Artykuły,Publicystyka

M. Jarocki: Pakistański czynnik

Pakistan stanowi niezbędny czynnik pozwalający zapanować nad sytuacją w Afganistanie. Sam jednak jest zagrożony zmianą obecnego status quo.

Wiele wskazuje na to, iż podstawowe założenia natowskiej misji w Afganistanie, a więc ustabilizowanie sytuacji wewnętrznej w kraju oraz umocnienie władzy centralnej, to zadania, których nie uda się zrealizować. Od grudnia zeszłego roku, a więc momentu ogłoszenia przez Baracka Obamę daty rozpoczęcia stopniowego zmniejszania amerykańskiego kontyngentu w tym środkowoazjatyckim kraju, dla wszystkich stało się jasne, iż czas nie działa na korzyść sił koalicyjnych. Nigdy zresztą nie działał.

Amerykańska interwencja w Afganistanie z 2001 roku była bardziej gwałtownym działaniem pod wpływem chwilowych emocji niż przemyślaną strategią. Oddziały zwalczające przeciwnika z ziemi i powietrza nie do końca wiedziały, co stanie się, gdy Al-Kaida zostanie wygnana z tego kraju, a rządzący nim talibowie przejdą do „podziemia”. Tak naprawdę odpowiedzi na to pytanie nie ma do dzisiaj.

Wraz z odzyskaniem przez rebeliantów wigoru oraz intensyfikacją ich ataków zarówno na cele cywilne jak i obiekty wojskowe, dowództwo wojskowe NATO zdało sobie sprawę, iż afgańska misja nie będzie łatwą, a jej końcowy wynik nie jest pewny.

Pakistańska pomoc

Bardzo szybko okazało się również, iż bez pomocy ze strony pakistańskich władz, starcia z talibami i podobnymi im grupami nie da się wygrać. Powodem jest nie tylko fakt, iż większość bojowników walczących z siłami zachodnimi skrywa się na afgańsko – pakistańskim pograniczu, którego szczelność jest jedynie iluzoryczna, ale również wieloletnie kontakty operacyjne pomiędzy rebeliantami, a agentami i dowództwem pakistańskiego wywiadu ISI (ang. Inter-Services Intelligence).

Polityczne naciski oraz wsparcie finansowe okazywane Pakistanowi poskutkowały zaangażowaniem tego państwa w zwalczanie grup ekstremistycznych działających po własnej stronie granicy. Wysyłani żołnierze  jeszcze do niedawna starali się robić wszystko, co w ich mocy, aby skutecznie zwalczać bojówkarzy talibów na obszarach Federalnie Administrowanych Terytoriów Plemiennych oraz prowincji Chajber Pachtunchwa lepiej znanej pod dawną nazwą: Północno – Zachodnia Prowincja Przygraniczna.

Ofiary jaką w ostatnich latach złożyli pakistańscy żołnierze nikt nie zapomina. Z pewnością w pewnym stopniu swoimi działaniami osłabili potencjał bojowy przeciwnika. Nie bez znaczenie jest również ciche przyzwolenie władz w Islamabadzie na dokonywanie przez NATO (a właściwie Amerykanów) nalotów bombowych za pomocą bezzałogowych samolotów. Nieoficjalnie mówi się również, iż na nieoficjalne rajdy w głąb pakistańskiego terytorium pozwalają sobie jednostki specjalne niektórych państw zachodnich.

Pakistańskiego udziału w procesie zwalczania rebeliantów i ekstremistów nie można niedoceniać. Należy jednak zdać sobie sprawę z kilku istotnych kwestii. Po pierwsze wyznacznikiem działania Islamabadu na arenie międzynarodowej, zwłaszcza w swoim bezpośrednim otoczeniu, są Indie. Cztery stoczone wojny (we wszystkich Pakistan był stroną mniej zwycięską), nieustanny stan napięcia na granicy oraz groźba kolejnego starcia, a także ogromna dysproporcja w potencjale bojowym obu stron powodują, iż wszelkie kroki na jakie zdecydują się władze podejmowane będą w oparciu o swojego wschodniego sąsiada.

