

Suu Kyi miała dwa lata, gdy zginął jej ojciec. W wieku 14 lat wyjechała z kraju, do którego nie wróci przez prawie 30 lat. Najpierw pojechała do Indii, gdzie jej matka została ambasadorem. Była tam przyjmowana na salonach przez Nehru i Indirę Gandhi jako przyjaciel rodziny oraz skończyła tam szkołę i uniwersytet. Miało to decydujące znaczenie formatywne dla jej późniejszych poglądów: zetknęła się z gandyzmem oraz ideą non-violence, i to w wersji wyidealizowanej – w Indiach wciąż żywe było wspomnienie o Wielkiej Duszy, sam zaś Gandhi po dzisiejszy dzień jest na sztandarach „największej demokracji świata” (choć już niekoniecznie w praktyce politycznej). Następnie udała się do Wielkiej Brytanii, tam ukończyła studia na  Oxfordzie. Potem pracowała u U Thanta w ONZ w Nowym Jorku.

Podczas studiów poznała Michaela Arisa, młodego pracownika naukowego specjalizującego się w buddyzmie. Zakochała się w nim, w czym nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w młodości złożyła przysięgę, iż nigdy nie wyjdzie za obcokrajowca. Ale, jak twierdzą niektórzy, „kobieta zmienną jest”  i Suu Kyi w końcu wyszła za Arisa. Wyjechała z nim do Bhutanu, gdzie służył on jako doradca króla, a ona jako nauczycielka królewskich dzieci, w tym następcy tronu, Wangchuka. Wróciwszy do Anglii urodziła Arisowi dwójkę synów. On kontynuował swoją karierę naukową, ona dbała o dom i przy okazji sama zajęła się badaniami: porównywała elity birmańskie i indyjskie czasów kolonialnych oraz pisała biografię własnego ojca. Para wiodła spokojne, szczęśliwe – i ciche – życie małżeńskie.

Suu Kyi jednak nigdy nie zapomniała o polityce – ani o tym, czyją jest córką. W jednym z listów do męża pisała, że „jeśli moi ludzie będą mnie potrzebować, będę zmuszona spełnić swój obowiązek”. To nastąpiło w 1988 roku. Suu Kyi pojawiła się w Rangunie przypadkowo: jej matka miała w kwietniu wylew krwi do mózgu i córka przyjechała, by się nią zaopiekować. Nieoczekiwanie dla siebie nagle znalazła się w „oku cyklonu”: rewolucja ją porwała i wyciągnęła na szczyt. Mimo początkowych oporów, na widok setek ofiar przemocy z 8 sierpnia i tłumów trzymających portrety jej ojca, uległa namowom i przebojem weszła do polityki.

Z miejsca stała się najgroźniejszym przeciwnikiem armii. Stało się tak z kilku powodów. Po pierwsze: kradła reżimowi legitymizację. Jako córka Aung Sana powiedziała, że obecny kryzys to „drugie narodowe wyzwolenie” (po pierwszym, odzyskaniu niepodległości), czym niszczyła jeden z kamieni węgielnych podstaw ideologicznych reżimu, jakim było oparcie się na Aung Sanie. W tym ujęciu armia – której twórcą był Aung San – była strażniczką jego wartości i kontynuatorką jego dzieła. To zaś powodowało, że rządy armii miały być czymś logicznym i naturalnym, czymś, czego również pragnąłbym Aung San, gdyby nie zginął. Ne Win zaś pozycjonował się jako „towarzysz broni” Aung Sana, który dokończył jego dzieło. Tym samym Aung San był więc nolens volens symbolem państwa: jego podobizny wisiały w urzędach, restauracjach i na budynkach rządowych oraz widniały na banknotach, gazety pełne były jego cytatów, a w jego mauzoleum oddawano część męczennikom 1947 roku. Zdaniem Steinberga, Aung San osiągnął nawet pozycję czegoś w rodzaju ogólnonarodowego „politycznego nata[1].

