Artykuły,Polecane,Publicystyka

M. Krasnowolski: Kolejny znakomity rok w chińskich kinach

W roku 2014 chińskie kina po raz kolejny zanotowały rekordy frekwencyjne. Chińczycy kupili 830 milionów biletów, mając do dyspozycji ponad 23 tysiące sal kinowych (nowe powstawały w niewyobrażalnym tempie 15 dziennie). Dochód 4,76 miliarda USD, po wzroście o 34,5% w porównaniu z rokiem 2013, pozwolił umocnić się Państwu Środka na pozycji drugiego największego rynku kinowego po Stanach Zjednoczonych. Kwota sama w sobie robi wrażenie, ale ważniejsza jest dynamika wzrostu – szacuje się, że nawet jeżeli osłabnie ona w najbliższym czasie, Chiny w okolicach roku 2020 staną się najbardziej dochodowym rynkiem świata.

Chińskie produkcje (powstało ich w ubiegłym roku ponad 600, oczywiście nie wszystkie trafiły na ekrany) zgarnęły 54,5% zysków, o co zadbały kontrolujące rynek władze. Na filmy zagraniczne nałożony jest bowiem limit – w kinach można pokazać rocznie zaledwie 34 niechińskie obrazy, a ich premiery są często przesuwane tak, aby nie przeszkadzać lokalnym twórcom lub wręcz odwoływane w ostatniej chwili bez podania przyczyny. Organizacją, która sprawuje pieczę nad tą kwestią jest SARFT – Państwowa Administracja Radia, Telewizji i Kina. Wśród szczęśliwców, którym SARFT otwiera drzwi do kin, są przede wszystkim hollywoodzkie blockbustery i animacje.

Kino w Nankinie; fot. Caitriana Nicholson. Flickr CC

Kino w Nankinie; fot. Caitriana Nicholson. Flickr CC

Potencjał Chin jako przyszłości branży filmowej ujawnił się parę lat temu. Wcześniej wydawało się, że panujące tam piractwo i powszechny dostęp do DVD z filmami jeszcze przed ich oficjalną premierą uniemożliwia dochodowe działania. Tylko pojedynczym obrazom udawało się odnieść spektakularne sukcesy – przykładem był „TitanicJamesa Camerona. Niespodziewanie, rosnąca w siłę klasa średnia pokochała X Muzę; kino stało się modną rozrywką. W okresie przejściowym dochody z rynku chińskiego były niespodzianym bonusem dla producentów lub pomagały niwelować straty powstałe w innych krajach. Obecnie dochody te są często wpisane w budżet filmu.

Przebudzenie tak wielkiego rynku poskutkowało transformacją globalnego przemysłu filmowego. Wobec stagnacji w Ameryce Północnej i Europie hollywoodzkie studia zorientowały się, że ich obecność w Chinach jest konieczna. I są w stanie zrobić bardzo wiele, aby obecność tą sobie  zapewnić – wchodzą w spółki z chińskimi firmami i zakładają tam oddziały. Przykładem jest Oriental DreamWorks w 45% należące do amerykańskiego DreamWorks Animation, a w pozostałym procencie będące w posiadaniu spółek chińskich. Mające siedzibę w Szanghaju studio obecnie pracuje nad trzecią odsłoną „Kung Fu Pandy” i przymierza się do ekranizacji serii przygodowych książek „The Tibet Code” autorstwa He Ma. Do Pekinu przyjeżdżają największe reżyserskie tuzy – James Cameron czy Luc Besson – i z uznaniem wypowiadają się o przyszłości chińskiej kinematografii.

Zmieniają się fabuły hollywoodzkich blockbusterów – scenariusze opracowuje się tak, aby nie narazić się cenzorom SARFT-u i nie zniechęcić patriotycznie nastawionych widzów. W filmach tych Państwo Środka jest więc w ostatnich latach portretowane pozytywnie, a w epizodach można coraz częściej dostrzec chińskie gwiazdy. Plany zdjęciowe przenoszą się tam choćby na chwilę, aby zaznaczyć swoją obecność i na niej zbudować kampanię wizerunkową, trafić do mainstreamowych mediów. Chińskie akcenty znacznie zwiększają szansę na przychylność władz oraz przyciągają uwagę mas. Najlepszym dowodem na to, jak bardzo strategia ta jest opłacalna jest niekwestionowany zwycięzca chińskiego (i w związku z tym światowego) box office’u roku 2014 – „Transformers: Wiek Zagłady” Michaela Baya, wyprodukowany przez Paramount.

plan zdjeciowy Transformers 4 w Detroit; fot. Steve Carr. Flickr CC

plan zdjeciowy Transformers 4 w Detroit; fot. Steve Carr. Flickr CC

Zdjęcia realizowane były w Pekinie i Hongkongu, w epizodzie wystąpiła Li Bingbing, a o konferencji prasowej reżysera rozpisywały się media na całym świecie. Do budżetu dorzuciły się chińskie spółki (m.in. powiązane z publiczną telewizją China Movie Channel), a chińskie produkty (m.in. popularny napój energetyczny i bank) postanowiono eksponować nawet w sekwencjach filmu rozgrywających się w USA. Część komentatorów zauważyła, że portretowanie polityków Państwa Środka jako skutecznych i energicznych ociera się wręcz o propagandę, a amerykańscy decydenci wypadają znacznie gorzej. Efekt? 318 milionów USD zysku z chińskich kin (kwota znacznie wyższa niż ta wypracowana przez amerykańskich widzów) i status popkulturowego fenomenu.