Doskonale jest to widoczne na przykładzie decyzji o przerzuceniu przez armię części swoich pododdziałów spod granicy z Indiami i zaangażowania ich w opisaną powyżej walkę z rebeliantami na zachodzie kraju. Warunkiem takiego rozwiązania było zobowiązanie się Waszyngtonu do powstrzymania jakichkolwiek indyjskich pomysłów wykorzystania chwilowego rozszczelnienia pakistańskich pozycji obronnych i uderzenia na sąsiada, gdyby takowe pojawiły się w głowach polityków w New Delhi. Dopiero uzyskując amerykańskie gwarancje, Islamabad wysłał wojska do walki z talibami.

Drugim czynnikiem kształtującym pakistańską polityką w regionie są talibowie we własnej osobie. Bliskie kontakty oraz współpraca pakistańskich służb wywiadowczych z afgańskimi bojownikami walczącymi w sowieckim okupantem w latach osiemdziesiątych na dobrą sprawę nigdy się nie skończyły. Pomimo wycofania się Rosjan z Afganistanu, kontakty pomiędzy obiema stronami pozostały aktywne, a współpraca kwitła w najlepsze.

Pomimo wysłania oddziałów nad zachodnią granicę oraz rzucenia ich do walki z talibami, dowództwo wojsk NATO w Afganistanie oraz wielu zachodnich polityków zarzucało Islamabadowi brak pełnego zaangażowania w walkę z ekstremistami. Pakistan był oskarżany o walkę jedynie z szeregowymi bojówkami rebeliantów, bez udzielania pomocy w ściganiu ich przywódców oraz głównych liderów na polu walki. A to właśnie pojmanie lub zabicie dowództwa talibów miało stanowić krok do rozbicia całej rebelii. Przynajmniej tak zakładała strategia sił natowskich przyjęta już po objęciu prezydentury przez Baracka Obamę w styczniu 2009 roku.

Zmiana podejścia po śmierci bin Ladena

Wiele zmieniło się jednak w podejściu Pakistanu do zwalczania ekstremistów po  2 maja tego roku. Skrywana w tajemnicy do samego końca tajna operacja amerykańskich komandosów z formacji Navy Seals, w skutek której doszło do ostatecznej eliminacji lidera Al-Kaidy, pozostawiła swój negatywny oddźwięk w stosunkach pomiędzy Islamabadem a Waszyngtonem. Pakistańskie władze, zaskoczone i oburzone faktem tak śmiałej akcji Amerykanów na ich terenie, bardzo szybko dały wyraz swojej frustracji.

Niejako pierwszą z „ofiar” reakcji Islamabadu okazały się właśnie działania przeprowadzane przez pakistańskie wojska na zachodzie kraju. Ich osłabienie, a w niektórych wypadkach nawet wstrzymanie z jednej strony postawiło koalicyjne siły ISAFu w dość trudnym położeniu, z drugiej zaś udowodniły Waszyngtonowi, iż jego sojusznik nie będzie tolerował nie uzgodnionych działań zbrojnych na swoim terytorium.

Na niewiele zdały się nawoływania części amerykańskiej klasy politycznej do wstrzymania wypłaty pomocy finansowej dla Pakistanu. Dla nikogo nie było i nie jest tajemnicą, iż gros tych funduszy jest przeznaczanych na wyposażenie i utrzymanie pakistańskich sił zbrojnych. Wiele wpływowych osób w Waszyngtonie uważa fakt ten za niezrozumiały, zwłaszcza w sytuacji, gdy lider Al-Kaidy przez lata mógł spokojnie skrywać się w pobliżu miasta Rawalpindi będącego siedzibą sztabu armii Pakistanu. Islamabad bardzo szybko dał do zrozumienia, iż Stany Zjednoczone nie są dla niego jedynym możliwym sojusznikiem i w razie dalszego przeciągania się kryzysu w relacjach z Amerykanami, ich miejsce mogą zająć Chińczycy.