W momencie, w którym pojawiła się córka Aung Sana, ten wytworzony przez armię obraz został zniszczony. Przypomniano sobie, że sam Aung San zdjął mundur, co miało wyrażać rozdział armii od państwa. Dyskusyjnym jest, w jakim stopniu Aung San widziałby udział armii w życiu publicznym: zapewne znaczącym, ale wątpliwe by pragnął tego, co zrobił Ne Win, czyli przejęcia państwa przez armię. Suu Kyi wychodząc do tłumu jako córka bohatera ukazywała armii fałszywość jej uprawomocnienia opierające się na Aung Sanie – i uczyniła to skutecznie. Świadczy o tym fakt, iż od tej pory junta porzuciła budowanie legitymizacji na postaci twórcy birmańskiej niepodległości, usuwając jego podobizny z banknotów i umniejszając jego rolę (armia postawiła na dawnych królów – twórców imperiów birmańskich jako swój wzór). Symbolem tego stało się mauzoleum Aung Sana w Rangunie: jest to grobowiec ojca narodu, do którego po dzisiejszy dzień … żadnemu członkowi tegoż narodu nie wolno wejść[2].

Po drugie, Suu Kyi była groźna z powodu swoich osobistych cech. Była błyskotliwa, elokwentna, charyzmatyczna, a do tego młoda i piękna: stanowiła dokładne przeciwieństwo stetryczałych generałów u władzy. Personifikowała nadzieję na zmianę – i tym się właśnie różniła od pozostałych przywódców opozycji, że była inna. W przeciwieństwie do tamtych, nigdy nie była u władzy, była obca, „spoza układu”. Ponadto reprezentowała sobą kosmopolityzm i otwarcie na świat – idealnie odwrotnie niż ksenofobiczni i nietolerancyjni wojskowi. Suu Kyi, wykształcona na Zachodzie, mówiąca płynnie po angielsku, większość życia mieszkająca za granicą, a jednocześnie mająca świetną genealogię, ubierająca się w tradycyjne stroje birmańskie i odwołująca się do buddyzmu personifikowała najlepsze połączenie Wschodu i Zachodu: Birmę otwartą na świat, nie bojącą się go i chcącą iść z jego duchem. Wszystko to było egzemą,  koszmarem i herezją dla generałów.

Co gorsza, poprzez małżeństwo z obywatelem brytyjskim Suu Kyi była związana z Wielką Brytanią, a więc dawnym kolonizatorem. Inaczej niż dukający wojskowi, mówiła płynnie po angielsku – i to z wiktoriańskim akcentem. Swego młodszego syna nazwała Kim – na cześć bohatera powieści Kiplinga, piewcy kolonializmu. Dla generałów – nacjonalistów z krwi i kości – wszystko to stanowiło to istny policzek. W Birmie poprzez jej zamknięcie elity wojskowe zahibernowały się intelektualnie, wciąż widząc świat poprzez pryzmat kolonializmu i walki z nim. Aż do 2011 roku w wystąpieniach rządu nieustająco przejawiać się będzie słownictwo niczym z lat 30. i 40., a polityka państw zachodnich piętnowana będzie jako kolonializm i neokolonializm (niekiedy słusznie). Czytając dokumenty i oficjalne wystąpienia oficjeli birmańskich można było odnieść wrażenie, że człowiek cofa się w czasie do epoki Churchilla (i to chyba nawet Randolfa). Było to mniej więcej tak, jakby ktoś w III RP zaczął mówić o odwetowcach, zaplutych karłach reakcji czy imperialistycznych knowaniach.

W tym ujęciu postać Suu Kyi była obrazą dla generałów, istną bezczelnością i niepojętą anomalią: żywym typem idealnym tego, jaka Birma nie powinna być. Co więcej, była kobietą – i chociaż fakt dojścia tak wysoko zawdzięcza typowej azjatyckiej „pseudoemancypacji” politycznej[3], to aspekt ten również odgrywał pewną rolę. W Birmie kobiety posiadały szereg równych mężczyznom praw, w takich obszarach jak prawo własności, rozwód czy dziedziczenie co teoretycznie sprawiało, iż mogły być one uznawane równe mężczyznom. Ponadto odgrywały istotną rolę w handlu i zajmowały kluczowe (jeśli nie wszystkie) pozycje na targach wiejskich. Były jednak wykluczone z dwóch istotnych sfer systemu społecznego kraju: nie mogły zajmować urzędów ani być przyjmowane do wojska. To sprawiało, iż były całkowicie wykluczone z ról politycznych. W oczach armii, która zdołała zmonopolizować całą sferę polityczną, zawłaszczając ją, polityka nie jest miejscem dla kobiety, szczególnie posiadającej związki z zagranicą.