Spośród filmów rodzimej produkcji Chińczycy najchętniej oglądali komedie („Breakup Buddies”, „The Breakup Guru”), ukazujące glamourowe życie filmy obyczajowe a la „Seks w wielkim mieście” („Tiny Times 3”) i wystawne spektakle fantasy w 3D („The Monkey King”). W produkcję filmową inwestuje się coraz większe pieniądze, to właśnie w Chinach powstają obecnie najlepiej wyposażone studia świata. Ponieważ tamtejsi filmowcy wciąż nie mają wystarczającego doświadczenia w sprawnym realizowaniu komercyjnych hitów, producenci chętnie sięgają po twórców hongkońskich. Dla weteranów z Pachnącego Portu ta współpraca to często zawodowe być albo nie być, jedyna szansa na pracę z dużym budżetem po załamaniu się kinematografii hongkońskiej w połowie lat 90. Pierwsza część monumentalnego „The Crossing” Johna Woo rozczarowała, natomiast wysokobudżetowe widowisko „Taking of Tiger Mountain” innego mistrza, Tsuia Harka, sprzedaje się znakomicie.

Tsui Hark; fot. Raffi Asdourian. Flickr CC

Tsui Hark; fot. Raffi Asdourian. Flickr CC

Oszałamiające wyniki finansowe nie zmieniają faktu, że na rynku tym wciąż jest dużo problemów. Zbyt szybko budowane kina mogą doprowadzić do przegrzania rynku i pęknięcia bańki. Nadal bardzo poważnym wyzwaniem jest walka z piractwem i stworzenie narzędzi do skutecznej ochrony praw intelektualnych.

Dla chińskich władz, które chciałby, aby filmy były narzędziem miękkiej siły i nośnikiem narodowej propagandy, ważną kwestią, która prędko nie znajdzie rozwiązania, jest brak zainteresowania chińskimi filmami poza granicami kraju, zwłaszcza poza Azją. Po pierwsze, obrazy te nie są jeszcze realizowane wystarczająco atrakcyjnie, aby mogły się spodobać na całym świecie, a po drugie, w wielu krajach filmy nieanglojęzyczne z automatu skazane są na ograniczoną widownię. Oczywiście istnieje, i z roku na rok zwiększa się, współpraca z państwami z regionu (głównie z Koreą Południową), ale to wciąż za mało.

Z punktu widzenia niechińskich producentów największą troską jest to, że rynek regulowany jest przez partię, która chce mieć ścisłą kontrolę nad tym, co jest pokazywane, i dla której ważne jest zapewnienie dominacji lokalnym filmom. Stwarza to nieprzewidywalność i niepewność. Wydaje się więc, że paradoksalnie nośnikiem chińskiego ducha będą jeszcze przez pewien czas filmy hollywoodzkie, coraz częściej współfinansowane przez Chińczyków.

Zależność globalnej branży filmowej od Państwa Środka nieuchronnie będzie się zwiększać.

Marcin Krasnowolski – filmoznawca, dziennikarz freelancer. Pisze o innowacjach technologicznych, rynkach filmowych i kinematografiach Dalekiego Wschodu (Korea Płd, Hongkong). Związany z Festiwalem Filmowym Pięć Smaków. Publikował m.in. w „Newsweeku”, „Bloomberg Businessweeku” i „Kinie” oraz na portalach „Filmweb” i „Stopklatka”.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Krasnowolski: Kolejny znakomity rok w chińskich kinach Reviewed by on 21 stycznia 2015 .

W roku 2014 chińskie kina po raz kolejny zanotowały rekordy frekwencyjne. Chińczycy kupili 830 milionów biletów, mając do dyspozycji ponad 23 tysiące sal kinowych (nowe powstawały w niewyobrażalnym tempie 15 dziennie). Dochód 4,76 miliarda USD, po wzroście o 34,5% w porównaniu z rokiem 2013, pozwolił umocnić się Państwu Środka na pozycji drugiego największego rynku kinowego

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarze 2

  • Ciekawy punkt widzenia chińskiego kina.

    W Chinach, bardziej obecne jest kino narodowe. Amerykańskie filmy cieszą się mniejszym sukcesem

    Ceny biletów do kin są wygórowane … w kompleksach kinowych seans filmowy kosztuje około 80 yuanów. Co nie jest sumą dostępną dla każdego przeciętnego Chińczyka. Zważywszy, że w kraju żyje prawie 1 miliard 500 000 Chińczyków, to rzeczywiście można powiedzieć o sukcesie kina w Chinach.

    Realia są jednak odmienne… nie widzę aż tak wielkich tłumów ustawiających się w kolejce w kinach.

    Biorąc pod uwagę tylko dochody finansowe, chiński rynek filmowy jest drugim na świecie, tylko trochę w tyle, za Stanami Zjednoczonymi, ale plasuje się przed Indiami. W 2020 roku pewno znajdzie się na pierwszym miejscu.

    Kinematografia chińska eksportuje swe produkcje. Są to głównie filmy telewizyjne, przedstawiane w Azji Południowo-Wschodniej, Japonii i Korei Południowej.

    Chińska „Szósta Genaracja Filmowa” ze swymi przedstawicielami takimi jak Jia Zhangke, Wang Xiaoshuai, Zhang Yuan cieszy się wielkim uznaniem we Francji. W Chinach filmy tych niezależnych reżyserów krążą w pirackich wydaniach.

Pozostaw odpowiedź