Być może jednak najdobitniejszym przykładem kryzysu w stosunkach pomiędzy Waszyngtonem a Islamabadem okazała się tragiczna śmierć dwudziestu dwóch komandosów Navy Seals, do której doszło 6 sierpnia br. Według przedstawicieli sił ISAF helikopter transportujący operatorów do bazy po wykonaniu kolejnej operacji, został trafiony pociskiem z granatnika RPG. Winą za atak natychmiast obarczono afgańskich talibów, którzy swoją drogą bardzo szybko się do tego przyznali.

Fakt, iż  ekstremiści znali trasę przelotu maszyny, a także najprawdopodobniej wykorzystywali zaawansowane środki naprowadzanie pocisku na cel (wydarzenie maiło miejsce nocą), wskazują na to, iż zamachowcy musieli uzyskać wsparcie logistyczne od podmiotów związanych pakistańskim wywiadem i/lub wojskiem. Dający dużo do myślenia jest fakt, iż w ataku śmierć ponieśli komandosi z oddziału DEVGRU, którego ludzie przeprowadzili akcję z 2 maja. Co prawda nikt z żołnierzy biorących bezpośredni udział w operacji zabicia bin Lagena nie zginął 6 sierpnia (atak na Abbottabad został przeprowadzony przez operatorów pododdziału Red Squadron, natomiast w śmigłowcu śmierć ponieśli ludzie z Gold Squadron), dla wszystkich stało się jasnym, iż wydarzenie to było zemstą islamistów (prawdopodobnie wspartych przez Pakistańczyków) za śmierć ich lidera.

Dwa kleszcze

Pakistańskie władze zdają sobie sprawę, iż rozpoczęcie wycofywania amerykańskich wojsk z Afganistanu latem przyszłego roku, będzie początkiem rywalizacji lokalnych podmiotów politycznych o wpływy w nowym, już pozbawionym zachodniej kurateli państwie.

Jak już to zostało wspomniane, czynnikiem warunkującym niemalże każde międzynarodowe posunięcie Islamabadu są Indie. Nie inaczej jest w przypadku Afganistanu. Rzut okiem na mapę pokazuje, iż kraj ten leży dokładnie pomiędzy Indiami i Afganistanem i gdyby tylko władzom w New Delhi zachciało się dokonać strategicznego wzięcia Pakistanu w dwa kleszcze, byłoby ono możliwe.

Posiadanie przez Indie sojusznika w postaci rządu w Kabulu pozwoliłoby indyjskim generałom opracować plan uderzenia na swojego zachodniego sąsiada, który praktycznie wyeliminowałby szanse na jego skuteczną obronę. Jednoczesne uderzenie z dwóch stron sparaliżowałoby pakistańską obronę do tego stopnia, iż bez natychmiastowej pomocy, politycznej lub (co mniej prawdopodobne) wojskowej ze strony społeczności międzynarodowej, kraj ten szybko padłby łupem agresorów.

Marna to perspektywa, ale jak najbardziej realna. I zdają sobie z niej sprawę wszyscy główni rozgrywający tej afgańskiej gry. Dlatego od jakiegoś czasu daje się coraz częściej zauważyć toczącą się rywalizację pomiędzy Indiami i Pakistanem o to, kto jest większym przyjacielem Afganistanu. Tylko, że obie strony starają się to rozegrać po swojemu: Indie poprzez pomoc finansową i rozbudowę infrastruktury, Pakistan współpracującym z tymi, którzy mogą objąć rzeczywistą władzę w kraju, kiedy tylko zachodnie wojska wycofają się do domu.