Wreszcie, Suu Kyi była nie do zaakceptowania z powodu swoich poglądów. Opowiadała się ona z pełnym przekonaniem za demokracją i przestrzeganiem praw człowieka. Mieszkając wiele lat na Zachodzie zyskała niekwestionowaną wiarę, iż są to wartości powszechne, zaś liberalna demokracja jest ustrojem uniwersalnie najlepszym. Nie wchodząc w dyskusję na temat tego, czy tak jest rzeczywiście, warto zwrócić uwagę, iż wiara ta jest cechą dość charakterystyczną dla ludzi Zachodu, którzy żyjąc całe pokolenia w dostatku często nie wyobrażają sobie, że gdzieś indziej te wartości mogą być nieprzestrzegane. To powodowało swoiste oderwanie Suu Kyi od birmańskiej rzeczywistości, które zresztą często zarzucała jej junta (co było argumentem tyleż słusznym, co obosiecznym: zamknięcie w swoich oazach luksusu generałowie byli nie mniej oderwani od rzeczywistości zwykłego Birmańczyka co idealistka Suu Kyi) i które stało się jedną z przyczyn jej porażki politycznej. Wierząc, że demokracja i prawa człowieka to wartości uniwersalne i przestrzegając ich reguł, Suu Kyi była bezbronna wobec „nagiej siły” junty. Jednym słowem: Suu Kyi miała rację, a generałowie mieli siłę. Rezultat był łatwy do przewidzenia.

Najlepszym przykładem na okcydentalizację Suu Kyi, przynoszącą skutek  w postaci wyboru przez nią nieadekwatnych strategii walki politycznej w realiach birmańskich, było zastosowanie gandyzmu i metod non violence (opartych głównie na pismach Henry’ego Davida Thoreau). Suu Kyi przesiąknięta filozofią Gandhiego, w dodatku jeszcze w wersji wyidealizowanej – widzianej poprzez zachodnią soczewkę, przez co nie dostrzegła najważniejszego. Gandhi zwyciężył swoimi działaniami dlatego, że przeciwko sobie miał przeciwnika w postaci kolonialnej Wielkiej Brytanii. Zaś o ówczesnych Brytyjczykach można (i trzeba) powiedzieć wiele złego, ale były to rządy mimo wszystko oparte na prawie, którego przestrzeganie było jednym z fundamentów władzy kolonialistów. Gandhi wykorzystał fakt, że Brytyjczycy nie mogli sobie pozwolić na otwarte lekceważenie własnych praw. Z tych samym powodów w Stanach Zjednoczonych zwyciężył (choć pośmiertnie) Martin Luther King – kolejna postać stanowiąca inspirację dla Suu Kyi. Ale Birma to nie Zachód:  pod względem relacji władza-obywatel jest jej znacznie bliżej jej do miejsca, gdzie działał jeszcze inny ze słynnych filozofów/działaczy stosujących non violence: Lew Tołstoj, czyli do Rosji. Tołstoj przegrał – i podobny los spotkałby Gandhiego, gdyby dane mu było protestować w Związku Radzieckim: szybko trafiłby do łagru. Cechą bowiem łączącą reżimy takich krajów jak Birma, Rosja czy Chiny jest fakt, który najlepiej metaforycznie podsumował chiński dysydent Liao Yiwu: „jeśli wygrywasz z nimi w szachy, oni przewracają szachownicę”.

