M. Krasnowolski: Zastój w chińskich kinach w 2016 roku

 ›  ›  › M. Krasnowolski: Zastój w chińskich kinach w 2016 roku

Artykuły,Publicystyka

M. Krasnowolski: Zastój w chińskich kinach w 2016 roku

Dość niespodzianie druga połowa 2016 roku była dla chińskich kiniarzy słaba. Imponujący wzrost, trwający od paru lat i znacznie przekraczający tempo powiększania się całej gospodarki, wyhamował. W sumie przychody z kin wyrażone w lokalnej walucie były wyższe zaledwie o 3,7% w porównaniu z rokiem 2015, a w przeliczeniu na dolary rynek zanotował wręcz spadek – o 3,5%, do $6,52 mld. Bardziej optymistycznie wygląda 9-procentowy wzrost frekwencji – sprzedano 1,37 miliarda biletów, co oznacza, że statystycznie każdy Chińczyk stawił się w kinie mniej więcej raz (czyli podobnie jak jeszcze niedawno w Polsce). Największym przebojem roku jest ekologiczna komedia „Syrenka” Stephena Chowa z imponującym wynikiem $526 mln. Na drugim miejscu znalazła się nieoczekiwanie disnejowska animacja „Zwierzogród” ($235 mln).

W pompowaniu wyników nie pomogła nawet decyzja regulatorów rynku o dopuszczeniu na ekrany większej niż ustawowa liczby nie-chińskich filmów (38 a nie 34). Pod znakiem zapytania stoi dalsza dynamika i wyprzedzenie rynku Ameryki Północnej – stanie się to z pewnością znacznie później niż jeszcze niedawno przypuszczano.

Kino w Szanghaju, fot. Lynn Lin. Flickr CC

Przyczyn kryzysu jest kilka, a najważniejsze wydaje się być to, że chińskie filmy wciąż są niskiej jakości, zarówno pod względem fabularnym, jak i realizacyjnym. Widzowie stają się bardziej wybredni, nie dają się już nabrać na agresywny marketing czy na technologię 3D i nie zamierzają oglądać wszystkiego, co pojawia się w kinach. Ich opinie, przekazywane przede wszystkim za pomocą popularnych portali społecznościowych, zatapiają kolejne potencjalne „przeboje”. Należy pamiętać, że w Chinach Internet jest znacznie ważniejszym narzędziem promocji niż w innych krajach (dzięki czemu nakłady finansowe na  reklamę są znacznie mniejsze). Sieć jest także kluczowa, jeżeli chodzi o sprzedaż – przykładowo aż 90% biletów na „Warcrafta” zostało zakupionych przez mobilny Internet.

Inne przyczyny spowolnienia to konkurencja ze strony coraz popularniejszych platform VOD, zakończenie atrakcyjnych promocji cenowych na bilety oraz ściślejsza kontrola box office’u – wcześniej notorycznie dochodziło do jego fałszowania i zawyżania przez dystrybutorów wyników finansowych filmów.

Wygląda więc na to, że rynek wkracza w kolejną, dojrzalszą fazę, w której wzrost będzie wolniejszy, trudniej też będzie o spektakularny sukces. Chińczycy muszą podnieść poziom swoich filmów i równać do hollywoodzkich standardów.

Przekonali się o tym producenci długo wyczekiwanego „Wielkiego muru” Zhanga Yimou, chińsko-amerykańskiej superprodukcji o $150-milionowym budżecie z uwielbianym w Chinach Mattem Damonem (otoczonym na ekranie przez lokalne gwiazdy i młodzieżowych idoli). Zrealizowany przez Legendary East, chiński oddział studia Legendary (zakupionego w 2016 przez koncern Dalian Wanda Group), film od samego początku krojony był na globalny przebój. Połączenie elementów wschodnich z zachodnimi miało spodobać się widzom najpierw w ojczyźnie, a następnie na całym świecie. Plan sprzedażowy napotkał przeszkody już w pierwszej fazie, wydawało się najprostszej. Po paru tygodniach dochody z chińskich kin ledwie przekroczyły budżet ($164 mln, dopiero 8 miejsce wśród największych przebojów roku), co oznacza, że producenci mogą nigdy nie odzyskać swojego wkładu.

Andy Lau, gwiazda „Wielkiego muru”, fot. Ingrid Richter. Flickr CC

Film nie jest jednak katastrofą – ma wiele efektownych scen i nie można mu odmówić widowiskowości; ma potencjał, żeby sobie poradzić na mniejszych rynkach azjatyckich, a także w Europie. W Stanach Zjednoczonych raczej przepadnie (premiera w lutym), i jeżeli tak się stanie największym przebojem Zhanga Yimou pozostanie pamiętne „Hero” z 2004, film, który nie był kalkulowany jako mający podobać się widzom spoza Azji.

Wydaje się, że na tym polega problem – bardzo trudno znaleźć formułę, która trafi jednocześnie do widza zachodniego i wschodniego, a film dla każdego może okazać się filmem dla nikogo. To jest prawdopodobnie przypadek „Wielkiego muru”, który cała branża będzie musiała teraz przeanalizować i wyciągnąć z niego wnioski.

Co ciekawe, „Wielki mur” obecny jest także w polskich kinach, a w promocji jak ognia unika eksponowania chińskich elementów (w przekazie dominuje Matt Damon). Wynik – 50 tysięcy widzów w pierwszy weekend – wstydu nie przynosi.

Maszynka przyciągająca przed chińskie ekrany coraz większe rzesze widzów kręci się dzisiaj znacznie wolniej niż jeszcze rok temu, ale właściciele sieci kin nie zwalniają tempa i budują kolejne obiekty (mimo, że w wielu z nich nie ma w ogóle ruchu, zwłaszcza w mniejszych miastach). W grudniu Państwo Środka wyprzedziło Stany Zjednoczone pod względem liczby sal kinowych. Na milion mieszkańców wciąż przypadają tam zaledwie 23 ekrany w stosunku do 125 w USA.

Potencjał jest więc nadal duży, a Chiny pozostają dla branży filmowej najważniejszym rynkiem i wszystko, co się tam dzieje ma niezwykły wpływ na jej kształt. W zasadzie przy każdej produkcji wysokobudżetowych filmów bierze się obecnie pod uwagę gust chińskich widzów. Wielu komentatorów wskazuje to jako czynnik, który prowadzi do dalszego spłycania mainstreamowej rozrywki. W kinach dominować będą standaryzowane filmy, w których coraz najważniejsze będą grzmiące efekty specjalne, a nie interesujący scenariusz. Coraz mniej będzie na przykład… humoru, ponieważ kiepsko się on przekłada międzykulturowo.

Trwa także proces chaotycznego upychania chińskich celebrytów, wątków i lokacji w epizodach hollywoodzkich blockbusterów. Nie wynika to z troski producentów o różnorodność etniczną, a z czystej finansowej kalkulacji i chęci znalezienia się w gronie 34 filmów, które trafią na chińskie ekrany. Postaci pojawiają się więc bez większego uzasadnienia w scenach, których zazwyczaj mogłoby nie być, ale które można wykorzystać w promocji. Jasnym staje się jednak, że tak karykaturalny model prezentacji Chińczyków nie będzie trwał długo – scenarzyści muszą wykazywać się coraz większą kreatywnością.

Pozytywnym przykładem jest „Łotr 1”, najnowsza historia z uniwersum „Gwiezdnych wojen”. Stworzona przez George’a Lucasa saga nie była nigdy popularna w Chinach (oryginalnej trylogii nie pokazywano w kinach, brak więc pokoleniowego sentymentu). Wynik „Przebudzenia mocy” na początku 2016 r. rozczarował – wbrew globalnemu trendowi i mimo intensywnej kampanii reklamowej, w ramach której armia szturmowców pojawiła się na Wielkim Murze. Od tego czasu producenci starają się mocniej związać kolejne filmy serii z Państwem Środka. W czerwcu w Szanghaju otwarto Disneyland i nieprzypadkowo sporo atrakcji związanych jest właśnie z „Gwiezdnymi Wojnami” (to Disney jest obecnie właścicielem marki).

Do obsady „Łotra” zaproszono dwóch gwiazdorów: znanego z serii filmów o „Ip Manie” Donniego Yena oraz Jianga Wena, znakomitego aktora i reżysera. Efekt jest bardzo udany – obie postaci wnoszą dużo do fabuły filmu, a ich umiejętności walki to piękny hołd dla kina wuxia, będącego dla Lucasa istotną inspiracją podczas pracy nad oryginalną trylogią. Obecność tych aktorów jest dowodem na to, że można wyjść naprzeciwko potrzebom rynku, nie obrażając inteligencji widzów. To duży postęp w stosunku do np. „Iron Mana 3” z 2013 r. Przypomnijmy, że dla Chińczyków przygotowano specjalną wersję filmu z dodatkową, kuriozalną sceną, która nie miała nic wspólnego z fabułą. Co ciekawe, nawet mimo wsparcia tak uznanych i szanowanych aktorów, „Łotr” nie przypadł Chińczykom do gustu, wyniki są mocno rozczarowujące.

Bohaterowie „Łotra 1”, fot. Bill Toenjes. Flickr CC

Międzynarodowe zainteresowanie chińskim rynkiem filmowym i boom na nim jest na rękę Partii – wzmocnienie sektora kreatywnego zostało bowiem wpisane do Planu Pięcioletniego już w 2011 roku. Ma to doprowadzić do przejścia z gospodarki przemysłowej na kreatywną, a jednocześnie wzmacniać pozytywny wizerunek kraju na świecie. Podobną drogą od początku stulecia z powodzeniem kroczy Korea Południowa.

Rządzącym krajem zależy na zyskach, ale bardzo poważnie traktują także kwestie polityczne, wizerunkowe i obyczajowe, co sprawia, że żaden film „nie po linii” nie trafi do kin. O tym jak to działa przekonała się właśnie Korea Południowa, długo dość swobodnie korzystająca z boomu na chińskim rynku. Decyzja Stanów Zjednoczonych o rozmieszczeniu na terytorium Korei tarczy antyrakietowej w lipcu 2016 r. spotkała się ze stanowczą reakcją Chin i nakazem wycofania koreańskiej rozrywki z kin czy telewizji.

SARFT (Państwowa Administracja Radia, Telewizji i Kina) cały czas sygnalizuje, że nie zamierza luzować cenzury, i że pewne treści definitywnie nie mają wstępu do kin i telewizji. Na czele listy znajduje się: negatywne przedstawianie partii, a także np. homoseksualizm, duchy czy przesądy. Opublikowany w marcu 2016 roku zestaw zakazanych wartości i zachowań jest zadziwiający restrykcyjny. I chociaż regulacje nie są przestrzegane w 100%, jest to jasny sygnał, że nie ma zgody na demoralizację zachodnią rozrywką.

Dostało się nawet „Zootopii”, która stała się najbardziej kasową animacją w historii kraju i otrzymała zgodę na dłuższą o dwa tygodnie obecność w kinach. Oficjalna rządowa gazeta ostro zaatakowała film, oskarżając go o wywrotowość i niemoralność.

„Zootopia”, fot. Bang Dude. Flickr CC

W 2016 roku pieniądze płynęły szerokim strumieniem zarówno do jak i z Chin. Każde poważne studio filmowe jest świadome tego, że musi inwestować w Państwie Środka, aby dalej się liczyć; z drugiej trony chińscy biznesmeni chętnie kupują hollywoodzkie wytwórnie. Przyszłość jest jednak obecnie niepewna. Pytanie w którą stronę pójdą wzajemne relacje dwóch największych gospodarek świata po przejęciu władzy przez administrację Donalda Trumpa. Gospodarczy protekcjonizm ze strony Stanów na pewno wywoła reakcję Państwa Środka, a dla branży będzie to zła wiadomość.

Tekst ukazał się także na blogu Festiwalu Filmowego Pięć Smaków.

Marcin Krasnowolski – filmoznawca, dziennikarz freelancer. Pisze o innowacjach technologicznych, rynkach filmowych i kinematografiach Dalekiego Wschodu (Korea Płd, Hongkong). Publikował m.in. w „Newsweeku”, „Bloomberg Businessweeku”, „Kinie” i „Ekranach” oraz na portalach „Filmweb” i „Stopklatka”.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Krasnowolski: Zastój w chińskich kinach w 2016 roku Reviewed by on 22 stycznia 2017 .

Dość niespodzianie druga połowa 2016 roku była dla chińskich kiniarzy słaba. Imponujący wzrost, trwający od paru lat i znacznie przekraczający tempo powiększania się całej gospodarki, wyhamował. W sumie przychody z kin wyrażone w lokalnej walucie były wyższe zaledwie o 3,7% w porównaniu z rokiem 2015, a w przeliczeniu na dolary rynek zanotował wręcz spadek – o

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Pozostaw odpowiedź