Komentarz eksperta

M. Lubina: Aung San Suu Kyi nie będzie prezydentem Birmy

Wczoraj (12.06) komitet parlamentarny ds. wprowadzenia poprawek w konstytucji birmańskiej odrzucił propozycję poprawki umożliwiającą kandydowanie Aung San Suu Kyi na urząd prezydenta Birmy po wyborach parlamentarnych w 2015 roku. Czy to koniec marzeń ASSK o prezydenturze? Na dzień dzisiejszy tak.

źródło: commons.wikimedia.org

źródło: commons.wikimedia.org

Przyjęta w 2008 roku konstytucja birmańska, a konkretnie artykuł 59, głosi, iż prezydentem nie może zostać osoba starsza niż 70 lat i w jakikolwiek sposób związana rodzinnie z obcokrajowcami (ten zapis wprowadzono by zablokować możliwość kandydatury Aung San Suu Kyi, urodzonej w 1945 r. wdowy po Brytyjczyku).

Właśnie artykuł 59 ASSK próbowała zmienić. Od momentu jej porozumienia z generałami w 2011 roku – które otwarło drogę do „birmańskiej odwilży” (pisałem o tym szeroko w mojej książce „Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”) – Suu Kyi usiłowała zmienić konstytucję, co otwarłoby jej drogę do prezydentury po wyborach w 2015 roku. Starała się to uczynić zakulisowo, idąc na mniejsze bądź większe kompromisy z generałami, przebranymi teraz w cywilne stroje. Ten „Faustowski układ” z władzą (post)armijną zakończył się jednak porażką. Świadoma tego Suu Kyi w ciągu ostatniego miesiąca w swojej sprawie organizowała wielotysięczne mityngi poparcia dla poprawek. Bez skutku.

Wczorajsza decyzja komitetu, przyjęta przytłaczającą większością głosów rządzącej USDP (będącej przybudówką armii), oznacza, że w obecnej kadencji parlamentu poprawka ws. Suu Kyi nie zostanie przyjęta, czyli nie będzie ona mogła kandydować na urząd prezydenta kraju w 2015 roku.

Cóż to oznacza? Ano to, że Suu Kyi została przez generałów ograna. Na dotychczasowym nieformalnym porozumieniu między noblistką a wojskowymi zyskali przede wszystkim oni: dzięki zainicjowaniu „odwilży politycznej” w 2011 roku wyrwali się z izolacji, pozbyli odium „okrutnego reżimu” (teraz są „reformatorami”) i wyprowadzili Birmę na geopolityczną szachownicę – do światowej pierwszej ligi. Przemawiają z pozycji siły.

W pewnym sensie manewr pt. „odwilż birmańska” jest majstersztykiem reżimu. Oddając w sferze symbolicznej wiele (wypuszczenie więźniów politycznych, zniesienie cenzury, większa wolność słowa, mniejsza kontrola społeczeństwa itp.), a w realnej niewiele (władza w pełni kontrolowana przez postarmijne elity), generałowie przebrani w cywilne stroje pokazali, że nauczyli się grać według światowych reguł gry w XXI wieku, gdzie najważniejsze jest zachowanie pozorów.

W sytuacji wewnętrznej w Birmie wygląda to tak, że generałowie w wypadku ostrej krytyki starają się nie iść na konfrontację: ustępują trochę i zazwyczaj tam, gdzie ich to niewiele kosztuje. Przykładowo – zniesienie cenzury. Fakt niewątpliwie pozytywny, lecz jeśli wszystkie media są kontrolowane bezpośrednio lub pośrednio przez kapitał powiązany z armią, to wiadomo, że – wyrażając to eufemicznie – wolności słowa nie będą nadużywać. Autocenzura jest skuteczniejsza niż cenzura. A poza tym jej nie widać.

W przypadku Aung San Suu Kyi wyglądało to tak, że pozwolono jej kandydować w wyborach uzupełniających, a jej partii – wygrać je. Lecz co dają 43 mandaty w 440-osobowym Hluttaw? Odpowiedź jest prosta: dają dekorację oraz przydatny dla każdego reżimu niegroźny głos pożytecznej krytyki (na tyle słaby, by nie zagrażał władzy i na tyle słyszalny, bo móc prezentować go na zewnątrz jako dowód na własnego liberalizmu). Lecz kandydować na prezydenta już Suu Kyi nie pozwolą. Wczoraj to udowodnili.

W realnej polityce oznacza to, że armia zarezerwowała dla Suu Kyi rolę pięknej paprotki. Suu Kyi świetnie się do niej nadaje nie tylko dlatego, że jest piękną kobietą (zarówno w sensie fizycznym, jak i duchowym), lecz przede wszystkim dlatego, że jest świetnie rozpoznawalną twarzą ruchu demokratycznego Birmy i swoją współpracą z reżimem uwiarygodnia go. Lecz rola paprotki nie wystarcza Suu Kyi. Ona chce realnej władzy.