Stosująca non violence Suu Kyi przegrywała kolejne pojedynki z generałami, którzy niewiele sobie robili z faktu, że ona ma rację – i po prostu stosowali siłę, zamykając ją w areszcie domowym. Suu Kyi grała w grę o sumie zerowej, nie potrafiąc iść na kompromis i nazywając tych z NLD (Narodowej Ligi na rzecz Demokracji), którzy byli gotowi na ugodowe rozwiązania – „zdrajcami”. Lecz miała mało kart w swoim ręku – większość trzymali generałowie. W rezultacie „wygrywała moralnie”, ale zasługi z tego tytułu  to mogą co najwyżej sprawić, że zgodnie z doktryną buddyzmu therawada w następnym wcieleniu odrodzi się jako mnich i osiągnie nirwanę  (kobiecie osiągnięcie nirwany bezpośrednio jest niedane z definicji). Natomiast w życiu doczesnym poniosła (wtedy) klęskę polityczną[4], gdyż przykład Birmy potwierdza tezę o tym, że polityka ze swej natury jest amoralna i obowiązuje w niej „etyka odpowiedzialności”, a nie aksjologia.

Suu Kyi popełniła również taktyczny błąd, krytykując publicznie z imienia Ne Wina z powodu jego odpowiedzialności za sytuację gospodarczą państwa, mówiąc, iż powinien on opuścić kraj oraz sugerując konieczność rozliczenia generałów z ich poprzednich rządów (bądź nie zaprzeczając wystarczająco stanowczo nie zaprzeczając tezom  o konieczności rozliczeń głoszonym przez środowiska opozycyjne). To zamknęło jej drogę do porozumienia z establishmentem. Wojskowa elita oddać władzy nie miała ochoty, ale być może zgodziłaby się na jakąś formę dekoracji, w której Suu Kyi byłaby niczym Benazir Bhutto w Pakistanie: papierkiem lakmusowym dla zagranicy, podczas gdy armia rządziłaby i tak zza pleców. Wizja „birmańskiej Norymbergi” skutecznie jednak rozwiewała te plany. W momencie, w którym dla wojskowych utrata władzy równała się utracie wolności, a nawet życia, opcja musiała być naturalny sposób wykluczona.

Aung San Suu Kyi za wierność swoim przekonaniom zapłaciła wysoką cenę osobistą. W 1989 roku została uwięziona w areszcie domowym (w którym spędziła większość z ostatnich 25 lat), zaś jej mężowi i dzieciom utrudniano kontakt z nią – nawet telefoniczny. Gdy Michael Aris zachorował na raka w połowie lat 90., junta odmówiła mu prawa wjazdu do Birmy, obłudnie zasłaniając się „niedostatecznym poziomem opieki medycznej”. W zamian przedstawiono iście diaboliczny wybór samej Suu Kyi: pozwolono jej na wyjazd do chorego męża do Wielkiej Brytanii. Gdyby to uczyniła, prawdopodobnie nigdy by już nie wjechała do Birmy, a jej kariera polityczna byłaby skończona. Suu Kyi stanęła więc przed dylematem niczym z greckiego dramatu, w którym wybierać musiała między powinnością wobec ojczyzny a własną rodziną. Wybrała to pierwsze[5].

Suu Kyi swoją postawą zyskała ogromne poparcie społeczne, przechodzące momentami w uwielbienie, ale patrząc z punktu widzenia politycznego nie przyniosło to wymiernych skutków. Gdyby Birma była państwem demokratycznym, wygrałaby w cuglach każde wybory, ale rzecz w tym, że Birma demokracją nie była. I wbrew „myśleniu życzeniowemu” samej Suu Kyi oraz tysięcy ją wspierających aktywistów i publicystów zachodnich, demokratyzacja kraju wcale nie okazała się być czymś nieuchronnym i koniecznym. Wręcz przeciwnie, przez dwie dekady szanse na spełnienie się tego marzenia nie rosły, lecz malały. W Birmie historia się nie skończyła, a armia nie zamierzała oddać władzy i jedynym sposobem uzyskania tejże, było dla Suu Kyi – jak miało się okazać w przyszłości – porozumienie się z generałami. Lecz tego zrobić nie zdołała, jej bezkompromisowość zamknie jej na lata drzwi do porozumienia z generałami, a co za tym idzie – do władzy. Przepaść między jej wizją demokratycznej Birmy a armijnymi priorytetami dotyczącymi stabilności, bezpieczeństwa i roli armii w państwie, była zbyt wielka do pokonania. To nie zmienia wszakże faktu, iż pozostaje otwartym pytanie, czy w owym okresie ASSK miała  w ogóle możliwość porozumienia z wojskowymi?

Niewykluczone, że odpowiedź na to pytanie jest przecząca. Przemawia za tym alergiczna reakcja na jej osobę. Nie wiadomo jednak, czy nienawiść do ASSK wiąże się z reakcją na niemożność porozumienia się, czy też nigdy nie było takiej próby i owa wściekłość była po prostu rezultatem strachu przed utratą władzy, który uniemożliwiał dialog. Jednakże faktem pozostaje, że obie strony nie były w stanie się porozumieć, na czym straciła przede wszystkim Birma, a w drugiej kolejności Suu Kyi. Generałowie jej nienawidzili i rozkręcali przeciwko niej najbardziej podłe kampanie propagandowe. Wytoczono przeciwko jej osobie najcięższe działa, udowadniając tym samym, że panowie wojskowi u władzy, oględnie mówiąc, gentlemanami nie byli. Nazywano ją aż do 2011 roku, w zależności od koniunktury, „destrukcyjnym elementem”, „imperialistycznym pachołkiem”, „bezzębną staruchą”, „wiedźmą demokracji”, a nawet „ludobójczą prostytutką” (cytując tylko oficjalne publikacje – nieoficjalnych podawać jednak nie wypada).  Lecz im bardziej ją opluwano, tym bardziej kochała ją ulica. I Zachód.

Właśnie na Zachodzie Aung San Suu Kyi za swoją postawę zyskała najwięcej uznania. Stała się tam ikoną walki o ideały, „współczesną Joanna d’Arc”, „nowym Gandhim” a nawet częścią popkultury. Zachód pokochał Suu Kyi, gdyż była autentyczna, szczera i odwoływała się do zachodnich ideałów, wierząc, że są uniwersalne. Nie było w niej fałszu, a jej skromność osobista połączona z determinacją wygrywała jej wszędzie przyjaciół. Zdobyła sobie serca świata, gdy podczas kampanii wyborczej w 1990 roku szła samotnie naprzeciwko celującemu do niej plutonowi żołnierzy, co uwiecznił zespół U2 w przeboju „Walk on”. Dla wielu była żywą personifikacją piękna pokonującego zło.

Przede wszystkim jednak była w stanie wiele przecierpieć dla zachodnich zasad (w które wielu zresztą na Zachodzie nie wierzy bądź traktuje je instrumentalnie). W świecie zdominowanym przez gospodarkę i finansjerę była jedną z ostatnich wielkich romantycznych postaci polityki – tym bardziej uwielbianą, iż niesprawiedliwie cierpiącą za własne poglądy. Pasowała do historii o walce dobra ze złem, czegoś w filmowym stylu „Pięknej i bestii” bądź „Króla lwa” (ten ostatni film był w Birmie zakazany właśnie ze względu na oczywiste skojarzenia z ASSK).  Również w Polsce zyskała wielu bezkrytycznych zwolenników, gdyż jej postawa doskonale wpisywała się w ideały „wolności naszej i waszej”. Jej poglądy – będące eklektycznym połączeniem tradycji buddyjskiej z demokracją i prawami człowieka – świetnie sprzedawały się w postchrześcijańskim Zachodzie poszukującym inspiracji duchowej na Wschodzie. Jednym słowem: Zachód pokochał Aung San Suu Kyi w sposób właściwie bezkrytyczny.

Miało to ważkie konsekwencje polityczne. Na Suu Kyi posypał się grad nagród: z Pokojową Nagrodą Nobla (1991) i nagrodą Parlamentu Europejskiego im. Sacharowa na czele. Przede wszystkim jednak temat jej osoby zdominował percepcję polityki birmańskiej w zachodnim świecie. Dla Zachodu w odniesieniu do Birmy przez dwie dekady istniał tylko jeden temat – była to ASSK i demokratyzacja tego kraju. Przez jej pryzmat patrzono na Birmę i to ona zmonopolizowała obraz tego kraju. Osobiście na tym zyskała: gdyby nie poparcie Zachodu, zostałaby politycznie wyautowana przez generałów, a tak utrzymała się w walce o władzę. Lecz czy owa dominacja ASSK wyszła Birmie na dobre, jest już kwestią bardziej kontrowersyjną. Przykładowo, sprawa sankcji nałożonych na kraj  które popierała ASSK jest klasycznym przykładem tego, że jej osobiste interesy polityczne nie zawsze szły w parze z dobrem większości społeczeństwa. Po roku 1988 aż do 2011 dla świata zachodniego najważniejszym partnerem w Birmie była właśnie Aung San Suu Kyi. Jednakże zwycięstwo wizerunkowe nie mogło przysłonić faktu, iż to nie ona rządziła, lecz generałowie. W ich rękach spoczywała realne rządy: to oni uzyskali pełnię władzy oraz byli w stanie skutecznie wyeliminować wszelkiej konkurentów do niej.

Faustowski układ

W 2011 roku rozpoczęła się „birmańska odwilż”, bezprecedensowy w najnowszych dziejach kraju proces porozumienia się między reżimem a opozycją. Z perspektywy polskiej przypominający „okrągły stół” lub raczej Magdalenkę, gdyż prawdopodobne  porozumienie otoczone jest aurą tajemnicy, domniemań, plotek i przypuszczeń co do jego najistotniejszych szczegółów.

Sensem tego układu było jednak zaprzestanie walki politycznej i podzielenie się władzą. Reżim zalegalizował NLD i pozwolił jej na wzięcie udziału w wyborach uzupełniających i oraz zwycięstwo w nich. W zamian Aung San Suu Kyi przestała nakłaniać do utrzymania sankcji, co usunęło najważniejszą przeszkodę w zaangażowaniu Zachodu w Birmie. Zbiegło się to w czasie z powrotem Stanów Zjednoczonych nad Pacyfik, co sprawiło, że nagle Birma stała się kluczowym państwem na geopolitycznej mapie globu.

To, co przez ostatnie 25 lat było całkowicie niemożliwe, czyli porozumienie armii a opozycją, stało się faktem. Chociaż w tej kwestii znów jedynym sposobem wyjaśnienia jest spekulacja, gdyż dokumentów ani innych twardych dowodów brak (i pewnie nigdy ich nie będzie), to można domniemywać, że obie strony poszły na kompromis.

Ze strony armii polegał on na uznaniu, że trzeba dopuścić Suu Kyi do części władzy, gdyż inaczej cała wolta nie powiedzie się: Suu Kyi była kluczowa dla nadziei na zniesienie sankcji, gdyż jedno jej słowo liczyło się na Zachodzie więcej niż sto czynów generałów. Mając świadomość jej niezbędności, generalicja uznała, że lepsza ona niż Chińczycy.  W końcu, biorąc pod uwagę czyją córką była ASSK, birmańska walka o władzę może być postrzegana jako skutek kłótni w  armijnej  rodzinie .

Ważniejsza jednak była postawa samej Aung San Suu Kyi. Do tej pory bezkompromisowo krytykując armię i obstając przy słusznym z jej i Zachodu punktu widzenia uprawomocnieniu opozycji do rządzenia, politycznie nic nie zyskała. Na Zachodzie osiągnęła status ikony walki o ideały – bez wątpienia wygodny i miły – lecz nie dający władzy. Teraz zaś postanowiła to zmienić i o tę władzę zawalczyć, ryzykując utratę tegoż luksusowego, moralnego statusu, co dobrze o niej świadczy jako o realnym, a nie papierowym, polityku.

Dowody na to przyszły pod koniec 2012 i na początku 2013 roku. Najpierw Suu Kyi wymownie milczała w trakcie armijnej ofensywy przeciwko Kaczinom. Jeszcze więcej kontrowersji związanych z Suu Kyi wzbudził fakt przekazania przez byłych oligarchów reżimu znacznych sum na rzecz NLD. Jeszcze bardziej znamienne – bo niepozostawiające żadnych złudzeń – było nieoczekiwane wyznanie Suu Kyi na Uniwersytecie Hawajskim w styczniu 2013 roku, gdy powiedziała publicznie, że „lubi armię”. Kilka chwil później potwierdziła swoją wcześniejszą deklarację z jesieni 2012 roku o chęci kandydowania na prezydenta Birmy w 2015 roku i ponownie powiedziała „lubię armię”. Najważniejszym wszakże dowodem na porozumienie między ASSK a generałami była sprawa chińskiej kopalni miedzi w  Letpadaung w Górnej Birmie. Miejscowi chłopi protestowali, że zostali wyzuci z 3156 hektarów ziemi przez budującą kopalnię chińską firmę.  Suu Kyi – stojące na czele komisji badającej sprawę wzięła stronę chińską. 15 marca 2013 roku birmański parlament, Hluttaw, podjął pierwsze kroki w celu zmiany konstytucji z 2008 roku umożliwiające Aung San Suu Kyi drogę do ubiegania się o prezydenturę w 2015 roku.

Zachowanie Aung San Suu Kyi świadczy po prostu o tym, że zaczyna się ona poniewczasie uczyć się reguł gry politycznej w tym kraju.

Aung San Suu Kyi stała się więc politykiem z prawdziwego zdarzenia. To z pewnością smutna konstatacja dla tych, którzy do tej pory widzieli w niej głównie ikonę zachodnich wartości. Muszą być zawiedzeni, bo polityków – w przeciwieństwie do wizjonerów – ocenia się według „etyki odpowiedzialności”: po rezultatach ich działań.

Nie oznacza to, że jej się powiedzie. Armia wcale nie musi bowiem dotrzymać umowy. Szczególnie teraz, gdy Zachód już wrócił do Birmy i dwa razy się zastanowi, zanim ponownie z niej wyjdzie. Obecnie pozycja byłych generałów jest znacznie silniejsza, a Suu Kyi słabsza, bo polityka Zachodu nie jest już bezpośrednio powiązana z jej losem. Ponadto obietnica zmian w konstytucji nie oznacza, że rzeczywiście one nastąpią: odbyło się pierwsze czytanie, ale wprowadzanie poprawek to długa droga, którą wieńczy referendum, w którym 50 proc. społeczeństwa musi zagłosować na „tak” – a wybory są już w 2015 roku. Czasu mało, może się „nie udać”, z „przyczyn formalnych” zabraknie czasu, a przecież przesuwanie wyborów byłoby niedemokratyczne. Lecz będzie to rok 2015, a wtedy zaangażowanie Zachodu i jego interesy będą na tyle duże, że nie opłacać się będzie kruszyć kopii o panią Suu Kyi. Może na pocieszenie mianuje się ją ministrem kultury – albo nawet spraw zagranicznych.

Drugi scenariusz może być jeszcze bardziej przewrotny. Pod koniec Forum Ekonomicznego przewodniczący parlamentu (a więc człowiek mogący przyspieszyć lub zwolnić proces zmian w konstytucji), gen. Thura Shwe Mann ogłosił, że również wystartuje w wyborach prezydenckich. Shwe Mann był wcześniej numerem 4 w juncie i obok Thein Seina (nr 3) uznawany jest za największego zwolennika reform. Jest on również popularny i ma dobrą opinię dzielnego żołnierza (thura, „dzielny”, to tytuł honorowy). Jednocześnie jednak to on negocjował kontrakty z Koreą Północną i jest bez dwóch zdań przedstawicielem rządzącego establishmentu. To groźny przeciwnik dla Suu Kyi. Armia może dzięki niemu zastosować jeszcze bardziej przewrotną taktykę, zdaniem niektórych analityków, już rozpoczętą. Może mianowicie podgrzewać konflikty wewnętrzne, szczególnie etniczne i religijne, wiedząc, że Suu Kyi tak naprawdę nie ma pomysłów na ich rozwiązanie i przez to stawiając ją pod ścianą. Jeśli będzie popierać mniejszości w imię uniwersalności praw człowieka, zyska uznanie Zachodu, lecz złość własnego społeczeństwa. Gdy uczyni odwrotnie, straci przyjaciół za granicą. Wzrost nastrojów nacjonalistycznych jest więc najgorszym rozwiązaniem dla Suu Kyi. Dodatkowo stawiając ASSK przed dylematami jak w Letpadaung i powodując, że wybiera niepopularne decyzje, armia może skutecznie obniżyć poparcie społeczne dla niej. To w połączeniu z mobilizacją armijno-biurokratycznego elektoratu uczynioną w (post) radzieckim stylu, może sprawić, że ASSK wybory po prostu, demokratycznie, przegra. Byłaby to wielka ironia losu i dowód na to, że armia już w pełni nauczyła się reguł współczesnego świata.

