Birma news,Komentarz eksperta

M. Lubina: Aung San Suu Kyi na prezydenta?

Przywódczyni birmańskiej opozycji, Aung San Suu Kyi, ogłosiła dzisiaj, iż zamierza kandydować na prezydenta Birmy (właściwie Republiki Związku Mjanmy) w wyborach w 2015 roku. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nie może tego uczynić, o czym doskonale wie. Jej zachowanie wpisuje się jednakże w szersze spectrum mocowania się opozycji z armią. Ujawnia także spore ambicje samej Noblistki.

Dziś świat obiegła wieść o deklaracji Aung San Suu Kyi (ASSK), która wyraziła chęć ubiegania się o prezydenturę w 2015 r. Ta pozornie oczywista informacja: ASSK jest bezdyskusyjnie najpopularniejszym politykiem w Birmie i w zwykłych okolicznościach wygrałaby każde głosowanie. Jednakże w realiach birmańskich jest to wieść prawdziwie rewolucyjna.

Przypomnijmy: ASSK była przez lata „czarnym ludem” dla rządzącej armii – jej głównym przeciwnikiem, o tyle niebezpiecznym, że charyzmatycznym, mającym poparcie tak społeczeństwa, jak i Zachodu, a także mającym silniejszą od junty legitymizację do rządzenia. To właśnie sprawiło, że generałowie jej nienawidzili (Than Shwe), więzili ją przez 15 lat, a (przynajmniej) raz usiłowali zabić. Wśród licznych epitetów, jakimi ją obdarzali (m.in. „czarownica demokracji”), najbardziej wymowne były wyzwiska od „sługusów imperializmu”.

Junta bowiem nie mogła darować Suu Kyi przede wszystkimi jednego: tego, że swoim życiem personifikowała Birmę otwartą na świat. Taką, która nie uznaje kolonializmu tylko za czarną dziurę w dziejach kraju. Dla generałów, nacjonalistów z krwi i kości, była żywą obrazą, świętokradztwem, heretyczką. Córka założyciela Birmy (i armii birmańskiej!) wyszła bowiem za Anglika, Michaela Arisa, i urodziła mu dwóch synów, a ponadto przez większość życia mieszkała na Zachodzie. Jeśli w oczach wielu symbolizowała połączenie najlepszych wpływów Wschodu i Zachodu, tak dla wojskowych była groźną hybrydą: kimś w rodzaju narodowego renegata.

Stąd też od początku walki z nią podkreślali jej „obcość”(mówili o niej na przykład „Pani Aris”) i usiłowali wmówić społeczeństwu, że jest instrumentem obcych knowań mających na celu ponowne pozbawienie Birmy niepodległości (a na pewno zaś – monopolistycznej pozycji armii, co z perspektywy generałów wychodziło na jedno). Właśnie w tym celu tak napisali obecną konstytucję, by przekreślić jakiekolwiek szanse na ziszczenie się koszmaru pt. Suu Kyi u władzy. Gdy ją pisali, taka ewentualność wydawała się science-fiction. Teraz, po roku „odwilży” już taką nie jest.

Konstytucja stanowi, iż prezydentem Republiki Związku Mjanmy nie może być ktoś, kto a) ukończył 70 lat (Suu Kyi ma obecnie 67), b) którego rodzice, współmałżonkowie czy dziecko są bądź byli obywatelami obcego państwa. By zmienić konstytucję potrzeba ¾ głosów, a w parlamencie ¼ stanowią z klucza wojskowi. Opozycja posiada 10% głosów. To z perspektywy formalnej przekreśla jakiekolwiek szanse Suu Kyi.

I ona o tym wie.  A jednak ogłasza swój start w – wydawać by się mogło, beznadziejnej sprawie – i to właśnie jest ciekawe.

Po pierwsze bowiem: to Birma, nie Zachód. Tutaj, jak w większości Azji, prawo pisane nie jest aż tak istotne, a procedury można zmieniać. Wystarczy chcieć. Po drugie – to, że ma tylko 10% nie znaczy, że nie ma szans. Jej faktyczne poparcie jest znacznie większe, nawet wśród establishmentu. W przypadku woli politycznej tutaj można wszystko.

Najważniejsze jest co innego: swoim startem Suu Kyi podważa kruchą równowagę między opozycją a wojskowymi. Wiedząc, iż jest nienawistną dla sporej części armii, Suu Kyi do tej pory raczej nie eksponowała swojej osoby. Mówiąc wprost – nie drażniła ich. Teraz się to zmieniło i zdaje się, jest to kolejny element przepychania liny między opozycją a armią. Stając bowiem do wyborów, Suu Kyi mówi generałom „sprawdzam”. Jeśli nie poprą poprawek do konstytucji, zdemaskują się – bo wyjdzie na jaw, że tak naprawdę zmiany są kontrolowane i mają nie naruszyć status quo. A wtedy poparcie Zachodu może zostać ograniczone. A ono jest niezbędne do równoważenia Chin, no i do rozsmakowywania się w tych zakazanych i niedostępnych do tej pory możliwościach komercyjnych… Suu Kyi, jak przystało na doświadczonego polityka, przerzuciła piłkę na stronę przeciwnika. Teraz to generałowie muszą się głowić.

Jej decyzja ujawnia wszakże coś jeszcze: osobiste ambicje Noblistki. Jej krytycy zwracali na to uwagę wcześniej, ale głos ten milknął wśród powszechnej adoracji. ASSK dość sprawnie zbudowała swój image jako idealistycznej i pełnej poświęcenia sprawie kraju bojowniczki, która zapłaciła wysoką cenę za swoje wybory (co w dużej mierze było prawdą, przynajmniej w kwestii osobistej). Argumentując swoje wejście do polityki, odwoływała się do poczucia misji, niedokończonego dzieła ojca, jak również do tak nieweryfikowalnych haseł jak „służba narodowi”. Teraz startując, również powołała się na „wolę ludu”. A prawda jest bardziej złożona: Suu Kyi wie, że dla niej to ostatni dzwonek, by coś zrobić w polityce birmańskiej. Z pewnością pamięta, że jednym z jej konkurentów w 1988 r. był dawny premier U Nu, wówczas 80-letni, któremu wciąż się wydawało, że jest niezbędny…

To świadczy o tym, że Suu Kyi jest politykiem z krwi i kości (wszak ambicje osobiste to nieodłączna część polityki i nie powinniśmy mieć co do tego złudzeń). I jako polityk właśnie zagrała ryzykownie – taką bowiem jest jej decyzja. Zbudowana na założeniu, że generałom się nie będzie opłacać ją utrącić, może się przeliczyć. Wojskowi w tym kraju wielokrotnie udowadniali, że nie myślą racjonalnie i że bezpieczeństwo reżimu stawiają zawsze na pierwszym miejscu. Suu Kyi jako prezydent może być dla nich zbyt wysoką ceną.

Myślę, że ona o tym wie. Lecz przez lata mieszkania w Wielkiej Brytanii z pewnością poznała aforyzm Francisa Drake’a: „szansa raz niewykorzystana, jest szansą zmarnowaną na zawsze”. Aung San Suu Kyi doskonale zdaje sobie sprawę, iż więcej szans mieć nie będzie.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Lubina: Aung San Suu Kyi na prezydenta? Reviewed by on 8 października 2012 .

Przywódczyni birmańskiej opozycji, Aung San Suu Kyi, ogłosiła dzisiaj, iż zamierza kandydować na prezydenta Birmy (właściwie Republiki Związku Mjanmy) w wyborach w 2015 roku. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nie może tego uczynić, o czym doskonale wie. Jej zachowanie wpisuje się jednakże w szersze spectrum mocowania się opozycji z armią.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

Pozostaw odpowiedź