Trzy scenariusze

Można wyróżnić trzy scenariusze, które poprzez stopień swojego prawdopodobieństwa bądź też konsekwencje ich zaistnienia dla Pakistanu zwracają na siebie uwagę. Pierwszym z nich jest utrzymanie kontroli nad krajem przez rząd centralny w Kabulu i to pomimo opuszczenia Afganistanu przez międzynarodowe wojska.

Rzeczywista kontrola rządu nad krajem może być mniej lub bardziej realna, niemniej jednak rozpatrujemy scenariusz, w którym rebelia, nawet jeżeli w dalszym ciągu obecna i aktywna, nie jest na tyle silna, aby destabilizować funkcjonowanie poszczególnych prowincji, lub też całych części kraju.

Taki scenariusz zakłada konieczność unormowania relacji pomiędzy Kabulem i Islamabadem, co wcale nie musi być proste. Afgańskie władze mogą być wdzięczne Pakistanowi za pomoc i poświęcenie w zwalczaniu rebeliantów z górzystych terenów po pakistańskiej stronie granicy i chcieć kontynuować proceder zwalczania ekstremistów aż do ostatniego bojownika. Z drugiej strony Kabul może pamiętać o bliskich powiązaniach pomiędzy talibskimi liderami, a pakistańskimi  służbami specjalnymi oraz o niechęci do wyłapywania lub też eliminowania czołowych dowódców rebeliantów. W takiej sytuacji należy spodziewać się prób nawiązania bliższej współpracy pomiędzy Indiami i Afganistanem, która zgodnie z tym, co napisane powyżej, może skończyć się dla Islamabadu tragicznie. Jest to niewątpliwie jeden z najgorszych możliwych scenariuszy po wycofaniu się zachodnich wojsk.

Drugim jest sytuacja diametralnie odmienna, a więc przejęcie władzy nad całym krajem przez rebeliantów. Niechroniony przez tysiące natowskich żołnierzy rząd, bardzo szybko zaczął tracić i tak już nikłą władzę nad krajem. Stopniowe przejmowanie kontroli na kolejnymi prowincjami przez talibów zakończyło się opanowaniem Kabulu oraz przegonieniem skorumpowanego i niepopularnego rządu z Hamidem Karzaiem na czele. Tak mniej więcej mogą wyglądać kolejne miesiące po amerykańskiej rejteradzie.

Takie rozwiązanie jest teoretycznie korzystne dla Pakistanu. Niestety, jedynie teoretyczne. Można bowiem wierzyć, iż pamiętający dobre czasy nowi władcy Afganistanu, nie będą chcieli wiązać się sojuszem z Indiami i napadać na wiernego sojusznika, który na dobrą sprawę nigdy ich nie zdradził.

O wiele bardziej realnym wydaje się jednak scenariusz, kiedy nowi – starzy panowie Afganistanu będą chcieli w dalszym ciągu rozszerzać swoją władzę. Ruch talibów wywodzi się z plemion pusztuńskich, które stanowią spory odsetek afgańskiego społeczeństwa. Sęk w tym, iż duża liczba tej ludności zamieszkuje również pakistańską część pogranicza, dokładnie tam, gdzie po 2001 roku skryli się talibowie i gdzie cierpliwie odbudowywali swoje siły.

W takiej sytuacji należy spodziewać się zakrojonej akcji destabilizującej prowincje znajdujące się w centrum zainteresowania talibów. W reakcji na takie działania, pakistańskie władze zapewne postanowią wysłać na te rejony własne siły zbrojne, aby bronią maszynową spacyfikować jakiekolwiek marzenia pakistańskich pusztunów o oderwaniu się od macierzy. To w konsekwencji doprowadzi do zaostrzenia konfliktu oraz jego przelania się na cały kraj, który będzie zastraszany śmiałymi atakami terrorystycznymi wszędzie tam, gdzie można wyrządzić państwu jak największe szkody.