Oczywiście nic tutaj nie jest pewne. Wojsko nie raz i nie dwa nie doceniało społecznego poparcia dla ASSK. Nie oznacza to również, że armia na pewno będzie chciała przechytrzyć  Aung San Suu Kyi. Być może bardziej opłacać się będzie dalsze porozumienie. Co ciekawe, Shwe Mann ogłosił swoją kandydaturę zaledwie kilka dni po tym, jak ASSK pozwoliła sobie na pierwszą otwartą krytykę rządu. Można więc to rozpatrywać jako ostrzeżenie: „nie wychylaj się” i przypomnienie, że reguły gry wciąż ustala armia.

Tak więc nie wiadomo, czy Aung San Suu Kyi idąc na ten „Faustowski układ” z władzą wyjdzie na swoim. Zaryzykowała wszystko. Czeka ją albo zwycięstwo i przejście do historii albo klęska i marginalizacja.



[1] David Steinberg, Burma… s. 75.

[2] Z wyjątkiem jednego dnia w roku – 19 lipca, pamiątki po zamachu na Aung Sanie. Mauzoleum zamknięto po zamachu w 1983 r. i z braku funduszy nie odbudowano go. Po 1988 roku wszakże stało się ono niebezpiecznym symbolem – od tego czasu wejścia do niego pilnowały zastępy policji do walki z zamieszkami i wozy z armatkami wodnymi, zaś każdy zbliżający się człowiek powodował natychmiastowe pojawienie się tajniaków i zatrzymanie. W zaiste niecodzienny sposób armia birmańska oddawała hołd swojemu założycielowi…

[3] W XX w. w Azji, dużo wcześniej niż w Europie kobiety zaczęły pełnić najwyższe funkcje publiczne takie jakpremierostwo czy prezydentura (Indie, Pakistan, Sri Lanka, Indonezja, Bangladesz). Nie był to jednak dowód na emancypację polityczną kobiet, a wręcz przeciwnie – na utrzymujący się patriarchalizm polityczny w tych krajach. Każda bowiem z tych kobiet (np. Benazir Bhutto, Indira Gandhi, czy Megawati Sukarnoputri) była (najczęściej) córką, żoną, wdową bądź siostrą przywódcy narodowego i właśnie z tego tytułu otrzymywała kredyt polityczny . W Azji nigdy nie miała miejsca kariera w stylu Margaret Thatcher, która własnymi siłami wspięła się na szczyt.

[4] Obecnie ASSK zasadniczo zmieniła swoje podejście, odchodząc od idealistycznej postawy na rzecz Realpolitik, co jest tym donioślejszym dowodem na klęskę jej poprzedniej postawy.

[5] Ponoć mąż do końca popierał jej decyzję i ją wspierał (zmarł w 1999 r.). Inaczej niż starszy syn, Alexander – tak przynajmniej wynika ze źródeł i relacji świadków, ale nie godzi się głębiej wchodzić w życie osobiste Suu Kyi tym bardziej, że nie miało to już później wpływu na jej losy polityczne.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Lubina: Aung San Suu Kyi. Portret polityczny Reviewed by on 9 września 2013 .

Aung San Suu Kyi. Portret polityczny Aung San Suu Kyi jest najtrudniejszym do rzetelnego przedstawienia politykiem birmańskim. Jak w przypadku żadnej innej postaci opinie wyrażające podziw, fascynację i uwielbienie mieszają się tutaj z niechęcią, deprecjacją i otwartą nienawiścią. Co gorsza, status jaki osiągnęła w Birmie i na Zachodzie sprawia, iż bardzo trudno pozostać bezstronnym i

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

Pozostaw odpowiedź