Problem polega na tym, że jej pozycja jest teraz słaba. Ma ona co prawda powszechne poparcie społeczne, ale jest to niewiele. Birmańczycy kochają Suu Kyi, ale z wyjątkiem nielicznych jednostek, nie będą za nią umierać – pokazali to w czasach dyktatury Than Shwe. Dziś, gdy żyje im się zdecydowanie lepiej, tym bardziej nie mają powodów, by nadstawiać karku za ambicje polityczne swojej liderki. Znacznie lepiej jest oddać się nowej pasji narodowej Birmańczyków – zarabianiu pieniędzy. A po godzinach, w herbaciarni, ponarzekać, jaki to paskudny ten reżim, że jej nie dopuszcza do władzy.

Stąd też mało prawdopodobne, by Suu Kyi sięgnęła po broń pt. masowe demonstracje poparcia. Jej majowe mityngi, aczkolwiek liczne (ok. 25 tys.), nie były jednak na tyle liczne, by przestraszyć generałów – do tego potrzebowałaby wieców z udziałem setek, a nie dziesiątków tysięcy ludzi. Birmańczycy raczej nie przyjdą masowo. A jeśli nawet przyjdą i zrobi się groźnie, to armia demonstracje stłumi albo – co bardziej prawdopodobne – odpowie kontrdemonstracjami nacjonalistów buddyjskich. Narastający buddyjski nacjonalizm w Birmie niekoniecznie jest kreacją armii, lecz na pewno jej interesom służy. To armia gra na tej nucie – prezydent Thein Sein, na zewnątrz kraju ukazywany jako reformator, wewnątrz skutecznie pozycjonuje się jako obrońca buddyzmu. W ewentualnej godzinie próby armia będzie miała swoje tłumy, na co nie mogła liczyć przed 2011 rokiem.

Wreszcie, na Zachód Suu Kyi też za bardzo nie może już liczyć. Wcześniej stanowisko państw zachodnich było powiązane z losem ASSK. Od czasów „odwilży politycznej” tak jednak już nie jest. Świat się zmienił – a konkretnie „amerykański zwrot” ku Azji wszystko zmienił. Birma jest teraz pożądanym partnerem Zachodu (równoważenie Chin, rezygnacja ze współpracy z Koreą Północną, złoża surowców, otwierający się rynek i in.), czego najlepszym dowodem jest ostatnie zaproszenie na wspólne manewry US Army armii birmańskiej. Dodatkowo, w kontekście zamachu stanu w sąsiedniej Tajlandii, Birma wyrasta na bardzo demokratyczne państwo. Zachód ma teraz poważniejsze problemy na głowie niż zajmowanie się prezydenckimi ambicjami Noblistki, a co ważniejsze – nie ma żadnego interesu by umierać za Suu Kyi.

W tej sytuacji Suu Kyi pozostaje „praca od podstaw” i koncentracja na wyborach parlamentarnych w 2015 roku. Jeśli NLD je wygra, to będzie miało przewagę w parlamencie (choć armia ma z urzędu zagwarantowaną mniejszość blokującą jakiekolwiek zmiany w konstytucji). Zwycięstwo NLD w wyborach nie oznacza to władzy – o nią znów trzeba się będzie się układać z byłymi generałami. Lecz oznacza ono silniejszą pozycję w negocjacjach z post-wojskowym establishmentem.

Ale to plan na później. Suu Kyi raczej nie zrezygnuje z ambicji prezydenckich – słynie w końcu z upartości. Lecz będzie je musiała odłożyć do czasów kolejnych wyborów, czyli 2020 roku. To bardzo odległa perspektywa. Tymczasem czas płynie, a politycznie w Birmie czas sprzyja establishmentowi armijnemu.

Przypominamy, że niedawno ukazała się książka dr. Michała Lubiny, którą możesz nabyć po konkurencyjnej cenie w CSPA, wspierając autora, jak i naszą instytucję.

Książka kosztuje 39 PLN plus wysyłka. Wystarczy wysłać maila na [email protected] i uzgodnić szczegóły wysyłki lub osobistego odbioru.

Więcej o książce:

http://www.polska-azja.pl/2014/04/04/michal-lubina-birma-historia-panstw-swiata-w-xx-i-xxi-w-fragment-ksiazki/

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Lubina: Aung San Suu Kyi nie będzie prezydentem Birmy Reviewed by on 13 czerwca 2014 .

Wczoraj (12.06) komitet parlamentarny ds. wprowadzenia poprawek w konstytucji birmańskiej odrzucił propozycję poprawki umożliwiającą kandydowanie Aung San Suu Kyi na urząd prezydenta Birmy po wyborach parlamentarnych w 2015 roku. Czy to koniec marzeń ASSK o prezydenturze? Na dzień dzisiejszy tak. Przyjęta w 2008 roku konstytucja birmańska, a konkretnie artykuł 59, głosi, iż prezydentem nie może

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

Pozostaw odpowiedź