Niewiadomo do końca, jak w takiej sytuacji zachowałyby się Indie. Można podejrzewać, iż skuszone szansą pokonania osłabionego wewnętrznym konfliktem sąsiada, rzucą się na niego z całą swoją militarną potęgą. To zapewne skończyłoby się wojną atomową, gdyż walczące po obu stronach kraju wojska pakistańskie nie byłyby w stanie powstrzymać indyjskiej nawałnicy.

Istnieje jeszcze trzeci scenariusz, który zakłada podzielenie się Afganistanu na co najmniej dwa kawałki: południe kontrolowane przez talibów oraz resztę kraju, gdzie mniej lub bardziej popularny rząd w Kabulu, przy pomocy zagranicznych inwestorów, stara się wyciągać kraj z gospodarczej zapaści.

Paradoksalnie taka sytuacja już powoli zaczyna mieć miejsce. Od jakiegoś czasu trwają inwestycję w rozwój infrastruktury transportowej kraju, zwłaszcza na północy i zachodzie. Spory w tym udział mają chińskie i indyjskie czynniki państwowe, które przeznaczają spore ilości pieniędzy np. na budowę linii kolejowych. Efekt jest już zauważalny. W północnych prowincjach kraju, gdzie talibska rebelia jest stosunkowo mało widoczna, obroty handlowe, w tym zagraniczne, rosną z roku na rok.

Jednak i w tym przypadku istnieje spore zagrożenie dla bezpieczeństwa Pakistanu. Nie jest bowiem wykluczone, iż kontrolujący jedynie południowe tereny kraju talibowie zdecydują się wzmocnić swoje siły, odrywając pakistańską część terenów pusztunów i tworząc jeden wielki Pusztunistan. W ten sposób mogliby zrealizować któreś z dwóch celów (bądź też oba jednocześnie ): utworzyć własne państwo oraz wzmocnić się na tyle, by odzyskać kontrolę nad resztą Afganistanu. Przebieg procesu odrywania pusztunów pakistańskich byłby zapewne ten sam, lub też podobny do tego opisanego w drugim scenariuszu.

Z łatwością da się zauważyć, iż Indie są jednym z najistotniejszych czynników kształtujących politykę zagraniczną Pakistanu. To właśnie ryzyko kolejnego konfliktu zbrojnego z New Delhi paraliżuje jakiekolwiek śmielsze działanie w rejonie Azji Południowej i motywuje Islamabad do podejmowania wszelkich możliwych przeciwśrodków.

Przyszłoroczne rozpoczęcie wycofywania zachodnich wojsk z Afganistanu może spowodować wzrost zagrożenia suwerenności Pakistanu, m.in. poprzez ryzyko wzięcia kraju w dwa kleszcze. Dlatego też pakistańskie władze starają się prowadzić politykę umożliwiającą nawiązanie poprawnych relacji z obecnymi i przyszłymi władcami Afganistanu. Drugim celem prowadzonych działań jest próba niedopuszczenia do powstania swoistego sojuszu pomiędzy New Delhi i Kabulem.

Przyszłość Pakistanu, jak i całego regionu, wydaje się na chwilę obecną niepewna. Zbyt wiele jest niewiadomych, za dużo może się jeszcze zdarzyć. Polityka międzynarodowa jest zjawiskiem trudnym do przewidzenia, a ta w wydaniu państw południowoazjatyckich w szczególności.

Autor: Michał Jarocki

Tekst ukazał się w magazynie „Polska Zbrojna”.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Jarocki: Pakistański czynnik Reviewed by on 27 października 2011 .

Pakistan stanowi niezbędny czynnik pozwalający zapanować nad sytuacją w Afganistanie. Sam jednak jest zagrożony zmianą obecnego status quo. Wiele wskazuje na to, iż podstawowe założenia natowskiej misji w Afganistanie, a więc ustabilizowanie sytuacji wewnętrznej w kraju oraz umocnienie władzy centralnej, to zadania, których nie uda się zrealizować. Od grudnia zeszłego roku, a więc momentu ogłoszenia

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź